Oznaki rozkładu żydo-systemu i ich mediów – ?


Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie dzisiaj jedno z żydo-mediów, Radio Wnet, prowadzone przez redaktora Krzysztofa Skowrońskiego. Oczywiście zaskoczony zostałem przez gościa tego radia, dr nauk ekonomicznych, Aleksandra Jędraszczyka.

Chyba od ponad dwudziestu lat nie słyszałem w powszechnych żydo-mediach wygłaszania podstawowych prawd ekonomicznych i to w czasie, gdy światowi syjonistyczni terroryści z USA i UE próbują zdemolować porządek konstytucyjny Ukrainy i wepchnąć ją do syjonistycznego obozu UE. Czy to wypadek przy pracy, czy oznaka rozkładu żydowskiego kapitalizmu, żydo-systemu i żydo-mediów, czy może jednak coś innego?

Dr A.Jędraszczyk jest tylko doktorem nauk – z pewnością dopilnował tego żydo-system -, a nie profesorem, za którym koncesjonowani przez żydo-system fachmani, tacy jak Balcerowicz i inni, winni nosić teczkę.

Jędraszczyk                                                               dr Aleksander Jędraszczyk

 

Zapraszam PT Czytelników do wysłuchania wypowiedzi dr A.Jedraszczyka – linki poniżej

http://www.radiownet.pl/publikacje/jedraszczyk-pieniadze-moga-sluzyc-do-zlych-celow

http://www.radiownet.pl/publikacje/jedraszczyk-pieniadze-moga-sluzyc-do-zlych-celow#/publikacje/dr-jedraszczyk-mozemy-odbudowac-gospodarke

Uwaga!

Żeby wysłuchać wypowiedzi z powyższych linków należy kliknąć w treści tych linków na pomarańczowy trójkąt z napisem: posłuchaj teraz (na początku tekstu linka pod zdjęciem).

 

Dariusz Kosiur

Reklamy

17 uwag do wpisu “Oznaki rozkładu żydo-systemu i ich mediów – ?

  1. Dodrukowanie samych pieniędzy to nieco za mało by polska gospodarka stanęła na nogi i zaczęła się liczyć na rynku europejskim.
    Tu trzeba dobrego gospodarza i organizatora. Trzeba kogoś kto wiedziałby jak to zrobić.
    Dodrukowanie pieniędzy i puszczenie ich w rynek bez ścisłe określonego celu spowoduje jedynie zwyżkę cen i co za tym idzie inflację.

    Polubienie

  2. Co do zachodniego systemu. To nie komunizm co upadł bo miał kryzys i szturchnięcie z zachodu.
    Kapitalizm umie sobie radzić na krawędzi, jak często mawiają amerykanie -on the edge.
    Potrzeba by silnych skoordynowanych i bezwzględnych działań z zewnątrz by ten system i wiodące elity znalazły się poza tą krawędzią.
    A takich działań nie widać.
    Powolne przesuwanie się Chin na pierwszą w świecie pozycję pozwoli zachodowi na dalszą egzystencję i dalsze prowadzenie polityki dziel i rządź, ogłupiaj i wyzyskuj, choć już nie jako jedyny pan i okupant globu
    Zresztą sami widzimy UE na krawędzi i co?
    I nic, radzą sobie i dalej mieszają gdzie mogą (Ukraina, Afryka, Syria)

    Polubienie

  3. Była EKONOMIA POLITYCZNA SOCJALIZMU,teraz jest EKONOMIA POLITYCZNA GLOBALIZMU.EKONOMIĘ,która nie służy krajowi,w którym jest stosowana polski badacz cywilizacji Feliks Koneczny nazwał : ŻYDOWSKĄ.Po odbiciu się od ściany globalizmu niektórzy śnią aby przydryfować do ściany EKONOMII POLITYCZNEJ ROSYJSKIEGO MILITARYZMU.

    Polubienie

  4. Przemawiając podczas godziny rządowej w Dumie Państwowej wicepremier Dmitrij Rogozin przypomniał, że w przypadku ataku Rosja może użyć sił jądrowych.

    Jak powiedział Rogozin, odpowiednie tezy zawiera doktryna wojskowa Rosji. Polityk zauważył, że każdy agresor lub grupa agresorów powinni zdawać sobie z tego sprawę i możliwość ta jest głównym czynnikiem powstrzymującym prowokacje i agresję przeciwko Rosji.

    „Nigdy nie pomniejszaliśmy roli broni jądrowej, broni odwetu jako wielkiego czynnika wyrównującego szanse” – powiedział Rogozin.
    ——————————
    o tym, że Rosja modernizuje i wzmacnia swój potencjał wojskowy nie jest tajemnicą

    Polubienie

  5. @adm

    Panie Tadeuszu,
    nie może być mowy o drukowaniu makulatury.
    Dr Jędraszczyk twierdzi tylko i całkowicie słusznie (jest to jedna z głównych zasad polityki finansowej), że w obiegu musi istnieć taka ilość pieniądza, która odpowiada wartości dóbr i usług (możliwa jest niewielka nadwyżka pieniądza, co jest mniej szkodliwe dla gospodarki niż jego niedobór). W polskich warunkach tego pieniądza jest zbyt mało w stosunku do ilości dóbr i usług. Z jego wypowiedzi wynikało, co prawda nie wprost, że gospodarka i budżet państwa muszą być finansowane wyłącznie przez bank centralny państwa, a nie przez kredyty banków komercyjnych, czy emisję papierów wartościowych.
    Dr Jędraszczyk nie wspomniał natomiast o tzw. kreacji pieniądza wirtualnego (nieistniejącego w banknotach i bilonie), którego zasoby są w Polsce (i na całym Zachodzie) wielokrotnie większe od zasobów pieniądza rzeczywistego, co powoduje wysysanie z rynku pieniądza rzeczywistego i wpływa zdecydowanie na powiększanie rozmiarów kryzysu.

    Oczywiście w żadnej z dwu audycji nie było mowy o tym, że zastosowanie normalnych zasad polityki finansowej będzie możliwe po likwidacji żydowskiego kapitalizmu, co oznacza także likwidację żydo-systemu władzy.

    W każdym razie, to samo, co mówił w Radiu Wnet dr Jędraszczyk, powtarzamy od początku istnienia naszego stowarzyszenia i naszej strony Wierni Polsce Suwerennej.

    Co do upadku UE i USA, to musimy wykazać więcej cierpliwości – analogicznie jak w sytuacji na Ukrainie z żydowską rewoltą, została zlikwidowana, ale nie natychmiast. Żydowski kapitalizm UE i USA nie ma przyszłości.
    Polska upadała przez dwa, trzy, wieki aż do ostatniego zaboru. Mimo wszystko ja mam nadzieję doczekać końca żydo-systemu.

    Polubienie

  6. @Mieczysław S.Kazimierzak

    A może wrzuciłby Pan na swój patefon cokolwiek inną płytę, bo tych kilka dotychczasowych już się nam osłuchało – chyba, że to już cała Pańska płytoteka -?.

    Polubienie

  7. Zabawny i „jednoczesnie natchniony”, jest „ten” p.@Mieczysław S.Kazimierzak. Coś jakby połączenie katarynki i mnicha, moze byc buddyjskiego, powtarzającego w kółko „swoją”? przepisaną z „książków” mantrę. Pozdrawiam „piszących i czytających”, w tym i Sz. oponenta.

    Polubienie

  8. Panie Dariuszu, ja również jestem zdania, że pewna nadwyżka pieniądza na rynku jest dopuszczalna, więcej, jest niezbędna jako kredyt inwestycyjny. Nie wierzę jednak że Polska, my, czy obecny rząd, ma pieniądze o których mówi Jędraszczyk. Nie ma żadnych pieniędzy, co zmusiło Tuska do skoku na OFE ( na świętą własność światowej finansjery) Gdyby miał jakieś pieniądze nigdy by nie ryzykował utraty poparcia tych którym zawdzięcza swą pozycję polityczną.
    I tak jak napisałem, rzucenie kasy na rynek niczego jeszcze nie gwarantuje. Podobnie jak pieniądze z Unii nie powodują rozwoju naszej gospodarki, co więcej tak licznie pobudowane akwaparki dla przykładu chyba jadą na minusie i generują straty.
    Wzięcie tych rzekomo posiadanych pieniędzy i spłata długu także nie wydaje mi się sensownym rozwiązaniem. Lepsze byłoby roczne, czy trzy letnie moratorium na spłatę zadłużenia i wykorzystanie zatrzymanych miliardów na rozwój przemysłu maszynowego i wytwórczego by gospodarka zaczęła produkować, wytwarzać dochód i wchłaniać bezrobotnych.
    Bez fabryk, zakładów produkcyjnych nić się nie ruszy do przodu.

    Co do naszego wiernego komentatora, rzeczywiście dziwny człowiek.

    Polubienie

  9. Pan Kazimierczak wie co mówi 🙂 Święta Wojna katolicy vs prawosławni trwa i ma się dobrze. Niech żyje wojna 🙂 On, Pan Kazimierczak, chce zabić w tej wojnie jak najwięcej prawosławnych ( nawet do tego celu samogonu nie potrzebuje – by się ogłupić aż tak bardzo, by zabić człowieka w imię Świętej Wojny ).

    Szkoda, że dzisiaj nie nie ma szansy Pan Kazimierczak osobiście 🙂 polec dumnie gdzieś w błotach, jak te – strzelam z lekkim przybliżeniem – miliard wojowników w imię Jego Świętej wojny przez ostatnie 1,5 tys. lat.

    Polubienie

  10. ZAPRZEDANI DIABŁU.
    Chrześcijaństwo niebawem będzie święcić dwutysiąclecie swego istnienia. Polska już w połowie 1997 roku rozpoczęła uroczystości rocznicowe, przygotowując się ogromnym nakładem kosztów do Światowego Kongresu Eucharystycznego we Wrocławiu i obchodów męczeńskiej śmierci patrona Polski – Wojciecha, nadto zaś do kilkunastoetapowej pielgrzymki papieża-Polaka – Karola Wojtyły.
    Tysiące ludzi z całego świata przyjechało do Polski w przekonaniu, że modlitwą, śpiewem, medytacją, tańcem wzmocnią katolicką jedność, dzięki czemu do swojej lepszości podciągną gorszy, istniejący równolegle z nimi świat.
    Czym w istocie są kongresy eucharystyczne, wprowadzone do obyczaju kościelnego jeszcze w XIX wieku, niewielu uczestników tych imprez zdaje sobie sprawę. Sarno słowo „eucharystia” towarzyszy wyznawcom katolicyzmu od momentu pojawienia się pierwszych grup chrześcijańskiej sekty w Europie; wedle definicji – to ofiara ciała i krwi syna bożego poniesiona w celu odkupienia win ludzkich. Czczenie ofiary ciała jednego za przewiny drugiego stało się najważniejszym sakramentem w codziennym rytuale katolickiej mszy: Krew – wino, Ciało – chleb. Monstrancja, hostia, piszczel męczennika – świat umowy, symbolu, ściągający jednak konkretną energię psychiczną z osób skupionych na mistrzu ceremonii.
    Znaczy to, że każdego dnia ceremonialnie koduje się w wyznawcach przymus cierpienia, wymusza się permanentne poczucie winy. Z drugiej strony wpaja to przekonanie, że nie wszyscy muszą ponosić konsekwencje za popełnione czyny. Bo przestępstwa, zbrodnie, „grzechy” można rozgrzeszać cudzą śmiercią, okupić ofiarą innego człowieka, pieniędzmi wyjednać odpust. Stąd wniosek, że eucharystia służy jako instrument różnicowania ludzi. ” Wybrani” dzięki ofierze stanęli ponad prawem. Pozostałych skazano na udrękę, pokutę, wyrzuty sumienia. Wmówiono im, że eucharystia, będąc żądaniem ofiary ciała człowieka, ma jakiś wyższy sens. Przyzwolenie na jej funkcjonowanie jest przystaniem na grę, pozór, które egzystencję człowieka zamieniły w tragifarsę, a wyznawców w tanich aktorów, recytujących slogany litanii, przykazań, cnót, wykonujących rytualne gesty (przyklęki, ukłony, bicie czołem), by utwierdzić kod ofiary.
    Eucharystia – słowo-wytrych, sprytnie łagodzi to, co się za nim kryje: mord, na którym zbudowano wszystkie religie. Nieustanna krwawa ofiara była niezbędna do wzbudzania lęku, wiary w konieczność walki i prawo silniejszego w egzystencji człowieka. Dziś, poszerzona o ofiary psychiczne oraz finansowe, zabezpiecza różne systemy religijne. Ceremoniał eucharystii podtrzymuje świat manipulatorów, zabezpiecza pasożytniczą egzystencję hierarchów kościelnych.
    A wszystko to stało się za przyczyną stworzenia mitu o męczeńskiej śmierci Jezusa.
    Jezus – wie o tym hierarchia duchowna Kościoła – nie oddał za nikogo swojego życia, nie umarł na krzyżu, nie zmartwychwstał i nie wniebowstąpił. Wtajemniczeni w mistyfikację znali prawdę od bezpośrednich towarzyszy długoletniego życia Jezusa. Tajemnicy w stu procentach nie udawało się zachować. Pisał o tym Abulafia w Traktacie o milczeniu, znał prawdę Michał Anioł, dając temu wyraz w malowidłach Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie nie znajdziemy Jezusa ukrzyżowanego, natomiast jest krzyż, który wali się na głowy wyznawców, podobnie jak kolumna symbolizująca naukę przygniata swoje autorytety w scenie końca świata. Co stanowi zapowiedź upadku wiar.
    Mistyfikacja męczeńskiej śmierci Jezusa posłużyła jednak do stworzenia nowego systemu religijnego: chrześcijaństwa, miała być zachętą, wzorem doświadczenia ofiar przez wyznawców na rzecz boga i jego pośredników. Ktoś składa ofiarę, by ktoś inny mógł czerpać z niej zyski. Tak podzielono ludzkość na elitę i masy.
    Katolicy spoglądając na krzyż najczęściej znajdują na jego ramionach słowa: Wiara, Nadzieja, Miłość – Życie. Nikt nie dostrzega w tej symbolice sprzeczności, nie zauważa, że jest wyznawcą religii śmierci i zabijania.
    Krzyż symbol najbardziej okrutnego umierania człowieka – opatrzony hasłami: wiara, nadzieja, miłość nadaje wymiar drwiny życiu, ludzkim dążeniom, pragnieniom. Modlitwa, skupienie się na przewrotnym symbolu otwiera człowieka na cierpienie, sprawia, że akceptuje on udrękę – a więc godzi się na oddawanie własnej energii pomysłodawcom „krzyża życia”.
    Słowa-wytrychy od zarania dziejów służyły do manipulowania ludzkim myśleniem, wzbudzały emocje w masach ludzkich, doprowadzały do utraty własnej energii. A wystarczyłoby pomyśleć: Jak może pomóc ktoś, kto sam bezradnie wisi na krzyżu. Adoracja takiego wizerunku pozwala utrzymać ogólną bezsilność, przeciwdziała aktywności, samodzielności. Uczy wybaczania złoczyńcom. Pozwala przebiegłym uciec ponad struktury krzyża, nie ponosić konsekwencji za naganne czyny. Hołdujący symbolice „krzyża życia” czy choćby na nią przystający nigdy nie ułożą między sobą sprawiedliwych relacji. Tak jak nie uda się wprowadzić w ludzki organizm programu zdrowia po wszczepieniu weń wirusa braku odporności.
    Czym większa masa ludzka, im gruntowniejsze jej poruszenie emocjonalne – tym oczywistsze zyski dla powołanego symbolu i jego pomysłodawców. Stąd ceremoniał religii zawsze opierał się na uroczystych spędach wyznawców: procesje, pochody, pielgrzymki, krucjaty, marsze, kongresy, parady – to środki do podwyższania temperatury napięć w ludzkich zbiorowiskach. Pojedynczy człowiek traci kontrolę nad własnym myśleniem, rozumieniem, gdy znajdzie się w rezonansie emocjonalnym z tłumem, ale można wprowadzać w niego dowolne kody: zwątpienie w fakty, konieczność cierpienia, ofiary.
    Słowo „bóg” to również klucz do wzbudzania lęku, budowy autorytetu, wykorzystywania innych. Posługują się nim ci, którzy wiedzą, że boga nie ma. Ponieważ bóg jest mistyfikacją. Do wiary w niego zawsze trzeba było agitować, przymuszać. Ceną wiary jest zaparcie się wiedzy, oddanie myślenia i energii pośrednikom boskim, ale o tym człowiek wierzący już nie wie. Z czasem staje się wyjałowionym potakiwaczem, wypełniaczem przestrzeni organizowanej przez autorytet, obywatelem z numerem identyfikacyjnym, żywicielem określonej parafii, biskupstwa, papiestwa. Czym więcej strachu, udręczenia -tym „bóg” wydaje się bardziej wszechmocny, a wyznawca słabszy, bezradny. I tak zamyka się błędne koło uzależnień. Można głosić miłość, a jednocześnie rozpowszechniać nienawiść.
    Można nawoływać do miłosierdzia zagarniając cudze dobra. Wzbudzać u innych sumienie, samemu pławiąc się w okrucieństwie.
    Chrześcijaństwo mieni się religią uniwersalną choć wytrzebiło ostatecznie prawa uniwersalne i zastąpiło reguły jednakowe dla wszystkich prawami naturalnymi – czyli prawami silniejszego. Miano wiary uniwersalnej dla religii katolickiej powstało w wyniku zniewolenia tak wielu narodów świata, że teraz wyznanie to uważa się za powszechne. Należy jednak pamiętać, jak do tego doszło. Chrześcijańska sekta wyrosła z judaizmu. Nadal pozostają wspólnym organizmem. Tam jest jej mózg i zasilanie pomysłami wiary krzyża. Judaizm w ten układ wniósł znajomość mechanizmów rządzenia, walki, wykorzystywania, bezwzględności i okrucieństwa. Chrześcijaństwo czerpiąc soki z judaizmu ożywiło nowym napędem skostniałą już strukturę wiary. Gdzie tylko docierało, tam zarażało nienawiścią do człowieka, syciło walką, głosząc przewrotnie miłość, miłosierdzie i ochronę życia.
    Przełom pierwszego i drugiego tysiąclecia miał zapoczątkować imperium chrześcijańskie. Planowano, że do końca drugiego tysiąclecia będzie to jedyny system zarządzania planetą. Postęp, jaki chrystianizacja czyniła wśród społeczeństw Europy Zachodniej, założone w Konstantynopolu centrum wschodniego obrządku chrześcijaństwa budziły nadzieję, że i oporne centrum Europy uda się nawrócić na chrześcijaństwo. Judaizm zapowiedział nadejście mesjasza-zbawiciela. Tę obietnicę miał spełnić za pomocą programu uniwersalnej religii „Jezus”. Pracowało nad nim wielu doskonale wyszkolonych, doświadczonych agitatorów – działaczy gmin Żydowskich, rozsianych po całym Imperium Rzymskim. Podstawy mitologii chrześcijańskiej tworzono przez około 100 lat, dostosowując je wciąż do aktualnych potrzeb ideologicznych. Dzisiaj również podlegamy programom manipulacyjnym, nie podejrzewając nawet, że wiele z nich to ustalenia i plany sprzed 2000 lat.
    Współcześni Polacy np. bezmyślnie powtarzają, że Polska to kraj od korzeni katolicki, a przecież Polanie wiekami bronili bezwyznaniowej tożsamości. Do X wieku wiedza, konkret i słowo honoru było dla nich wszystkim. Żyli zgodnie, rozumieli się. Nie dopuszczali boga do ludzkiego ładu. Nie udało się jednak powstrzymać ingerencji najemników boskich. Chrześcijaństwo zniszczyło myślenie Polaków. Stąd nasza świadomość historyczna jest zubożona o czasy sprzed chrześcijaństwa. Posłużyły do tego kroniki tendencyjnie spisywane przez zakonników, Toteż powszechnie sądzi się, że Polska zaczyna się od Mieszka I, chrztem kraju w 966 roku. Podręczniki współczesne również nie zawierają wielu informacji o dziejach Polan poprzedzających chrzest w obrządku łacińskim. Historia milczy na temat zaciętych bojów Słowian w centrum Europy, choć skutecznie przez wieki odpierali oni nawałnicę chrześcijańską.
    Dokumentów historycznych, zapisów w dziejach krajów zachodnich jest aż nadto, by wyciągnąć wnioski, że z lekceważeniem wypowiadane opinie o pogańskich obyczajach w centrum Europy – to ówczesny wyraz bezsiły chrześcijańskich najeźdźców wobec opornych na boga Słowian. Trzeba było wiekowych zabiegów różnorodnej natury, by doprowadzić ich do chrztu. Dopiero po stworzeniu obrządku wschodniego i nagięciu liturgii chrześcijańskiej do języków słowiańskich doszło do wyłomu w spój- nej umysłowości Słowian. Nasi przodkowie nie żałowali własnej krwi ani życia, by odeprzeć zupełnie obcą im ideologię. Akt chrztu, który wiązał się z bezwarunkowym przyjęciem fałszywych treści, pozostawał w absolutnej sprzeczności z rozumieniem świata przez Słowian. Wprowadzał konflikt myślowy i egzystencjalny. Administracyjnie narzucił styl bycia.
    O pierwszym widomym sukcesie chrześcijaństwa na ziemiach słowiańskich można mówić nie w X, ale już w IX wieku, gdy to działania Cyryla i Metodego umocniły wpływy papieskie w centrum Europy. Bizantyjscy posłańcy szerzyli chrześcijaństwo w języku słowiańskim, co pozwalało łatwiej wniknąć w ludy słowiańskie. Na tak rozmiękczony grunt wkraczał Kościół rzymski. Cyryl i Metody nie byli pospolitymi misjonarzami. Starannie wykształceni, zanim zabrali się za upowszechnianie wiary, pełnili różne funkcje dyplomatyczne przy dworach cesarskich. Choć uznani za przedstawicieli Kościoła bizantyjskiego, przez całe swoje życie byli przyjmowani z honorami w stolicy apostolskiej.
    W 874 roku Czechy przyjęły chrzest z rąk Metodego. W rok później książę Wiślan Lestek siłą zostaje zmuszony do przyjęcia chrztu z rąk uczniów Cyryla i Metodego. Metody wysłał wówczas do księcia posłańców z przestrogą: „Na dobre ci synu wyjdzie ochrzcić się z własnej woli i na własnej ziemi, abyś nie był chrzczony pod przymusem na ziemi obcej”. Wieloplemienne państwo Lestka składało się wówczas z ziem: krakowskiej, kieleckiej, sandomierskiej, lubelskiej, Śląska i Grodów Czerwieńskich. Misje zachodnich i wschodnich misjonarzy były wtedy bezpardonowymi walkami o wpływy nad rozkwitłymi gospodarczo terenami. Dzięki temu, że historia narodów była tendencyjnie preparowana przez zakonnych kronikarzy, dziś można aplikować legendy o duchowej roli, misji chrześcijaństwa, zapewniać o szlachetnych intencjach wysłanników boskich do krajów pogańskich. Za każdą udaną misją Kościoła zawsze kryła się krew tysięcy niewinnych ludzi i zniewolenie umysłowe pozostałych przy życiu. Dzieje narodów pełne są przeinaczeń, przemilczeń, tendencyjnych opisów, z konfabulowanych w interesie Kościoła. Chrześcijaństwo w obrządku łacińskim długo jeszcze walczyłoby o wpływy na terenie Polski, gdyby nie grunt przygotowany blisko sto lat wcześniej przez Cyryla i Metodego. W poddaniu państwa polskiego stolicy apostolskiej pomogło również osadzenie na terytorium Polan dynastii Piastów. Geneza ich rodu nie wywodzi się z Polski – istnieją zapisy potwierdzające ten fakt. Arystokratyczność i dynastyczność były Polanom obce. Mieszko i jego syn Bolesław Chrobry odwdzięczali się sowicie mocodawcom za osadzenie ich dynastii w Polsce. Usłużnie wspierali łacińską ingerencję i wpływy germańskie.
    Na dworze polskim Mieszka, później również Bolesława Chrobrego przebywało stale wielu Niemców. Mieszko, o czym historia niezbyt często wspomina, z entuzjazmem wspomagał Sasów w walkach przeciw Słowianom – dostał nawet honorowe tytuły ,jedynego wybawiciela”, „przyjaciela cesarzowej” za tępienie Słowian Połabskich. Mieszko był niezwykle przychylny Wojciechowi Sławnikowicowi. Ów potomek możnowładcy czeskiego i księżniczki bawarskiej, powinowaty cesarza Otto- na, protegowany stolicy papieskiej, był biskupem praskim. Ambitny i zapalczywy, do kariery duchownego przygotowywał się w elitarnej szkole przyklasztornej w Magdeburgu. Tam spotkał się z Bolesławem Chrobrym, a nawet połączyła ich przyjaźń. W Magdeburgu (w starożytności gród słowiański nad Labą – Dziewinów) kształcono dostojników kościelnych, młodzieńców z najlepszych rodów przygotowywano do pełnienia władzy. Kształtowano fanatycznych wojowników, zawziętych orędowników racji Kościoła. Ekspansja narzucanie własnej woli, walka słowem, prowadzenie intryg, dyskusji, kłótni to podstawowe umiejętności, w które wyposażano przyszłych arystokratów. Zgoda, tolerancja, współdziałanie były uważane w tej szkole za przejaw słabości. Ceniono głównie zapalczywość, upór, ambicję, nieustępliwe dążenie do celu.
    Od przeniesienia rezydencji Ottona I do Magdeburga miasto to pełniło specyficzną rolę. By nie pozostał ślad po słowiańskim rodowodzie: „Magdeburg stał się nie tylko pierwszym placem broni, zbiorem przedniejszego rycerstwa, ale i głównym miejscem zarządu wojennego sił przeznaczonych do działania przeciw Słowianom. Tu się knuły zamachy w celu ujarzmienia Słowian, tu na rachunek zdzieranego z nich trybutu wznosiły się pyszne kościoły, tu zebrane »legiony łotrów« gotowe były na skinienie królewskie rzucić się albo na północ ku Pomorzu, albo na południe ku Czechom. Z Magdeburga wyjdą później misjonarze niemieccy, aby przez kościół ludy słowiańskie w poddaństwo niemieckie zapędzić. Wojciech Sławnikowic talentów wojownika nie przejawiał, zdolności mówcy też nie miał. Kłótliwy, histeryczny nieudacznik, chorobliwie ambitny. Od śmierci biskupa praskiego Dytmara, przy której był obecny słysząc wołanie umierającego, że go czarni czarci do piekła wlekli, tak się przeraził, że tylko bogu służyć postanowił. Żadne żywoty świętych nie podają, że Wojciech stał w samym centrum walki i ataku łacińskiego na duchowieństwo obrządku słowiańskie- go. Wszystkie jego porażki i nieudacznictwo tłumaczy się grzesznością jego owczarni i podłością pogan, o konflikcie wewnątrzkościelnym, w który był zamieszany, nie mówiąc ani słowa. „Wtem tylko nieszczęśliwy był, iż czułość około owiec swych wielką mając, mało im pomagał, bo na złą i zepsowaną rolę trafił”. Ludzie ci „święta gwałcili, postów nie chowali, nikogo (czyli Wojciecha) nie słuchali… klerycy też żenić się jawnie nie wstydzili, karności kościelnej zaniechali, biskupa sobie nic nie ważyli. Upominał, karał, wszystko na próżno, sprzeciw wobec niego był coraz większy”. Wojciech nie potrafił porozumieć się z ludźmi. Narzucał w sposób apodyktyczny łacińskie ceremonie, dogmaty, ascezę, pokutę, posty, choć Czesi już byli ochrzczeni w obrządku słowiańskim. Wojciech na porażki reagował histerycznie. Groził piekłem, potępieniem, rzucał klątwy na Przemyślidów i naród czeski. Toteż został przez praskich chrześcijan wyrzucony. Upokorzony tym faktem udał się do Rzymu. Nieudana misja nawrócenia rodaków na lepszą wersję wiary była silnym wstrząsem dla psychiki Wojciecha. Zawód, że jego racja nie jest przyjmowana przyprawiał go o stany depresyjne. Stąd ucieczka w mistycyzm graniczący z chorobą psychiczną. Papież ponownie wysłał Wojciecha do Czech. „Gdzie ten nie przestawał upominać i karać… więcej czyniąc niżeli pierwej”. Ortodoksja Wojciecha, narzucanie łacińskiego obrządku znowu skończyły się ucieczką na Węgry, ale ta wyprawa też owoców nie przyniosła. Wrócił więc do Rzymu, gdzie rozpoczął czynić wielkie cuda; a to niosąc garniec z winem obalił się, ale przyniósł go zakonnikom nienaruszony, a to „córkę jednemu na oczy chorującą, kładzeniem ręki zleczył, drugiemu stracony apetyt do chleba wrócił… Asteryzeusz kleryk jego, z gniewem i łajaniem od niego iść precz chciał; ale skoro wyjechał, tak błądził w drodze, iż się do biskupa wrócić musiał”. Tyle zdarzeń „niezwykłych” wymienia Piotr Skarga pisząc o św. Wojciechu. Te cuda miały poprawić niską samoocenę Wojciecha, dodać mu wiary w siebie, a co najważniejsze-rozwinąć w nim idee fixe zostania świętym. Jako że brakowało mu rozumu praktycznego, daru argumentacji i porywania ludzi, zdecydowano zatem, że zostanie męczennikiem. Przygotowano mu dalszy scenariusz.
    W drodze do Czech w towarzystwie cesarza Ottona III „puścił się przez Francyę, chcąc świętych ciała nawiedzić”. Rozważania u grobu świętych mężów utwierdziły zaszczepioną w nim myśl o własnej świętości. Tymczasem Przemyślidzi wymordowali część jego rodziny pozostałej w rodowych Libicach i Czesi już „żadną miarą widzieć Wojciecha, ani go mieć za pasterza nie chcieli”. W historii żywota Wojciecha zapomina się jednak dodać, że pogrom Sławnikowiców to odpowiedź na spisek Sobiebora, brata Wojciecha, który w zmowie z Ottonem III szykował się do przejęcia władzy w Czechach. Bolesław Rudy, syn Bolesława Pobożnego wyklęty wcześniej przez Wojciecha, okazał się szybszy i wybił spiskujących Sławnikowiców. Pozostali przy życiu bracia: Sobiebór, Wojciech i Radzim Sławnikowice na zaproszenie Bolesława Chrobrego przybyli do Gniezna jako wygnańcy. Polityka władców polskich była już wówczas zręcznie sterowana z Rzymu.
    W 989 roku Wojciech, jeszcze jako biskup praski, był wykorzystywany przez papieża Jana XV i cesarzową Teofano do latynizacji arcybiskupstwa krakowskiego. Kościół osłabiał narody słowiańskie, podżegając władców tych państw do bratobójczych wojen, wysługiwał się nimi do realizacji cesarsko-papieskiej polityki. Przykładem tego były wojny Mieszka na Łużycach i z Czechami w 990 roku, wsparte udziałem czterech pancernych hufców niemieckich dowodzonych przez zaprzyjaźnionego z Wojciechem arcybiskupa magdeburskiego. Thietmar słowami grafa Zygfryda von Valbeck pisze o tym wydarzeniu: „Dobrze choć i to, że biją się oni sami między sobą. Bo cóż byśmy uczynili, gdyby te wojska, które teraz stoją naprzeciw siebie, połączyły się i razem ruszyły przeciwko nam. Spójrzcie tylko ilu pancernych, ile lekkiej jazdy i piechoty przyprowadził tu Mieszko, a ile tysięcy ma Bolesław Pobożny”. Następca Mieszka, Bolesław Chrobry, prowadząc politykę „wyższych racji” złożył hołd i dary Ottonowi III na zjeździe wasali w Merseburgu. By zasłużyć na koronę, wspomagał Niemców w ich wyprawie przeciwko Słowianom Połabskim, organizował pod patronatem papiestwa najazdy na terytoria nadbałtyckie. Utworzył łacińską metropolię w Gnieźnie. Papież zaś powołał Wojciecha na arcybiskupa misyjnego. Z namowy Wojciecha ginęli biskupi misyjni za używanie języka słowiańskiego. Kościół rzymski przemilcza tych męczenników, bo ci zostali „słusznie” zamordowani. Wojciech ponosi odpowiedzialność za krwawą reformę kościelną przeprowadzoną przez Bolesława Chrobrego. Zachowany latopis diaka obrządku słowiańskiego z Dubkowa tak charakteryzuje działalność św. Wojciecha: „Potem gdy mnogo lat minęło… przyszedł Wojciech do Moraw, do Czech i do Lechii, zniszczył wiarę prawdziwą i pismo słowiańskie odrzucił, zaprowadził pismo łacińskie i obrządek łaciński i obrazy wiary prawdziwej popalił, biskupów i księży pozabijał, drugich rozegnał i poszedł do Prus, chcąc i tych na swoją wiarę nawrócić i był ubity Wojciech, biskup łaciński”.
    Życie i śmierć św. Wojciecha były ściśle powiązane z polityką Rzymu. Jego przydatność do służenia wierze dostrzeżono jeszcze w Magdeburgu: jego predyspozycje wrażliwego medium, skłonności do duchowych uniesień, wolę wypełnienia szczególnych misji. Był więc pod specjalną „opieką” biskupa Adalberta, który umiejętnie zaszczepiał w nim ideę posłannictwa Kościoła łacińskiego w Europie wschodniej. Kościół rzymski potrzebował kapłana pochodzenia słowiańskiego do krzewienia dogmatów łacińskich na ziemiach Słowian. Potrzebował też męczennika, wokół którego skupiałaby się uwaga pogan, zmusiła ich do modłów, ceremonii, ofiar, budowy świątyń, klasztorów, nadań materialnych. Z misją męczeńską wyruszył więc Wojciech do Prus, godnie uposażony przez księcia Bolesława. Najpierw do Gdańska, a potem na wschód; tam wkroczył w krainę wolnych ludów, zatwardziałych pogan, Bałtów. Wojciech postanowił, że albo tych pogan nawróci, albo też mężną śmiercią zginie. Nawykły do nachalnej ingerencji i narzucania swoich racji, wchodził między pogan we wsiach i miastach, przemawiając: „Poznajcie Pana Boga jedynego, a wybawicie dusze wasze z mocy piekielnej i czartowskiej; wierzcie w Jezusa, który świat odkupił, a chrzcijcie się na odpuszczenie grzechów waszych”. Dla pogan było jasne, że jest to człowiek chory, szalony, niespełna rozumu, pełen przy tym desperacji i determinacji. „Prusacy śmieli się, a słuchać nie chcąc, kazali im z ziemi wynijść, rozkazując pod utratą gardła i majętności, aby ich nikt do gospody nie przyjmował”. Wojciech, który prócz odpędzania, kpin i śmiechu większej reakcji u pogan nie widział, postanowił dopiec im do żywego, zadać ból, wymusić odwet, zemstę. Był na to tylko jeden sposób – zbezcześcić to, co dla nich najważniejsze: wbić krzyż w ich święty gaj, gdzie czerpali moc i spokój łącząc się z siłami natury. Wojciech wszedł w krąg, który był dla nich święty, bo w tym miejscu zbierali się, by wspierać się radą, podejmować wspólne decyzje. Biskup, zawodząc psalmy, wbił krzyż w ziemię, rozstawił przenośny ołtarz i zaczął odprawiać mszę w niezrozumiałym języku. Czy podobna sobie wyobrazić, że do katedry biskupiej Wojciecha bezkarnie wkraczają poganie i urządzają sobie śpiewaną biesiadę? Za taką profanację byliby „słusznie” zamordowani. Jednak męczennikami by nie zostali i czcią całych narodów nie nakazano by ich honorować. Wojciech wykrzykiwał swoje racje, wkraczając do nie swojej ziemi. Spokojnym ludziom narzucał boga, którego nie chcieli. Zbrukał ich ziemię. Dla Prusów był to czyn haniebny, karano go śmiercią.
    Świadkowie zdarzenia i wykonania wyroku: brat Wojciecha Radzim (późniejszy arcybiskup gnieźnieński many jako Gaudenty) oraz mnich Benedykt, czyli Bogusz – zostali przez Prusów puszczeni wolno, bo praw nie naruszyli i mieli zaświadczać o prawdzie zaszłych faktów. Niestety kronikarze spreparowali wersję oficjalną – kościelną, w której brak wypowiedzi naocznych świadków. Za to mnóstwo jest sprzecznych komentarzy, ocen. Nie ma nawet zgody co do miejsca męczeństwa Wojciecha. Jedni podają okolice miasta Romowe, inni – wsi Chobolin, kolejna wersja głosi, że Wojciech zginął gdzieś w Prusach, między Niemnem, i Wisłą a Bałtykiem. VI spółczesne źródła kościelne zaś wskazują na miejscowość Święty Gaj. A przecież niemożliwe jest, by nie zapisano dokładnie miejsca śmierci tak prominentnej osoby. Bolesław Chrobry wysłał posłów po ciało Wojciecha do Prus, gdzie i do kogo konkretnie nie wiadomo. Podobno żądali za jego ciało – jedni mówią złota, inni – srebra, jeszcze inni przebąkują coś o cudzie: „Ciało ono tak się lekkie na wagach stało, iż bardzo mało srebra ważyło”. A tak na- prawdę nic za ciało Wojciecha nie żądano, ale trzeba było jakoś wykazać cenność zwłok i poświęcenie Bolesława. W wersjach historycznych zawsze było dziewięćdziesiąt dziewięć procent zmyśleń, bo to tworzyło fundament wiary. Skutki tego wydarzenia okazały się ważne dla wielu: Bolesław Chrobry na śmierci Wojciecha zarobił koronę. Papiestwo wygrało batalię, powiększając imperium łacińskie o Słowiańszczyznę. Sam Wojciech zdobył upragniony tytuł świętego już w 999 roku, w dwa lata od swojej śmierci. Warto dodać, że kanonizowany był jako święty niemiecki i dopiero po rozwinięciu kultu na przełomie XII i XIII wieku został uznany za polskiego świętego. X wiek mimo formalnej inwazji chrześcijańskiej na teren środkowej Europy był nadal czasem zamkniętym dla formacji katolickiej. Aprobata władców polskich dla misji zakonów ingerujących w losy narodu przynosiła skąpe rezultaty. Krnąbrni Polanie nie chcieli ofiary krzyża. Zabijanie kogoś za przewiny innego było dla nich czymś tak niepojętym, że gotowi byli własnym życiem przeciwstawiać się pokrętnym kanonom wiary. Z ofiary krzyża i ludzkiego udręczenia jednak w Europie zachodniej już od dawna czerpano zyski. Walki, konflikty, intrygi wynosiły na trony lub kasowały dynastie. Rozrastały się posiadłości duchownych.
    Idea chrześcijańska stała się receptą na utrzymanie społeczeństw w posłuszeństwie, dawała władzę nad ciałem i myśleniem człowieka. System wiary pozwalał na grę ludzkim losem. Człowiek odcięty od wiedzy, czyli pewników swej egzystencji, za rzeczywiste musiał przyjmować to, co wyznaczał autorytet. Prawa naturalne, a w istocie racje silniejszego, bardziej przebiegłego, nie liczyły się z prawdą ani realiami. Stawiały na umiejętności manipulatorskie. Sprytni w ten sposób wymykali się ponad struktury krzyża i czerpali zyski z udręczenia wyznawców.
    Polska jako jedna z ostatnich w Europie ugięła się pod ciężarem mistyfikacji wiary.
    Dziś próżno by szukać rozsądku i mądrości, którą mieli przodkowie. Ekspansja państwa watykańskiego, której celem jest ponowne skucie europejskich krajów katolicyzmem, nie napotyka w Polsce przeszkód. Za- hipnotyzowani wiarą Polacy godzą się na hańbiące propozycje stolicy apostolskiej, dozwalają na ingerencje papieża w żywotne interesy narodu. Niczym stado baranów przypieczętowujemy w XX wieku największe paradoksy dziejowe: przystajemy na konkordat, glorię eucharystii, boską preambułę. Zachód wyrasta z prymatu chrześcijaństwa, Polska ożywia kolebkę męczeństwa. Obiektem szczególnej czci Polaków stał się święty Wojciech – na poły Czech, na poły Niemiec zamordowany tysiąc lat temu przez Prusów, narzucony narodowi polskiemu jako patron. Dziesięć wieków temu przydzielono Polsce obcego ofiarnika, by utwierdzać model męczeństwa wyrosły z mitu o śmierci Jezusa. Męczennicy żywym przykładem zaświadczali bezwzględne oddanie wszechmogącemu, utwierdzali pozycję okrutnego boga – którego za czyny przestępcze trzeba było jeszcze miłować. Wojciech – słowianożerca, jako zdrajca przepędzony z własnego kraju, jako naiwny przebieraniec wyśmiewany w krajach pogańskich Bałtów, na Litwie i Rusi, zajadły doktryner łacińskiego Kościoła – doczekał się czci i chwały jako specjalnie zasłużony dla Polski. Po co On nam? „Męczennik” jest niezwykle efektywnym programem politycznym. Gloryfikacja męczeństwa sprawia, że czyn taki jest godny naśladowania. Męczeństwo, cierpienie zostaje uznane za najwyższą wartość. Serię męczeńską rozpoczęto programem „Jezus”, co stało się kamieniem węgielnym do rozbudowy Kościoła na nowych terenach niedostępnych wcześniej dla sekty judaizmu – zwanej chrześcijaństwem. Każdy świeżo schrystianizowany naród musiał mieć swego patrona „męczennika”, jako wzór do naśladowania. Przyjęcie symbolu ofiary męczeńskiej jest wyznacznikiem sukcesu i wzrostu władzy Kościoła na zajętym terenie. Z programu „Jezus” wywiódł się scenariusz męczeński Wojciecha. Podobnie i teraz kościół kreuje męczeńskie postawy. Tak podprowadzono ks. J. Popiełuszkę do męczeństwa. Dzięki jego śmierci miało odrodzić się chrześcijaństwo polskie XX wieku.
    Wojciech rozpoczynający tysiąc lat temu męczeńską krucjatę w krajach słowiańskich i dziś ma symbolizować akceptację zniewalania narodów i władców. Miał przywieść do stóp papieża i arcybiskupa gnieźnieńskiego prezydentów Czech, Niemiec, Słowacji, Węgier i Polski. Wielki show przebierańców w Gnieźnie w dniu 3 VI 1997 roku z udziałem głów pięciu państw miał być powtórzeniem bardzo intratnego dla Kościoła spotkania, jakie odbyło się w roku 1000 z okazji pielgrzymki Ottona do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie. Ubito wtedy wiele interesów. Bolesław Chrobry otrzymał gwóźdź z krzyża Jezusowego i kopię włóczni św. Maurycego, Otton zaś ramię św. Wojciecha. Zawiązano wiele intryg politycznych, Bolesława Chrobrego podporządkowano wówczas ostatecznie Kościołowi rzymskokatolickiemu. Zaproszenie polskiego prezydenta w towarzystwie prezydentów Czech, Słowacji, Węgier, Niemiec było zaplanowanym i świadomym afrontem politycznym wobec Polski, miało poniżyć bezwyznaniowego prezydenta i tę część narodu, która wybrała jego program. To rzucenie go na kolana przed pośrednikami boga w uroczystej atmosferze czczenia zabobonu.
    Hierarchowie stosują różne strategie i naciski, by wymusić na prezydencie Kwaśniewskim uległość w kwestii stosunków Kościół-państwo- naród. Wizyta prezydenta-Polaka u papieża-Polaka, na którą głowie państwa przyszło długo czekać, zaowocowała kompromisem, poddaniem się woli Kościoła. Historii Polski nieodłącznie towarzyszy kompromis przywódców wobec stolicy apostolskiej, skutkiem tego są stale trwonione siły, energie myślącej części narodu. Wszystko, co najlepsze, zaprzedawane jest nigdy nie nasyconej bestii, która oczekuje wciąż nowych ofiar, przede wszystkim w postaci energii, emocji i myśli ludzkiej. Takie ofiary są daleko cenniejsze od darów materialnych. Escriva de Balaguer, założyciel Opus Dei, najprężniejszej sekty wyrosłej z łona Kościoła, zrzeszającej miłośników władzy, nauczał, że kompromis jest brakiem zasad, a ludźmi kompromisu pogardzał nazywając ich tchórzami -ci, którzy nie podejmują walki, są niegodni uwagi, „gdyż czują się pokonani, zanim zaczęli”. Kościół prowadzony coraz jawniej przez Opus Dei lekceważy ludzi kompromisu, czego nie może zrozumieć polski prezydent, przekonany, że ustępstwami zaskarbi sobie względy i zasłuży na aprobatę hierarchii kościelnej. Takim myśleniem własny naród zapędza do katolickiej owczarni.
    Przybycie polskiego prezydenta do Gniezna to spełnienie marzeń Episkopatu.
    To cyniczne upokorzenie myślącej – niewierzącej części narodu. Zaś za zwycięstwem kościelnej woli pójdą czyny sług bożych, którzy nie uznają kompromisów. Próżno by czekać gestów miłosierdzia. Hierarchia kościelna nie czyniła ich nigdy.
    Dlaczego ludzie boją się dowiedzieć, co kryje się za tabu św. Wojciecha? Dlaczego nie chcą zerwać zasłony fałszu i odkryć faktów? Na celebrację ofiary męczeństwa przystają mali i wielcy, historycy, politycy, psychologowie – nie chcąc wiedzieć, co niesie takie przyzwolenie: „święty” to określony typ wzoru osobowego. Hierarchia katolicka wie doskonale, jakie jest energetyczne oddziaływanie wzorców. Model zachowań, cech charakteru, reakcji, lęków, fobii „świętego” może żyć i odwzorowywać się w społeczeństwach lub narodach pod warunkiem, że jest uroczyście celebrowany. Parady służą do skupiania puli energii, którą zasila się sztucznie utrzymywany model zachowań, np. fanatyzm, apodyktyczność, neurastenię. W relacji zwrotnej wyznawcy przyjmują w siebie system myślowy, emocjonalny, wszystkie skrzywienia charakterologiczne męczennika. Manipulacja energiami daje władzę, toteż Kościół jest naczelnym orędownikiem nieistnienia energii. W przeszłych wiekach „odkrywcy” anty- materii płonęli na stosie. Uznanie św. Wojciecha za patrona Polski przyzwoliło na ingerencję Kościoła w życie jednostki, akceptację fanatyzmu, brutalnej nietolerancji, nakazano wiarę w kłamstwa autorytetów, doprowadziło do apoteozy życia uwieńczonego ofiarą za „sprawę”, a przede wszystkim stworzyło instytucję słowiańskiego woja. Św. Wojciech w rzeczywistości jest patronem walki władzy duchowej ze świecką i niezgody narodowej. Był klinem wbitym w naród polski. Ostatnim klinem dobijającym ten naród jest Wojtyła.

    Czytając wnikliwie żywoty świętych w kontekście wydarzeń historycznych można prześledzić zawiłe meandry polityki kościelnej, wdzierającej się w życie narodu i indywidualnego człowieka. Narzucona wiara zawsze upośledzała myślenie człowieka, degenerowała go, ogłupiała całe narody. Świętych mamy tysiące, bo tysiące intencji zniewalania ma rządząca hierarchia. Święci – patroni państwowi służą do utrzymywania narodów stale w tych samych podstawowych błędach, słabościach. Wzory : osobowe odciskają moralne piętno, wymuszają zgodę np. na łamanie praw człowieka. Asceta pod presją „memento mori” oddawał cały swój majątek na rzecz Kościoła, żył w ubóstwie, umartwieniu, posłuszeństwie kapłanom. Hasło szeroko pojętej ascezy masowo przerabiało normalnych ludzi w neurotyków, fanatyków, zboczeńców. Propaganda kościelna wymodelowała też ideał rycerza chrystusowego, wojownika mordującego w imię wiary wszystko, co pogańskie. Rezultatem tej propagandy były wojny z Maurami, wyprawy krzyżowe, zbrodnicza działalność zakonu Kawalerów Mieczowych Najświętszej Marii Panny, wyżynanie Słowian, Indian, ludności tubylczej terytoriów, które rycerz zajmował dla swego boga. To również nie kończące się wal- ki bratobójcze, wojny domowe. Śmierć za wiarę stała się ofiarą najmilszą bogu. Czy nie pora, by wreszcie zastanowić się kim jest ten, który nazwał się bogiem? Po co bogu tyle krwi i trupów? Komu i do czego potrzebne są sfanatyzowane, psychicznie pokręcone baranki boże? Odpowiedź uznajemy za tabu. Szanujemy tajemnicę bożą, mimo że z tej tajemnicy, jak z puszki Pandory, wylazły wszystkie nieszczęścia Ziemian, a dotykają nas osobiście po dziś dzień. Odważmy się wreszcie postawić naiwne pytanie. Skoro tak szlachetne ideały wpajają religie, dlaczego tak chore są nasze społeczeństwa?
    Światowy Kongres Eucharystyczny, uroczystości męczeńskiej śmierci Wojciecha, pielgrzymka papieża w 1997 roku miały być wyrazem triumfu chrześcijaństwa (krzyża) w Polsce, tym chełpi się hierarchia. Dla zwyczajnego Polaka to dowód, że wreszcie po tysiącletnich zmaganiach udało się zapanować nad myśleniem Polaków. Centrum Europy, które najdłużej broniło swojej bezwyznaniowej tożsamości, dziś jest ofiarą składaną stolicy apostolskiej przez papieża-Polaka. Ten nie waha się poświęcić własnego narodu. Gdyby to się udało, byłby to największy łup Watykanu w historii chrześcijaństwa. Odebranie tożsamości narodowej Polaków na rzecz uczynienia społeczeństwa katolickiego – to zabezpieczenie interesów obcego państwa, to przejście w lenno stolicy papieskiej. Przez całe wieki dbano, by Polska nie wychodziła ze struktury cierpienia, by na co dzień była uwikłana w intrygi, skłócona ze wszystkimi sąsiadami. By wreszcie udręczona do końca zaparła się siebie, własnego rozumu, mądrości, wiedzy i padła na kolana przed mitem zniewolenia, doktryną, która człowiekowi nie pozostawia miejsca na myślenie i własne wnioski.
    I tak jak feniks – z popiołów powstanie na zgliszczach świata, co sam się do rozpadu doprowadził. Ze zgliszcz wyłoni się nowe. Wydobyte i wytopione zostanie ze starych form, co choć są już zmurszałe, zatrzymują w sobie drobiny do całości dzieła niezwykle potrzebne. A każdy różne nowego niesie ilości. W momencie powołania do zaistnienia, który już był i jest, i będzie, zostanie pewien blask z Ziemi – co znaczy: „gotowość”. Rozpocznie się wszystkiego niewyobrażalna wprost wrzawa. A uczynią to ludzie. I nadejdzie sąd. A każdy sam sobie sędzią i katem będzie. Wszystkie rachunki wyrównane zostaną i nic w tym strasznego nie ma. Takie bowiem jest prawo, choć te dni dniami strachu coraz większego będą.
    Rzecz cała od rodu słowiańskiego zacząć się powinna. Są bowiem – bo być muszą – ludzie, którzy przygotowani będą. Oni w sobie słowo niosą, które rozpoczyna wszystko na nowo. Zabrzmi Ono, gdy wszelkie elementy scalą się w jedno. Dlatego też szarpać będzie ludzi okrutnie – to, co w nich jak perły, ciągnąć ich ku nowemu zacznie. Stare, choć coraz słabsze, w drugą stronę zaś wieść będzie. Ci, co nie zechcą ku całości dążyć, samoczynnie się oderwą. A dziury w ich ciałach tak ogromne powstaną, że schodzić będą.
    Z Polski rzecz cała musi wypłynąć, a praca czeka ogromna tych, których do niej przeznaczono. Są oni dla ludzi kierunkiem i drogowskazem. Do nich lgnąć będą choćby i na moment. Przez nich jak przez bramę docierać będą do całości, gdy wszyscy skierują się ku jedności. Dla wielu niewidzialne będzie to zjawisko, bo Całość bez bogactw materialnych będzie się tworzyła. Gromadzić z ludzi to, co czyste jest, żadną skazą ni kłamstwem nie naruszone. Tak jak ognie wśród ciemności, światło spójnych praw jasne i czyste widocznym stawać się będzie i zawezwie prawych. Nic, co potrzebne, nie może zostać zapomniane ani poniechane. Wszystko zmierza teraz do jedności, która jest niepodzielna. Ogarnia wszystko. Niewidoczna czas jakiś, przenikała wszystko i była zawsze obecna – teraz zaś budzi się jako nowa siła. Zawiera ona dorobek wszystkich istot, a ostatni jej ziemski aspekt właśnie dołącza do Całości.
    Wiekami odciągano myśl człowieka od człowieka, kierując ją na boga. Istota ludzka miała zapomnieć, że tylko w porozumieniu z drugą istotą ludzką dochodzi do całościowego rozwoju człowieka. Ale nie masz w całym Wszechświecie nikogo, kto mógłby być pierwszy przed człowiekiem. I nie masz nic ważniejszego dla człowieka niż drugi człowiek, który wskazówką, książką życia jest.
    Czas teraz taki, że nie pomogą kapłańskie zapory. Jeśliś kiedykolwiek pracował dla zgody z prawami, masz tę prawdę w sobie. Sama wypłynie z ciebie i rozumienie faktów trudnych do rozpoznania przyniesie. Bo czas rozliczenia pozoru i fałszu, uprawianego przez wieki na Ziemi, już przyszedł, a żadna jednostka przed nim nie umknie. Przez tych, co zdolni są, by owego ducha wszechrzeczy przejawiać- będzie się moc wielka pokazywać, nigdy nie znana wcześniej. Przyjście Nowego zapowiedziane było wielokrotnie, ale słowom prostym zawiły sens nadano i obrócono zapowiedź w groźbę, by fakty mogły być przeinaczane. Wszystkie stare słowa jednak są martwe wobec słowa nowego, a zabrzmi ono, gdy wszystkie elementy stare zdatne do nowego przez bramę przepłyną i stopią się w całość. Nowe słowo wtedy wybrzmi i nie z ust ono padnie, a właśnie zabrzmi mocą przeogromną. Dźwięk jego jak fala się rozejdzie, by poruszyć nowe tryby życia.
    Jakbyś kamień w wodę rzucił, który kręgi tworzy i rozprzestrzenia, tak też nowy duch ogarniać pocznie wszystko. A słowa i ludzie, co częściami tego ducha wypełnieni będą, sobą Nowe poniosą. Bo oni są słowa przejawem. Słowem zaś żywym tylko takie, które w sobie ma moc zdolną pustkę wypełnić. Zadanie to Słowianom jest przeznaczone, między nimi światła najwięcej. Tam też w pierwszym momencie wszystko się zacznie. Stamtąd rozprzestrzeni się na świat cały przyzwanie dla wszystkich, co jak w śnie lunatycznym zamknięci są, by otworzyli oczy. A tego ci, co władzę sprawują, boją się najbardziej i myślą w naiwności i próżności swej głupi, że bieg i porządek rzeczy uda im się odwrócić. Nikt jednak władzy nie ma, aby zmienić to, co już jest dawno rozpoczęte. Żadna istota takiej siły nie ma. Ani jej nawet sobie wyobrazić nie umie. Nigdy wcześniej rzecz taka nie miała miejsca.
    Dla tych, którzy się prawdy boją, będzie strachem. Dla tych, co i poszukują – drogowskazem. Wielu nie zdoła znieść widoku siebie. Lustrem staną się oczy drugiego człowieka. Nikt śmierci nieść nie będzie ani też pożogi. Bez katów i mścicieli rzecz się rozliczy. Prawa, co tak stare, że najstarsze, przypominane będą.
    I tylko ci, co wedle nich żyć potrafią, zostaną. Wszelkie istnienie kiedyś z jednego wywiedzione spójną całością zacznie się czynić. I wzrastać zacznie nowy świat, w którym nic, co w poprzednim było, nie może zaistnieć. Między ludźmi granic żadnych nie będzie, a każdy na swoją miarę wszystko otrzyma. By jednak zaistnieć w czasie i miejscu tym – wpierw trzeba sen przerwać i ułudę i kłamstwo, co mocno okowami świat cały spowija.
    Odsłonić to, co zasłonięte przed oczyma i uszami.
    Anna Mielnik.

    Polubienie

  11. chor.orsz Całkiem słuszny „tasiemiec”. Specjalna dedykacja dla @Mieczysław S. Kazimierzak.Przeczytać warto, a może i „cos’ utkwi w pamięci, „ku pamięci”.

    Polubienie

  12. Świetny tekst, choć „tasiemiec” jak na portal elektroniczny, samonarzucający czytanie tylko krótkich tekstów. Ciekawym, kto go napisał. Czy nie Waldemar Pastuszko? Dlatego, by wypunktować o co autorowi (autorce?) chodzi, powtarzam maksymalnie skróconą wersję „chrześcijańskiej ideologii rozboju w imię krzyża” zawartą w 1 Liście świętego Piotra, a przypomnianą przeze mnie w komentarzu do „Żyd „mocno” przeciw żydom”:

    PRZEZ UMĘCZENIE PRAWDOMÓWNEGO I NIEWINNEGO
    OTRZYMUJE SIĘ ZBAWIENIE KŁAMCY I ZŁODZIEJA PLUGAWEGO,

    Oto odpowiedni fragment z 1 Listu św. Piotra, rozdział 2:

    ” Bądźcie poddani każdej ludzkiej zwierzchności (a zwłaszcza tej pochodzącej z Syjonu) ze względu na Pana: czy to królowi jako mającemu władzę, 14 czy to namiestnikom jako przez niego posłanym celem karania złoczyńców, udzielania zaś pochwały tym, którzy dobrze czynią. 15 Taka bowiem jest wola Boża, abyście przez dobre uczynki zmusili do milczenia niewiedzę ludzi głupich. 16 Jak ludzie wolni [postępujcie],… jak niewolnicy Boga. 17 Wszystkich szanujcie, braci miłujcie, Boga (wam na Syjonie ustanowionego) się bójcie, czcijcie króla (Izraela Narodu Wybranego)!,

    18 Niewolnicy! Z całą bojaźnią bądźcie poddani panom nie tylko dobrym i łagodnym, ale również surowym. 19 To się bowiem podoba [Bogu], jeżeli ktoś ze względu na sumienie [uległe] Bogu znosi smutki i cierpi niesprawiedliwie. … Chrystus przecież również cierpiał za was i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami. 22 On grzechu nie popełnił, a w Jego ustach nie było podstępu. 23 On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie. 24 On sam, w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy przestali być uczestnikami grzechów, a żyli dla sprawiedliwości – Krwią Jego ran zostaliście uzdrowieni. 25 Błądziliście bowiem jak owce, ale teraz nawróciliście się do Pasterza i Stróża dusz waszych.”

    (A zatem, zgodnie a Wolą Bożą, ludzie nieopatrznie niewinni i prawdomówni mają się już cieszyć na Krzyż Pański, który ich Prawnie i Sprawiedliwie oczekuje)

    Amen

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s