Miecz króla Jana odc. 3


Ryży, niski człowiek, o szpetnej twarzy, z garbem na prawej łopatce, wbiegł z krzykiem do dworu.

– Ucieka, ucieka– krzyczał jakby się paliło. – Gdzie pan, gdzie mój pan?– Zatrzymał się w szerokiej sieni nie wiedząc, w które drzwi ma się skierować. Z pokoi wybiegła Misia, za nią postępowała nieco wystraszona Marysią. Obie już wiedziały, że Janek został wyśledzony. Misia ze złością na twarzy zagrodziła mu drogę.

W oczach palił jej się gniew.

– Czego się wydzierasz? – syknęła – Nie wiesz ze pan ranny?

– On ucieka – krzyknął ryży. – Gdzie mój pan? A ty, widziałem jak…

Misia doskoczyła do niego jak drapieżna kocica. Otwartą dłonią, na odlew uderzyła go w twarz aż huknęło jak wystrzał z samopału. Od uderzenia tego, ryży garbus zatoczył się aż pod ścianę, ale szybko zebrał się w sobie. Był gotowy rzucić się lada moment z pięściami na większą od siebie dziewczynę i Misia dojrzała w jego oczach ten zamiar.

– Tu teraz twój pan – pokazała na stojącą z tyłu Marysię.– A ty tknij mnie, a pan każe cię powiesić za nogi na drzewie i wypatroszyć. Twój pan zły jest na ciebie, bo to za twoją przyczyną jest ranny i w łożu leży. Gdyby życie stracił, wiedziałaby panienka Marysia, co z tobą zrobić. Już ja bym jej to podpowiedziała. Pan chce, aby zaraz Michaś tu był. Wołaj go, ale już.

– A to żmija – wycedził przez zęby ryży i wyszedł wołać Michasia. Gdy go znalazł, opowiedział mu, co wyśledził i jakie ma podejrzenia co do Misi. Kazał, aby wspomniał o tym panu gdy będzie we dworze. Michaś, nienawidził złośliwego garbusa którym wyręczał się Sokolnicki, podobała za to urodziwa i wesoła Misia i nie myślał mówić o niej cokolwiek złego.

Kiwnął więc tylko potakująco głową i poszedł do dworu. Tu czekała już na niego Misia.

– Michaś, posłuchaj, co ci pan każe – powiedziała – Weź sobie do pomocy brata, dwa tęgie kij i idźcie do stajni. Tam zawołajcie tego ryżego garbusa. Powiesz mu, aby siodłał sobie konia, bo ruszacie w pościg. A jak się tylko odwróci do ciebie tyłem, to zaraz go na ziemię i kijami po nim. Dać mu dwadzieścia kijów żeby wiedział, że życia pańskiego narażać nie wolno. Od tego czasu ty będziesz pilnował roboty w gospodarstwie, a garbusa do gnoju, a jak nie usłucha, to go kijem po garbie.

– Zrozumiałeś? To zrób to, co pan każe.

Michasiowi gęba roześmiała się od ucha do ucha.

W parę chwil później, ze stajni dolatywały przeraźliwe wrzaski i złorzeczenia, co było dowodem na to, że Michaś skrupulatnie wypełnił otrzymane polecenia. Misia, tym czasem poszła do pokoju pana Sokolnickiego. Ranny leżał z silną gorączką, ale nie spał. Gdy zobaczył Misię ucieszył się.

– Co tam za krzyki było słychać w sieni, kto znowu uciekł? Chyba nie Marysia?

– Nie – zapewniła Misia.– Przez nieuwagę, wypuszczono byka z zagrody i mało ludzi nie poranił.

– Każ takiemu wlepić dwadzieścia kijów na grzbiet, aby się nauczył z bykiem obchodzić.

– Właśnie tak kazałam zrobić. Dwadzieścia kijów po garbie.

Sokolnicki łypnął zdziwionym okiem, ale nic nie powiedział. Sapnął raz i drugi przypatrując się dziewczynie. Pomimo dokuczliwej gorączki i bólu w boku, znajdował przyjemność w patrzeniu na nią, jak się porusza, mówi, uśmiecha. Dawało mu to ulgę i zapomnienie.

– Garbus, słuchać nie chce, pięściami groził, dlatego kazałam, aby od dziś Michaś ludzi i roboty pilnował, a kto go nie posłucha ten jego kija niech słucha.

– Dobrze – zgodził się Sokolnicki. – Takiej mi gospodyni potrzeba. Wyleczę się, zabiorę cię do ołtarza, albo tu księdza przywiozę.

Misię tknęły te słowa, bo po raz pierwszy, pan zdradził się ze swoimi zamiarami. Nie dała jednak nic po sobie pozna, lecz w duszy słowa te zapadły jej głęboko.

Na zewnątrz dały się słyszeć jakieś głosy, strzelania z bata, śmiechy. Wyjrzała przez okno, żeby zobaczyć, co się dzieje. Na podjeździe stały trzy kryte powozy. Z pierwszego już wysiadła zażywna, postawna dama, ubrana w bogate szaty, przyozdobione w liczne koronki i kolorowe wstążki. Otaczało ją kilka osób, a ona sunęła w tym orszaku, co najmniej jak królowa. Twarz miała dumną, choć uśmiechniętą, a w uśmiechu ukazywała duże, zdrowe zęby. Była nieco otyła a pod brodą miała jeszcze dwa inne podbródki, policzki czerwone i błyszczące jakby natłuszczone.

– Któż tam – zapytał – Sokolnicki.

– Siostra, przyjechała. Pani Palladia Kolnicka

– Z mężem?

– Nie widać. Chyba sama, ze służbą.

– No to pół biedy. Diabli ją tu nadał. Nie może u siebie siedzieć? Powiedz żem chory, że zaraza u nas, niech jedzie dalej.

Misia wyszła pani Kolnickiej naprzeciw. Kłaniała się jej nisko patrząc ciekawie na nowo przybyłą, którą znała z poprzednich wizyt.

– A pan gdzie? – zapytała Kolnicka – służbę na powitanie wysyła a sam w norze siedzi?

– Chory, dlatego wyjść nie może.

– To i dobrze że jesteśmy, bo albo wyleczyć pomożemy, albo pogrzeb odprawimy.– Zaśmiała się głośno. – A gdzie Marysia? Też chora?

– Marysia jest zdrowa – zapewniła Misia

– No to znaczy, że zarazy nie ma. Możemy wchodzić. Szła już po pokojach, aż doszła do izby, gdzie leżał pan Sokolnicki. Stanęła przy łożu, popatrzała na brata i robiąc poważną minę powiedziała – Widzę, że pożegnać cię jeszcze zdążę nim ruszysz w ostatnią drogę. Ksiądz już był z ostatnim namaszczeniem?

Sokolnicki na te słowa skrzywił się mocno.

– Pod wieczór wstanę – powiedział. – Diabeł i moja siostra, cieszyliby się z mojej śmierci. Ale to nie czas na to jeszcze.

Do pokoju wbiegła Marysia i rzuciła się ciotce na szyję

– Puść, bo udusisz – krzyknęła pani Kolnicka. – Jakże urósł mój wróbelek, a jak wypiękniał, złotko prawdziwe, na takim odludziu taką różyczkę trzymają. Zdziczejesz tu zupełnie. Nic to, pakuj się za trzy dni ruszamy do Warszawy.

– Naprawdę?– wykrzyknęła uradowana Marysia.

– Abyś się tylko zdążyła spakować – potwierdziła ciotka.

– Nie pozwalam – zaperzył się Sokolnicki. – Nie czas jeszcze na to. Za młoda i za głupia, a ja jeszcze chory. Nie mogę jechać.

– Mówiłeś braciszku, że wieczorem wstajesz.

– Może i wstanę, a może nie. Nie czas jeszcze jej z domu. Dopiero, co jednego natręta się pozbyłem, innych jeszcze nie chcę widzieć.

– Misia, podaj wina, bo dziwne mam pragnienie – rozkazał Sokolnicki

– Przynieś serduszko wina, gościowi się to należy.– Kolnicka zwróciła się do Misi.

– A choremu, jeśli musi leżeć, zaparz mocnych ziółek. A kogoż się to braciszku pozbyłeś?

– Syna sąsiada z okolicy. Schadzki sobie czynili.

– Może jeszcze przyjdzie potrzeba, szukać go, jeśli się okaże, że miodu posmakowali.– zaśmiała się głośno pani Kolnicka. – A co Marysiu, podobał ci się? Chciałabyś tego kawalera z sąsiedztwa?

–Bieda to była, ledwie jak zbóje w lesie mieszkali. Żyli jak wilki i jak wilki pozdychali ogniem podkurzeni.– Sokolnicki nie dał córce do głosu dojść

– Życia ich pozbawiłeś? – zapytała Kolnicka na chwilę poważniejąc,

– Stary sam zdechł, a młodego, kto wie, może wilki w lesie rozszarpały.

– Daj Misia wina, bo mi w gardle zaschło. – Stęknęła Kolnicka. – Czuję, że stąd szybciej wyjadę niż przyjechałam.– Dzisiaj odpocznę po drodze, a jutro dalej pojadę

Ale dnia następnego urządziła sobie pani Kolnicka wielką kąpiel w grzanej wodzie, w której najpierw moczyła się dostatecznie długo, a później kazała się szorować od tłustego karku, aż po chropowate pięty. A że Michaś wodę nosił, Michaś musiał myć panią, co mu się po raz pierwszy trafiło. Tak zeszło do obiadu. Zjadła go z wielkim smakiem, chwaląc Misię za każdym razem, gdy ta nalewała jej usłużnie pełen kielich wina

– Ty, serduszko – mówiła – wiesz, że ja nie lubią, gdy mi po połowie w kielich leją. Taka jak ty, by mi się nadała. Lubię wesołe i silne natury co życie w nich kipi. Chłopa by mi było potrzeba, ale takiego, co by dęby rwał, buhajom rogi łamał. A nie takiego, za którym chodzić trzeba i ślinę z gęby wycierać. Uważać, by mu żeber nie połamać, jak karalucha nie rozdusić. Na te słowa i Misia westchnęła ciężko i sobie wina nalała. Rozumiała dobrze panią Kolnicką. Chociaż – myślała sobie, Janek by mi wystarczył. Dębów nie musiałby rwać, byle by się między uda położył i młócił jak młode zboże.

– A jest tam, kto we dworze – usłyszały twardy męski głos lekko zaciągający z ruska.

Pani Kolnicka podniosła się powoli od stołu i z kielichem w ręku wyszła do sieni, skąd ją głos doszedł. Stało tam dwóch ludzi, przy szablach w podróżnych strojach.

– Z drogi widzę, a kto pyta?

– Szlachcic Kordejko z towarzyszem. Z Baru jedziemy, z listami do pana hetmana. Mamy też list do imć pana Mleszkowskiego, który po drodze chcemy doręczyć. O drogę do jego dworu chcieliśmy zapytać.

– Dwór spalony– wyjaśniła Kolnicka – a stary Mleszkowski nie żyje, młodego też nie znajdziecie, chyba, że przy hetmanie. Dzień temu jak odjechał. Szybko nie jedzie, bo jak mi tu w zaufaniu powiedziała jedna dziewka, konia ma kulawego, a i sam nogę poranioną. Ale jeśliście z drogi, to proszę do stołu, jeszcze obiad nie sprzątnięty, a i wino dobre na stole. Tak się składa, że i ja do Warszawy jadę, Jutro skoro świt, moglibyśmy ruszyć. W towarzystwie droga się nie dłuży.

– A skąd ta rana na nodze młodemu Mleszkowskiemu się przytrafiła? Zapytał Kordejko.

– Stąd, ze go psami poszczuto, gdy do bratanicy mojej jak lis się zakradał– zaśmiała się pani Kolnicka. – Stąd tez z okolicy musiał się spiesznie wynosić.

– Jeśli tak, to list oddamy panu hetmanowi, gdzie go będzie mógł odebrać. W drogę nam czas.

– Czekaj waść – Kolnicka chwyciła przybysza za rękaw. –Kielich wina nie odmówicie.

Szlachcic widząc, że go na siłę chce zatrzymać, zgodził się. Misia przyniosła ze stołu flaszkę wina i drugi pucharek. Kolnicka sama rozlewała wino i przygadywała, aby zatrzymać na dłużej przybyłych. Widać było, że wpadł jej w oko Kordejko, zachwycała się jego bystrym spojrzeniem, czarnym wąsem, ogorzałą twarzą. Uparła się jechać, razem choćby zaraz. Kordejko widząc, że sobie z babą nie poradzi, po spełnieniu paru toastów, gdy mu się Kolnicka, która już sporo wypiła, zatoczyła i wpadła niemal w ramiona, przystał, aby z nimi jechała.

– Za pozwoleniem, – powiedział – konie do stajni wprowadzimy, owsa nieco podsypiemy i do usług miłościwej pani będziemy. Jutro, zatem razem ruszymy w drogę.

–Tego chciałam – zaśmiała się uradowana Kolnicka, wracając do pokoju, w którym obiadowała. Za oknem dał się słyszeć, tętent końskich kopyt, który wzbudził w niej podejrzenie. Wyjrzała przez okno i zobaczyła, dwóch jeźdźców wyjeżdżających galopem za bramę dziedzińca .

Przeklęte psi syny – zaklęła. – Wiedziałam, że tak zrobią. – Szlachciury. Łajno kozackie. Tatarskie szerszenie. Sokół bez ogona. A jak w oczy patrzał, a kłamał obłudnik. Ja go jeszcze sokoła w drodze spotkam, a za sobacze jaja wytarmoszę. – Usiadła przy stole, znów wypiła kielich wina .

Misiu, serduszko ty moje, nalej mi jeszcze, bo mi się żółć na wątrobie rozlała i gorycz w gębie dokucza. Widzisz, jaka to dzicz po świecie jeździ i poszanowania dla nas nie ma żadnego. Nalej i sobie boś ty też poszkodowana. Nie wiesz ty o tym, ale ja wiem. Taki to pludrak przyjechał kiedyś, jeszcze jak podlotkiem byłam, zalecał się i do mnie, ale nie przypadł mi do gustu, bo raptownik był straszny na twarzy pokiereszowany, lata miał swoje także. On to matkę twoją całą zimę obłapywał, bałamucił, okłamywał, a jak brzucha dostała, to w świat uciekł. Jak ci dwaj teraz.

Misia słuchała uważnie. Kolnicka wypiła jak nigdy, ale też znana była z tego, że gdy szlachta waliła się pod stoły, ona jedna głowy nie traciła. Teraz też jeszcze miary nie przebrała.

– A czy znane było nazwisko, tego szlachcica, mego ojca? – zapytała.

– Znane, przecież w gości przyjechał. Sławny był jakiś pułkownik znacznej chorągwi. Ale ja do tego wagi nie przywiązywałam a lata już minęły i nie pamiętam, ani nazwiska, ani herbu. Wzięłabym cię do siebie, bo córki nie mam, a ty mi do gustu przypadasz, ale braciszek mój woli cię za chłopkę trzymać do posług. A kto wie, co jeszcze zamyśla, bo ślepy nie jest i twoją urodę widzi.

Gwarzyły sobie jeszcze do wieczora, kiedy pani Kolnicka poprosiła, Misię, aby zawołała Michasia do pomocy, bo o własnych siłach, nie czuła się w stanie, wejść po stromych schodach na poddasze, gdzie lubiła sypiać. Biedny Michaś, prowadząc panią Kolnicką na górę, wcale nie spodziewał się, że jeszcze długo będzie musiał ciężko pracować aż go późno w nocy, pani won pogna, by się sama wygodnie w łożu wyspać. O tej właśnie porze, pięciu jeźdźców zjechało z drogi, skryło się za niewielki zagajnik, rozpaliło ognisko i siedząc w koło, posilało chlebem i wędzonym mięsem.

– Tłusta była jak połeć słoniny i dobrze podpita – odezwał się jeden z pięciu ludzi – i mało nie przewróciła się na naszego batka. Wszystko nam wyłożyła jak na półmisku. Na jakim koniu jedzie, kiedy wyruszył w drogę, w którą kulawy jest nogę. I tylko bieda była, że nie chciała nas puścić od siebie. Zaraz chciała jechać z nami, tak jej w oko wpadł nasz ataman.

– Szkoda, że nie pojechała, – odezwał się drugi głos – weselej by nam na duszy było.

To, co mówicie, potwierdził rudy garbus, którego na polu spotkałem – odezwał się trzeci głos, głośno ziewając.

Dopadniemy młodego Mleszkowskiego, jeśli kuleje tak jak jego koń, to wszędzie go znajdziemy. Zdrzemnąć nam się jeszcze nim świt wstanie, a później znów w drogę.

Po krótkim postoju kozacy poderwali się z ziemi. Dosiedli koni i ruszyli w dalszą drogę, tak jak rusza wilk na polowanie. O świcie także wstała pani Kolnicka. Swojej służbie zarządziła pakowanie i wyjazd. Godzinę później pożegnała wszystkich i z bólem głowy wsiadła w swój powóz i odjechała.

Rozdział 2

W drodze

 

Janek do wieczora nie ujechał zbyt daleko, a widząc karczmę przykrytą wielką czapą dachu, postanowił zatrzymać się tu na noc. Była to stara, dobrze znana podróżnym i całej okolicy karczma „Pod indorem” słynąca z licznych burd i bijatyk, kiepskiej wódki, cienkiego wina i niesmacznego jedzenia. Zawczasu wyjął z sakiewki jeden złoty pieniążek, przełożył go do kieszeni, a sakwę ukrył pod ubraniem. Tak wydało mu się bezpieczniej.

Wjechał powoli na dziedziniec, na którym stało kilku podróżnych. Przyglądali mu się ciekawie. Gdy zsiadł z konia i kulejąc z powodu poranionej nogi skierował się do wejścia, wybuchnęli gromkim śmiechem.

– Koń kuleje, bo zapatrzył się na pana – ktoś głośno zażartował.

– Ze współczucia – ktoś inny dodał.

– Szkoda wielka, że podróżuje bez panny, pewnie też kulawa.

– Zauważcie, że na tą samą nogę.

– Koń mu przydepnął, gdy chciał go dosiąść.

– A on koniowi, gdy zsiadał.

– Ale mieli pecha.

Janek purpurowiejąc z gniewu dobył szablę i zwrócił się w stronę roześmianej gromady. Chciał coś ostro powiedzieć, ale głos nie przeszedł mu przez gardło.

Błysnęły szable w garściach wesołków i skierowały się przeciw niemu.

– Zaraz, zaraz, nie tak prędko. – Przed czoło gromady wysunął się młody dostatnio ubrany szlachcic. – O co to chcecie krew przelewać, jeśli wolno zapytać?

A zwracając się do Janka z miłym uśmiechem powiedział.

– Wybacz nam miły panie. Śmiech nas pusty opętał, gdy rzadki przypadek spostrzegliśmy. Ze i koń i jeździec na nogę kuleją. Zapewne i ty byś się śmiał będąc wśród nas. Więc wybacz nam tą wesołość. Nie jest naszym zamiarem cię obrażać ani naśmiewać się z ciebie. Pozwól się zaprosić do jadła i napitku, gdyż chcemy się posilić przed dalszą drogą.

Janek na tak grzeczne słowa i zaproszenie zaraz się rozchmurzył i pokazał pogodną twarz. Weszli pod dach całą gromadą, siedli do stołu, jedli i pili w wesołym nastroju.

– No, ale powiedz, co stało się z twoją nogą? Przecież od dziecka nie chromasz.

Janek, opowiedział pokrótce swoją ostatnią przygodę ubarwiając ją nieco, aby wydawała się bardziej interesującą. Nie wspominał o Misi, gdyż nie wiedział, czy nie było to, zbyt wielką rozpustą z jego strony.

– Podle sobie poczyna pan Sokolnicki. I kary on warty. Ale jak go karać by nie skrzywdzić dziewczyny, która jak przypuszczasz kocha cię szczerze. Bóg niech mu sędzią będzie i niech mu winy tak odpuszcza jak i on odpuszcza swoim winowajcom. A ty Janku masz w nas od dziś przyjaciół. W drogę nam teraz, ale pamiętaj, gdy do Warszawy dotrzesz zajdź do zajazdu ,,Pod Kogutem’’ Tam nas najłatwiej spotkasz, a jak nie, to tam o nas pytaj.

Pożegnali się jak starzy znajomi, i wyszli z izby. Gdy podszedł karczmarz poprosił o kufel piwa i zamówił izbę do spania.

– Żeby pić jeść i spać pod dachem, trzeba najpierw zapłacić. Odburknął karczmarz niegrzecznie, z pogardą patrząc na jego zniszczoną odzież.

Janek od razu spostrzegł zmianę w zachowaniu karczmarza, który z pokornego zgiętego w pół sługi, raptem stał się gburem.

Bez słowa wyjął z kieszeni złotą monetę i położył ją na stole. Chytry błysk zalśnił w oku karczmarza, gdy podjął pieniądz. W jego miejsce pokazała się tłusta dziewczyna, która przyniosła zamówione piwo. Uśmiechała się szeroko i widać było, że ma wielką ochotę przysiąść się, ale Janek nie zamierzał jej zapraszać. Była brzydka. Odeszła zaraz, gdy w drzwiach pojawili się nowi goście. Przodem szedł wytwornie ubrany, szczupły mężczyzna w wielkiej peruce, tuż przy nim młoda piękna kobieta, o twarzy jednak złośliwej i wyniosłej. Z tyłu szła służba

Piękna kobieta spojrzała przelotnie na Janka i usiadła przy tym samym, co on stole. Nie usiadła wprawdzie na przeciw niego, ale mogła doskonale widzieć jego twarz. Wytwornie ubrany mężczyzna, zdecydowanie wyglądający na cudzoziemca, usiadł obok niej. Służba rozsiadła się przy sąsiednim stole. Karczmarz znów uniżony, spełniał wszystkie życzenia nowych gości, Stół zaczął pokrywać się półmiskami, pomiędzy którymi, stanęły dwie pękate flaszki wina.

Janek przez ciekawość obserwował przybyłych, szczególnie młodą damę, która najpierw wydała mu się bardzo odpychająca, ale w miarę jak się jej przyglądał zdawała się być coraz piękniejsza.

Istotnie, zmieniła się, Była uśmiechnięta, a jej krótkie przelotne spojrzenia wyrażały życzliwość i pogodę ducha. Był prawdziwie uradowany, gdy zaprosiła go do towarzystwa. Patrząc w jej oczy, słuchając pięknego metalicznego głosy, czując subtelny zapach róż, jaki ją otaczał, jednego tylko żałował. Ze tak długo zwlekał z porzuceniem domu, gdy poza nim, tak interesujących ludzi się spotyka.

Zapytany o siebie, wszystko opowiedział jak było i tylko w opowieści tej nie jeden, lecz trzy zdziczałe psy brały udział w pogoni za nim, a także chmara parobków i innej służby dobrze uzbrojonej.

– I cóż teraz zamierzasz, gdy w jednym czasie straciłeś i ojcai dom i ukochaną? – Zapytała dama pełna głębokiego współczucia.

– Mój ojciec, gdy wojował, był najlepszym druhem i przyjacielem pana hetmana, który jeszcze wtedy hetmanem nie był. Wiele razy życie mu ratował. Teraz ja jadę ofiarować swoje służby panu hetmanowi.

– Ale czy zechce hetman te służby przyjąć, nie znając cię zupełnie?

– Mam listy polecające od mego ojca do pana hetmana.

Młoda dama spojrzała znacząco na towarzysza podróży, który nieznacznie skinął jej głową.

– A do jakiej chorągwi chciałbyś się zaciągnąć? Zapytał.

– Do pancernej.– Odparł bez namysłu.

– Ależ, na wyposażenie potrzebne ci będą pieniądze. Skąd je weźmiesz?– Zapytała zdziwiona dama.

– Ojciec dając mi list, nie zapomniał o woreczku złota, jaki trzymał na ten czas.

Dama po raz wtóry spojrzała znacząco na swojego przyjaciela.

– Ach, więc znakomicie się wszystko układa. Będę dumna mając przyjaciela w chorągwi pancernej pana hetmana.– Stwierdziła.

Jankowi wydało się, że w głosie jej zabrzmiała lekka ironia, ale gdy ujrzał jej czarujący uśmiech puścił to mimo uszu.

– Życzę ci spełnienia twoich zamierzeń, i pogodnych snów dzisiejszej nocy.

Tak pożegnała go obdarzając jeszcze jednym uśmiechem.

Było już późno. Poprosił, więc karczmarza, aby ten wskazał mu izbę do spania.

Ale ten okazał się znowu gburem. Burknął, że wszystkie izby zajęte są przez lepszych gości.

Janek pojął, że nie może wykłócać się karczmarzem, ani z piękną damą o izbę. Tak naprawdę wolał spać na sianie niż w łóżku, gdzie pościel była brudna jak przysłowiowa święta ziemia. Poszedł, więc do stajni, wdrapał po drabinie na poddasze, gdzie składano siano, i wlazł w najdalszy kąt. Zamiast usnąć, zaczął marzyć, o pięknej damie i niezwykłych przygodach, które mogły go jeszcze spotkać.

 

Rozdział 3

Kozacy

 

W głównej izbie karczmy na dole, zrobiło się pusto, Wszyscy poszli na górę i pozajmowali izby do spania. Noc zapadła. Sen zmorzył podróżnych. Rozlegało się chrapanie. Na dole karczmarz jeszcze się krzątał, wycierał stoły, zamiatał podłogę. Pomagała mu gruba dziewucha.

– Weź teraz wódkę. – Odezwał się karczmarz.– Wiesz, jaką. Tą na czarci sposób pędzoną i chodź ze mną. Dziewczyna poszła do spiżarki i wróciła z butelką.

– Nie wiele już pozostało, ale jednemu starczy. – Powiedziała pokazując flaszkę.

– Trzeba będzie znowu zrobić – mruknął karczmarz .

Wyszli z izby na podwórze.

– Przysiądź się do niego i pobaraszkuj z nim trochę,– tłumaczył karczmarz– a gdy go rozruszasz, wetknij mu w gębę flaszkę, żeby sobie popił. Udaj, że wcześniej piłaś. Obszukaj go później dobrze. Musi mieć dobrze wypchany mieszek.

Nie zdołali dojść do wrót stajni, gdy usłyszeli tętent zbliżających się koni.

Na podwórze wjechało pięciu jeźdźców. W świetle księżyca dostrzegli karczmarza

– Twój to zajazd?– Zapytał jeden z nich.

– Nie ma już wolnych izb do wynajęcia, wszystkie zajęte.– odparł karczmarz

– My o izby nie pytamy. Konie musimy napoić. Prześpimy się pod dachem choćby w stajni, a przed świtem ruszamy dalej. Wynieś nam tu dwie butelki dobrej gorzałki, dwa chleby i połeć słoniny. Nie będziemy wchodzić do izby skoro tak nam niechętnyś. Jeźdźcy zsiadali z koni. Jeden z nich podszedł do dziewczyny, wyrwał jej z ręki flaszkę, a że się wzbraniała z oddaniem, klepnął ją mocno po tyłku.

– Przynieś nam tego więcej i coś na ząb, pospieszaj bośmy głodni.

Karczmarz niechętnie zawrócił. Sam przyniósł jedzenie i wódkę. Kręcił się jednak niespokojnie i zwlekał z odejściem. W końcu zapytał.

– Jutro jedziecie rano? Jajecznicę zrobić?

– Nie trzeba. Dobrze przed świtem ruszymy dalej.– Usłyszał w odpowiedzi

To chciał wiedzieć. Gdy tylko odjadą trzeba będzie młodzikowi gardło poderznąć.– Pomyślał zadowolony.– Będzie wyglądało, że to oni go zamordowali. W nocy przyjechali, w nocy odjechali. Kto oni nie wiadomo? Nawet do karczmy do środka wejść nie chcieli. Twarzy swych woleli nie pokazywać.

Gdy karczmarz odszedł, napoili i oporządzili konie. Zrzucili z pod dachu trochę siana, na którym się wygodnie rozsiedli i zaczęli się posilać. Rozmawiali przy tym nie za głośno. Janek, który jeszcze nie usnął, słyszał ich głosy w ciszy nocnej dość wyraźnie. Zaciekawiony, o czym mówią uniósł głowę i nadsłuchiwał.

– Jak ją klepnąłem po grubym dupsku.– Posłyszał. – To aż ręka dwa razy odskoczyła.

– Ciągnęła starego na siano. Karczmarka z dziećmi śpi, a ona z karczmarzem do stajni i jeszcze butelkę mu niesie, żeby więcej miał ochoty, a widzieliście jak ją trzymała, sama też chciała chyba popić.

– Ale co to za paskudztwo. Tfu, – Splunął z obrzydzeniem.

– Dajcie, czym popić

– Wody? – Zaśmiał się inny głos.

– Nie. Wódki, prędko.

Janek domyślił się ze musiał popić sobie z butelki, którą wyrwał dziewczynie.

Dziwny akcent, jaki słyszał w mowie obcych przypominał mu opowieści ojca, gdy wspominał rozmowy z kozakami.

– Trzeba było brać nie flaszkę a babę. Lepiej by smakowała. Wszyscy byśmy mieli uciechę.

– Mówiłem, że nie pora na takie, ani inne uciechy. – Odezwał się ostro inny głos. – Musimy iść cicho jak wilki i tak samo szybko. Jeszcze jeden skok i będziemy na miejscu. Spodziewam się, że przed wieczorem dojedziemy. Będzie, zatem czas rozejrzeć się po okolicy. Mieszka, jak mi powiedziano tylko z synem i jedną babą do posług. Ale to trzeba sprawdzić, czy nie ma innej służby. Nikt nie może wyjść żywy. Tylko tak będziemy pewni, że nie będziemy mieć pogoni za sobą. Dwór stoi w lesie. Babie od razu pociągnąć nożem po szyi. Stary i syn muszą żyć. Na syna szczególnie uważać. Jeśli stary nie będzie chciał gadać, zaczniemy ciąć młodego. Jest nadzieja, że to, co zagarnął trzyma w ukryciu.

Po chwili ten sam głos ciągnął dalej.

– Jest skąpy i ostrożny. Nie kupował włości ani pałaców, nie hulał. Zaszył się w leśnej głuszy z dala od ludzi. Rodzony jego brat nie wiedział gdzie mieszkał, czy żyje czy może zabity. No, ale znaleźliśmy okrutnika, który naszych braci kozaków dobijał. Teraz jego godzina śmierci się zbliża. Synowi jego zaczniemy po kawałku palce obcinać, później uszy. Kości łamać, a gdy to nie pomoże, ogniem przypalać. Nie wytrzyma stary i powie to, co chcemy wiedzieć.

Jankowi, gdy tego słuchał włosy na głowie zaczęły się jeżyć. Nie wątpił ani przez chwilę, że takie są prawdziwe zamiary kozaków. Ale, nad kim tak strasznie chcieli się znęcać.

Stary z synem, jedna służka, dwór na uboczu w lesie. Zbyt kojarzyło się to mu z własną osobą, co lęk w nim budziło niemały. Czyżby jechali zamordować mu ojca i jego samego. Co takiego chcą wydobyć z niego jeśli nie skarb o którym ojciec opowiadał?

Znów dały się słyszeć głosy.

– Może być tak, że tylko stary wie, gdzie zakopał zdobycz. Może i przed synem trzyma tajemnicę. Może i syna poświęcić byle by złoto zatrzymać.

– Może tak też być. Będzie też próbował zwodzić i kręcić. Ale jeśli nawet w mękach nie wskaże miejsca gdzie trzyma to czego szukam to i tak go zabiję. On już ostatni z tych, co nam zdobycz wyrwali, co nas znienacka napadli i mordowali. I ja ostatni z tych mołojców, co tureckie galery wiozące złoto, zdobywali. Jutro o tej porze złoto będzie nasze, a stary złodziej i zbój będzie trupem. Teraz wszyscy spać, przed świtem ruszamy.

Zapadła cisza. Jankowi opadła głowa na siano. Teraz nie miał wątpliwości, do kogo jadą kozacy w gości. Dwór spalony, ojciec nie żyje, pozostał tylko on. Znajdą jedną mogiłę. Jeśli się rozpytają, choćby wśród służby Sokolnickiego. To będą wiedzieli, że trzeba go szukać i ścigać. Wtedy ruszą za nim. Mają na pewno dobre konie. Dogonią. Zaczną zadawać męki, pytać o skarb. A gdzie on jest ten skarb? Ale jeśli go szukają to znaczy, że opowieść o złocie była prawdziwa.

W zupełnej ciszy, bez najmniejszego poruszenia przeleżał całą niemal noc.

Przed świtem, tak jak powiedzieli, kozacy odjechali.

Poderwał się i chciał ruszać zaraz w przeciwną stronę, ale gdy pomyślał przez chwilę zamysł ten wydał mu się niedorzeczny,

Muszę trochę się przespać, zjeść pożywne śniadanie, i dobrze pokręcić głową inaczej ją stracę. Może, więc by i usnął, ale szmer na dole znowu wyostrzył jego słuch.

Przyczaił się w kącie z szablą w dłoni i czekał. W mroku coś się zbliżało. Nie czekał dłużej. Na całą długość ręki wystawił szablę do przodu. Poczuł, że szabla natrafiła na opór.

Kto tu?– Krzyknął groźnie, gotowy ciąć szablą.

Nikt nie odpowiedział, ale szelest siana i odgłos upadku świadczyły, że ktoś, kto się skradał teraz wycofał się w popłochu.

Ki diabeł.– Pomyślał.– A ten, czego szukał?

Położył się znowu na sianie.

Teraz to już chyba nie usnę – dumał ziewając coraz szerzej.– Nie mogę. Musi to być zauroczone miejsce. Brakuje tylko duchów i czarownic. Zamknął oczy.– Gdyby można było pomarzyć i śnić tylko o Marysi lub Misi, o pieszczotach z nimi. Jakież one są rozkoszne.

Zasnął wbrew zdrowemu rozsądkowi. Spał tak twardo, że zbudził go dopiero krzyk służby wyprowadzającej konie. Przetarł oczy, ziewnął i poszedł do studni, która stała po środku podwórza, umyć się.

Gdy czerpał wiadrem wodę, ktoś stojący za nim, zaczął krzyczeć.

– To on. Poznaję go. To on, ukradł naszemu panu sakiewkę pełną złota. Chwytajcie złodzieja.

Janek obrócił się za siebie ciekaw, kogo będą łapać, lecz ze zgrozą stwierdził, że pomówienie dotyczy jego osoby. Już otoczony został ze wszystkich stron ludźmi uzbrojonymi w kije i pałki.

Wyrwał z pochwy szablę i bronił się rozpaczliwie rozganiając napastników, ale oni ustępując przed nim, nacierali z tyłu i z boków, bijąc go po karku, nogach i rękach , aż szabla wypadła mu z dłoni.

Rzucili się wówczas całą gromadą pewni łatwego zwycięstwa, aby go powalić na ziemię i związać.

Jankowi, gdy mu zostały tylko ręce, w ścisku, lepiej posłużyły niż szabla, Bił zaciśniętymi kułakami w nosy, podbródki, po oczach, żebrach, gdzie popadło. Spłynęły krwią twarze napastników, aż jeden z nich chwycił za porzucony poprzednio drąg i zadał z tyłu cios w głowę broniącemu się.

Janek padł na ziemię tracąc przytomność.

– Zabity .– Ktoś powiedział.

– Zaraz zabity .– Ktoś inny powątpiewał– Stracił przytomność, to wszystko.

– No, jeśli zabity, to będzie nie licha sprawka.

– Nie zabity, lekko po głowie dostał, to wszystko. Związać go trzeba, bo jak się ocknie, to go nie utrzymamy. Psia jucha, dwa zęby mi wybił.

– Mnie złamał nos.

– Bo był za długi.– Zakpił inny z podbitym okiem.

– A mnie żebro, oddychać nie mogę.

– Oddychać możesz, ale jak kichniesz to po tobie.

Wykręcono leżącemu ręce do tyłu i związano rzemieniem. Polano mu głowę wodą zaczerpniętą ze studni. Przytomniał powoli. Otworzył oczy. Rozglądał się dookoła, nic nie rozumiejąc. Spróbował się podnieść. Kilka rąk podparło go. Wydawało się, że im, który, mocniejszy otrzymał, cios tym większy czuje do niego szacunek.

Janek wstał w końcu, chociaż nogi chwiały się pod nim. Rozejrzał się po napastnikach, przypomniał sobie, co zaszło, więc wrzasnął.

– Rozwiążcie mnie , albo dopiero się krew poleje.

– Nie możemy tego zrobić.– Powiedział niewielki młody chłopak.– Tylko nasz pan może kazać cię uwolnić.

– Wasz pan?– Zdziwił się na te słowa Janek.– A cóż on ma do mnie.

– Ukradłeś mu sakiewkę .– Wyjaśnił– I dla tego, kazał cię schwytać.

– Ależ, ja mu nic nie ukradłem.

Z karczmy wyszedł podróżny, poznany dnia poprzedniego. Towarzyszyła mu piękna kobieta.

– Ach, tak.– Powiedział głosem pełnym oburzenia.– Od razu wiedziałem, ze to nicpoń i łotr. Ale nie przypuszczałem, że poważy się okraść posła jego cesarskiej mości. Taka zbrodnia karana jest najsurowszymi karami. Kto poważy się podnieść rękę na osobę, lub mienie posła, ten skazany być musi na powieszenie.

– Ależ ja na mienie posła, ręki nie podnosiłem– zapewnił Janek.

– Skradziono mi sakiewkę – rzekł poseł.– Jeśli nie ma jej przy tobie, jesteś wolny, ale jeśli ją masz będziesz wisiał.

– Obszukać go. – Polecił służbie.

Kilkoro rąk obmacało go skrupulatnie. Wyciągnięta spod pazuchy sakiewka, powędrowała do rąk pana posła. Pan poseł ją rozwiązał.

W jego palcach błysnęły dwie złote monety .

– To nagroda dla was– powiedział podając monety najbliżej stojącemu słudze.

Całą resztę zatrzymał dla siebie.

– To moja sakiewka – krzyknął oburzony Janek.

– Złodziej schwytany, wina udowodniona. Teraz czas na karę – oznajmił pełnym powagi głosem pan poseł.

– Ruszamy w drogę, a najbliższe suche drzewo, będzie mu szubienicą. Taki jest wyrok posła jego cesarskiej mości.

————————————————-

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

 

Jedna uwaga do wpisu “Miecz króla Jana odc. 3

  1. Wy tu sobie żartujecie a pani Kopacz leży w szpitalu. Podobno Szydło się jej w tyłek wbiło jakiś.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s