Zygmunt Wasilewski Piłsudski – koniec legendy


Na święto 11 listopada prezentujemy skromny wyjątek ze wspomnień Zygmunta Wasilewskiego (1865-1948), jednego z najwybitniejszych działaczy Narodowej Demokracji, dziennikarza, publicysty, autora szeregu książek, czołowego krytyka literatury w okresie międzywojennym. Wasilewski pisał swoje wspomnienia w czasie okupacji. Jego ocena postaci i polityki Piłsudskiego jest niezwykle ostra i bezwzględna. Zapewne zdziwiłby się niepomiernie i oburzył, gdyby zobaczył, co z legendą Piłsudskiego zrobiono w III RP, przede wszystkim, że legenda ta stała się historią, na tyle, że dzisiaj niemal wszyscy autorzy piszą o tej postaci przez duże „M” w słowie marszałek, choć nie czynią podobnie w przypadku wielkich królów, jak Chrobry, czy Jagiełło (nie są oni dla nich Królami w środku zdania). Legenda i wypływające z niej (właśnie z legendy, nie z rzeczywistości!) implikacje, całkowicie panują nad polską polityką, umysłami i emocjami.
Redaktor JN pracuje nad wspomnieniami Wasilewskiego (ukazywały się w odcinkach w Myśli Polskiej w Londynie w latach 1958-60), aby mogły one, być może w przyszłym roku, przybrać formę atrakcyjną dla Czytelnika.
.

PIŁSUDSKI przejdzie do historii jako człowiek, któremu się udało na odbudowie państwa polskiego zrobić wielką karierę. Historia nie znajdzie w jego życiu ani jednego czynu, ani jednej idei, które by potwierdziły, że był budowniczym Polski XX wieku. Wszystko, co się o nim głosiło, wszystko, za co sam siebie miał, zapisze na rachunek legendy. Był zjawiskiem koniunkturalnym z manierami twórcy samodzielnego, mężem opatrznościowym dla tych czynników, które chciały widzieć w Polsce rzeczy w takim stanie zagmatwania, w jakim była sama natura Piłsudskiego. Taki właśnie potrzebny im był dyktator w Polsce dla poskromienia jej zakusów nacjonalistycznych.

Na tym polega dramat dziejów narodu, że ścierają się w nim dążenia tych, którzy usiłują z narodu wydobyć siły pozytywne, z dążeniami czynników, wypatrujących, gdzie są jego słabości. Znaleźć dla tych dążeń negatywnych wcielenie w jednym człowieku i zrobić go wodzem – oto zadanie twórców legendy.

Piłsudski istotnie do spełnienia wziętej na siebie roli doskonale się nadał ze względu na niepospolity dar inscenizowania swej osobistości. Łatwo było poznać jego naturę, gdy jako działacz spiskowy w podziemnym świecie socjalistycznym indywidualność swą zaznaczał. Oczywiście nonsensem legendy jest powiedzenie historyka, że Piłsudski przed Magdeburgiem „był już dzierżycielem władzy zwierzchniej w Polsce”, nonsensem obliczonym na to, że nikt sensu w legendzie nie szuka. W szerokiej opinii społeczeństwa Piłsudski tych czasów znany był tu i ówdzie z pogłosek anegdotycznych, i to ujemnych lub ośmieszających go. Nie mógł przecież dzierżyć rządu dusz w Polsce człowiek, znany z czynów takich, jak „Bezdany”, czynów, które sprowadziły na kraj epidemię bandytyzmu. Nie robił też poważnego wrażenia we Lwowie, jak pamiętam, organizator polskiej siły zbrojnej, naśladujący z całym upodobaniem i talentem odtwórczym staturę oficera austriackiego.

(…)

Otoczenie wodza, dobrane specjalnie dla celów tworzenia i realizowania legendy i niosące go na rękach, czyniło niesłychane wysiłki, aby bohatera mitu w górnej linii utrzymać, stawiając przed nim najszczytniejsze wzory. Była to swego rodzaju zbiorowa twórczość poetycka, goniąca na wyprzódki superlatywami pochlebczymi, z coraz wyraźniejszymi cechami deifikacji. Wytworzyła się wokół atmosfera tak narkotyzowana, że o samokrytycyzmie nie mogło w tym światku być mowy. Inaczej nie wolno tam było mówić o wodzu, jak, „największy człowiek na całej przestrzeni dziejów świata”. Studia literacko- polityczne głosiły, że Piłsudski jest owym mężem ,”44″, widzianym przez ks. Piotra.

(…) niewybredność moralną wyhodowała z pierwocin niedbałej kultury szkoła socjalistyczna, gardząca moralnością w przekonaniu, że wszystkiego można dokonać środkami mechanicznymi. Piłsudskiego ta edukacja socjalistyczna zrobiła „mechanikiem” i to bardzo elektrycznym. W rezultacie w postawie jego pozostała tylko, jako najistotniejsza cecha jego indywidualności, żądza panowania, właściwie odgrywania roli panującego, według misji, którą mu ustalała legenda. On sam już nad tą legendą nie panował, pozwalając sobie jedynie na gierki poszczególne. Według tych gierek oceniać można jego popędy osobiste, ogólna linia dziejów była już nie jego. Historia zapisze na jego dobro, że przeciwstawiał się zakusom bolszewickim swojej bandy, narzucającej mu program rewolucyjny tzw. Rządu Lubelskiego. Był szlachcicem litewskim, nie trzymała się go wiara w panowanie proletariatu, wolał się wesprzeć klamką zamku Nieświeskiego, czego zresztą nie mogły mu wziąć za złe loże obsadzone przez konserwatystów. Wykwitował w ten sposób sforę socjalistów, chętnie godzącą się na odszkodowania kosztem skarbu państwa. Płacił im hojnie posadami. Polska stała się łupem biurokracji, bogacącej się, swawolnej i używającej żywota. I to się stało treścią życia państwowego w ramach osobliwej konstytucji nadanej przez legendę. Było to życie reprezentacyjne, istny wodewil ilustrowany muzycznie niemieckim marszem „Pierwszej Brygady”. Zaginął gdzieś Złoty Róg, który by wieścił jakąkolwiek ideę, wszystka energia psychiczna ucztujących biesiadników zużywała się na wzajemne toasty i na objawy kultu dla amfitriona, wiecznego solenizanta Piłsudskiego, nie mogącego się nasycić widokiem stawianych mu na ziemiach Chrobrego pomników i pomniczków.

(…)

Patrzyliśmy na te rządy i na gospodarkę biurokracji często ze śmiechem, częściej jednak z trwogą i grozą. Kazano nam wierzyć, że wszystko jest dobrze („byczo”), bo we wszystkim jest własna genialna kierownicza myśl Piłsudskiego. Taka była teza legendy. Wiedzieliśmy jednak, stojąc na gruncie rzeczywistości, co o tej genialności i o jej możliwościach myśleć. Piłsudski miał niewątpliwie nie mało w swej naturze przyrodzonego bogactwa, ale te talenty były bez kultury. Mężowi stanu niezbędna jest kultura myśli twórczej, zdobywana przez gruntowne wykształcenie humanistyczne. Dwa lata spędzone w prosektorium na wydziale lekarskim uniwersytetu w Charkowie – oto była cała sposobność wyższego kształcenia się medycznego. Reszta młodości zeszła w podziemiach spisków studenckich – na czytaniu tandetnych broszur socjalistycznych, wulgaryzujących idee Marxa czy Engelsa, wreszcie w bojówkach bandyckich, z których się wywiązała w końcu idea kadrówek zbrojnych według wymagań nauki wojskowej. Ale i ta nauka była raczej samouctwem. Piłsudski, nawet gdy już był marszałkiem, oceniany ze stanowiska współczesnej wiedzy wojskowej, stał najwyżej na poziomie kapitana piechoty i to nie dyplomowanego.

Oczywiście ten zasób wiedzy nie był wystarczający dla człowieka mającego decydować o losach państwa w trudnych warunkach. Trzeba było nadrabiać sprawę za pomocą legendy. Ale co najfatalniej wypadło, że nie starczyło tej wiedzy na samokrytycyzm i że Piłsudski sam uwierzył w swoją legendę. Tak uwierzył w nadprzyrodzoność swoich darów i swego posłannictwa, iż śmiesznym mu się wydawało, aby ktokolwiek mu był potrzebny do pomocy. Umyślnie dobierał sobie ludzi byle jakich na premierów, aby uwydatnić swoją wielkość. Nie można tego tłumaczyć tym, że źle życzył Polsce i pragnął jej ruiny. Pochodziło to z zawrotu głowy na wyżynie przez legendę wyśrubowanej. Uwierzył w swoją cudotwórczość, w magiczną siłę swego nazwiska, swojej maciejówki na głowie. Świat zaś pochlebców koło niego miał zadanie w tym przeświadczeniu go utwierdzać. Każdy człowiek na stanowisku prezydenta czy szefa rządu, który by się na serio o coś istotnego dla kraju troskał, stawał się w jego oczach wrogiem jego „bajecznej kariery”. To już była mania prześladowcza, którą wytworzyła od młodości emulacja z narodową demokracją. W obawie panicznej, aby ta nie doszła do władzy, gdy widział, że na to się zanosi, strzelał z armat do swego dawnego przyjaciela prezydenta Wojciechowskiego, aby w drodze zamachu zapewnić sobie swobodną twórczość w krainie legendy.

(…)

Żądza panowania, rozigrana podczas wojny praktykami dowództwa wojskowego, była źródłem improwizowanej tam, w celi, przyszłej legendy o dowództwie narodu. Nie było tam przy nim księdza Piotra, który by go egzorcyzmował, wypędzając z duszy pychę. Nie aniołowie go nawiedzali, jak Piasta.

Nie wytrzymał ucisku tej strasznej myśli: co będzie, gdy opuści okazję, gdy Rada Regencyjna odda władzę w Polsce komu innemu. Ukrył przed narodem prawdę, że doszedł na stanowisko na warunkach, podyktowanych z zewnątrz, z zastrzeżeniem tajemnicy przed narodem.

(…)

Historia wybacza błędy. Można je naprawić przy pomocy narodu. W danym wypadku chodzi o stanowisko osobiste, czy rzecz zrobiona była w zgodzie z sumieniem. Czyn popełniony nie w zgodzie z sumieniem jest grzechem, nie błędem. Nie odmawialiśmy nigdy Piłsudskiemu patriotyzmu, to dawało nam prawo mniemać, że w danym wypadku miał poczucie grzechu. To poczucie grzechu odbierało mu potem przez cały czas rządów w Polsce równowagę ducha i wprowadzało go w stan obłędnej walki z widmem narodu. Zamiast się do narodu zbliżać, jako jego sługa, krył się od niego poza mgły legendy. Coraz mniej było wzajemnego porozumienia, coraz więcej błędów. Działy się rzeczy karygodne i śmieszne. Skończyły się katastrofą.

To nie Polski koniec, to koniec legendy. A czy można by potraktować dzieje tej legendy z większą ironią, niż to zrobili jej twórcy, wstawiając dom więzienny, z Magdeburga ofiarowany, obok pałacu Belwederskiego. Zrobiono to po cichu, widocznie z zażenowaniem, ale musiano zrobić, bo nie wypadało daru tego odmawiać. Mamy więc w Polsce tradycje i pamiątki dwóch cel więziennych, które nam dziejami swymi uprzytomniają, jak dramatyczne odbywają się przełomy w duszy polskiej i jak dramatyczne są w ogóle dzieje narodu. Przez zestawienie tych dwóch typów zrozumiemy, jak wysoko należy stawiać wzór męki Konrada mickiewiczowskiego.

Zygmunt Wasilewski

Dodane przez Adam Smiech dnia listopad 11 2013

 

za:http://www.jednodniowka.pl/news.php?readmore=460

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Zygmunt Wasilewski Piłsudski – koniec legendy

  1. Przede wszystkim był masonem realizującym obcą idee „przedmurza” – Polski, zabezpieczającej Zachód przed inwazja ze wschodu co .się sprawdziło w 1920. Że później przejrzał na oczy, to inna sprawa. Dopuścił do rozpanoszenia się żydostwa i później już nie dało się tego opanować z wiadomym skutkiem.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s