Miecz króla Jana odc. 5


 

Misia, gdy, powozy wyjechały za bramę, usiadła na ławce pod oknem i zamyśliła się.

Marysia po wyjeździe ciotki, poszła do kurnika, zajrzała do cielętnika, pokręciła się po ogrodzie, a nie widząc nigdzie dla siebie zajęcia, zaczęła szukać Misi. Znalazła ją na ławce przed domem, dziwnie chmurną i zamyśloną. Usiadła obok niej i milczała. Słonko świeciło coraz wyżej i robiło się coraz cieplej. Niebo było pogodne, a niewielkie obłoczki białe i pękate jak owieczki, jakby posnęły w bezruchu.

– Wiesz Marysiu, najlepiej będzie jak i my ruszymy w świat– powiedziała Misia.

– W świat? Ale dokąd? Same we dwie? Zginiemy. I po co? I mamy zostawić chorego ojca?

– Właśnie teraz, kiedy jeszcze leży w łóżku. Kiedy się podniesie będzie za późno. Wtedy nam się nie uda. A bardzo chory nie jest, rana goi się szybko, zresztą ma dobrą opiekę i ty mu do niczego nie jesteś potrzebna. Pomyśl tylko, pani Kolnicka jedzie do Warszawy, chciała cię przecież zabrać z sobą i mnie też by chętnie widziała przy sobie, tak mi mówiła. Tylko nie zgodził się twój ojciec. W Warszawie mieszkając u twej ciotki, będziesz mogła widywać Janka, wtedy nie zapomni o tobie. A ty i ja upilnujemy, aby żadna inna się do niego nie zbliżyła. Inaczej zapomni o tobie bardzo szybko, gdy mu inne na oczy będą się pchały. Stracisz swoją miłość, a tak będziesz z nim i z ciotką.

– Ale co powiem ojcu? – zapytała Marysia.

– Nic nie powiesz. Dopiero, gdy będziemy na miejscu, napiszesz list do ojca, że jesteś u ciotki zdrowa i cała, żeby się nie martwił. Cóż ci tu siedzieć na tym pustkowiu. Tam zobaczysz ludzi i pałace i samego króla. A jak się Janek ucieszy, gdy niespodziewanie cię ujrzy. Jacy znowu będziecie szczęśliwi. A kto mu pomoże, jeśli znów wpadnie w jakieś nieszczęście, a ani ciebie, ani mnie tam nie będzie? Jeśli jakąś ranę odniesie, albo zachoruje. Czy już go nie kochasz? Nie chcesz go znowu zobaczyć?

– Chcę i kocham, ale jak możemy jechać skoro jest już za późno, przecież ciotka pojechała.

– Tak i lepiej. Zrobię wcześniej obiad i powiem panu, że pojedziemy nad jezioro, bo upał wielki i chcemy się ochłodzić w kąpieli. Do tej pory przygotuję wszystko. Jak koni nie będziemy oszczędzać, to na wieczór dogonimy panią Kolnicką i dalej pojedziemy razem. A konie wybiorę najlepsze.

Sprawa była postanowiona i zaklepana, a Misia pełna ochoty do działania, gorzej było z Marysią, która wprawdzie chciała jechać, ale odczuwała coś na kształt wyrzutów sumienia.

Kiedy już przyszedł czas dosiąść koni i wyjechać za bramę, oglądała się wciąż na dwór, a w oczach miała łzy.

– Nie martw się Marysiu, wkrótce znów zobaczysz ojca – pocieszyła ją Misia. – Pomyśl jak musiało być przykro Jankowi, gdy odjeżdżał. On nie miał dokąd wracać, a nawet nie mógł ciebie pożegnać. Ja też go polubiłam. Biedny chłopiec.

Teraz obie miały smutne miny. Gdy odjechały od dworu pognały ostro konie. Trzeba było dogonić wozy, które wyjechały wczesnym rankiem.

Po kilku godzinach szalonej, jak im się zdawało, jazdy były wyczerpane, konie również zwalniały. Szybko zapadał zmierzch. Nocowanie na drodze wydawało się być niemożliwe, jazda całą noc, ponad ich siły. Misia, zrozumiała jak zwariowany był jej pomysł. Konie już nie biegły, szły noga za nogą opuszczając coraz niżej łby.

– Chyba zsiądę z konia i położę się na trawie przy drodze – powiedziała Marysia. –Tak bardzo jestem zmęczona.

– Jeszcze trochę wytrzymaj – poprosiła Misia. – Trudno uwierzyć, by tyle ujechać i nie dogonić ciotki i żeby nie było po drodze ani jednego zajazdu.

Nie musiały jechać już długo aby ujrzeć wątłe światełka w oknach. Była to karczma „Pod indorem”, ta sama, w której nocował Janek dwa dni wcześniej.

Wjechały na podwórze, przywiązały konie do płotu i weszły do środka. Nie zdziwiły się, gdy ujrzały w środku wygodnie usadowioną przy stole ciotkę Kolnicką. Rozmawiała o czymś z karczmarzem, dopytywała się czegoś, narzekając jednocześnie na niewygody podróży. Gdy zobaczyła Marysię, aż uniosła ręce z zadowolenia, jakby ją chciała uściskać.

– To dopiero niespodzianka – wykrzyknęła – Teraz będzie nam wesoło podróżować. Ani się mogłam spodziewać. Zobaczycie Warszawę i wszystkie pałace, jakie tam stoją, Radziwiłłów, Paców, Zamojskich, Wiśniowieckich, Lubomirskich, mój w końcu, w którym zamieszkacie. A ilu tam będzie kawalerów od tej pory, gdy takie niewinne ptaszyny będę miała pod dachem. Kto wie czy sam król się nie zjawi, bo on tylko tam przebywa, gdzie dobra kuchnia i piękne lokatorki mieszkają. Kuchnia u mnie wyśmienita, brak mi było tylko lokatorek. Ubiorę was w najpiękniejsze suknie, tak, aby sam król na wasz widok oniemiał z zachwytu.

– Karczmarzu, nie widzisz, że masz przy stole dwie księżniczki. Dawaj następne półmiski i gdzież te pieczone kurczęta?

– Właśnie tłumaczyłem, że nie ma kurcząt, ale jest smakowita jajecznica na słonince.

– Dawaj szybko te kurczęta, bo z głodu wszystkie umieramy.

– Karczmarz zjawił się znów po chwili, z półmiskami jajecznicy i bochenkiem chleba.

– Mówiłam, że mają być kurczęta – oburzyła się Kolnicka

– To są kurczęta – tłumaczył karczmarz – tyle tylko, że bardzo malutkie. Nie wyszły jeszcze ze skorupek i nie opierzyły się

– A co mówiłeś o tym kozaku, że był tu, ale się nie zatrzymał, tak mu spieszno było?

– Wilkiem im z oczu patrzyło, dwóch ich się rozpytywało, ale trzech innych stało na podwórzu. Rozpytywali się o jednego takiego nieszczęśnika, który nocował tu tej nocy alem prawdy im nie mówił. Widać, że im bardzo zależało, na tym by go dogonić. List niby mieli dla niego, ale mnie się wydaje, że mu na gardło chcieli nastąpić.

– O liście i mnie mówili, ale jakie złe zamiary mogliby mieć, tego nie wiem.

Marysia słuchała rozmowy ciotki z karczmarzem, nie rozumiejąc, o jakich kozaków tu chodzi. Misia wiedziała, ale Kordejko ją nie interesował.

– A nie zanocował tu młody szlachcic, co na kulawej kobyłce jechał i miał poranioną nogę?– zapytała znienacka Misia.

– Kulał na nogę, jak ta kobyłka, na której jechał – potwierdził karczmarz.– Właśnie o niego to pytał ów kozak, o którym mówię.

Marysia na te słowa pobladła. Tknęło ją złe przeczucie.

– Ale czy go znajdą jeszcze przy życiu tego nie jestem wcale pewien…

– Dlaczego? – wykrztusiła blednąc jeszcze bardziej Marysia.

– Poseł cesarski oskarżył go o kradzież sakiewki ze złotem. A jego służba, gdy go schwytała i obszukała, sakiewkę znalazła. Krzyczał, że to jego, ale nikt temu wiary nie dał. Nie wyglądał na takiego, co by mógł sakwę dobrze nabitą złotem nosić. Związanego powlekli ze sobą aby po drodze, jak to się mówi, na pierwszym suchym drzewie powiesić. Tak go osądził i skazał pan poseł cesarski.

Na te słowa Marysia, straciła przytomność i osunęła się na podłogę.

*

 Kuba, syn kupca i niewolnicy, kupionej na bazarze w Istambule, włóczykij i złodziejaszek, jechał powoli drogą na kulawej kobyłce. Nad nim polatywał kruk, czasem kołował w powietrzu, czasem przysiadał na przydrożnych drzewach, ale gdy jeździec w dole oddalał się, podrywał się i leciał za nim dalej głośno kracząc. Kuba w takich chwilach wyciągał z pochwy szablę i machając nią nad głową krzyczał do kruka.

– Kruku czarny i przebrzydły, zwichnij kark i połam skrzydły.

Ale kruk przelatywał nad nim i siadał na kolejnym przydrożnym drzewie.

– Zła to może być dla mnie wróżba – myślał Kuba – trzeba być ostrożnym. Przed sobą mam las, nie wiadomo, co w takim lesie może się przydarzyć. Jaki zbój się tam czai? Pierw byłem bosy i ubogi, teraz na koniu i z sakiewką złota. Obrócił się za siebie i zobaczył nadjeżdżających szybko pięciu jeźdźców.

Zaczekam na nich, w gromadzie zawsze bezpieczniej, pomyślał i wstrzymał swoją kobyłkę. Gdy się zbliżyli, przywitał się grzecznie. Po mowie i ubiorze poznał, że kozacy, więc zapytał czy z daleka.

Z daleka – przytaknęli. – Ważne listy wieziemy od pułków kozackich, do hetmana. Ale i od tamtejszej szlachty i kupców, także. Te po drodze oddajemy, tym, do których, były pisane. A waści koń w drodze okulał?

– Taka jego uroda. – Zaśmiał się Kuba.– Na takim mnie ojciec w drogę wyprawił. Zdobędę trochę srebra, to sobie kupię lepszego.

– Taki koń to kłopot – zagadał znów kozak. – i nam kłopotów nie brakuje. Ot mieliśmy list jeden oddać pewnemu szlachcicowi, przyjeżdżamy do jego dwory, a dwór spalony i tylko świeża mogiła usypana na popiołach. Podobno syna miał dorosłego, ale ten zgliszcza opuścił i gdzieś odjechał, nikt w okolicy nie umiał powiedzieć dokąd.

Kuba uszu nadstawił, ale milczał. Po chwili kozak znowu się odezwał

– List, mała rzecz, ale mieliśmy także, mieszek złota doręczyć, od pewnego kupca z Baru. Ten, jako spadkobiercy po zmarłym ojcu, synowi powinien być oddany.

Kuba drgnął gdy o złocie posłyszał. Kozak ciągnął dalej monotonnym głosem.

– Żaden z nas syna jego nie zna i na oczy nie widział, tak jak i nie znał szlachcica onego. Ale gdy się jedzie i ludzi rozpytuje, o takiego to a takiego, to wiadomo, że takiego wskażą i gdzie mieszka pokażą. Gorzej, gdy dworu nie ma, szlachcic nie żyje, a syn po świecie wędruje. Mieszek trzeba będzie z powrotem kupcowi odwieźć, żeby się kłopotu pozbyć.

– Nie ma kłopotu – nie wytrzymał Kuba – bo to właśnie ja jestem tym synem, któremu ojciec pomarł, gdy sąsiad ze swą służbą dwór podpalili.

– Ba, do złota każdy się chętnie przyzna. Szczególnie, gdy jak powiedziałem nie znamy onego młodzika. Jeśli jesteś jednak synem tego szlachcica, którego szukaliśmy to musisz nosić jego nazwisko, to samo jakie na liście jest napisane. Podaj, więc swoją godność, abyśmy mieli pewność, że synowi list i złoto oddajemy.

Kuba wyprężył się na kobyłce, wypiął pierś do przodu i wypalił.

– Jam jest Jan Mleszkowski, pan na Mleszanach.

Kozakowi błysnęło oko.

– Tedy złoto jest twoje. Mam je pod siodłem. Wiedziemy tylko w ten lasek przed nami, tam zrobimy krótki postój, aby się nieco posilić, wówczas i złoto ci oddam.

Kuba od razu poczuł się bogatym i szczęśliwym człowiekiem. Uderzył piętami po bokach konia, aby szybciej wjechać w las, ale koń nie podzielał jego pośpiechu. Człapał powoli kulejąc.

Teraz będę szlachcic pełną gębą, myślał sobie Kuba w duchu. Już minęli pierwsze sosny, gdy nagle, poczuł jak coś wali mu się na kark tak nagle, że spadł z konia z jękiem na ziemie. Nim pojął co się dzieje, był skrępowany z ustami zatkanymi brudną przepoconą chustą. Kozak, który go powalił, klęknął mu kolanem na brzuch, rozdarł na piersiach koszulę i ostrzem noża rozciął skórę. Oszalałemu z bólu Kubie, oczy wylazły niemal z orbit

– Słuchaj, psi synu – odezwał się kozak – jeśli nie powiesz, gdzie stary Mleszkowski zakopał zrabowane kozakom złoto, to złupię z ciebie skórę, kawałek po kawałku, o tak – tu kozak ponownie przejechał ostrzem noża po piersi powalonego znacząc ją krwią. Kuba oszołomiony upadkiem, otumaniony bólem nie rozumiał co do niego mówią, co od niego chcą. Rozgniewany kozak po raz trzeci naznaczył go nożem.

– Będziesz mówił, czy mam ci przeciągnąć po szyi? – teraz ostrze noża znalazło się pod brodą Kuby, ale on jakby zrozumiał, że ma mówić, więc skwapliwie przytaknął głową.

Będziesz krzyczał, lub kłamał, łeb ci utnę – zagroził kozak, wyjmując mu szmatę z ust.

– Gadaj teraz, gdzie złoto.

– Złoto zagarnął podstępem i oszustwem poseł cesarski. Wykrztusił Kuba – Ja nie jestem synem Mleszkowskiego, wziąłem tylko jego konia, szablę i odzież, kiedy ludzie posła podwiesili go pod konarem.

Kozak przyglądał mu się uważnie. Jednym szarpnięciem za nogawki, ściągnął z niego spodnie i dokładnie obejrzał nogi. Na nogach nie było ani śladu ran czy pogryzienia przez psa. .Pod koszulą dojrzał sakiewkę, sięgnął po nią ręką i po ciężarze poznał, że jest wypchana złotem. Ważył ją przez chwilę w ręku

– Skąd ją masz? – zapytał – i pamiętaj jedno kłamstwo i masz nożem po grdyce.

– Ukradłem posłowi – przyznał Kuba szczerze– tylko tyle, jeden mieszek.

– Gdzie poseł, ilu przy nim ludzi i czy są zbrojni? Mów, ale szybko – ponaglał kozak.

– Poseł jedzie tylko z młodą kobietą, powozem, ale ich konie dużo lepsze od mojej kobyłki. Bez zbrojnych. Tylko ze służbą, a służba uzbrojona, jak to służba. Jak daleko mogli mnie wyprzedzić nie wiem, bo nie wiem jak często popasali?

Kozak popatrzał na leżącego. – Jeśli kłamałeś, poszukamy cię, a wtedy już nie będziemy o nic pytać.

Kiedy kozacy odjechali, Kuba podniósł się z ziemi i pogroził za nimi pięścią.

– Nie podaruję wam mojego złota, ani mojej krwi. Przysięgam wam to.

Na te słowa, w górze rozległo się ponure krakanie. Kuba podniósł z ziemi kamień i cisnął nim w siedzącego na drzewie w kruka. Czarny ptak poderwał się z gałęzi i odleciał głośno kracząc.

*

 Kiedy kareta wojewodziny wjechała do miasteczka, na placu rynkowym, przed swoim warsztatem, stał krawiec z nowo uszytym ubraniem, z barwami dragonów wojewody krakowskiego. Janek, gdy je tylko włożył, poczuł że jest znowu mężczyzną. Wolnym niezależnym, młodym szlachcicem. W jednej chwili wyzbył się wstydu, jaki mu po trochu dokuczał z powodu ubóstwa. Zaraz stawił się przed wojewodziną z podziękowaniem.

– Och jak wyglądasz, doprawdy trudno uwierzyć – wykrzyknęła zachwycona wojewodzina

– Jak świeżo namalowany na desce – zauważyła uszczypliwie Anna Łucja – brak mu tylko Bucefała.

– A właśnie – przytaknęła matka – wachmistrzu, idź z Jankiem i wybierz mu najlepszego konia jakiego można kupić w tym miasteczku.

Wachmistrz znał się na koniach, ale Jankowi koń, którego wybrał Piekota, nie wydawał się bynajmniej najlepszy z tych, które oglądał. Wskazał więc na innego.

– Za… za… za.. duży – sprzeciwił się Piekota.

– Dla mnie w sam raz – odparł Janek.

– Za.. za… za… drogi – znowu sprzeciwił się wachmistrz.

– Nie dla wojewodziny – upierał się Janek.

– Dra… dragon nie… nie.. je… jeździ na ta… takim ko… koniu.

– Rozkaz był kupić najlepszego konia, rozkaz wojewodziny!

Na taki argument, wachmistrz nie odważył się dalej sprzeciwiać. Odliczył należną kwotę i już chciał wracać, kiedy Janek podszedł do niego chwycił go w pół i uniósł do góry.

– Co waść w… w… wyprawiasz? – krzyknął zdumiony wachmistrz.

– Cieszę się, że mam nowego przyjaciela.

– Ko… koń… sza… szabla, choć nie ga… gadają, są do… do śmierci.

– Ja nie o koniu, ani o szabli, ale o panu wachmistrzu. – Wyciągnął rękę Janek, a wachmistrz, który rzadko spotykał się z ludzką życzliwością, zdumiał się jeszcze bardziej i wyciągniętą rękę uściskał z radością.

W dalszą drogę ruszono dopiero dnia następnego i ledwie wyjechano z miasteczka na drogę, Janek podjechał do wachmistrza i zaproponował.

– Wczoraj mierzyliśmy się na szable, dziś wypada abyśmy zmierzyli się, który z nas lepszy jeździec – i nie czekając na odpowiedź, wypuścił konia do przodu. Wachmistrz, bez wahania wyrwał za nim i chodź na nieco gorszym rumaku, nie dawał za wygraną. Janek przyzwyczajony do swojej starej kulawej kobyłki, najpierw się przeraził, a później zachwycił się siłą i szybkością nowego wierzchowca. Dopiero teraz poczuł, co to znaczy dobry koń i ile może być warty. Spostrzegł też zaraz, że jeźdźcem jest, jak na razie, kiepskim.

W powozie usłyszano gwałtowny tętent końskich kopyt. Anna Łucja wyjrzała przez małe okienko w drzwiczkach

– Cóż tam widzisz? – zapytała wojewodzina.

– Pan Mruczkowski nam ucieka, a wachmistrz go goni.

– Nie żartuj sobie córko z jego nazwiska, wszak sama mu je wybrałaś, Mieczkowski więc niech się tak i nazywa. Ze jest dzielny to już pokazał w pojedynku z wachmistrzem Piekotą

– Ale nieuczciwy skoro dostał ubiór i konia, a teraz ucieka jak złodziej.

– Nie wierzę żeby uciekał. Dosiadł nowego konia, a teraz go próbuje. Młody jest, a w tym wieku tylko im w głowie gonitwy, pojedynki i …

– Dlaczego mama obdarza go tak wielkim faworem? Nie zasługuje sobie na to. Zresztą nie wiemy wcale, kim on jest. Może tylko jakimś, złodziejaszkiem i wydrwigroszem.

– Nie córeczko, on jest jakby ci to powiedzieć, twoim krewnym i to dość bliskim, nawet bardzo bliskim.

– Jak to? Nić o tym nie wiem i mama nic o tym nie mówiła.

– Tak niech i będzie. Niech o niczym nie wie. Ale ja muszę być dla niego jak matka którą utracił jeszcze w dzieciństwie. Teraz utracił także ojca. Bądź mu proszę, tak dobra, jak rodzona siostra. Zasługuje na to. I pamiętaj, o tym co powiedziałam, nikt nie może wiedzieć.

– Nawet mój ojciec?

– Nawet twój ojczym. To sprawa mojego honoru – dodała wojewodzina wspominając dawniejsze czasy kiedy to z panem Piotrem Mleszkowskim, znakomitym rycerzem i swawolnikiem okrutnym, dokazywała tak skutecznie poza własnym małżeńskim łożem, że aż na świat kilka miesięcy później przyszła maleńka Anna Łucja,

Anna Łucja zamilkła w najwyższym stopniu zdumiona tym co usłyszała od matki.

Dało się słyszeć galopadę powracających jeźdźców. Anna Łucja, przywołała Janka i kazała mu usiąść w powozie, na przeciw siebie.

– Nabiegałeś się jak wicher po polu, to teraz posiedź trochę z nami.

– Ten koń jest jak tatarska strzała – powiedział Janek zachwycony – ani go zatrzymać. A pędzi właśnie tak jak wicher.

Anna przyglądała się Jankowi. Ma ładną twarz – dumała – czy to mój brat? Czy chciałabym mieć takiego brata? Nie można mu nic powiedzieć, tak będzie lepiej dla mnie i dla mamy. Niech mi służy i o niczym nie wie. Podoba mi się taki braciszek i będę mu dokuczała na każdym kroku. Jeśli jestem jego siostrą, to mam do tego prawo.

– Czemu się tak patrzysz? – zapytał Janek widząc utkwiony w sobie wzrok Anny Łucji.

– Spadł gawron z gałęzi, więc mu się przyglądam. A ty się nie patrzysz?

– Patrzę, bo kanarka w drewnianym pudle na kółkach wiozą.

– Język na osełce ostrzyłeś, a szabla dalej tępa.

– Nie potrzebna mi ostra, bo kanarka mam pilnować.

– Nie pilnować, a słuchać.

– Więc zaśpiewaj, lub sama posłuchaj – zaśmiał się Janek. Słyszałem niedawno taką oto piosenkę. Chcesz posłuchać?

W czarcim dole przy stodole

Siedział diabeł cały w smole

Stara wiedźma idzie drogą

Ze kulawa ciągnie nogą

Wilkołaki dziś nad ranem

Podpaliły stogi z sianem

Świnia w chlewie gnój na grzędzie

Zagrzmiał piorun burza będzie

Kiedy śpiewał zwrotkę ,,zagrzmiał piorun” klasnął w dłonie tak mocno, że wydawać by się mogło, iż to samopał wystrzelił.

Anna Łucja nie wytrzymała. Nabrała w płuca powietrza, że aż piersi się jej nieco uniosły i zaśpiewała cienkim głosikiem

Stał byk w oborzę

Krowa przy nim blisko

Wskoczył jej na zadek

Nasz stary panisko

– Anno, na miłość Boga, cóż ty wyśpiewujesz za szkaradne piosenki – wykrzyknęła zgorszona matka – Jak możesz kalać usta takimi piosenkami? Gdzieś ty się tego nauczyła?

– W oborze – uśmiechnęła się niewinnie Anna.

Boże, mój Boże, zmiłuj się nad nami grzesznymi – westchnęła wojewodzina.

——————————————

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

Jedna uwaga do wpisu “Miecz króla Jana odc. 5

  1. KONTRAKT TYSIĄCLECI – cz. 1

    Oto MYŚL – na tle Ewangelii w/g Św. Jana – mówiącej o dialogu Chrystusa z Piłatem.

    Czy Ty jesteś Królem.? Pyta Piłat.
    Odpowiedź Chrystusa; Jestem Królem ale nie z tego świata.

    Wynika z powyższego, że Wszystko co Boskie IDZIE NA WYGNANIE Z TEGO ŚWIATA.

    Na tle powyższego można powiedzieć, że; moja konstytucja z 15 sierpnia 2015 oraz odkrycia Ernesta Golca – są DROGĄ – BY TO, CO BOSKIE POWRÓCIŁO NA ZIEMIĘ Z WYGNANIA.

    Nieobecność Boga na ziemi, to nieobecność prawdy i sprawiedliwości.

    Lekcja o godności: Królewskiej Godności nikt nie może odebrać.!

    Konstytucja z 2 kwietnia 1997 roku, to NIEOBECNOŚĆ Prawdy i Sprawiedliwości.

    Moja Konstytucja z 15.08.2015 – PRZYWRACA OBECNOŚĆ prawdy i sprawiedliwości.
    http://www.konstytucja.manifo.com
    Budowanie Królestwa Bożego na ziemi – realizujemy poprzez PRAWO. (NOWE)

    Wobec powyższego można powiedzieć Tak;
    Prostą DROGĄ idź przed siebie, a może ktoś pójdzie za tobą.?

    Czy MY możemy korzystać z Królewskiej GODNOŚCI.!???
    TAK – powinniśmy być KRÓLAMI TEGO ŚWIATA.

    Tymczasem żyjemy w Lesie PIRAMID I OPARACH ABSURDÓW.

    WSZYSTKO TO zawiera się w parszywym prawie stanowionym, czyli zbrodniczej Konstytucji z 2 kwietnia 1997 roku, oraz w innych prawach stanowionych, opartych o tego knota legislacyjnego.

    Tylko to prawo stanowione jest przyKONTRAKT TYSIĄCLECI – cz. 1

    Oto MYŚL – na tle Ewangelii w/g Św. Jana – mówiącej o dialogu Chrystusa z Piłatem.

    Czy Ty jesteś Królem.? Pyta Piłat.
    Odpowiedź Chrystusa; Jestem Królem ale nie z tego świata.

    Wynika z powyższego, że Wszystko co Boskie IDZIE NA WYGNANIE Z TEGO ŚWIATA.

    Na tle powyższego można powiedzieć, że; moja konstytucja z 15 sierpnia 2015 oraz odkrycia Ernesta Golca – są DROGĄ – BY TO, CO BOSKIE POWRÓCIŁO NA ZIEMIĘ Z WYGNANIA.

    Nieobecność Boga na ziemi, to nieobecność prawdy i sprawiedliwości.

    Lekcja o godności: Królewskiej Godności nikt nie może odebrać.!

    Konstytucja z 2 kwietnia 1997 roku, to NIEOBECNOŚĆ Prawdy i Sprawiedliwości.

    Moja Konstytucja z 15.08.2015 – PRZYWRACA OBECNOŚĆ prawdy i sprawiedliwości.
    http://www.konstytucja.manifo.com
    Budowanie Królestwa Bożego na ziemi – realizujemy poprzez PRAWO. (NOWE)

    Wobec powyższego można powiedzieć Tak;
    Prostą DROGĄ idź przed siebie, a może ktoś pójdzie za tobą.?

    Czy MY możemy korzystać z Królewskiej GODNOŚCI.!???
    TAK – powinniśmy być KRÓLAMI TEGO ŚWIATA.

    Tymczasem żyjemy w Lesie PIRAMID I OPARACH ABSURDÓW.

    WSZYSTKO TO zawiera się w parszywym prawie stanowionym, czyli zbrodniczej Konstytucji z 2 kwietnia 1997 roku, oraz w innych prawach stanowionych, opartych o tego knota legislacyjnego.

    Tylko to prawo stanowione jest przyczyną dzisiejszej parszywości doskonałej.
    Należy sobie odpowiedzieć – Kto nam naiwnym “OFIAROM” tą parszywość zmajstrował?
    Nie będę oryginalny i nie pokażę palcem, bo wszyscy to wiedzą – kto stanowi prawo.

    C.H. Douglas powiedział: “Tworzenie pieniądza jest AKTEM suwerenności,
    który nie powinien być powiązany z bankiem.” – tą doktrynę ogłosił w 1918 roku.

    Dzisiejsza poetka Lusia Ogińska napisała taką oto myśl;
    “Wy mogli byście wszystko mieć, ale Wam się nie chce chcieć.!”

    “Góralu, czy Ci nie żal odchodzić od stron Ojczystych
    Świerkowych lasów i hal i tych potoków srebrzystych.

    POLAKU czy Ci nie żal………. Dla CHLEBA???”

    KONTRAKT TYSIĄCLECI – cz. 2.

    Konstytucję RZECZPOSPOLITEJ z 15 sierpnia 2015 – można kupić u mnie
    Wpłacając na Konto Bank Pocztowy – kwotę 50 złotych;
    Nr. 72 1320 1537 2500 3228 3000 0001 PLN

    czyną dzisiejszej parszywości doskonałej.
    Należy sobie odpowiedzieć – Kto nam naiwnym “OFIAROM” tą parszywość zmajstrował?
    Nie będę oryginalny i nie pokażę palcem, bo wszyscy to wiedzą – kto stanowi prawo.

    C.H. Douglas powiedział: “Tworzenie pieniądza jest AKTEM suwerenności,
    który nie powinien być powiązany z bankiem.” – tą doktrynę ogłosił w 1918 roku.

    Dzisiejsza poetka Lusia Ogińska napisała taką oto myśl;
    “Wy mogli byście wszystko mieć, ale Wam się nie chce chcieć.!”

    “Góralu, czy Ci nie żal odchodzić od stron Ojczystych
    Świerkowych lasów i hal i tych potoków srebrzystych.

    POLAKU czy Ci nie żal………. Dla CHLEBA???”

    KONTRAKT TYSIĄCLECI – cz. 2.

    Konstytucję RZECZPOSPOLITEJ z 15 sierpnia 2015 – można kupić u mnie
    Wpłacając na Konto Bank Pocztowy – kwotę 50 złotych;
    Nr. 72 1320 1537 2500 3228 3000 0001 PLN

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s