Miecz króla Jana odcinek 2


Sokolnicki zsiadł z konia i trzymając się za bok, wszedł do swego dworu. Przeszedł parę izb i zatrzymał w sypialnej. Położył się na szerokim łożu i przymknął oczy. Leżał nieruchomo z bolesnym skrzywieniem twarzy. Do izby weszła niemłoda już kobieta, spojrzała na leżącego.

– Przyniosę wody i czystych szmat na opatrunek – rzekła widząc rannego i bez pośpiechu wyszła z izby.

– I wódki – dodał prędko w ślad za wychodzącą.

Po chwili kobieta wróciła w towarzystwie drugiej, znacznie młodszej i zaraz zabrały się do rozbierania, mycia i bandażowania rany. Pan Sokolnicki wypił większą część flaszki, resztę wylał na obmytą dopiero, co ranę.

– No, pozbyłem się ich obu – westchnął z ulgą – i młodego i starego. Obu psich synów.

– Toć i młody nie żyje? – zapytała młodsza kobieta.

– Pies go dopadł i poranił. Jeśli schronił się w swej budzie, to spalił się razem z nią. Jeśli został w lesie, to wilki go znajdą, a im się nie obroni. Tak czy owak po nim.

– Szkoda takiego młodego, na męża by mi się nadał – westchnęła spuszczając w dół głowę.

– Za innymi się oglądał na ciebie nie patrzył.

– Nie dałabym mu się na inne oglądać.

Kobiety skończyły opatrywanie i wyszły. Młodsza pokręciła się po kuchni i ukradkiem prześlizgnęła do pokoju Marysi Sokolnickiej. Obie popatrzały na siebie przez chwilę.

– Żyje czy nie? – zapytała Marysia pełna najgorszych obaw.

– Może żyje, ale poraniony. A może spalił się we dworze. Nie wiadomo. I twój ojciec także ranny, w biodro, od kuli, chociaż nie groźnie, bo tylko trochę skóra i ciało poszarpane. Teraz z łóżka się nie ruszy. Ale co z Jankiem, nic nie wiadomo, może włóczy się gdzieś w pobliżu spalonego dworu. Ale jest przez psa pogryziony, to wiem na pewno. Potrzebuje bandażu, jeśli krwawi.

– Zaniosę mu go – zdecydowała Marysia.

– Sama, po nocy przez las?

– Pójdziesz ze mną?

– Konie trzeba wziąć i samopały.

Marysia popatrzyła zdziwiona na starszą od siebie dziewczynę, ale nic nie powiedziała. Zaskakiwała ją śmiałość służebnej dziewczyny. Lubiła ją za wesołe i szczere usposobienie, za oddanie i przywiązanie do swojej osoby.

– To, co Marysiu, weźmiemy konie i samopały? – uśmiechnęła się mrużąc porozumiewawczo jedno oko.

– Weź Misiu, ale tak, aby nikt się nawet nie domyślił.

Dziewczyna wymknęła się cicho z izby. Długo nie wracała. Wszystko cichło. Księżyc czasem ukazywał się spoza chmur, to znowu krył się za mknącymi po niebie obłokami. W mroku, jaki zapadał z jego zniknięciem podrywał się wiatr i targał konarami starych dębów rosnących wokół dworu.

Marysia wyglądała przez niewielkie okienko i noc budziła w niej coraz większy lęk. Drgnęła, gdy usłyszała za sobą znajomy głos Misi.

– Już jestem. Chodźmy. Wszyscy śpią. Konie przywiązałam za stajnią do drzewa.

Wyszły cicho ze dworu. Misia prowadziła nie oglądając się za siebie, w ręku trzymała spore zawiniątko.

– Co tam Misiu niesiesz? – zapytała Marysia.

– Płótno na opatrunek, chleb, wędzony boczek, kiełbasę. Pewnie on pokaleczony i głodny. Co jutro będzie jadł? Bo to, że dziś wieczerzy nie miał to pewne. A jak nas wilki pogonią to rzucimy im kiełbasę, a same z powrotem.

– Dobrze, że o tym pamiętała – pomyślała Marysia. Kocham mego Janka. A to, że może być głodny nie przyszło mi do głowy. A gdzie będzie spać?

Zmartwiła się i żal ścisnął jej serce.

Dosiadły koni i ruszył w mrok. Gdy wjechały w zarośniętą leśną dróżkę, zrobiło się jeszcze ciemniej. Konie zwolniły. Czuć było snujący się po lesie dym.

Nie za długo dojechały do zgliszcz spalonego dworu. Głownie żarzyły się jeszcze w podmuchach coraz silniejszego wiatru, jakby rozpalając się na nowo.

Wydało się, że cień jakiś umknął przed nimi w las.

– Co to było? – zapytała Marysia z niemałym lękiem macając przy siodle za samopałem.

– Może wilk, zwierz jakiś, albo człowiek – odparła Misia cicho. – popatrz, coś leży na ziemi.

Księżyc, który do tej pory ledwie wychylał się zza chmur, teraz zaświecił całym swym blaskiem.

– To Janek albo pan Mleszkowski – krzyknęła Marysia.

Obie zsunęły się z koni i zbliżyły do leżącej na ziemi postaci.

Nagłe w mroku, jaki panował pod drzewami coś zaszeleściło, poruszyło się. Marysi wyrwał się z ust krzyk przerażenia, Misi zabrakło powietrza w piersiach a serce jakby przestało bić.

Cień poruszał się powoli, niezgrabnie jakby ociężale do przodu, kierując się prosto na nie. Aż wyszedł z mroku i wstąpił w światło księżyca.

– Janek, to Janek – krzyknęła Marysia.

– Boże, jak mnie on przestraszył.

– I mnie – dodała z prawdziwą ulgą Misia.

Janek stał zdziwiony i przyglądał się obu dziewczynom.

– Co tu robicie w środku nocy? Zapytał.

– Wiem, że jesteś ranny – powiedziała Marysia – Przyszłyśmy cię opatrzyć. Zobaczyć czy w ogóle żyjesz.

– Mój ojciec nie żyje – odparł – mnie pies jedynie nogę poszarpał. Może się w wilkołaka zmienię. Stara Koziutka, która z nami mieszkała, zna czary, zna zioła, ale z płonącego dworu wybiegła w las i pewnie szybko nie wróci. Twój ojciec to uczynił. A ty myślałaś, że będę mógł stanąć przed nim i prosić…

– Wiem, że nie twoja to wina – dodał po chwili – może raczej moja, że taki biedak herbowy ze mnie.

Janek usiadł na ziemi i podwinął nogawkę. Misia wyjęła chleb, boczek i kiełbasę i podała mu. Jadł bez apetytu, chociaż był głodny, a dziewczyna w tym czasie owijała mu nogę płóciennymi bandażami.

– Co teraz zrobisz Janku? – zapytała Marysia.

Chmury znów zakryły księżyc i nie widziała w mroku jego twarzy.

– Mam listy do pana hetmana i do chorążego chorągwi królewskiej, w których ojciec poleca mnie w opiece. Więc pojadę tam gdzie chorągiew królewska, pewnie do Warszawy. Tu nie zostanę, wszystko się spaliło, jedynie pusta drewutnia została. Konia tam można postawić, ale samemu mieszkać nie, bo ściany ledwie z żerdzi i gałęzi. Mścić się nie zamierzam. Pojadę, może mi się życie na lepsze odmieni, choć i tu złe nie było.

– Zapomnisz o mnie? – zapytała Marysia

– Nie. Nie zapomnę. Będę o tobie pamiętał. Chociaż nic ci z takiej pamięci.

Powiało parę razy silniej. Zaczął padać deszcz. Schronili się pod drzewa.

– Nie możemy tu stać całą noc – wtrąciła się Misia – przemokniemy. Najlepiej będzie, jeśli wrócimy.

– A Janek? – zapytała zrozpaczona Marysia.

– Niech jedzie z nami. Ukryjemy go nad stajnią, tam jest dużo siana, zagrzebie się w nie i wyśpi. Pan Sokolnicki z raną z łóżka się nie podniesie.

– Pojadę z wami – zgodził się Janek – ale najpierw muszę pochować ojca.

– Rozważałem gdzie grób mam kopać, abym miejsce to zawsze znalazł. I pomyślałem sobie, że tuż przed kominem. Dworu nie odbuduję, a na kominie odlany z żelaza krzyż, do którego zawsze się modlił. Teraz będzie nad jego grobem.

Znalazł starą, pordzewiała łopatę, którą zazwyczaj kopał w ogrodzie razem z Koziutką i zabrał się do pracy. Deszcz znowu zaczął padać, więc spieszył się. Obie dziewczyny stały pod drzewem i mokły. Błysnęło i wkrótce rozległ się grzmot. Deszcz był coraz bardziej rzęsisty i zimny, ale nie czuł tego. Glina lepiła się do łopaty a dół wypełniał wodą. Pracował łopatą coraz szybciej, aż pot razem ze strugami deszczu spływał mu z pleców. Parował jak koń po długim biegu. Gdy skończył, uniósł ojca na ręce i złożył przy grobie.

Spuszczał ciało ostrożnie w dół poczynając od nóg i w świetle błyskawicy zobaczył jak zanurza się w wodzie i gliniastym błocie wypełniającym szybko wykopany dół.

– Tak chowam swego ojca – pomyślał, a wielki ból wypełnił mu serce.

Stał nad grobem z nisko pochyloną głową. Łzy spadały z jego oczu na ziemię i ściekały do grobu

– Boże, mój Boże – modlił się w duchu – weź mego ojca do siebie do nieba. Wybacz mu wszystkie winy i niech pozostanie tam przy tobie na wieki.

Modlił się tak, a łzy wciąż spływały mu po twarzy.

Misia podeszła z boku i wyjęła mu z rąk łopatę. Zaczęła zasypywać grób. Marysia stanęła przy nim i wzięła jego dłoń w swoje ręce. Zawsze uważała go niemal za dorosłego mężczyznę, a teraz czuła się jakby trzymała za rękę młodszego brata. Brata, którego jest jej bardzo żal i którego bardzo kocha.

Zmówili wszyscy razem krótką modlitwę za duszę zmarłego. Marysia i Misia siadły na jednego konia, a Janek na drugiego i ruszyli do dworu Sokolnickiego.

Grzmoty i błyskawice płoszyły konie. Wiatr i deszcz zacinały po plecach. Dziewczyny tuliły się jedna do drugiej dygocąc z zimna. Janek, który mocno zgrzał się podczas kopania, teraz ostygł i strumienie zimnego, tnącego deszczu zaczęły przyprawiać go o dreszcze. Był mokry od stóp do głów.

Dopiero gdy dotarli do dworu, burza ustała. Wprowadzili konie do stajni. Misia po ciemku zmacała drabinę i kazała Jankowi wspiąć się na górę i zagrzebać w sianie. Sama pobiegła z Marysią do domu. Kazała jej się zaraz rozbierać i kłaść do łóżka. W kuchni wstawiła gąsiorek wina do piekarnika, rzuciła z siebie mokrą odzież i nałożyła suchą. Gdy wino się zagrzało, nalała pełen kubek i wypiła ze smakiem. Nalała drugi i pobiegła z nim do Marysi.

– Wypij wszystko – powiedziała – nagrzałam ci wina abyś się nie przeziębiła.

Gdy zobaczyła ze pije wróciła do kuchni. Znów wyjęła z piekarnika gąsiorek z winem, zawinęła w ciepłą wełnianą chustę, dodała flaszkę gorzałki i zwinęła dwa grube pledy do okrycia. Obciążona w taki sposób poszła do stajni.

Umyślnie nie wspominała Marysi, że Janek też musi mieć suche i ciepłe posłanie. Że nie może pozostać zziębnięty i przemoczony przez całą noc. Nie wspominała, ale tylko, dlatego aby nie tracić czasu, było późno i trzeba było to wszystko załatwić i iść spać. Weszła po drabinie na górę.

– Gdzie jesteś? – zapytała cicho.

– Tutaj – szczęknął zębami. Nie był wcale pewny, która z dziewcząt się zjawiła.

– Zdejmij mokre łachy i zawiń się w koce.

Ściągając z siebie przemoczone ubranie dygotał cały, zęby mu szczękały, dostawał dreszczy.

– Wiedziałam, że tak będzie.

– Co będzie? – zapytał.

– To twoje szczękanie zębami.

Tak jak mógł po ciemku rozłożył jeden koc, położył się na nim i przykrył drugim.

– Janku, trzeba cię nasmarować wódką, abyś się nie rozchorował.

Czuł to i bez jej słów że zapada w chorobę.

Po omacku zmacała jego piersi odsunęła z nich koc i wylała na nie nieco alkoholu Zadygotał cały od zimnego płynu. Szybko roztarła go dłońmi, polała znowu i znów nacierała ciało z całej siły.

– Misia, co ty wyrabiasz? – syknął po dłuższej chwili mocno speszony, pewny już, że to nie Marysia tak go masuje.

– Cały zmokłeś, więc całego muszę natrzeć, to jedyny sposób, jaki znam. Na leżenie w łóżku, gorączkowanie, picie ziółek, pan Sokolnicki nie da ci czasu, a widzę ze cały dygocesz.

– Zgrzałem się a później ten zimny wiatr i deszcz.

– Nie martw się Janku, przyniosłam grzanego wina. To cię rozgrzeje.

– A jeśli i wino nie pomoże to chyba tylko… – tu Misia zamilkła.

Janek wziął podany gąsiorek i wypił kilka sporych łyków gorącego napoju.

Dopiero teraz poczuł, że mu cieplej.

Boże mój, Misiu źle by było mi bez ciebie – i miał tu na myśli swą mokrą odzież. Ale ona zrozumiała to tak, jak by zrozumiała to każda inna dziewczyna, której podoba się chłopak.

– Teraz będzie ci cieplutko, i dodrze jak w niebie – wyszeptała cicho i wsunęła się naga pod koc.

Biło od niej żarem. Rozgrzana ciągłym ruchem, winem i duchową podnietą, była jak gorący piec Przywarła do niego całym ciałem i sam zauważył, że minęły mu dreszcze, a z każdą chwilą robi mu się coraz cieplej. Duchowy niepokój Misi udzielił mu się podświadomie. Całe życie mieszkał na odludziu, częściej widywał dzikie zwierzęta niż ludzi.

Jedyną kobietę, jaką znał była Koziutka, która go wychowywała. Inne podpatrywał na polu przy pracy, sam będąc ukryty na skraju lasu. Podpatrywał przy zbieraniu chrustu, lub grzybów. Kilka razy w rzece podczas kąpieli, co podobało mu się najbardziej. Podkradał się wtedy jak najbliżej, a że rzeka była tylko w niektórych miejscach głęboka, więc mógł do syta napatrzeć się na nagie, ale niemłode już niewiasty. Niskie, krępe i grube, z dużymi brzuchami i obwisłymi piersiami, nie mogły wzbudzić w nim ani zainteresowania ani tym bardziej pożądania. Pociągały go kobiety piękne, rasowe, bogate i głupie, ale skore do figlów i rycerskich pieszczot. Takie, o których słyszał w opowiadaniach i wspomnieniach ojca. One musiały kochać, ale ich kochać nie trzeba było. Wystarczyło je ujeżdżać jak najlepsze klacze. Tak samo przyjemnie było poklepać koński zad jak i niewieści. Pociągały takie, jakie w wyobraźni namalował mu jego ojciec.

I choć nigdy ich nie widział, nie wątpił, że takie są, żyją, chodzą po świecie i bez trudu można je spotkać. Wystarczy tylko opuścić dom i ruszyć w świat. I dawno by to zrobił, gdyby nie wstydził się swej zniszczonej odzieży, podartych butów, pustej sakiewki. Wszak wiedział, że w każdej karczmie, za miskę zupy i nocleg, choćby w stodole na sianie, trzeba płacić.

A przecież nie mógł ani kraść ani żebrać, ani najmować się do pracy jako parobek. Czekał, więc, aż ojciec zdecyduje się go odpowiednio wyposażyć i wyprawić. Wierzył, że ojciec ma coś w zanadrzu z licznych wojen i wypraw. Uczył go ojciec sztuki żołnierskiej od najmłodszych lat, władania wszelką bronią, szabla, łukiem, oszczepem, konno i pieszo. A wieczorami bajał historie prawdziwe i zmyślone. Uczył pisać i czytać, gadać po niemiecku i tak jak w państwie carów moskiewskich rozchoworzą. Tak im dni miesiące i lata mijały. Aż chłopak wyrósł tak, że ojca o głowę prawie przerósł. Sam już z lasu upolowaną sarnę, dzika, lub wilczą skórę przynosił, dropie i małe kuropatwy, które z łuku celnie strzelał.

Myszkując któregoś dnia na pograniczu lasu i włości sąsiednich spostrzegł postać jakąś dziewczęcą, która mu tylko na krótko pomiędzy drzewami się pokazała. Poszedł w tamto miejsce, ale że było oddalone, nim się tam dostał dziewczyny już nie było. I znów ją zobaczył w oddaleniu jak szła do dworu. Stał w dorodnym maliniaku, rozglądając się dookoła, bez trudu spostrzegł podeptaną trawę, gdzie niegdzie upuszczoną malinę. Ślady jakie pozostawiła po sobie. Nie spotkał jej teraz, ale dnia następnego czkał cierpliwie w ukryciu, aż się zjawiła. Zajęta zbieraniem malin dała się podejść. Stanął trzy kroki za nią i czekał kiedy obróci się na tyle, aby go spostrzec. Obróciła się cała w jego stronę, ale pochylając lekko głowę dalej go nie widziała.

Musiała jednak poczuć na sobie jego wzrok, gdyż odruchowo unosząc głowę spojrzała mu prosto w oczy. Spłoszyła się tym spotkaniem, a on zmieszał. I stali tak przez chwile w milczeniu.

– Chciałem spytać – zająknął się i zmieszał jeszcze bardziej – czy i ja mógłbym urwać trochę malin?

To pytanie takie grzeczne, przygotował sobie zawczasu, ale nie przewidział, że jej spojrzenie tak zmąci mu umysł. Poczuł, że wypadł śmiesznie i aż poczerwieniał ze wstydu. Ona najpierw zaskoczona nagłym pojawieniem się obcego, teraz widząc jak na twarzy pojawiają mu się rumieńce, zgadła ich przyczynę i uśmiechnęła się radośnie. Na dłoni miała kilka zerwanych malin. Wyciągnęła tę dłoń do niego.

Widząc jej uśmiech i wyciągniętą dłoń, ochłonął od razu. Wróciła mu wrodzona odwaga. Zbliżył się do dziewczyny i lewą ręką ujął jej dłoń, prawą sięgnął po maliny. Były duże dojrzałe, łatwo można było je rozgnieść. Zawahał się przez chwilę. Uniósł jej dłoń do ust i wyjadł wszystkie maliny, a później spróbował jeszcze uchwycić zębami poduszeczki jej palców. Teraz ona zmieszała się na taką zuchwałość.

– Nigdy nie jadłem tak dobrych malin, tak szczerze ofiarowanych – spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się, a ona raptem poczuła się szczęśliwa.

Tak poznał Marysię. Ciągnęło go do niej, ale widząc jej młody wiek i swoje o kobietach mniemanie, miał ją za obiekt do miłej rozmowy, obiekt do przytulania i całowania, do zabawy wreszcie, a nie do miłości, która by go zniewoliła.

Gdyby tam w maliniaku spotkał był najpierw Misię, Misię stawiałby na pierwszym miejscu. Kochałby nawet, bo sprytna dziewczyna obdarzona nie lichą urodą szybko by nim zawładnęła. Misia była starsza, bardziej rozwinięta, miała już swoje doświadczenie. Umiałaby wzbudzić pożądanie, co często nieci miłość w tych, którzy nigdy poprzednio nie kochali. Sokolnicki trzymał Misię we dworze, a to po to, aby trzymać ją z dała od chamskich zalotów młodych i starych parobków. Sam miał wielką na nią ochotę. Żył jak mąż z żoną z inną kobietą, ale myślał, gdy córka podrośnie i wyda ją za mąż a ten zabierze ją z domu, wziąć Misię sobie za żonę. Ze zdaniem Misi nie musiał się liczyć, był jej panem. Wolał młodą dorodną i urodziwą chłopkę niż stare i brzydkie szlachcianki, które owdowiały w dalszej czy bliższej okolicy. O Misi wiedział, że jest córką chłopki, ale i sławnego pułkownika, który przed laty gościł całą zimę u pana Sokolnickiego. Wiele Misia odziedziczyła z urody po swoim ojcu, ale jeszcze więcej z charakteru. Misia tej prawdy nie znała.

I tak swoją hardością i samowolą wiele sprawiała kłopotu, ale gdy podziwiał jej figurę, jej urodę, na wszystko inne patrzał przez palce. Nie wpadał w gniew nawet wówczas, gdy mu się z rąk wymykała, będąc pewien, że przyjdzie taki dzień, że ją zniewoli, ale już jako swoją żonę. Misia wyczuwała swoją uprzywilejowaną pozycję i korzystała z niej. Lubiła bardzo Marysię i stale razem przebywając zaprzyjaźniły się. Gdy Marysia zaczęła wymykać się z domu, szybko odkryła tego przyczynę.

Kilka razy podglądnęła ją, co gorsza i jej Janek spodobał się. Widząc jak obejmuje i całuje Marysię sama zaczęła do tego wzdychać. Ale uczucie to nie wzbudzało w niej zazdrości. Powiedziała Marysi, że ją widziała z Jankiem. Od tej pory Marysia zwierzała się Misi ze swych uczyć, opowiadała o spotkaniach z Jankiem. Opisywała jej jak się zachowywał, co mówił, jak się zalecał. O jednym jednak nie wspominała, o tym jak próbował się do niej dobrać i jak próby te ponawiał coraz częściej i coraz natarczywiej. Misia dawała jej swoje rady, razem knuły podstępy i sposoby, aby pogrążyć w miłości jego serce Wydawało się, że obie go kochają. Jedna duszą i ciałem, druga tylko duszą.

Kiedy pośród głębokiej nocy Misia nacierała zziębnięte ciało Janka czując jak drży i dygoce, zapragnęła oddać mu część swego ciepła. Nie myślała o tym, że może zdarzyć się coś więcej. Zrzuciła z siebie w jednej chwili ubranie i wślizgnęła się do niego pod koc. To, co najpierw poczuła, to zimno, jakie po niej przeszło, ale przemogła się. Ciepło znów ją ogarnęło. Napiła się wina i dała także dla Janka. Gdy wypił położyła się na nim, a żeby mu zbytnio nie ciążyć unosiła nieco tułów podpierając się łokciami.

– Cieplej ci teraz?– Zapytała.

– Dużo cieplej– odparł.

– Nie będziesz chorował?– znów zapytała.

– Chyba nie.

– Nie ciężko ci? Nie przygniatam cię za bardzo?

– Nie.

– Jestem chyba trochę za gruba. Może mam za dużo sadła.

– Sadła? – Zdziwił się.

– Nie czuć tego jak się dotknie moich boków?

Położył dłonie na jej plecach przesunął na bok i w dół na biodra.

– Nie, nie masz sadła, masz zaokrąglone biodra, ale tak chyba ma być.

– I nie jestem za gruba?

– Ciało masz dosyć miękkie, ale to dosyć dobrze. Myślę, że mężczyźni takie lubią.

– A ty, jakie lubisz?

Znowu przeciągnął dłońmi po jej ciele.

– Myślę, że ja bym też takie wolał.

– Czy może skórę i kości?.

– Nie.

– Wciąż jesteś jak sopel lodu.

– Nie, jest mi znacznie cieplej.

– Ale ja, o czym innym mówię.

– A, o czym?– zapytał.

Pochyliła głowę w dół. Ustami znalazła jego usta. Całowała długo, żarliwie. Później pocałowała oba jego policzki.

Teraz i on zapragnął pocałunków. Ale gdy uniósł głowę, aby ją pocałować natrafił na jej szyję. Zaczął, więc ją całować. Jej ciało jakby przesuwało się do góry, Już nie sięgał szyi, całował niżej aż trafił ustami na okrągłą jędrną pierś.

Złapał wargami za sutkę, a końcem języka badał jej kształt i wrażliwość.

– Janek – szepnęła cicho – co ty robisz?

Zmieniła pozycję na bardziej siedzącą niż leżącą. Jej kolana i uda obejmowały mu biodra. Uniosła się nieznacznie szukając właściwego ułożenia swego ciała, a gdy wyczuła pod sobą coś prężącego się ku górze zaczęła powoli opuszczać się w dół nasuwając na prężącą się przeszkodę

– Misiu – pomyślał sobie w duchu – a co ty robisz?

Nie bronił jej jednak czegoś, w czym sam znajdował rozkosz i upojenie. Wino, jakie wypił, wydarzenia ostatniego wieczoru i nocy, oraz miłosne chwile przeżyte z Marysią spowodowały, że teraz odczuwał znacznie mniejsze podniecenie niż za pierwszym razem. Ale co przyjemność to przyjemność.

Ułożył się wygodnie, trzymał dłonie na wspaniale zaokrąglonych biodrach dziewczyny i cierpliwie znosił jej ataki.

A Misia atakowała coraz gwałtowniej. Jej ruchy stawały się szybsze i szybsze.

Janek czując jej stan sprężył się cały, unosząc nieco biodra w górę gdyż jej ciężar i gwałtowność ruchów jakie wykonywała wbijał go w siano.

– Tak jeździ na koniu tylko szalony jeździec – pomyślał i jeszcze bardziej się usztywnił.

Misia zadygotała cła. Dyszała ciężko. Opadłą piersią na niego i przywarła ustami do jego ust. Jej uda tak się zacisnęły na nim, że stracił panowanie nad sobą.

Trysnęło z niego raz i drugi mącąc mu zmysły. Westchnienie ulgi wyrwało się z piersi Misi. Raz po razie okrywała go pocałunkami. Serca biło im gwałtownie.

Zapragnął uwolnić się od niej i odpocząć. Był znużony i wyczerpany.

Ułożyła się tuż przy nim. Położył dłoń na jej udzie jakby chciał być pewien, że całą noc pozostanie z nim. Oddychał głęboko. Wracała mu świadomość tego, co się stało i poczuł niespodzianie wyrzuty sumienia.

– Teraz Misi może urosnąć brzuch i Marysia, jeśli usłyszy, że to za jego staraniem się stało. Co wtedy? Jakiż był głupi, że się nie powstrzymał. Że nie usunął się na bok w tym momencie. Marysia stracona – myślał – pozostała Misia.

Nie jest brzydka, ma dobre ciało, warto by było obejrzeć ją nad rzeką przy kąpieli. Umie dawać rozkosz i bez nalegania. Ale ja chcę Marysi. Chcę Marysi, wzdychał w myślach. Zrobiło mu się smutno, popadł w przygnębienie. Wyczuł, że Misia zasnęła, próbował zrobić to samo, ale niewesołe myśli kłębiły mu się w głowie. Po długim rozmyślaniu w końcu usnął. Zamajaczyły mu się przykre zwidy, ale wyczerpanie tak go zmogło, że szybko pogrążył się w głębokim śnie.

Spal wiele godzin, twardym, kamiennym snem, a potem zaczął śnić koszmary.

Leżał na plecach na ziemi, a wielki wilk szarpał zębami jego nogę. Później wilk zmienił się w wilkołaka o ludzkiej postaci, tylko łeb miał dalej wilczy. Trzymał jego obolałą nogę i ciągnął go po ziemi. Próbował się zbudzić i wyrwać, ale jego wysiłki nie dawały żadnych rezultatów. Gdy się zbudził, tak mu się to śniło, zobaczył, że wilkołak nie zniknął, że ciągnie go wprost do palącego się dworu. Z ognia wybiegł jego ojciec. W ręku trzymał arkusz papieru i krzyczał. – Pamiętaj o testamencie. O skarbach. Zjawił się nagle Sokolnicki, wyrwał ojcu testament z ręki. Chciał się zerwać, przeszkodzić, ale nie mógł się poruszyć. Sokolnicki podszedł do niego położył mu dłoń na czole tak aby przytrzymać głowę przy ziemi i uniósł szablę do góry – Za to coś mojej córce uczynił łeb twój zetnę! – wycharczał, a twarz zmieniła się mu w pysk wilka. Szarpnął się z wielkiego wysilenia chcąc uwolnić od ręki, która czoło mu gniotła, a że nie mógł, zajęczał z trwogi.

Obudził się w końcu i zobaczył nad sobą Marysię. Spłoszył się na jej widok, niepewny czy Misia jeszcze przy nim nie leży. Marysia dłonią czoło mu dotykała jak to czynią matki swoim dzieciom, gdy mają gorączkę.

– Jęczałeś przez sen biedaczku jak byś był chory – powiedziała.

– Misia w kuchni rosół gotuje. Jak będzie gotowy to ci przyniesie. Zaspała dzisiaj i ja też zaspałam, a ty spałbyś jeszcze, gdybym cię nie zbudziła, ale tak pojękiwałeś, ze musiałam cię zbudzić, abyś się nie męczył. Śniło ci się coś złego?

– Pan Sokolnicki, odebrał ojcu memu papier, który w ręku trzymał. Śniłem, że to testament, który przed śmiercią chciał mi dać, gdy z płonącego domu wyszedł.

– Janku, nie martw się tym – uspokoiła go Marysia – znajdę go i wykradnę, bo do ciebie on musi należeć. Twego konia na pastwisku schwytano, ojcu chcieli o tym powiedzieć, ale Misia nie dopuściła nikogo do pokoju, gdzie leży. Sama rozporządziła żeby konia do stajni postawiono, a ja się na to zgodziłam.

– Przyniosłam ci także trochę pieniędzy, abyś miał na podróż, gdy noga ci się zagoi.

– Nie wezmę od ciebie żadnej jałmużny.

– Janku, ty wiesz, jaką szkodę wyrządził ci mój ojciec gdy spalił ci dom. To jemu podkradłam trochę złota.

– Temu szubrawcowi – pomyślał w duchu Janek – takiemu to wezmę z wielką ochotą.

Marysia położyła nieduży skórzany woreczek na kocu, na którym siedzieli.

– Pilnuj go dobrze, a ja już muszę iść.

– Poczekaj, nie tak szybko.

Chwycił ją za rękę i pociągnął do siebie. Zakotłowało się na sianie. Z pozoru tylko broniła się dziewczyna, a on rozwiązał jej tasiemki na bluzce pod szyją i sięgnął ustami do piersi. Mniejsze były niż te, które w nocy pieścił, ale jakie delikatne. Jak gładka była na nich skóra i jak drobne były sutki na ich wypukłościach. Rozkoszował się tą delikatnością, a ona trzymała w dłoniach jego głowę przy swoich piersiach i chciała żeby trwało to w nieskończoność. Nic więcej się nie zdarzyło, bo od pieszczot chciał nieco odpocząć, ale prosił usilnie, aby gdy zmierzch zapadnie przyszła do niego. W duszy żywił przy tym lekki niepokój, co będzie, jeśli zjawi się później także Misia.

Gdy Marysia odeszła, ubrał się w suchą już odzież, przypasał szablę schował mieszek ze złotem i podłożywszy sobie ręce pod głowę położył się wygodnie. Czekał na obiecany rosół z kury, który miała przynieść Misia. Wspominał noc, myślał to o Misi, to znowu o Marysi. Marzył, a lenistwo ogarniało go coraz silniej. Zdrzemnął się. Zbudził się, gdy Misia przyszła z dużym dzbankiem rosołu. Pocałowała go w usta na przywitanie, wstawiła mu dzbanek między kolana i uśmiechnęła się słodko.

– Przyjdę w nocy jak wszyscy już będą spali – rzekła

Nie zdążył odstawić dzbanka od ust, ani pomyśleć nad odpowiedzią, a już Misia zbiegła po drabinie na dół.

– Coś muszę wymyślić, aby temu zaradzić – myślał siedząc z dzbankiem z którego popijał to rosół, to wyciągał kawałki gotowanej kury. Apetyt mu dopisywał. Humor poprawiał się z każdą chwilą. Szczególnie, gdy myślał, że ma tu lepszą opiekę i staranie niż pan tych włości.

Gdy tak zajadał kawały kurzego mięsa w miejscu gdzie przystawiona była drabina zobaczył rozczochraną ryżą czuprynę, a później wytrzeszczone mętne oczy.

Głowa ta zaraz znikła, ale na dole rozległ się wrzask.

– Tu jest, tu jest, w stajni, chwytajcie go.

Jankowi zdawało się, że głos ten słyszał poprzedniego wieczoru, gdy był z Marysią na łące. Musiał być to wyjątkowo wścibski i wredny sługa swego pana.

Teraz trzeba było się pospieszyć. Cisnął dzbanek z resztką rosołu daleko od siebie, chwycił koce i niemal zsunął się po drabinie w dół, rozejrzał się dookoła. Odnalazł wzrokiem swego konia, zamiast siodła rzucił mu na grzbiet koce, dosiadł go i przez uchylone wierzeje wydostał na podwórze. Tu zobaczył dwóch parobków ładujących gnój na wóz. Ryży, który go wyśledził, ciągle krzycząc podbiegł do nich chwycił za widły, które stały oparte o wóz i tak uzbrojony, zagrodził mu drogą. Dwóch parobków, którzy rzucali gnój przerwało pracę i zamieniło się w gapiów. Janek wyciągnął szablę i ruszył do swojej pierwszej szarży.

– Porani mi konia – pomyślał widząc nastawione widły – ale dostanie przez to po łbie. Już zamierzył się do ciosu, czekał tylko momentu, kiedy koń najedzie na zawalidrogę, ale tamten nie kwapił się do starcia. Upuścił widły i rzucił się w bok. Wpadł w błotnistą kałużę, poślizgnął i upadł. To uratowało mu głowę i zdrowie. Janek przejechał bez przeszkód przez całe podwórze i skierował się w stronę lasu, za którym był jeszcze nie tak dawno jego dom.

Oglądnął się za siebie, raz i drugi, czy nie widać za nim pościgu, gdyż na rączość swego konia nie miał co liczyć. Uspokoił się, gdy wjechał w las.

Koń sam prowadził, znał drogę. Janek postanowił nie zwlekać dłużej z wyjazdem. Nie miał tu dachu nad głową, a ukrywanie się tam, gdzie panem był Sokolnicki stawało się niebezpieczne. Dzień zapowiadał się ciepły i pogodny, dobry do drogi. Jeszcze chciał po raz ostatni zobaczyć to miejsce gdzie się urodził i gdzie wyrósł.

Pragnął zmówić modlitwę pożegnalną na grobie ojca i matki, którą mało co pamiętał, gdyż wcześnie pomarła. To głównie ojciec go wychowywał, krzyczał, łajał, bajki opowiadał, wojenne przygody prawdziwe i zmyślone. Chodził potem po lesie i sam zmyślać i fantazjować zaczynał. Bajaniem o duchach i strachach, w lęk wprowadzał się taki, że do domu chciał z lasu uciekać. Koziutka mu matkę zastępowała, nie była złą kobietą, często gdy spsocił, przed ojcowską rózgą zasłaniała. Zawsze, gdy był głodny, jedzenie pod nos na czas umiała podsunąć. Przed chorobą strzegła. Pilnowała, żeby czysty chodził. Gdy małemu jeszcze chłopcu kąpiel robiła lubiła patrzeć na jego długie członki, zgrabny tułów.

Gadała wtedy na wpół do siebie na wpół do niego. – Duży z ciebie będzie rycerz, a ten miecz na postrach wszystkich bab tak ci rośnie.

Kiedy podrósł, dalej go chciała kąpać i do kłótni dochodziło, bo on czuł, że od jej dotyku, gdy go myła, mieczyk mu rośnie i do góry się podnosi.

– A nie mówiłam – wykrzykiwała zadowolona – jeszcze trochę i na rozbój ruszysz po okolicy.

Wstyd mu było po tych słowach, ale i czuł się bardziej dorosły.

– Ale pamiętaj żebyś sobie biedy przez niego nie napytał – ostrzegała.

Teraz podjechał pod spalony dwór i zsiadł z konia. Klęknął przed grobem i zaczął się modlić. Znów ścisnęło mu się serce i to nad swoim losem się użalał. To miejsce go trzymało. Wcale nie pragnął jechać w obce strony. Nie znał życia poza tym pustkowiem. Stracił ojca, stracił dom, zostawia jedyne życzliwe sobie osoby.

Chciałby pozostać choćby na tych zgliszczach.

Nagłe poczuł bolesne uderzenie przez plecy, jedno później drugie i trzecie i wrzask Koziutki.

Poderwał się na nogi nie rozumiejąc, co się dzieje. Widząc, jak się znowu zamierzyła na niego, złapał za kij, którym go biła.

– Czego wrzeszczysz, co się stało? – wybuchnął gniewnie.

– Pytasz, co się stało? Nie widzisz, że dwór spalony, że ojciec nie żyje – módl się, módl, żeby ci to wybaczył.

– I co teraz zamierzasz robić? – zapytała, gdy się trochę uspokoiła.

– Pojadę służyć królowi i hetmanom!

Popatrzała na niego jakoś dziwnie, zasępiła się.

– Będziesz wisiał, synku. I niech Bóg ma cię w swojej opiece.

Podniosła jeszcze w górę kij, pogroziła mu, odwróciła się do tyłu i odeszła powolnym krokiem w las.

– Stara wiedźma kracze mi na pożegnanie – pomyślał niespokojny o swój los – muszę jednak jechać, bo tu mię wilki objedzą, Sokolnicki zamknie w lochu, lub życia pozbawi.

Siadł na konia, westchnął ciężko i ruszył w drogę.

————————————————-

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

—————————————————–

Odcinek 1  można czytać pod adresem

https://wiernipolsce.wordpress.com/2015/11/10/miecz-krola-jana-odc-1/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s