Miecz króla Jana odc. 4


 

– Złodziej schwytany, wina udowodniona. Teraz czas na karę – oznajmił pełnym powagi głosem pan poseł.

– Ruszamy w drogę,  a najbliższe suche drzewo, będzie mu szubienicą. Taki jest wyrok posła jego cesarskiej mości.

odc. 4.

Pod Jankiem ugięły się nogi, przed oczyma pociemniało. Coś za gardło chwyciło tak mocno, że nie mógł słowa z siebie wyksztusić.

Koziutka przepowiedziała mi ze będę wisiał. Przypomniał sobie.

Co jeszcze mi wtedy mówiła? Starał się przypomnieć. Żebym się modlił? Czy wtedy moc boska mnie ocali?

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego – ledwie wymamrotał. Dalsze słowa modlitwy wyleciały mu z pamięci – toż to była moja sakiewka, a ten przeklęty diabeł kłamie. Zabrał mi moją sakiewkę i jeszcze chce mnie powiesić?

– Panie – krzyknął odzyskując głos – przysięgam, że to była moja sakiewka. Otrzymałem ją od córki pana Sokolnickiego, dała mi ją na drogę. Przysięgam na wszystkie świętości.

– Wczoraj przy wieczerzy mówiłeś, że to od ojca otrzymałeś złoto – zauważył poseł.

Z tego wynika, – wtrąciła się dama – że oprócz sakiewki, którą skradłeś, a którą ci odebrano, masz jeszcze dwie inne, jedną od ojca i jedną od Sokolnickiego, też skradzioną – uśmiechnęła się złośliwie, siadając do powozu.

Przywiązano go liną za powozem i gdy wszyscy byli gotowi, pognano konie batem. Ruszyły ciężkim truchtem, a Janek biegł z tyłu jak uwiązany cielak. Droga w tym miejscu była piaszczysta, mocno rozjeżdżona, powóz ciężki, a konie, choć duże i wypasione, leniwe. Pomimo bata, przeszły z truchtu w powolny chód i tak człapały noga za nogą. Na poboczu drogi rosły stare, rozłożyste wierzby, często o pniach spróchniałych, konarach potrzaskanych przez wichry i burze. Przy jednym takim na wpół uschłym drzewie powóz zatrzymał się, a podróżni wysiedli

– Czas, aby sprawiedliwość wymierzyła karę – przemówił patetycznie pan poseł.

– Możesz jeszcze prosić o ułaskawienie tej oto damy. Hrabina la Gracca, cieszy się na dworze cesarskim wielkim poważaniem – po tych słowach zamilkł i z szacunkiem popatrzył na damę.

Lecz Jankowi, w tej właśnie chwili przyszedł nowy, zbawienny, jak mu się wydawało, pomysł do głowy. Siląc się na spokój, odezwał się twardym, złym głosem.

– Jeśli tak mi się chcecie przysłużyć, to powiem prawdę, abyście swojego losu nie żałowali. Dwór spalony, to prawda, ale ojciec w ramie ranny. Siostrzenica i wychowanka jego dostała się w ręce napastnika, podpalacza, który życia chciał nas pozbawić.

– I cóż nam z tego?– zapytał niecierpliwie poseł.

– To, że nocą, wcześnie powiadomiony, nadjechał wuj z czterema towarzyszami, z którymi nie jednego wroga utłukli. W tej właśnie karczmie na nich czekałem, by zdać sprawę z tego, co się stało i co Sokolnicki porabia i jak się zabezpiecza. Nikt ich nie widział, bo do karczmy nie wchodzili, spali w stajni gdzie i ja byłem. Tam sobie kazali karczmarzowi jeść i pić przynieść. Przed świtem wyjechali zaczaić się na Sokolnickiego. O to możesz panie pośle zapytać karczmarza. Ja zostałem, by na dwóch moich starszych braci czekać, którzy, że dalej mieszkają, dziś wieczór maja przyprowadzić, dwudziestu dragonów. Im miałem mieszek ze złotem oddać. Niech mnie w karczmie nie znajdą, zapytają karczmarza, a ten im powie, bo by go ze skóry obdarli, gdyby milczał. Niech mi włos z głowy spadnie, to oni znajdą tego, co mnie skrzywdził. Ja się nie obroniłem, bo młody jestem i nie zaprawiony w walce, ale z nimi inna sprawa.

– Poseł, osoba nietykalna – krzyknął ten, co się za posła cesarskiego podawał.

– Tak też powiedział memu ojcu – wyjaśnił Janek – pewien poseł, którego ojciec na drodze spotkał. Ale mu ojciec odpowiedział, że skoro niema przy nim królewskich dragonów, to dla niego jest jak prosieł i zaraz do rożna go kazał przywiązać i nad ogniem równo opiekać.

Piękna kobieta zaszeptała do ucha posłowi. Później spojrzała wyniośle na Janka z góry i rzekła chłodnym tonem.

– Nie prosiłeś mnie o łaskę. Szkoda, darowałabym ci przewinienie. Ale że młody jesteś i urodziwy bardzo, na co każda niewiasta zwraca uwagę, a ja również, więc, lekką ci karę wyznaczę.

– Nie o karze mi mówcie, ale o uwolnieniu z zarzutów i zwrocie mego złota. Jeśli pan poseł stracił swoją sakiewkę, to niech złodzieja szuka pomiędzy sługami.

– Zedrzeć z niego odzież – rozkazała dama – i pod drzewo z nim.

Służba rzuciła się znowu na Janka. Po krótkiej szamotaninie stał nagi pod drzewem. Jedną rękę miał przywiązaną do kołka wbitego w ziemię, drugą przywiązano wyciągniętą w górę, do konaru drzewa.

Znalezione w odzieży listy, podano damie. Bez namysłu złamała pieczęcie jakimi były opatrzone i zaczęła je czytać.

– Zatrzymamy te listy – zaśmiała się – oddamy je osobom, do których były adresowane, aby je uprzedzić, ze imć pan Mleszkowski to złodziej i kłamca. I abyś wiedział, że na uczciwych ludzi trafiłeś, twoja odzież, koń i szabla, pozostają z tobą – mówiąc te słowa, lubieżnie i bezwstydnie przyglądała się jego nagości.

Jeden ze sług, rzucił mu pod nogi odzież i szablę. Odwiązał konia od wozu i pozostawił na środku drogi.

Pochód ruszył dalej, pozostał tylko Janek, podwiązany pod wielkim konarem, usychającej, starej wierzby. Gdy konie i ludzie znikli za nierównościami terenu nadleciał wielki, czarny kruk, siadł na konarze wierzby i zakrakał. Janek podniósł do góry głowę
i spojrzał na kruka. Kruk przypatrywał mu się czarnymi, błyszczącymi oczyma, trzepotał skrzydłami, kręcił głową i znów patrzał na nieruchomą postać człowieka. Czasem rozglądał się po okolicy i krakał głośno.

– Czego chce ten ptak? – dumał Janek – zły to znak, to krakanie nad moją głową. Czy czeka mnie jeszcze coś gorszego? Następne nieszczęście?

Czas płynął bardzo powoli. Ptaszysko siedziało wciąż na tym samum konarze, kracząc od czasu do czasu. Słońce sunęło powoli, ale niestrudzenie w górę, coraz obficiej śląc gorące promienie na dół, ku ziemi. Usychająca wierzba nie dawała zbyt wiele cienia. Upał bardzo osłabiał poturbowane w bijatyce ciało Janka. Uderzenie pałką, jakie otrzymał, przyprawiało go o mdłości i zawroty głowy. W oczach mu ciemniało, bolało obite i posiniaczone ciało. Kilkanaście końskich gzów, łaziło po nim i żądliło dokuczliwie. Już nie patrzył na kruka, nie słyszał nawet jego krakania. Stał ze zwieszoną głową bliski omdlenia.

Minęło południe. Wszystkie myśli i pomysły przeleciały mu przez głowę nie dając wyswobodzenia z więzów jakimi był skrępowany. Rozmawiał z sobą i ze swoimi myślami, Czasami zaczynał majaczy. Nie był pewny czy jeszcze mówi do siebie, czy już tylko jego myśli, mówią do niego.

W czarcim dole przy stodole.[1]

Usłyszał czyjeś słowa

Powtórzył bezwiednie.

W czarcim dole przy stodole

Znów słyszał  kolejne zwroty.

Siedział diabeł cały w smole

Stara wiedźma idzie drogą

Że kulawa ciągnie nogą

Wilkołaki dziś nad ranem

Podpaliły stogi z sianem

Pan z rozpaczy, lub z rozterki

Przebił nożem babie nerki

Janek ocknął się z pół omdlenia i uświadomił sobie, że te słowa nie powstają w jego obolałej głowie, lecz ktoś je po prostu wykrzykuje, czasem głośno śpiewa. Głos był czysty, dźwięczny, przyjemny dla ucha. Znów usłyszał ten głos. Teraz śpiewał, a melodia była, skoczna i wesoła

Świnia w chlewie, gnój na grzędzie

Zagrzmiał piorun, burza będzie

Karczma pełna i wesoła

W środku tańczy baba goła

Janek podniósł głowę i zobaczył parę kroków od siebie, rosłego chłopaka, idącego drogą.

Szedł boso, w krótkich wystrzępionych spodniach i podartej koszuli. Na ramieniu niósł duży, sękaty kij, do którego przywiązał węzełek. Dopiero teraz spostrzegł Janka stojącego pod drzewem. Na jego pogodnej, beztroskiej twarzy odmalowało się zdziwienie.

– Ktoś ty? – spytał przyglądając się golasowi – muchy cię zjedzą jak tak będziesz tu dłużej stał, a kruk ci oko wykole.

– Odwiąż – poprosił Janek, czując wielkie znużenie.

– Odwiązać? – zdziwił się – a czy ja wiem, ktoś ty taki.

– Nazywam się Jan Mleszkowski.

– A ja Kuba syn ,,kubca”, co kupuje, sprzedaje, po świecie jeździ i handluje.

– Szlachcic jesteś?

– Tak.

– A skąd, jeśli można wiedzieć?

– Z Mleszan.

– Może kłamiesz? Może z mleczan?

– Odwiąż i nie kpij.

– Szlachcica, nagiego pod drzewem, w Rzeczypospolitej nikt nie odważyłby się postawić. Możeś zbój, co na drogach napada?

– Niewinny. Jam szlachcic z dziada pradziada. Odwiąż.

– Widzę że szablę masz i konia. Dasz mi szable, jak odwiążę?

– Dam. Odwiąż.

– Czemuś przywiązany do tej suchej gałęzi?

– W karczmie, wygadałem się pewnej pięknej damie, że mam sakiewkę ze złotem, którą po ojcu nieboszczyku miałem. Teraz już wiem, że język za zębami lepiej trzymać.

– I to z tej przyczyny, dama ta rozebrała cię i pod drzewo podwiązała.

– Przy pośle jechała i to on zełgał, że mu sakwę ze złotem ukradłem.

– Trzeba było sakwę braciom w domu zostawić.

– Nie mam braci. Dwór też spalony.

– Nie masz braci, nie masz ojca, dwór spalony, służby nie ma. Kto zaświadczy za ciebie żeś szlachcić a nie rabuś, włóczykij, powsinoga?

– Nie potrzebne mi żadne świadectwo. Odwiąż.

– Dasz konia?

– Dałem szable.

– Za odcięcie szlachcica dałeś. Za podejrzanego o kradzież, albo za złodzieja, trzeba dać konia bo nie wiadomo czy nie kradziony.

– Bież konia i odwiązuj.

– Dobrze, odwiąże, ale najpierw szabla i koń, odzież też ci niepotrzebna.

Kuba, przebrał się w odzienie Janka, swoje stare zawinął w węzełek, przypasał do boku szablę, dosiadł konia, który spokojnie pasł się przy drodze.

– Pić ci się nie chce?– zapytał.

– Chce.

– Bardzo?

– Umieram z pragnienia.

– Tak myślałem. Poszukam strumyka, poczekasz trochę, to ci wody przyniosę.

– Psie, obiecałeś, że mnie odwiążesz – krzyknął Janek bliski rozpaczy.

– Jak odwiąże, to odbierzesz mi wszystko co mi dałeś. Ale widzę w oddali kurz na drodze. Jadą ludzie, oni na pewno cię odwiążą. Ja tymczasem skoczę po wodę. Nie martw się, jakby cię nie chcieli odwiązać to ja to zrobię, ze szczerego serca, boś mi jak brat. Cierpiałeś za mnie, bo to ja pana posła od sakiewki uwolniłem i za to jestem ci dłużny. Zawsze w biedzie możesz na mnie liczyć. Znasz powiedzenie, góra na górę nie nadepnie. Człowiek  człowiekowi zawsze. Więc nie powinieneś się o to kłopotać.

– No, jadę po wodę, boś bardzo spragniony. Postaram ci się ją szybko znaleźć, byle byś tu na mnie zaczekał.

Kuba zawrócił konia i powoli zaczął się oddalać. Spojrzał jeszcze na Janka przez ramię. Minę miał zadowoloną i kpiarską.

Stał więc nadal Janek że zwieszoną w dół głowa bliski omdlenia tracąc wszelką nadzieję na szybkie uwolnienie. Po chwili dały się słyszeć słowa nowej piosenki na tą samą wesołą melodię.

Kruk na drzewie głośno kracze

Ktoś za Jasiem gorzko płacze

Mam kobyłę i szablisko

Wszędzie teraz dla mnie blisko

Hej rycerzu, przywdziej zbroję

Ja się ciebie już nie boję.

Słonko świeci, deszczyk pada

Nie wyglądam już na dziada.

 

Janka ogarnęła jeszcze większa rozpacz. Upał, muchy i pragnienie, stawały się nie do zniesienia.

Kruk znów głośno zakrakał. Zatrzepotał ciężko skrzydłami i odleciał za samotnym włóczęgą siedzącym na darowanym koniu z szablą przy boku, aby mu towarzyszyć w dalszej wędrówce.

Drogą powoli zbliżał się nowy orszak. Dwudziestu dragonów eskortowało kryty powóz zaprzężony w cztery rosłe konie o tej samej maści. Gdy orszak się zbliżył, jeździec jadący na przedzie, podjechał do drzewa, pod którym stał Janek i zaczął mu się uważnie przyglądać. Odwracał też głowę w bok, co Jankowi wydało się zupełnie niezrozumiałe. Zauważył przy tym, że patrzy każdym okiem z osobna w inną stronę. Minę przy tym miał bardzo groźną, brwi ściągnięte, nos długi, orli, policzki z bruzdami dawno nieogolone, wąs sumiasty. Czapkę dla gorąca zsuniętą do tyłu, co odsłaniało wysokie czoło i rzadkie kosmyki włosów.

– W… w… widzę, ż… że ch… ch… chcieli cię p… p… po… po… powiesić, a… a… ale s… s… spa… spartaczyli s… s… s… sprawę – zaczął jąkając się – t… t… trz… trzeba b… b… by… p… p… poprawić.

– Zbóje mnie napadli i ograbili – odezwał się Janek – jestem szlachcicem. Uwolnić mnie trzeba. Dość się nacierpiałem – Janek już nawet i głośniej głosu nie mógł dobyć.

– Z… z… zbóje, p… p… po… powiadasz.

Cały orszak stanął. Dragoni przysłuchiwali się ciekawie, czekając co zdecyduje wachmistrz.

Powóz również stanął. W niewielkim okienku ukazała się głowa niemłodej już kobiety, ale że nie mogła za wiele zobaczyć, gdyż i dragoni na koniach przesłaniali jej widok na to, co się działo pod drzewem, wysiadła z powozu i podeszła do wachmistrza.

– Ach – wyrwał się jej okrzyk zdumienia na widok całkowicie nagiego, młodego mężczyzny stojącego pod drzewem.

Zakryła dłonią usta by powstrzymać dalsze okrzyki, być może tym razem nie tylko zdumienia, ale i zachwytu. Za starszą damą, z powozu wyskoczyła młodziutka dziewczyna, rumiana jak różyczka i okrągła jak pączuszek i stanęła obok, przezornie milcząc. Na widok, który ujrzała, spuściła najpierw oczy, oblała się rumieńcem, a potem podniosła wzrok do góry, pewna, że widzi rzeczy niezwykłe i dla siebie zupełnie nowe.

– Czy ma… ma… mamy do… do… dokończyć s… s… sprawę – zapytał wachmistrz zwracając się do starszej damy.

–.Tak – odparła starsza dama nie rozumiejąc do końca intencji wachmistrza.

– Jestem szlachcic – krzyknął zrozpaczony Janek – nazywam się Jan Mleszkowski i bez sądu nie macie prawa mnie wieszać.

– Ach – wykrzyknęła po raz wtóry dama – Mleszkowski, czyż to możliwe, dobrze słyszałam?

Wachmistrz obrócił się do swoich dragonów, wyrwał gwałtownym ruchem z pochwy szablę, uniósł ją w górę i marszcząc jeszcze groźniej brwi wydał komendę. – P o w i e s i ć.

Nie – krzyknął czyjś bardzo młody i dźwięczny głos.

Wszyscy obrócili się w stronę młodej dziewczyny, która pobladła nieco, ale czując na sobie spojrzenia licznych osób, hardo uniosła w górę głowę.

– Oczywiście, że nie – potwierdziła bardzo przejęta starsza dama – nie można wieszać tak młodych, niewinnych osób.

– Mo… mo… mości wojewodzino, trzeba do… do… dokończyć!

– Wachmistrzu, natychmiast rozwiązać pana Mleszkowskiego! – poleciła dama – od tej chwili biorę go całkowicie pod swoją opiekę. A ty – zwróciła się do córki – wracaj natychmiast do powozu i nie wychylaj stamtąd głowy.

– Mości Piekota – znów zwróciła się do wachmistrza – otworzyć kufry, znaleźć odzienie dla pana Mleszkowskiego. I niech przyniosą butelkę wina, bo wydaje mi się on bardzo wymęczony tym staniem na drodze.

Mości Piekota zakrzątnął się za wykonaniem otrzymanych rozkazów. Niestety, w kufrach znalazł tylko kobiece suknie i z braku innego przyodziania Janek zmuszony był przywdziać to, co nosiła zazwyczaj starsza dama. Suknie dość obszerne, dały się łatwo oblec na szczupłe ciało, gorzej było z trzewikami, które po prostu odstawił na bok. Flaszka wina, okazała się znakomita w smaku i mocy. Będąc głodnym i jeszcze bardziej spragnionym opróżnił ją szybko i skutecznie wypijając do ostatniej kropelki. Poczuł się bardzo pokrzepiony. Gdy siadł w powozie naprzeciwko obu dam znalazł się w dużo lepszym nastroju niż wtedy, gdy stał pod drzewem a muchy i bąki kąsały jego obite ciało.

– A zatem nazywasz się Jan Mleszkowski? – zapytała starsza dama.

– Tak, tak się nazywam – potwierdził Janek

– Znałam kiedyś przed laty, bardzo dzielnego szlachcica, który nosił to nazwisko, ale pewnie wielu jest takich, którzy tak się nazywają?

– Mój ojciec na imię miał Piotr, a na drugie Zenobiusz.

Piotr? Och Piotr? Właśnie Piotr, Zenobiusz. A jak zdrowie pana Piotra?

– Dwa dni temu jak zmarł – odparł Janek

– Mój ty Boże, zmarł –westchnęła dama – a taki był dzielny rycerz i kawaler.

– A matka twoja? – spytała po chwili zadumania.

– Zmarła przed laty, dawno temu.

– Widzę teraz żeś sierota – wojewodzina westchnęła ponownie – ale dobrze, że trafiłeś na mnie. Ja teraz będę ci jak matka. Nie mam własnego syna, jedynie tę oto córkę, której na imię Anna Łucja. Teraz, będzie ci jak rodzona siostra.

Janka dziwiły takie zapewnienia, jednak widząc łaskawość jaką mu okazuje, jej wielką godność wojewodziny i w końcu niespodziewaną przychylność, niczemu się nie sprzeciwiał. Starał się być grzeczny i miły, a gdy spojrzał na młodziutką twarz drugiej osoby w towarzystwie, w którym się znalazł, zrozumiał, że los zaczyna obracać się na lepsze. Krępowała go nieco suknia w której siedział, ale to nieprzyjemne uczucie, skutecznie zaczęło tłumić wypite wino. Zapytywany przez damę o przyczyny, dla których znalazł się pod drzewem, opowiedział pokrótce swoje ostatnie przeżycia, potem ziewnął parę razy i usnął. Pani wojewodzina z niezwykłą czułością wpatrywała się w twarz śpiącego.

W oczach jej córki malowała się tylko ciekawość i życzliwość.

– Musiał się bardzo umęczyć, że tak nagle zasnął – powiedziała wojewodzina wychylając się z okna powozu.

– Mości Piekota – skinęła na wachmistrza – wyślij przodem dwóch ludzi, aby w najbliższym miasteczku, zamówili u krawca odzienie dla pana Mleszkowskiego w barwach dragonów wojewody. Niech pamiętają także o szewcu. I niech jeden z nich będzie wzrostu i postawy odpowiedniej, aby odzienie dobrze leżało na panu Mleszkowskim.

Wachmistrz ochotnie spełnił polecenie, ciesząc się w duchu, że będzie miał nowego podwładnego, co będzie dobrą zabawą dla całego oddziału.

W dwie godziny później wykorzystując zwyczaje pani wojewodziny, zatrzymał oddział nad niewielką rzeczką na krótki popas. Konie zostały napojone, podsypano im nieco owsa. Ludzie jedli pajdy razowego chleba z boczkiem, lub słoniną. Wojewodzina z córką i Jankiem objadali się zimną pieczoną szynką i razowym chlebem, popijając w miarę apetytu, doskonałym, węgierskim winem. Gdy skończono jedzenie, podszedł wachmistrz i poprosił wojewodzinę, aby mógł sprawdzić, przydatność przyszłego dragona w posługiwaniu się szablą.

– Nie pozwalam – odparła stanowczo wojewodzina, znała bowiem zwyczaje i skłonności wachmistrza.

Ale Janek zrozumiał, o co chodzi wachmistrzowi, a widząc jego niewielki wzrost, chude krzywe nogi i szczupłość postaci, która nie zapowiadała wielkiej siły, poderwał się, gotów stoczyć pokazowy pojedynek. Miał on też niemałą złość do wachmistrza, za jego wielką gotowość do powieszenia go tak niedawno temu.

– Nie pozwalam – powtórzyła jeszcze bardziej stanowczo wojewodzina i wachmistrz by ją usłuchał bez szemrania, ale Janek nie przywykły był do posłuchu szczególnie, gdy głos zabierała kobieta.

Wachmistrz podał mu swoją szablę, sam wziął szablę od jednego z dragonów i stanęli naprzeciw siebie. Dragoni zbliżyli się, aby oglądać pojedynek. Janek uniósł szablę, gotowy do pierwszego starcia. Obserwował uważnie wachmistrza, który stał wciąż z szablą opuszczoną w dół, odchyloną w bok głową i wzrokiem wpatrzonym jakby w niewidoczny cień. Naglę Janek otrzymał płazem szabli bolesne uderzenie w biodro. Uderzenie było tak silne i niespodziewane, że zatoczył się jak pijany odnowił się natychmiast, bowiem ból w pokąsanej nodze.

– Broń się gawronie, bo dostaniesz po ogonie – krzyknął któryś z dragonów, a reszta zarechotała śmiechem.

– Aha, nie trzeba mu się patrzeć w oczy, bo to myli – pomyślał Janek. Zaczekał, aż przeciwnik się zbliży i tak jak uczył go po wielekroć ojciec, zaatakował szybko i spokojnie. Miał wielką ochotę przyciąć lekko pana wachmistrza, aby ten nie myślał, że
z każdym młokosem można sobie poczynać figle i żarty. Ale szybko spostrzegł, że jest on biegły w sztuce władania tą bronią. Nie zamierzał jednak rezygnować z pognębienia przeciwnika, a cieszył się i tym, że to już nie z ojcem się szermuje, lecz z obcym, który miał inny sposób walki i inne swoje szermiercze sztuczki.

Bili się w szable przez jakiś czas, a wachmistrz podwajał wciąż szybkość ruchów, lecz Janek też stawał się coraz szybszy. Przerwali na chwilę, wykorzystał to Janek, aby przymówić wachmistrzowi.

– Chciał mnie wachmistrz powiesić, bo wiedział, że ten mu może wąsa przyciąć, a że wąsa kryje pod długim nosem, to i nos będzie krótszy.

– Dzieci przestanie nosem straszyć – zarechotali znowu dragoni.

Wachmistrzowi krew uderzyła do głowy, spurpurowiał cały. Przełożył szable do lewej ręki i podrażniony zuchwałością młodzika i śmiechem własnych żołnierzy natarł gwałtownie. Janka wiele mogła kosztować zapalczywość, z jaką sam rzucił się do wałki na bardziej doświadczonego od siebie. Ale też zapalczywość ta osadziła w miejscu wachmistrza. Inaczej walczy się, gdy przeciwnik trzyma szablę w prawej ręce, a inaczej, gdy w lewej. Tego też uczył ojciec po wielekroć. Teraz, więc odruchowo zachodził w prawo, aż wachmistrzowi stało się to mocno niewygodne. Wachmistrz chciał, więc na powrót przełożyć szablę do prawicy, ale nie mógł tego zrobić, nie przerywając pojedynku, a na to nie pozwalał mu Janek. Obaj byli już bardzo zmęczeni, jeszcze jeden drugiego chciał przetrzymać. Gdy wynik walki nie był już dla wachmistrza pewny, nie chciał ryzykować przypadkowej rany, a tym samym porażki. Był starym wygą i zrozumiał, że na to nie może sobie pozwolić. Odstąpił więc w tył i skierował klingę szabli w dół, dając do zrozumienia, ze walka zostaje przerwana.

– Do… do… dobrze trzymasz, sz… szablę, ale czas nam w… w… w drogę – wyjąkał.

Janek zwrócił mu szable, a sam skoczył w kępę krzaków rosnących nad rzeka, ściągnął z siebie suknie i plusnął w wodę. Popłynął z nurtem rzeki, a później zawrócił. Kiedy wyszedł na brzeg czuł się rzęsko, a zmęczenie samo ustąpiło. Ubrał ponownie suknię i poszedł zająć miejsce w powozie

– Nie lubię pojedynków – zaczęła pani wojewodzina – a szczególnie rozlewu krwi, ale muszę powiedzieć, że byłeś bardzo dzielny i o ile na początku trwożyłam się o ciebie, o tyle później, nabierałam pewności, że się obronisz. Kiedy spałeś umęczony przykrymi zdarzeniami dnia, myślałam o niebezpieczeństwach, jakie na ciebie czyhają, szczególnie ze strony kozaków.

– Musisz koniecznie zachować w najgłębszej tajemnicy to, co się zdarzyło. Nawet swoje pochodzenie i swoje nazwisko. Jeśli kozacy cię nie widzieli, to nawet, gdy natkną się na ciebie, nie będą wiedzieli za mają cię przed sobą. Musisz tylko przybrać sobie inne nazwisko.

– Ale jakie? – zapytał Janek czując, że w takiej argumentacji jest dużo racji.

– Jeśli nazywasz się Mleszkowski, to przestawmy literki w tym nazwisku, tak, aby brzmiało ono nieco inaczej, na przykład Moczkowski, albo Myszkowski, albo Mruczkowski.

– Herbu ,,kotek”– zaśmiała się Anna Łucja.

– Nie, to mi nie odpowiada – skrzywił się Janek, dotkniętą tą Anny Łucji kpiną.

– Mieczkowski – wykrzyknęła córka wojewodziny uradowana nowym pomysłem.

– Tak, to mi się podoba – przytaknął Janek, tym razem wdzięczny Annie Łucji za tak pięknie dobrane nazwisko.

Doskonale – zgodziła się wojewodzina – mamy w naszym województwie miejscowość, Mieczany, tą otrzymasz w dzierżawę. Stamtąd weźmiesz nowy herb.

Janek popatrzył mocno zdziwiony na wojewodzinę. Łaskawość jej była ponad wszelką miarę. Czyż tak przypadł do serca starej damie, że knuje na jego osobę zamach, a może chce uczynić z niego wiernego służkę, gotowego spełnić każde życzenie. Chodzącego przy nodze jak pies.

– Dziękuję za tak wielką łaskę, za dobro i opiekę – powiedział grzecznie – ale ja muszę do Warszawy. Do hetmana, pod chorągiew. Takie moje lata przyszły, abym na koniu i z szablą w ręku służył, chwały szukał i poważania. Nie czas dla mnie rolą się zajmować, to na stare lata zostawiam.

– My też do Warszawy jedziemy – zaczęła perswadować wojewodzina – więc ci po drodze, a w gromadzie bezpiecznie. Sam jechałeś i zła przygoda cię spotkała. I mnie by zło na drodze znalazło, gdyby nie dwudziestu dragonów dodanych mi przez męża mojego, który jest wojewodą krakowskim. Odłączysz się od nas, to, kto wie może, życie stracisz nim do Warszawy dojdziesz. Teraz krawiec szyje ci odzież, abyś znów jak szlachcic wyglądał. Gdy dojedziemy do miasteczka, odbierzemy ją, byś mógł się przebrać. Będziesz dowodził dragonami, byśmy bezpiecznie dojechali do Warszawy. Za moim wstawiennictwem, będziesz miał służbę u wojewody zapewnioną, na koniu i z orężem w ręku. A musisz wiedzieć, że służyć pod chorągwią wojewody krakowskiego, nie mniejszy to zaszczyt, niż służba w chorągwi hetmana, czy nawet samego króla. Ale gdy do Warszawy dojedziemy, sam zadecydujesz, co zrobisz. Jeśli przyjmie cię hetman, nie będziemy cię wstrzymywać. Będziesz wówczas w domu naszym jako gość mile widziany. Jeśli hetman źle cię przyjmie, zostań przy wojewodzie, a ja zawsze ze szczerego serca we wszystkim ci będę pomagać.

– Będę, zatem dowodził tymi dragonami, którzy są pod komendą wachmistrza Spiekoty?

– I nim samym i dragonami, aż do samej Warszawy, a tam postanowisz, co dalej.

– I mną także, jeśli tylko zechcesz – zaśmiała się Anna Łucja.

– Anno, nie żartuj – skarciła córkę wojewodzina.

Janek nachylił się do ręki pani wojewodziny by ją ucałować z wdzięczności, widząc to Anna Łucja wyciągnęła do ucałowania również swoją drobną rączkę.

– A to, za co? – zapytał patrząc jej w oczy.

– Za pana Mieczkowskiego i za dopuszczenie do… komitywy.

Niech zatem będzie – pocałował podstawioną rączkę – jestem zatem do usług i do wiernej służby, aż do samej Warszawy. I jestem wdzięczny za wyratowanie z opresji w jaką popadłem.

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

[1] Zamieszczony wiersz można śpiewać na ukraińską ludową melodię ,,Hej sokoły”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s