Miecz króla Jana odc. 6 i 7


Odcinek 6.

Misię ścisnęło coś za serce. Zaniemówiła na chwilę. Widząc jak Marysia osuwa się z ławy na ziemię, pospieszyła z pomocą. Biedna dziewczyna, najwyraźniej straciła przytomność i leżała jak martwa z rozłożonymi szeroko rękoma. Pani Kolnicka, także ruszyła się by ratować bratanicę, ale Marysia wciąż nie odzyskiwała przytomności. Dopiero dzbanek zimnej wody zaczerpniętej ze studni, przywrócił jej świadomość.

– Aniołku mój jedyny, co się z tobą dzieje? – zagadnęła łagodnie Kolnicka – nie można tak od razu wierzyć we wszystko co mówię ludzie. A już na pewno, w tak straszne przypuszczenia. Żaden poseł, choćby największego nawet cesarza, nie ma prawa osądzać polskiego szlachcica, a tym bardziej, wymierzać mu kary. Gdyby się na to odważył, nie wyniósłby głowy z tego kraju na karku.

– Boże, to przeze mnie spotkało go to nieszczęście – jęknęła Marysia i głośno zapłakała – jeśli postradał życie, to moja wina, Ja jestem winna wszystkich nieszczęść, które na niego spadały. A teraz, jeśli jeszcze i życie stracił to i ja żyć nie chcę.

– Cóż ty dziecinko za głupstwa wygadujesz – obruszyła się Kolnicka. Nikt tu życia nie stracił. Zaraz wyślę pachołków z pochodniami, aby ruszyli na drogę. Przekonasz się wówczas, że nie ma tam Janka. Pewnie on już w Warszawie z panem hetmanem rozmawia, a ty tu niepotrzebnie łzy wylewasz.

Słowa ciotki uspokoiły nieco Marysię, ale wciąż dręczyła ją straszna niepewność. Nie rozwiało obaw zapewnienie służby, która z polecenia ciotki przeszukiwała drogę i nikogo nie znalazła.

Noc przeszła jej na męczących sennych majakach, z których budziła się co chwila. Rano wstała blada i wyczerpana. Nie lepiej wyglądała także i Misia na którą jednak nie zwracano uwagi. Tylko Kolnicka była pewna, że nic złego stać się nie mogło.

– Trzeba tylko pospieszać, a wkrótce zobaczycie go całego i zdrowego – zapewniała co chwila. Wyruszono, więc wczesnym rankiem nie myśląc o śniadaniu na które oprócz służby nikt nie miał ochoty. Poranna mgła osnuwała wszystko wokoło. Było jeszcze chłodno i sennie. Rosa jeszcze nie obeschła, a ptaki dopiero zaczynały swoje pogwizdywania. W polu, całkiem blisko, zaśpiewał pięknie słowik i umilkł. Nad głowami ludzi przeleciał, ciężko machając wielkimi skrzydłami, stary, czarny kruk i usiadł na przydrożnym drzewie. Zakrakał ochryple. Na ten dźwięk, Marysia wzdrygnęła się jakby wystraszona. Misia powędrowała wzrokiem za ptakiem i spostrzegła, że z konaru, na którym siedzi, zwisa konopna lina. Wyskoczyła z powozu i podeszła pod drzewo. Spostrzegła, że koniec liny był obcięty i leżał na ziemi. Na końcu tym był supeł z niewielką pętlą.

– Powiesili go za rękę, albo za nogę – pomyślała. – Może nawet go bili – zrobiło się jej przykro i żal. Już chciała wracać, gdy w trawie tuż przy drzewie, zobaczyła leżące damskie trzewiki. Podniosła je i obejrzała. Były prawie nowe. Wykonane z safianowej skórki, przyozdobionej delikatnym haftem złotą nicią. Musiały należeć do osoby bardzo zamożnej. Zabrała je ze sobą do powozu i pokazała Kolnickiej i Marysi.

– Widać z tego, że znalazła się osoba, która zaopiekowała się waszym Jankiem – uśmiechnęła się znacząco Kolnicka.

Obie dziewczyny poczuły bolesne ukłucie w serduszkach.

– Znajdę ja ją – parsknęła Misia – my się o niego martwimy, łzy wylewamy, a on podróżuje sobie w towarzystwie jakiejś magnatki, ściągającej dla niego trzewiki i całą resztę. Szkoda, że nie zostawiła pod drzewem sukni, a nie poszła w samych trzewikach, skoro jej taka natura.

– Jedźcie szybciej, czorty przebrzydłe – krzyknęła na konie, które i bez bata poderwały się do biegu.

Patrz Marysiu – zaśmiała się głośno ciotka – aby się Misia z kijem na Janka nie rzuciła, gdy go zobaczy.

– A nic mi do niego – zaperzyła się Misia – ale tamtą lada jaką, jeśli ma względem niego złe zamiary, batem gotowa jestem wysmagać, kijem sękatym obić.

– Zamiary musi mieć same dobre, skoro boso za nim pobiegła – śmiała się coraz głośniej ciotka.

– Oby tylko żył, a wszystko mu wybaczę – westchnęła Marysia.

– Jemu musimy wybaczyć, skoro był związany i nie mógł się bronić, ale tej przybłędzie, która nie wiadomo skąd wzięła się na drodze, nie wybaczymy – postanowiła Misia za siebie i za Marysię.

Kolnicka bawiła się coraz lepiej. Wprawdzie straciła nadzieje na męskie towarzystwo w drodze, ale gdy dziewczętom wróciła wiara w to, że Janek żyje, wróciły im także dobre humory i młodzieńczy entuzjazm. Coraz częściej słychać było śmiech i wesołe okrzyki, a droga przestawała się dłużyć. Do wieczora przebyli już połowę drogi i cieszyli się, że nie za długo znajdą się w Warszawie.

Janek był już na końcu tej drogi i nie mógł się doczekać, kiedy wjadą w rogatki miasta. Daleko przed nim, ledwie że majacząc na horyzoncie, jechał samotny jeździec na koniu, który chromał na jedną nogę. Janek dostrzegł już hen, w oddali, czubki wieżyc kościołów i innych znaczniejszych budowli.

W tym samym czasie, poseł cesarski wysiadł właśnie z powozu i czekał aż wysiądzie jego piękna towarzyszka. Służba przenosiła z powozów kufry i bagaże do obszernego budynku przed którym stali. Bokiem przejechało powoli pięciu jeźdźców na mocno wymęczonych koniach. Uważnie przyglądali się jak bagaże wędrują z powozu do budynku. Po pewnym czasie jeden z jeźdźców zawrócił i przejeżdżając koło tego samego budynku, nachylił cię i zapytał przechodzącej mieszczki.

– A któż to zamieszkuje ten pałac?

Kobieta uważnie spojrzała na kozaka i odparła – Poseł cesarza do króla jegomości, tu mieszka.

Kozak podziękował skinieniem głowy i pojechał dalej.

Na początku drogi jechał jeszcze jeden powóz, ani to szlachecki ani to chłopski. Wóz wyściełany sianem, na którym widać było zamożnie, choć bez ozdób ubranego szlachcica. Za wozem szły dwa uwiązane konie, a dalej dla asysty i pomocy dwóch młodych parobków na koniach. Pan, który ni to siedział, ni to leżał w czasie jazdy, twarz miał ponurą i zawziętą. Wozem powoził niewielki garbaty człowieczek o rudej czuprynie i mętnych wodnistych oczach. Co chwila, odwracał się do leżącego na wozie szlachcica nieprzyjemnym, skrzekliwym głosem, niemal w kółko gadał to samo.

– Od samego początku podejrzewałem zmowę – mówił – a najgorsza była ta harda dziewka. To ona do wszystkiego namawiała jaśnie panienkę. Ona musiała tego szubrawca, pod dach przywieść i ukryć. Z kuchni najlepsze kąski wykradała i do stajni nosiła. Gąsiory miodu i wina, gorzałki gdańskie, wszystko to mu nosiła, a on, szubrawiec przeklęty, na sianie się wylegiwał, jadł i pił jak basza turecki. Wlazłem po drabinie na górę, głowę wysadzam i patrzę co się dzieje, a on siedzi rozparty jak szlachcic na dwóch wioskach. Po boku stoją opróżnione gąsiorki po miodzie i tylko kosteczki poobgryzane po kurkach i kogucikach. Resztki połci boczków, szynek i kiełbas. Brzuch mu taki od tego obżarstwa urósł, że innemu i przez całe życie nie urośnie. Siedzi sobie, beka, czka i pierdzi, oczy na mnie wytrzeszcza i ani się ruszy. Jak dobrze zadomowiony szczur. Dopiero jak za widły chwyciłem, zerwał się i zaczął uciekać. Dopadłbym go, ale konia miał gotowego do ucieczki. Lecę ja do jaśnie pana powiadomić co się pod jego pańskim dachem dzieje, a ona mi drogę zagradza i nie puszcza dalej. Mało tego, jeszcze po gębie wytrzaskała. Zdzieliłbym ja ją pięścią po głowie, ale się jaśnie pana gniewu bałem.

– Nie wolno ci jej ruszać – mruknął pod nosem szlachcic – sam ją ukarzę.

– Tak też sobie pomyślałem – odrzekł garbaty woźnica – że kara z ręki mego pana jej nie minie i dlatego jej nie tknąłem. A że pańskiego interesu pilnuję, to mnie jeszcze z jej namowy Michaś obił tak, że się z ziemi podnieść nie mogłem. Co chcę powietrza zaczerpnąć, to mi żebra trzeszczą jak krokwie na dachu. Ani splunąć, ani kichnąć, bo mi się boki zapadają, a wszystko to przez nią. Nie można jej tego darować. Żal, że tego gada nie mogłem widłami zadźgać. Siedziałaby teraz na miejscu i panienki na świat by nie ciągnęła.

– Przywieziemy je obie z powrotem – zapewnił szlachcic – A przy okazji znajdzie się kogoś, kto za drobną opłatą usunie ostatniego z Mleszkowskich z tego świata. Jak mi Bóg miły, nie wyjadę ja prędzej z Warszawy, aż jego trup Wisłą do morza nie popłynie. Dopiero wówczas będę pewien, że więcej mi w drogę nie wejdzie.

Rozdział 4

Za starą basztą

Janek, zdołał już ochłonąć z pierwszego wrażenia jakie wywarła na nim ogromna rezydencja pałacowa Kazimierza Zasławskiego, wojewody krakowskiego. Szedł za panią wojewodziną po kamiennych posadzkach, przechodząc kolejno olbrzymie sale wypełnione ciężkimi rzeźbionymi meblami. Spoglądał na ściany na których wisiały obrazy włoskich i flamandzkich malarzy, zdobyczna broń turecka i tatarska, szable, łuki, tarcze i włócznie. Posadzki w dalszych komnatach pokrywały przywożone przez ormiańskich kupców perskie dywany z bazarów w Stambule. Podziwiał wszystko to co widział i zawstydzał się swoją małością. Wchodził w nowy, bogaty, obcy i ciekawy świat. Miał to wielkie szczęście, że spotkał na swej drodze tą wspaniałą kobietę, która z niezwykłą serdecznością zajęła się nim z zupełnie niepojętego powodu. Teraz prowadziła go aby przedstawić swemu małżonkowi, jednemu z najpotężniejszych panów królestwa.

Wojewoda w podeszłym już wieku, średniego wzrostu, lecz mocnej budowy ciała, stał w towarzystwie skromnie ubranego szlachcica tłumacząc mu coś półgłosem. Wojewodzina podeszła uśmiechając się do męża i wskazała na Janka, który zatrzymał się w pewnym oddaleniu.

– Mężu, mój najmilszy, spójrz, kogo przyprowadziłam – powiedziała łagodnym tonem. – Oto Jan Mieczkowski, nasz daleki, ale bliski naszemu sercu, kuzyn. Spotkałam go w drodze w dość niezwykłych okolicznościach. Na czas naszej do ciebie podróży powierzyłam mu, komendę nad dragonami Piekoty. Pan Jan jest niezwykle dzielny, włada doskonale bronią, co już nam pokazał w pojedynku z wachmistrzem. A wiesz jak twój wierny wachmistrz lubi dokazywać gdy trafi mu się okazja wyciągnąć szablę. Chcę cię gorąco prosić, abyś zachował go przy tej komendzie.

Wojewoda, spojrzał na Janka i na twarzy jego odmalował się wyraz nieskrywanej niechęci. Nie zamierzał wprost przeciwstawiać się małżonce, ale nie podobało mu się wprowadzenie obcego, choćby i krewnego, przed swe oblicze. Jeszcze mniej zadowolony był z powierzanie komendy nad wiernym i wypróbowanym żołnierzem, jakim był wachmistrz dragonów.

Janek dostrzegł tą niechęć wielkiego pana i gotowy był w jednej chwili podziękować za służbę o którą nie zabiegał i nie pragnął. Nie patrząc przed kim stoi, uniesiony nagłym gniewem, chciał cisnąć szablę na kamienną posadzkę, za nią kurtkę dragońską i wybiec z pałacu.

Anna Łucja, także spostrzegła niezadowolenie ojczyma i wiedząc, do czego dojdzie, podbiegła szybko do wojewody i ucałowała go najpierw w policzek, a później zarzuciła mu ręce na szyje i zaszeptała szybko na ucho.

– Niech nam służy, skoro głupi. Wierniejszy będzie, skoro czuje się kuzynem, a o zapłatę się nie upomni, bo nie najęty. Czas by przy pięcie mi chodził i posłuchu się uczył, a tobie kochany tatku służył na każde zawołanie.

Wojewoda, zrozumiał intencje i zamiary swej ulubienicy. Zawsze spełniał jej pragnienia. Teraz także nie mógł jej odmówić, tym bardziej, że miała rację. Młody śmiały i obrotny, a przy tym dobrze się prezentujący sługa mógł być zawsze bardzo przydatny. Bystry wojewoda dostrzegł jak szybko zmieniło się młode oblicze przybysza, gdy spostrzegł, że nie jest tu mile widziany. Zaśmiał się więc i podchodząc do Janka wyjaśnił to mu w dwóch słowach.

– Wielką niechęć wzbudziła we mnie wiadomość, że mój najlepszy wachmistrz popadł pod komendę takiego gołowąsa. Alę, jeśli to prawda, co słyszę, żeś w szable dałeś sobie z nim radę, to muszę przyznać, żeś sobie na to zasłużył.

– Wyszedłem z tego pojedynku cało, szkoda tylko, że go do końca nie mogłem poprowadzić, bo miałem szczerą ochotę przyciąć wąsa panu wachmistrzowi – odparł Janek, jeszcze zjeżony pierwszym przyjęciem.

– A czym to ci się tak naraził mój stary żołnierz? – zapytał wojewoda przyglądając się uważnie nowoprzybyłemu.

– Z początku krzywo na mnie patrzył  – Janek nie chcąc opowiadać o przygodzie, która nie mogła przynieść mu zaszczytu, uciekł się do żartu – ale gdy go poznałem, to go polubiłem, bo żołnierz taki, że może być mi przykładem i starszym bratem.

– Młody a już sprytny lisek – pomyślał wojewoda – trzeba będzie mieć oko na tą nową protekcję. A skoro taki bystry, wykorzystać odpowiednio aby go lenistwo nie zmarnowało.

– Opowiem ci wszystko, kochany tatku, jak to było – zaszeptała na ucho wojewodzie Anna Łucja – to było widowisko jak w tureckiej bajce. Pierwszy raz widziałam wypędzenie z raju, takie żałosne.

Wojewoda spojrzał na pasierbicę, podejrzewając co nieco, ale nie zdążył nic powiedzieć, gdyż sługa oznajmił, że podwieczorek podano. Przeszli wiec do jadalni, z wyjątkiem pani Zasławskiej, która po podróży, wolała pójść najpierw do swych pokoi. W jadalni na dużym pięknie robionym stole stała wielka, posrebrzana misa wypełniona smażonymi w cieście jabłkami. Placuchy, racuchy były ulubionym przysmakiem pana wojewody i zajadał się nimi bez opamiętania. Smakowała w nich także Anna Łucja, a Janek głodny zawsze z natury i młodzieńczego wieku, widząc, że kto pierwszy ten lepszy, połykał je tak szybko, że aż zdziwił wojewodę.

– Zatem chcesz mieć komendę nad wachmistrzem Piekotą? – zapytał wojewoda.

– Wola mego ojca – odparł Janek – była taka, abym służył w chorągwi pana hetmana wielkiego koronnego do którego dał mi listy polecające. Ojciec mój znał hetmana, gdy ten był jeszcze młodym kiedy razem wojowali. Wolę mego ojca muszę uszanować.

Wojewoda na te słowa spochmurniał. Spojrzał na Annę Łucje potem na Janka i powiedział

– Hetman wielki koronny, dziś to inny człowiek, dufny w siebie. Pycha go rozpiera. Ponad króla się wynosi i niemal że wrogiem mu jest. Wrogiem także wszystkich tych, którzy królowi wiernie służą. Mnie on też, bo królowi od lat służę i podporą silną jestem dla tronu.

– Ja nie hetmanowi chcę służyć, lecz pod hetmanem. Bo wierzę w to, co mi ojciec mówił o hetmanie, że w domu on nie przesiaduje a walkę lubi i walczyć umie. Służyć chcę królowi i Rzeczypospolitej. Byle by na koniu i z szablą w ręku.

– Ciekawie to mówisz, że chcesz służyć królowi, ale pod hetmanem – zamyślił się wojewoda – ja, jak powiedziałem, służę królowi, a jeśli i ty zamierzasz mu służyć tak jak mówisz, toś mi przypadł do serca, a król taką służbę chętnie przyjmie, to ci mogę ręczyć.

– Janku, nie zapominaj, co obiecałeś, że najpierw będziesz mnie służył – wtrąciła Anna Łucja – z tego obowiązku cię nie mogę zwolnić. Wszyscy chcą królowi, albo królowej służyć, tylko mnie nikt nie chce. Nawet tacy, którym życie ratowałam przed bardzo haniebną śmiercią, gotowi są o tym zapomnieć i odwrócić się do mnie plecami.

– Nieprawda – zaprzeczył Janek, przypominając sobie jak stał pod drzewem i oczekiwał na pomoc – nie zapomniałem i zawsze jestem gotów na wszystko, aby się odwdzięczyć.

– Więc ślubowanie – Anna wyciągnęła rękę do ucałowania – że zawsze będziesz mi wierny i posłuszny.

Janek zmieszał się. Przypomniała mu się Marysia, jak dopytywała się o to czy jej nie zapomni. Ale szybko znalazł wybieg.

– Moja szabla zawsze będzie ci wierna i posłuszna – z takim przyrzeczeniem mógł ucałować wyciągniętą rękę, zachowując swoje sumienie w spokoju.

Wojewoda uśmiechnął się, gdyż poznał się na wykręcie Janka. Nie spodobało się to Annie Łucji.

– To znaczy, że wystarczy powiesić szablę na gwoździu i już po służbie, już po wdzięczności?

– Ja szabli nigdy nie odpinam od pasa.

– Gdy cię zobaczyłam po raz pierwszy wyglądałeś jak nieopierzony gawron, co spadł z wierzby, ale teraz widzę, że jesteś jak sroka, co macha ogonem na wszystkie strony.

– Córeczko, cóż ty wygadujesz – wojewodzina wróciwszy, próbowała załagodzić gniew córki – Masz gościa w domu i tak mu dokuczasz?

– Zasłużył sobie na to.

– Nic gawron nie posiada prócz darowanej szabli i nadwątlonej czci, więc tylko to w służby może ofiarować.

– A serce? – zapytała Anna Łucja.

– W domu zostało – zaśmiał się Janek.

– Aha, więc mam drewnianego żołnierzyka bez serca. W brzuchu klajster, w głowie trociny, a zamiast języka, sosnowa zadra. Na dodatek drewno niezbyt wygładzone.

– Anno prosiłam cię abyś była bardziej mila – wtrąciła się znowu matka – kazałam przygotować dla Janka niewielki pokoik na poddaszu do spania. Teraz idź i pokaż mu cały dom i ogród i nie spóźnijcie się na kolację. I bądź miła, proszę.

Następnego dnia po śniadaniu, Janek wyszedł z pałacu Zasławskich na szeroką gwarną ulicę i skierował się w stronę królewskiego zamku. Obejrzał go sobie z bliska i choć nigdy nie widział nic większego, doznał pewnego rozczarowania. Zamek wydał mu się zbyt mało warowny. W swojej wyobraźni widział go na stromej skale, z wieżycami i basztami, otoczony wysokim zębatym murem i głęboką fosą, wypełnioną wodą. Aby nie tracić czasu, zaraz rozpytał się o siedzibę hetmana wielkiego koronnego i gdy dostał odpowiedź, poszedł tam bez dalszej zwłoki.

Przez kutą, żelazną bramę wszedł na dziedziniec pałacu hetmańskiego. Kręciło się tu wielu ludzi, o minach hardych, wąsach sumiastych, spojrzeniach bystrych i nieustępliwych.

Wiele twarzy naznaczonych bliznami, a każda spalona stepowym słońcem i zmrożona zimnymi wichrami. Nie znalazłbyś w takiej twarzy litości, czy lęku. Każdy przy ogromnej szabli.

Stali przeważnie grupami rozmawiając głośno, śmiejąc się i żartując Widząc tych ludzi domyślił się, że muszą to być sami najdzielniejsi rycerze hetmana. Istotnie, kiedy hetman przybywał do stolicy, zabierał ze sobą zawsze jedną, lub dwie chorągwie husarskie dla splendoru, ale i dla postraszenia swoich przeciwników których mu nie brakowało. Aby dojść do szerokich kamiennych schodów, które wiodły do pałacowych komnat, musiał przejść między tymi rycerzami.

Czując na sobie spojrzenia najbliższych z nich, poczuł się speszony, uniósł, więc odruchowo w górę głowę, zesztywniał nieco i szedł mijając ich nie rozumiejąc, że wchodzi prosto w paszczę lwa. Omiatały go spojrzenia, zdziwione, wrogie i ciekawe zarazem. Zobaczyć na tym dziedzińcu człowieka w barwach wojewody krakowskiego, żywego, z własnej woli wchodzącego pomiędzy nich, było rzeczą, która zdarzyła się im po raz pierwszy. Zdumieni, milkli i odruchowo niemal rozstępowali się przed nim, patrząc jak na dziwo, albo senną zjawę. Tak w zupełnym spokoju, nie zaczepiany przez nikogo, doszedł do pierwszych stopni schodów.

Stała tu grupka mężczyzn, wśród których wyróżniał się jeden najwyższy, potężnie zbudowany szlachcic, o nie małym brzuchu i tubalnym głosie. Trzymał on w ręku szablę, której niezwykłą wartość i urodę zachwalał. Janek słysząc jego słowa o niezrównanej twardości damasceńskiej klingi i o wielkiej cenie rękojeści, misternie cyzelowanej i ozdobionej licznymi turkusami, zerknął przez ciekawość w bok i potknął się na pierwszym stopniu. Aby nie stracić równowagi, próbował odruchowo wbiec na najbliższych parę stopni, podpierając się prawą ręką, o kolejne stopnie lewą przytrzymując szablę. Takim sposobem wpadł z dużym rozpędem na schodzącego z góry młodego szlachcica, którego bardzo niefortunnie uderzył głową w niezwykle czułe dla niego miejsce po niżej pasa. Szlachcic, złapał się rękoma za swe przyrodzenie, a gniew wykrzywiły mu na chwilę piękną pobladłą nieco twarz. Zdumienie odebrały mu na chwilę mowę, ale widząc przed sobą dragona wojewody Zasławskiego, który zadał mu tak niespodziewanie, przykry ból, odepchnął go od siebie i krzyknął.

Baranów ma pan wojewoda, nie dragonów co po schodach jak bydlęta tylko na czterech nogach wbiegają. Stróża z batem trzeba by tu postawić, by gdy taki między ludzi pana hetmana się przepycha, batem przegonić.

Jankowi niewiele brakowało, aby potoczył się po schodach w dół, tak silne było pchniecie, mimo to za swój niezręczny przypadek, chciał przeprosić, gdy jednak takie słowa usłyszał, gniewem uniesiony za szablę chwycił i nie zważając na nic natarłby na szlachcica, gdyby nie liczne ostrzegawcze głosy.

– Nie tu, nie tu, hetmanowa na pokojach. Gdzie indziej szable, krzyżować, nie pod oknami pałacowymi.

– Dobra to myśl – podchwycił młody szlachcic – chociaż żaden to zaszczyt dla żołnierza hetmana z byle dragonem wojewody krakowskiego się mierzyć. Gołowąsem, co szablę ledwie do boku przywiesił a już między rycerstwo się pcha. Ale skoro za szablę chwyta to musimy się spotkać jak zwykle z hultajstwem wojewody w dole za starą basztą. Zobaczymy czy umie ją w ręku utrzymać, czy ją zamiast kija do odganiania psów nosi?

– Nie w dragonach chciałem służyć – oburzył się Janek – ale w chorągwi pancernej pana hetmana. I o to idę prosić, a kto mnie za barana chce mieć temu rogi pokażę.

– W pancernej chorągwi hetmańskiej chce służyć – zaśmiał się szlachcic, a wszyscy w koło zawtórowali mu basem. Postura dobra, mina przednia, tylko ta noga jakby kulawa, a takich pan hetman nie przyjmuje. A to od urodzenia, czy koń z grzbietu zrzucił?

– Pies sąsiada, bestia sroga za nogę mnie ucapił, gdy.. .– nie zdążył dokończyć, kiedy nowy wybuch gromkiego śmiechu zagłuszył jego słowa, przyprawiając o jeszcze większe pomieszanie i gniew.

– Mówiłem przecież, że szabla mu służy do opędzania się od psich zębów, a i z tym nie umie sobie poradzić. Co dopiero zmierzyć się z żołnierzem hetmańskim.

Janek widząc że szlachcic, na którego wpadł to człowiek nie wiele starszy od niego, wzrostu ledwie średniego, za to o pięknej i delikatnej twarzy, nie wahał się ani chwili gotowy na wszystko, aby przestać być obiektem do kpin i żartów.

– Z takim paniczykiem, co ma się za dobrego żołnierza zawsze mogę się zmierzyć, byle powiedział gdzie i kiedy – krzyknął rozgniewany.

– Mówiłem już, że za starą basztą w dole. Jak tylko wybije zegar na wieży zamkowej dwanaście razy. I nie zapomnij o sekundancie, bo o własnych siłach nie wrócisz na kwaterę. Tak się rzecz kończy, gdy ktoś tak niezręczny jak ty wystawi się na szablę Krzeczysława Różewicza.

– Nie zapomnę – odburknął Janek zadowolony że może iść dalej.

W salach, do których dotarł, było nie mniej ludzi niż na podwórcu i schodach.

Panowała tu jednak niemal cisza i powszechne skupienie. Szlachta cisnęła się do klamki hetmańskiej, a każdy, kto tu stał i czekał, miał swoją ważną dla siebie sprawę. Tego dnia Janek nie doczekałby się na posłuchanie gdyby nie strój dragoński z barwami wojewody krakowskiego który na sobie nosił.

Stojący przy drzwiach do następnej komnaty odźwierny, gdy go tylko spostrzegł zniknął za drzwiami. Pokazał się po chwili i znów stanął jak poprzednio w tej samej pozycji i tym samym miejscu, ale już nie spuszczał oka z Janka. Podszedł więc do niego i zapytał o możliwość widzenia się z hetmanem.

– Już o tym mówiłam – odparł krótko zagadnięty – teraz trzeba czekać cierpliwie.

Janek czekał więc cierpliwie, obserwując jak przez drzwi pilnowane przez odźwiernego wchodzili i wychodzili zamożnie na ogół ubrani posesjonaci. Obserwował ich uśmiechnięte, czasem wręcz rozradowane oblicza kiedy opuszczali komnatę. Na ten widok nabierał coraz większej wiary w to, że i on zostanie niezwłocznie przyjęty do służby hetmańskiej.

Waść jesteście wezwani na posłuchanie – usłyszał niespodziewanie. Wszedł, więc pospiesznie i ujrzał przed sobą wysokiego mężczyznę o długim mięsistym, czerwonym nosie, podgolonej czuprynie i małych, nieco skośnych oczach.

– Jaśnie wielmożny panie hetmanie – zaczął z pośpiechem. – jestem Jan Miecz… Mleszkowski – poprawił się szybko.

– Nie jestem hetmanem – przerwał mu ten, do którego się zwracał.

Zapadła krótka cisza podczas której obaj obserwowali się nawzajem. Teraz nieznajomy wydał się Jankowi zupełnie inną osobą.

– Chciałem być posłuchany przez hetmana dla sprawy dla której przybyłem.

– A jakaż to sprawa – zapytał nieznajomy – jestem sekretarzem hetmana Wielkiego Koronnego i wszelkie sprawy muszą być najpierw zbadane przeze mnie.

Janek pomyślał przez chwilę, aby ułożyć sobie w głowie to, co miał do powiedzenia. Zaczął od początku.

– Mój ojciec, Piotr Mleczkowski, kiedy był młodszy i przy siłach sługiwał razem z panem hetmanem. Życie nieraz w boju sobie nawzajem ratowali. Kiedy ja do szabli dorosłem dał mi dwa listy do pana hetmana i do chorążego chorągwi pancernej w których polecił gorąco moje służby.

– Masz je ze sobą? – zapytał sekretarz

– Miałem. Ale mi je odebrano, a właściwie skradziono.

– Któż to uczynił?

– Kobieta, która podróżowała razem z posłem jego cesarskiej mości.

– Czy zwracałeś się do posła, aby skarcił tą kobietę i spowodował zwrot tych listów? – zapytał sekretarz, przyglądając się podejrzliwie Jankowi.

– Nie mogłem tego uczynić, bo było to zrobione za wiedzą posła.

– Więc zażądałeś zapewne zwrotu tych listów od posła?

– Żądałem, ale nic nie mogłem zrobić, gdy mi odmówiono ich zwrotu.

– Chcesz powiedzieć, że mając szablę przy boku pozwoliłeś sobie odebrać listy, które pisał twój ojciec do hetmana?

– Odjęto mi szablę. Służba rzuciła się na mnie, pobiła dotkliwie obdarła z odzienia i przywiązanego do drzewa zostawiła jak jagnię wilkom na pożarcie. Zabrano mi sakiewkę pełną złota i te listy, które miałem strzec jak oka w głowie. Na dodatek jakiś włóczykij, co szedł drogą zabrał moją odzież szablę i konia.

– Więc wróciłeś do domu nagi po nowe odzienie? – sekretarz czuł jak wzrasta w nim coraz większa niechęć i coraz większe podejrzenie.

– Nie wróciłem, bo dwór został spalony, a ojciec umarł, ledwie gdy wyszedł z płonącego dworu.

– To szpieg cesarski, opłacany przez posła von Szwancera – pomyślał sekretarz – chce wślizgnąć się pod płaszcz hetmański, aby donosić za judaszowe srebrniki swoim chlebodawcom o zamiarach hetmana. Dlatego wygaduje takie niestworzone historyjki.

– Dawno się ta rzecz zdarzyła?

– Janek zamyślił się przez chwilę – wczoraj – odpowiedział – nie. przedwczoraj – poprawił się.

– Ale cwany lis, kręci jak tylko może – dumał sekretarz.

– A od kiedy służysz w dragonach wojewody Zasławskiego?

– Od dzisiaj. A właściwie to od wczoraj.

– Kiedy przybyłeś do Warszawy?

– Wczoraj przed wieczorem.

– Gdzie stanąłeś na kwaterze?

– W pałacu wojewody, dzięki wielkiej uprzejmości wojewodziny. Gdy mnie o to poprosiła nijak nie mogłem się wykręcić aby nie przyjąć służby. Ale to do czasu, kiedy wstąpię pod chorągiew pana hetmana.

– Na taką odpowiedź zdumiał się pan sekretarz.

– Jeśli przejdziesz pod znak hetmański to stracisz tak wyborną kwaterę.

– Nie, nie stracę. Będę tam jako gość mieszkał, tak mi powiedziała pani wojewodzina.

– Sekretarz zamilkł na chwile. Zastanawiał się nad odpowiedziami, jakie usłyszał.

– Kim jest ten człowiek, niby taki prosty a tak pokrętne dający wyjaśnienia? Lis, po prostu lis, młody szczwany lisek. Wije się jak węgorz, a co słowo to kłamstwo – myślał sekretarz – wiec wypytajmy go o wszystko i zobaczymy, co jeszcze wymyśli.

– Dwór spłonął, wielka to dla twojej familii strata, pewnie i stajnie i obory i chlewnie. A bydlątek dużo spłonęło?

– Jedna krowa, co i tak była stara i mleka już nie dawała Koń był w lesie. Służka jedna niemłoda, co była przy dworze, gdy dwór spłonął w las poszła, ja do Warszawy ruszyłem o służbę do pana hetmana, jak mi ojciec polecał.

– Od pioruna to był pożar, czy może ogień został zaprószony?

– Dwór spłonął, bo go zły sąsiad w swej nienawiści podpalił.

– Więc pewnie ojca pomściłeś. Z dymem puszczając złego jak powiadasz sąsiada i zaraz na służbę do Zasławskich duszę oddałeś, a tu przyszedłeś na szpiega. Masz nadzieję, że nie wiem jak służbę chcesz pełnić. Psuć mi ludzi, do zdrady namawiać, przeciągać na stronę Zasławskich. Mówić, że powinnością królowi służba, a król zamiast służyć Rzeczypospolitej własnemu brzuchowi jedynie służy. Obżarstwu, pijaństwu i rozpuście.

– Na Janku te słowa wywarły jak najgorsze wrażenie. Niechęć i gniew, jakie niespodziewanie pojawiły się na twarzy sekretarza, zdumiały go. Posądzenie o szpiegostwo, było dla niego potwarzą nie do darowania. Zarzut postawiony królowi, zdradą. Zakipiało w nim oburzenie, którego nie umiał powstrzymać.

– Bić się przyszedłem pod hetmanem, bo od ojca słyszałem, że to wojownik wielki – wykrzyknął – za majestat królewski. I królowi tak służyć, ale jeśli nie służy on królowi to i ja nie chcę takiemu hetmanowi służyć. Nie szpieg ja ani zdrajca, ale jeśli na zdrajców trafiłem to im służyć nie będę. Dobrze pan Zasławski powiedział, że hetman to teraz nie ten sam, co kiedyś.

– Jak śmiesz takie słowa na hetmana mówić? Gołowąs i przygłup zupełny. Głową za takie słowa zapłacisz.

Sekretarz poczerwieniał z gniewu, chciał jeszcze coś mówić, ale zakasłał się tak, że aż się pochylił.

– Janek nie czekał aż minie kaszel sekretarzowi, Odwrócił się na pięcie i wyszedł z komnaty. Targał nim gniew taki, że każdemu by skoczył do oczu. Gdy stanął na szczycie schodów, spojrzał przed siebie w dół na ludzi stojących na stopniach i dalej na placu.

Chciał być razem z nimi i jednym z nich, ale stało się inaczej. Został odtrącony, źle przejęty. Posądzony o złe zamiary. O chęć szpiegowania hetmana. Co tu szpiegować i dla kogo? I taki głupi łeb, sekretarzem hetmana? Nie do wiary!

I nagle na końcu placu dojrzał człowieka, którego natychmiast poznał. Był to Kuba, włóczykij ten, co miał go na drodze uwolnić z więzów, a który zamiast tego przywłaszczył sobie jego szablę i konia. Pomimo odległości, jaka ich dzieliła ich wzrok spotkał ze sobą. Kuba także go rozpoznał. Obrócił się w tył i spiesznym krokiem zmierzał do bramy. Chciał koniecznie uniknąć niepożądanego spotkania z człowiekiem, z którego sobie zakpił i którego okradł.

– Widząc to Janek rzucił się w dół po schodach, aby schwytać nicponia i tu przydarzyło mu się kolejne nieszczęście. Ogromny szlachcic, u którego w ręku widział szablę z głownią wysadzaną turkusami, już nie zachwalał ani jej urody, ani twardości damasceńskiej klingi. Teraz wszedłszy parę stopni w górę, aby być lepiej widzianym, demonstrował, z jaką szybkością szabla ta tnie powietrze.

– Aż świst idzie. Turka, Tatarzyna, na pół przetnę taką szablą – chwalił się tubalnym głosem. – A kto wie czy i siodło całe będzie? Jak waszmościowie wiecie mocy mi w ręku nie brak, ale ręce tej mojej takiej właśnie szabli brakowało.

– Tu, aby się popisać ciął z góry ze straszliwą siłą i jeszcze straszliwszą miną.

A Janek biegł ze schodów z góry i byłby wpadł pod tą szablę znamienitą gdyby szybciej nieco wyszedł od sekretarza, lub krócej stał na wierzchołku schodów. Brak pośpiechu tym razem uratował mu życie. Szabla mignęła mu tuż przed obliczem sunąc z góry w dół, a on biegnąc w pośpiechu kopnął ją gdyż znalazła się akurat tuż przed jego butem. Od tego kopnięcia, oręż wypadł z ręki szlachcica który się tego nie spodziewał, furknął w górę i spadł kilka stopni niżej znów pod nogi Janka. Nadmiernie rozpędzony nie mógł się zatrzymać nie tracąc jednocześnie równowagi. Klinga szabli leżąc o jeden stopień niżej od rękojeści, nadepnięta niezgrabną nogą, wygięła się jak rogalik. Posypały się błękitne turkusy zdobiące mosiężną rękojeść.

– Cóżeś uczynił? – zagrzmiał purpurowiejąc z gniewu szlachcic. Zrozumiał, że swoim przechwalstwem wystawił się na pośmiewisko. Złość, jaka z tej przyczyny go naszła musiała się wyładować na przeklętym intruzie. Człowiek który się pojawił, przysparzał samych kłopotów.

– Kto mi wkracza w drogę temu dam po głowie. Spowiadaj się synku, bo jak mi bóg miły do wieczora nie wyżyjesz – zagroził olbrzym.

Janek pochylił się i podniósł pechową szablę. Trzymając ją w ręku obrócił się do szlachcica, który stał jak istny zawalidroga kilka stopni wyżej, rzucił mu ją pod nogi i krzyknął nie hamując złości.

– U mnie szabla dragońska, a nie hetmańskie blaszki i pozłotki z klejonymi kamyczkami. I nie mów waszeć o mojej głowie tylko myśl o własnym brzuchu, abym go nie otworzył, bo ci się żółć na sadło wyleje.

Olbrzym pomimo swej tuszy zbiegł jak młodzik po schodach w dół chcąc Janka zmiażdżyć swoimi niedźwiedzimi łapami, ale nie zdążył, gdyż przed swoim brzuchem zobaczył nadstawioną gołą lśniącą klingę szabli.

– A… a… a, chcesz jak widzę zmierzyć się ze mną w szable?

– Tak – odparł Janek – w dole za starą basztą. Będziesz waść drugi w kolejności. Dwóch będzie miał mniej hetman rycerzy w swoich zastępach. A jak waszmość zwą? Chcę wiedzieć, kogo będę miał na sumieniu.

– Onufry Zenobiusz Dąba.

– A ja Jan Mle… – tu się zaraz Janek szybko poprawił – Mieczkowski.

Nie zatrzymując się dłużej obrócił się i szybkim krokiem podążył w kierunku bramy, mając nadzieje, że na ulicy uda mu się pochwycić Kubę.

Na schodach pozostał w licznym gronie swoich przyjaciół pan Onufry Zenobiusz Dąba, posiniały z gniewu.

– Widzieliście – odezwał się – jaka to pyskata szelma. Gdzie on się tego nauczył tak przygadywać i pyskować? Pewnie na chłopskich jarmarkach. Z babami się wykłócał, gdy kury macał, bo mnie się widzi, że do dziewuch on jeszcze nie dorósł.

– Mości Zenobiuszu, ale spójrz tylko na te turkusiki. Od spodu one białe i na wosk klejone. Fałszywie one z kostek robione i po wierzchu z jednej strony malowane.

– Mości Zachariaszu teraz to i ja wiem –przytaknął Dąba – ale skąd ja miałem wiedzieć że to taka szabelka przy boku tego baszy, któregom do niewoli wziął.

– Ja takie u kupca pewnego ormiańskiego na targowisku widziałem.

– Chcesz mości Zachariaszu powiedzieć, że mój basza kupił ją na warszawskim targowisku? Chociaż mogło to się zdarzyć. Przecież tureckie poselstwa zjeżdżają często i do króla i do naszego hetmana.

Rozmowa została przerwana, gdyż pan Zachariasz został pilnie wezwany do hetmańskiego sekretarza. Nie bawił tam długo. Zbiegając szybko ze schodów w dół zatrzymał się na chwilę koło przyjaciół.

– Mam przynieść głowę onego nieszczęsnego dragona, który tu tak sromotnie naraził się panom Różewiczowi i panu Dąbie.

– O, jeśli i z sekretarzem zadarł to już po nim – zauważył któryś z rycerzy stojących z boku.

– Samego hetmana obraził. Wybaczcie panowie pośpiech, ale muszę go dogonić, jeśli rozkaz ma być wykonany.

Zachariasz Knieziewicz w śród towarzyszy słynął z tego, że nikt mu nie był w stanie sprostać w walce na wszelki oręż, którym można było kłuć, ciąć, lub rąbać. Równie dobrze walczył turecką zakrzywioną szablą, polskim koncerzem, czy szwedzkim rapierem. Oręż w jego ręku zawsze oznaczał dla przeciwnika klęskę i rozlaną krew. Znając tą swoją przewagę, chętnie szukał okazji do pojedynków, karczemnych burd i awantur. W nich mógł się popisać swoją szermierczą przewagą.

Teraz dostawszy zlecenie od hetmańskiego sekretarza pobiegł uradowany w duch za Jankiem mając nadzieję wytargać młodzika za uszy. Zobaczył go na ulicy jak stał i rozglądał się dookoła jakby kogoś szukał. Istotnie, bo Janek wybiegłszy za bramę szukał gdzie tu mógł się ukryć Kuba, którego nie tak dawno widział.

Knieziewicz podszedł do niego i stanął przed nim mierząc go zuchwałym spojrzeniem.

– Od razu widać ze szpieg – powiedział z pogardą – szpieguje na wszystkie strony.

Janek poznał się na zaczepce, nie zamierzał jednak ustępować. Z tak samą hardą miną odparł na nagabywanie.

– Szpieguje? A kogo jeśli można zapytać? Bo chyba nie ciurów obozowych hetmana, który nie chce słuchać króla i przeciw królowi występuje.

– Obrażasz hetmana i jego rycerzy, a to płazem ci nie ujdzie.

– Żeby płazować trzeba chwycić za szablę, a co nosi rycerstwo hetmana właśnie się przekonałem, więc zważ waszmość, abym to ja nie zaczął płazować tych co mi w drogę wchodzą.

– Więc co – zapytał Kniaziewicz –za starą basztą?

– Właśnie, za starą basztą.

– Knieziewicz zawrócił zadowolony z siebie. To, co chciał, osiągnął. Miał zakarbowany pojedynek ale przejmował się, że będzie trzeci w kolejności. Gdy tylko znalazł się na powrót pomiędzy towarzyszami spod chorągwi od razu zażądał od Różewicza i Dąby, aby ustąpili mu pierwszeństwa w szrankach.

– Pojedynek ten to rozkaz, który muszę wykonać – stwierdził – nie dla zwykłej przyjemności to robię lecz z polecenia.

– Będziesz stawał jako trzeci – upierał się Dąba.

– Różewicz go zetnie, a ty rozrąbiesz mu tułów na dwoje. W taki sposób nie będę mógł wykonać polecenia, jakie otrzymałem.

– Jeśli postawisz dwie flaszki wina – wtrącił się Różewicz – to ja ledwie że drasnę go w lewe ramię, pan Onufry za następne dwie, zatnie go dajmy na to w nogę, na którą jeszcze nie kuleje, a ty zrobisz z nim, co zechcesz. Rozkaz to rozkaz i tak się podzielimy młokosem byś mógł go wykonać. Zapewne rozkaz był z napitkiem w monecie od pana sekretarza.

– Niech więc tak i będzie, ale do karczmy zajdziemy dopiero po pojedynku.

– Zgoda – potwierdzili – niech i tak będzie – najpierw za szable później za kielichy.

Odcinek 7

*

 Janek szukał uparcie po ulicach Kuby, ale gdy go nie znalazł, wrócił do pałacu Zasławskich. Był zły, bo wszystko obróciło się nie tak jak zamierzał. Zamiast zyskać nowych przyjaciół, zdobył sobie wrogów. Gdy ochłonął nieco z gniewu, zaczął zastanawiać się nad szansami jakie miał w pojedynku. Pierwszy, z młodym szlachcicem może byłby i do wygrania. Ale drugi z tym olbrzymem budzącym grozę samym swym widokiem. Olbrzym, siłacz, ale przecież wystarczy końcem szabli sięgnąć jego wystające brzuszysko i będę uratowany, pocieszał się w duchu. Ten trzeci, to tez jakiś zbój i sęp na ludzkie mięso. Obym wyszedł z tego cało. Wachmistrz Piekota  będzie mi potrzebny.

Anna Łucja natknąwszy się na Janka odgadła, że nie powiodło mu się najlepiej i dostrzegła sposobność, aby mu dokuczyć.

– Więc widzę że już wróciłeś. Pochwal że się jak cię pan hetman przyjął? Czy jak Herkules u króla Augiasza, zaczniesz od wynoszenia końskiego łajna ze stajni hetmańskich, czy nawet i tej łaski ci odmówiono?

– Janek zmierzył ją tak nienawistnym spojrzeniem, że aż się zaśmiała. Cios, jaki wymierzyła musiał być bardzo celny.

– Szukam wachmistrza Piekoty – powiedział posępnym głosem.

– A po cóż ci on teraz?

– Mam wyznaczone pojedynki.

– Pojedynki?– zapytała zdziwiona – a dużo tych pojedynków?

– Trzy – odparł niechętnie.

– Pokłóciłeś się z przekupkami na targowisku?

– Nie. Wyzwałem na pojedynek żołnierzy hetmana, albo może oni mnie wyzwali. Na jedno wychodzi. Muszę im krwi popuścić, bo za duże mają mniemanie o sobie.

– I dla tego potrzebny ci wachmistrz Piekota?

– Właśnie. Na sekundanta, podobno taki w Warszawie zwyczaj.

– Tobie Janku jak widzę, jak chcesz w szable z hetmana żołnierzami się mierzyć potrzebny nie sekundant, ale ksiądz, abyś się mógł wyspowiadać przed śmiercią. A zwyczajów nie znasz. Pojedynki są zakazane przez króla.

– Nie ma zakazu – zaprzeczył Janek – skoro zostałem na pojedynek wyzwany i to po wielekroć, więc gdzie te zakazy.

– Jest zakaz i dlatego nie będziesz się pojedynkował.

– Nie jestem tchórzem. Jeśli mam umówione pojedynki to pójdę i stoczę je po kolei, jeden po drugim.

– Nie pójdziesz, bo masz podwójny zakaz. Jeden przez króla a drugi ten, że nie wolno ci opuszczać tego pałacu.

– Któż mi tego broni?

– Ja!

– Janek wybuchnął śmiechem. Odwrócił się i zamierzał odejść.

– Dokąd idziesz? – Zapytała Anna Łucja

– Szukać Piekoty – odparł.

– Nie ma go. Ojciec wyprawił go do Płocka. Wróci dopiero jutro lub pojutrze.

– Wiec idę zajrzeć do konia.

– Pójdę z tobą.

– Nie musisz. Pojedynki mam naznaczone dopiero na wieczór. Masz czas na pilnowanie.

Pozbywszy się opieki, wymknął się na ulicę i zaczął szukać tej karczmy, o której wspominał mu młody człowiek, którego poznał w podróży do Warszawy, jeszcze nim spotkał nieszczęsnego posła. Chciał odszukać tamto wesołe towarzystwo w nadziei ze znajdzie wśród nich chętnego do sekundowania przy pojedynkach. Nachodził się nieco po Warszawie i znalazł to, czego szukał. Wszedł do środka karczmy, rozglądając się po kątach. Pora była jednak zbyt wczesna i przy stołach siedziało niewielu ludzi gwarzących półgłosem, popijając piwo lub cienkie wino. Nie znalazł tych, których szukał. Miał już wychodzić, gdy tuż przed sobą zobaczył Kubę. Pomimo chwilowego zaskoczenia rzucił się na niego i szczepieni razem tracąc równowagę runęli na ziemie. Tu kotłowali się przez chwile na koniec Janek zdobył przewagę i przydusił przeciwnika do podłogi.

– Teraz zapłacisz mi za twoje łajdactwo – wysapał zmęczony nieco gwałtowną szamotaniną.

– Tak mi odpłacasz za uratowanie życia? – jęknął Kuba.

– Palcem nie tknąłeś, aby ulżyć moim mękom, zabrałeś ojcowską szablę i konia. Co mam z tobą szubrawcze uczynić, udusić, łeb rozbić kamieniem, czy do sądu grodzkiego oddać?

– Z własnej woli dałeś mi swoją szablę i konia. A ja uratowałem ci w zamian życie.

– Kpisz sobie, łotrze ze mnie!

–Nie kpię. Zginąłbyś z rąk kozackich, gdyby nie to, że miałem twoją kulawą starą klacz, twoją wyszczerbioną i zardzewiałą szablę i twoją wystrzępioną odzież. Uratowałem twój żywot od kozackiej szabli, a ty miast podzięki chcesz mnie udusić jak kat złoczyńcę. Bóg ci tego nie wybaczy. Spójrz na moją koszulę. Jeszcze na niej nie do końca wyprana krew. Tak mi kozacy skórę pocięli. Za ciebie mnie wzięli.

– Janek zdumiał się na te słowa. Puścił Kubę i usiadł na szerokiej ławie opierając się plecami o kant stołu. Kuba usiadł obok. Na jego piersiach znów ukazała się krew.

– Musimy zostać przyjaciółmi – stwierdził Kuba – bo z kozakami jeszcze nie koniec. Skierowałem ich na fałszywy trop, to jest na posła, tego, który ci krzywdę uczynił, ale kozak, jak dobry pies łatwo z powrotem na trop wraca. Moja pomoc bardzo ci się przydać może. Tylko ja ci życie mogę uratować. Oni są już w Warszawie, widziałem ich. A ty starego przyodziewku i tej starej szkapy nie żałuj przyjacielowi. Nowy już masz, szczęście z tobą skoro po hetmańskich pałacach spacerujesz, starego odziewku nosić nie potrzebujesz.

– Więc kozacy już w Warszawie?

– A ty ich nie widziałeś?

– Nie znam ich. Nie wiem jak wyglądają.

– Tak myślałem. Ale oni ciebie także nie znają skoro mnie za ciebie wzięli. Wiedzą tylko żeś kulawy na jedną nogę tak jak i twój koń. Jeśli mi go odbierzesz, od razu poznają, że to ty jesteś Mleszkowski. Bo konia już znają kiedy mnie schwycili i nożem znaczyli, sobacze syny.

– Trzymaj konia – zgodził się Janek – nie potrzebny mi on, bo mam lepszego. Teraz nazywaj mnie Mieczkowski i nie pomyl się. Będziesz mi pomocny jako mój sekundant. Mam wyzwania do pojedynków. Ty przy szabli, udasz szlachcica.

– Dobrze – przytaknął Kuba. – będę udawał szlachcica, który nazywać się będzie Jan Jakub Mleszkowski.

– Dlaczego Mleszkowski? – oburzył się Janek.

– Tylko tym razem. – zapewnił Kuba .

– Więc chodźmy, bo czas się zbliża.

– Wyszli z karczmy i skierowali się w stronę zamku. Janek, rozpytując już poprzednio, dowiedział się gdzie znajduje się baszta starą zwana. Teraz szedł już pewnym krokiem, obserwując kątem oka Kubę i słuchając jego opowieści. Jego beztroski i wesoły sposób bycia zaczął mu się podobać. Nie taki on zły, na jakiego wyglądał – pomyślał sobie – a zawsze lepiej mieć przyjaciela niż wroga.

– Daj mi moją starą szablę – zaproponował – a weź tą nową.

– Chcesz mi podarować nową szablę, za swoją starą?

Zamienili się szablami Janek ujął w dłoń starą ojcowską szablę i popatrzał na nią jak na rzecz niezwykłej wartości.

– Ta mi w ręku leży jak ulał, takiej nikt mi z dłoni nie wytrąci. Do niej mój ojciec od dziecka mnie zaprawiał. Przyjdzie czas – mawiał – że przed niejednym wrogiem cię osłoni. Twoje życie w niej, ona cię nie zawiedzie. Nigdy się z nią nie rozstawaj. To twój największy skarb, który ci oddaję. Tak mówił i tak te słowa pamiętam.

Szli szeroką ulicą pełną ludzkiego gwaru, przejeżdżających pojazdów i pojedynczych jeźdźców. Było gorąco i sucho. Kurz unosił się spod kopyt końskich. Zbliżało się południe. Z powozu przejeżdżającego tuż obok wychyliła się młoda dziewczyna i krzyknęła uradowana.

– Janek!

Spojrzeli w tamtą stronę. Powóz zatrzymał się. Dziewczyna wysiadła z niego, za nią druga, obie bardzo ładne. Janek podszedł do nich uradowany ich widokiem i jednocześnie speszony. Miał przed sobą Marysię i Misię, a z powozu wychylała się jeszcze jedna postać niewieścia.

– Cóż tu robicie? – zapytał zdziwiony.

– Przyjechałam za tobą. Już myślałam, że nie żyjesz, że zginąłeś w drodze. Janku, siadaj do powozu. Uproszę ciotunię, aby pozwoliła ci zamieszkać z nami – prosiła Marysia.

– Na razie stoję kwaterą w pałacu wojewody krakowskiego pana Zasławskiego –wyjaśnił Janek– gdzie przyjąłem służbę w dragonach. Jeśli twoja ciotka nie ma nic przeciw mnie to odwiedzę cię przed wieczorem – mówiąc to ukłonił się damie, która z powozu bardzo uważnie go obserwowała.

– Dlaczego nie chcesz jechać teraz ze mną? – nalegała Marysia.

– Teraz nie mogę. Mam naznaczone pojedynki.

– Przyjechałeś do Warszawy, aby zaciągnąć się do służby u pana hetmana, a nie po to, aby stracić życie w pojedynku.

– Życia nie stracę. Zniewagę muszę pomścić, bo to od żołnierzy hetmana mnie ona spotkała. Chciałem mu służyć, ale skoro źle mnie przyjęto, to służyć będę wojewodzie i królowi.

Marysia załamała ręce bliska rozpaczy. Nie wiedziała jak odwieść Janka od zamiaru pojedynkowania się z bitnymi i zaprawionymi w walkach żołnierzami hetmana. Wydawało się jej, że Janek nie wróci cały z tych pojedynków, może nawet straci w nich życie.

On tym czasem uśmiechnął się na pożegnanie, odwrócił i odszedł w swoją stronę. Chociaż taki spokojny i wesoły z upływem czasu czuł coraz większy niepokój. Wpajany przez ojca szacunek do hetmana i jego rycerzy budził w nim niechęć do występowania przeciw nim. Chciałby stanąć razem z nimi przy hetmanie i zmierzyć się z wrogiem Rzeczypospolitej. Zanikał w nim gniew i uraza. Powody, dla których miał się pojedynkować wydawały się coraz mniej ważne.

.– Pokażę, że umiem walczyć, że szabla w moim w ręku jest tak samo dobra jaki ich. Myślał schodząc po skarpie w dół. Minęli starą kamienno ceglaną basztę i stanęli na otoczonej wielkimi drzewami polanie. Trawa na polanie była miejscami mocno wydeptana, widać pojedynki odbywały się tu nader często. Do polany prowadziła dobrze widoczna ścieżka. Z jednej strony za linię drzew widać było szeroko toczącą swe wody rzekę Wisłę. Kuba wskazał na nią ręką i powiedział.

– Cmentarz blisko.

Janek na te słowa trzepnął go otwartą dłonią po ramieniu. W górze między konarami zakrakał kruk. Zadarłszy głowy przyglądali się mu z niepokojem.

– Znam tego kruka – stwierdził Janek – szczęścia on mi nie przyniósł. Krakał mi nad głową, gdy stałem przywiązany pod drzewem na drodze.

– Mnie też nie – dodał Kuba – leciał za mną tak długo, aż dostałem się w ręce kozaków. Ale teraz tobie kracze, ty masz się pojedynkować, ja tylko będę się przyglądał i czekał kiedy cię zetną.

– Jeśli mnie kracze na śmierć, to musi wiedzieć, że ze mną nikomu łatwo nie pójdzie. Niechby przeleciał mi nad głową. Nie zakrakałby więcej.

– Na twoim miejscu nie czekałbym na spełnienie losu, ale czym prędzej stąd czmychnął.

– Za późno, już idą.

– Pomodlę się za twą duszę, żeby nie zabłądziła w drodze do raju. A ten brzuchaty olbrzym – zapytał Kuba widząc nadchodzących rycerzy – to, kto? Czy i on też ma się pojedynkować?

– Jako drugi, ale nie ostatni.

– Wiem teraz, czemu ten kruk tak kracze. Ten olbrzym już nie jednego takiego śmiałka połknął, przeżuł i wypluł do Wisły.

– Ty też kraczesz, a przy tym nogi ci się trzęsą.

– Czołem mości panowie – przywitali się przybyli rycerze.

– Czołem – odparł Janek, a za nim Kuba, choć głos mu wiązł w krtani.

– Uznaliśmy – odezwał się Dąba – że nie godzi się abyś musiał walczyć po kolei jednego dnia z nami trzema, pozbawiając się siły jaką się ma przy pierwszym pojedynku. Dlatego możesz dwa pojedynki przełożyć na następne dni. A my chętnie się na to zgodzimy, bo to rycerska rzecz dać przeciwnikowi taką samą szansę, jaką my mamy stając do walki nieutrudzonymi.

– Wolę nie odkładać tego, co mam zrobić dzisiaj. Po pierwszej walce odpocznę sobie tylko nieco, jeśli poczuję się zmęczonym. Ranę przewiążę, jeśli się taka trafi. Do walki staję nie abym był waszmościów wrogiem, czy wrogiem hetmana, ale przez niepotrzebną złość, którą wzbudził we mnie fałszywym zarzutem i złym przyjęciem pan sekretarz.

Stawajmy.

– W nas też złości do ciebie nie ma – zapewnił Dąba – chociaż sromotnie się czułem po tym jak mi szablę turecką podeptałeś. Ale co tam, szabla, gorzej honor na pośmiewisko wystawiłeś.

Pan Różewicz dobył szabli i wysunął się do przodu.

– Ja najgorszej sromoty doznałem gdyś mnie głową w czułe miejsce uderzył. Nie wiem czy panny i białogłowy będą miały ze mnie już jaki pożytek

– Otóż to – zaśmiał się Dąba – jednego konkurenta na placu Wenery mniej będziemy mieli, chyba, że mu ból przejdzie a ochota nie minie.

Różewicz stał przez chwilę nieruchomy przyglądając się Jankowi. Uśmiechnął się i natarł z zadziwiającą szybkością. Żelazo szczęknęło krótko i dźwięcznie, raz drugi i trzeci. Ostrze klingi migało w powietrzu tuż przed Jankiem. Cięcia padały ze wszystkich stron i zatrzymywały się na wyszczerbionej klindze starej szabli Mleszkowskiego. Różewicz nacierał, lecz Janek nie cofnął się ani o pól kroku. Stał w miejscu i odpierał wszystkie uderzenia, wszystkie cięcia i sztychy. Poczuł jak zrasta się z szablą. Ręka i szabla w jedno się złączyły. To już nie szabla ojcowska go broniła, to sama ręka ojca go osłaniała, jej moc i siła władała szablą tak pewnie i z taką wprawą, że pan Różewicz cofać się musiał, zdziwiony ze przed młodym chłopcem musi ustępować. Pan Dąba stojąc na szeroko rozstawionych nogach oczy wybałuszał ze zdziwienia na widok tak zażartej walki młodzika. Pan Knieziewicz z ogniem w oku obserwował walkę i jakby duszą w niej uczestniczył. Kuba z przerażenia dech w piersiach wstrzymywał i oczy przymykał, tak jakby to na niego ciosy spadały. Janek i Różewicz zajęci walką, pozostali jej obserwacją, nie zauważyli, ze na polanę wkroczyła nowa grupa zbrojnych.

Z dobytymi szablami stanęli naprzeciw husarzom, a ten, który nimi dowodził wydał komendę.

– Zaprzestać napaści. Złożyć broń.

Janek, Różewicz i pozostali spojrzeli na nowo przybyłych.

– A wy tu, czego? – burknął Dąba – guza szukacie, czy o szczerbę na głupich łbach prosicie?

– Za napad na dragona wojewody krakowskiego, jesteście uwięzieni i będziecie sądzeni przez wojewodę i sędziego grodzkiego – oznajmił starszy nad królewską strażą.

– Uwięzieni? – zdziwił się Onufry Dąba – a gdzież tu więzienie?

– Złóżcie broń, a będziecie tam zaprowadzeni.

– Zachariaszu – Dąba zwrócił się do starszego i widocznie mądrzejszego od siebie Knieziewicza – czy mamy tak bez walki oddać swój oręż i dać się zaprowadzić do ciemnicy?

– To nie była napaść – zaprzeczył Janek– to ja wyzwałem tych oto szlachciców na pojedynek. I jeśli jest zakaż pojedynkowania to moja w tym wina i niczyja inna.

– Zostałeś waszmość zwabiony w pułapkę. Miałeś tu postradać życie. My wiemy, jakie to są pojedynki.

– To był pojedynek, nie pułapka – upierał się Janek.

– W takim razie i ty złóż swoją broń.

– Co nam wypada? – Onufry Dąba czekał na decyzję Knieziewicza – oddajemy szable i nakładamy postronki na szyję by nas prowadzono jak bydlęta, czy…?

– Jest ich siedmiu – zastanawiał się Knieziewicz – a nas trzech. Więcej jak dwóch na jednego.

– To pachołki króla tak samo jak on tylko do miski, a nie do walki – nalegał Dąba.

Janek zaczynał się niecierpliwić. Albo walczyć albo uciekać, myślał sobie, ale nigdy do niewoli. Kuba chciał Janka chwycić za łokieć, aby mu szepnąć, że czas brać nogi za pas i uciekać, ale Janek z podniesioną do ciosu szablą stanął przed królewskimi dragonami i krzyknął im w twarz.

– Ja swojej szabli nie oddam, chyba, że po moim trupie.

– Ani ja – posłyszał przy swoim boku głos Różewicza.

– Tym bardziej ja – zahuczał głos Dąby przy drugim boku.

– Mojej też nie dostaniecie – zapewnił Knieziewicz.

– Ani mojej, bo nowa – krzyknął Kuba stając o krok za szeregiem bo nogi miał jak z waty.

Dragoni wciąż mieli przewagę liczebną, ale trwało to tylko przez chwilę. Onufry Dąba wielkim krokiem wysunął swą lewą nogę do przodu przydeptując but dragona, którego miał przed sobą. Popchnął go niespodziewanie, a gdy tamten upadł na wznak, prawą nogą stanął mu na brzuchu tak, że leżący poczuł się jak rozdeptany robak. Następnego dragona chwycił lewą ręką za ramie, aby je unieruchomić, a prawą uderzył z góry w głowę. Dragon osunął się na ziemie tracąc przytomność. Knieziewicz, który był mistrzem we władaniu bronią i nie miał sobie równego nawet pomiędzy rycerstwem hetmana, już w pierwszym złożeniu ciął w rękę swojego przeciwnika. Z drugim zrobił to samo dodając silne uderzenie płazem na to miejsce, które styka się z siodłem podczas jazdy konno. Różewicz poranił już jednego dragona i walczył z tym, który dowodził grupie spychając go w stronę ścieżki na końcu polany. Janek nacierał zajadle na swojego przeciwnika i chociaż nieco zmęczony pierwszym pojedynkiem wyczuł, że nie ma do czynienie z takim szermierzem, jakim był Różewicz. Nie mogąc się
w swym sumieniu zdobyć, aby ranić człowieka, ciągłym i ostrym nacieraniem zegnał go z polanki i tak go naprowadził, że zmuszony do szybkiego cofania dragon wpadł w niskie krzaki przewracając się. Tam Janek odebrał mu szablę. Jeszcze tylko Kuba ścierał się ze swym przeciwnikiem nie mogąc mu poradzić, chociaż widać było, że bardzo się starał. Był też lekko ranny w lewe przedramię. Knieziewicz i Dąba przyglądali się temu widowisku coraz bardziej rozbawieni, aż Dąba zaszedł z tyłu dragona i chwyciwszy go za kołnierz miotnął nim z całej siły w pobliskie krzewy.

Walka była zakończona, bo i Różewicz zakończył sukcesem swój pojedynek.

– Mało tego było, mało – westchnął żałośnie pan Onufry Dąba.

– Istny diabeł we mnie wstąpił – zachwycił się sam sobą Kuba – istny anioł śmierci.

– Wszyscy parsknęli śmiechem.

No to teraz możemy dalej się pojedynkować – odezwał się Dąba. Teraz kolej na mnie bo Różewicz już swój pojedynek odbył.

Czekaj waść – Kniaziewicz położył rękę na ramieniu Dąby – a może my tak sobie darujemy te pojedynki i siądziemy gdzieś w ustronnym miejscu dla ochłody i zwilżenia gardła.

– Jeśli tak – zgodził się Dąba – jeśli Mości Zachariaszu tak uważasz, to czas na to, coś nam winien.

– A cóż ja wam winien skoro zakład stał inaczej – uśmiechnął się Knieziewicz.

– Los zrządził inaczej, ale dostałeś to, co chciałeś. Miałeś szablę w robocie i jak dobrze spostrzegło moje bystre oko, dwa razu ciąłeś i dwóch masz krewnych królewskich, więc nie wzbraniaj się od spełnienia obietnicy i prowadź swoich najlepszych przyjaciół tam gdzie i oni cię prowadzali nie licząc strat jakie ponosili.

– Cóż powiem sekretarzowi?

– Spraw, aby przez dwa dni nie mógł ustać na własnych nogach, ten z którym miałeś się pojedynkować – wtrącił się Różewicz– a wówczas powiesz, że przez ciebie dwa dni łóżka nie mógł opuścić, to sekretarzowi wystarczy.

– No, więc chodźmy, skoro szable były w robocie to teraz niech za kielichy nasze dłonie chwycą.

Różewicz, Knieziewicz i Dąba ruszyli w stronę wąskiej dróżki, lecz po przejściu czterech kroków odwrócili się za siebie.

– Czemu nie idziecie? – zapytali Janka i Kubę

– Dokąd? – spytał Janek.

– Tam gdzie przyjaciele świętują każdą razem odniesioną wiktorię. Zapraszamy cię panie Janie i ciebie dzielny Jakubie na kielich dobrego wina.

Na twarzy Janka odmalowała się wielka radość. Kuba podskoczył z uciechy. Teraz ruszyli razem, wszyscy w jak najlepszym nastroju.

W winiarni o tej porze bez trudu znaleźli wolne miejsce. Zajęli cały stół rozsiadając się przy nim wygodnie. Znając swoje apetyty i swoje możliwości zamówili cały gąsiorek wina.

– Za zdrowie naszych gości – wykrzyknął Dąba wychylając cały kubek wina i zaraz nalewając drugi.

– Za zdrowie najdzielniejszych rycerzy Rzeczypospolitej – wzniósł toast Janek i także wypił cały kubek.

– Za zdrowie tych, co takie wino nalewają – Kuba nie chciał być gorszy, ani w toastach, ani w ilości wypijanego trunku.

Kiedy gąsiorek był pusty, Dąba popuścił pasa na swym brzuchu i stwierdził ze czas zjeść obiad. Zamówił dla siebie dwa pieczone kogutki, dla pozostałych po jednym i dla wszystkich jeszcze jeden gąsior wina. Knieziewicz zapłacił i zauważył przy tym że sakiewka jest już pusta. Kuba pomyślał chwilę, wstał i ruszył między stoły. Gwarno teraz było i wesoło, więc idąc od stołu do stołu zatrzymywał się, zagadywał i poklepywał po plecach i ramionach, przepijał zdrowie mości panów, obłapywał ich czule i wznosił toasty, poczym szedł dalej, aż obszedł całą sale i wrócił do stołu przy którym siedział. Teraz rozparł się wygodnie na szerokiej ławie zanurzył rękę w kieszeni i wyjęte z niej srebrne i złote pieniądze położył na stół.

– Mości Dąba, szlachetny mocarzu, siłaczu i szermierzu – przemówił podniosłym głosem – rycerzu, zbawco mój, któryś mi życie ratował, niech na tym stole nie zabraknie niczego, co by oko twoje i wszystkich moich przyjaciół cieszyło.

Dąba porwał go w objęcia i uścisnął tak serdecznie, że Kuba na chwilę otrzeźwiał.

– Miodu, miodu – zakrzyknął wielkim głosem, aż na chwile w gwarnej izbie stała się cisza. Przyleciała dziewczyna, która posługiwała przy stołach z gąsiorem miodu i postawiła go przed panem Onufrym a widząc, że na stole stoi gąsiorek, w którym jeszcze jest dobra kwarta wina, zapytała sprytnie.

– A co z tym?

– A to wypijemy – zaśmiał się rozbawiony szlachcic unosząc gąsiorek do góry i lejąc jego zawartość prosto w gardło.

Teraz droga do miodu stała otworem. Knieziewicz swoim zwyczajem napełnił po brzegi kubki przyjaciół, nie roniąc ze szlachetnego płynu ani kropelki.

– Zdrowie naszego hetmana wielkiego koronnego, wodza naszego ukochanego.

– Na zdrowie hetmana i jego małżonki.

Kiedy noc zaczynała blednąć, Kuba spał na podłodze pod stołem, Janek na nim, obok Różewicz. Knieziewicz spał na stole, a czkawka wstrząsała od czasu do czasu jego ciałem. Na szerokiej ławie głośno chrapał Onufry Zenobiusz Dąba.

Wtedy to właśnie do izby weszło kilku uzbrojonych dragonów z chorągwi królewskiej i zaczęło wynosić śpiących. Przed winiarnią stał wielki zaprzężony w dwa silne konie wóź wymoszczony słomą. Na nim układano śpiących twardym snem rycerzy hetmana. Gdy już wszyscy byli na wozie, wóz ruszył z miejsca uśpionymi ulicami miasta. Płonąca pochodnia oświetlała drogę, którą powoli podążał wóz z pojmanymi.

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

 

 

 

 

Jedna uwaga do wpisu “Miecz króla Jana odc. 6 i 7

  1. KONTRAKT TYSIĄCLECI – cz. 1

    Oto MYŚL – na tle Ewangelii w/g Św. Jana – mówiącej o dialogu Chrystusa z Piłatem.

    Czy Ty jesteś Królem.? Pyta Piłat.
    Odpowiedź Chrystusa; Jestem Królem ale nie z tego świata.

    Wynika z powyższego, że Wszystko co Boskie IDZIE NA WYGNANIE Z TEGO ŚWIATA.

    Na tle powyższego można powiedzieć, że; moja konstytucja z 15 sierpnia 2015 oraz odkrycia Ernesta Golca – są DROGĄ – BY TO, CO BOSKIE POWRÓCIŁO NA ZIEMIĘ Z WYGNANIA.

    Nieobecność Boga na ziemi, to nieobecność prawdy i sprawiedliwości.

    Lekcja o godności: Królewskiej Godności nikt nie może odebrać.!

    Konstytucja z 2 kwietnia 1997 roku, to NIEOBECNOŚĆ Prawdy i Sprawiedliwości.

    Moja Konstytucja z 15.08.2015 – PRZYWRACA OBECNOŚĆ prawdy i sprawiedliwości.
    http://www.konstytucja.manifo.com
    Budowanie Królestwa Bożego na ziemi – realizujemy poprzez PRAWO. (NOWE)

    Wobec powyższego można powiedzieć Tak;
    Prostą DROGĄ idź przed siebie, a może ktoś pójdzie za tobą.?

    Czy MY możemy korzystać z Królewskiej GODNOŚCI.!???
    TAK – powinniśmy być KRÓLAMI TEGO ŚWIATA.

    Tymczasem żyjemy w Lesie PIRAMID I OPARACH ABSURDÓW.

    WSZYSTKO TO zawiera się w parszywym prawie stanowionym, czyli zbrodniczej Konstytucji z 2 kwietnia 1997 roku, oraz w innych prawach stanowionych, opartych o tego knota legislacyjnego.

    Tylko to prawo stanowione jest przyczyną dzisiejszej parszywości doskonałej.
    Należy sobie odpowiedzieć – Kto nam naiwnym “OFIAROM” tą parszywość zmajstrował?
    Nie będę oryginalny i nie pokażę palcem, bo wszyscy to wiedzą – kto stanowi prawo.

    C.H. Douglas powiedział: “Tworzenie pieniądza jest AKTEM suwerenności,
    który nie powinien być powiązany z bankiem.” – tą doktrynę ogłosił w 1918 roku.

    Dzisiejsza poetka Lusia Ogińska napisała taką oto myśl;
    “Wy mogli byście wszystko mieć, ale Wam się nie chce chcieć.!”

    “Góralu, czy Ci nie żal odchodzić od stron Ojczystych
    Świerkowych lasów i hal i tych potoków srebrzystych.

    POLAKU czy Ci nie żal………. Dla CHLEBA???”

    KONTRAKT TYSIĄCLECI – cz. 2.

    Konstytucję RZECZPOSPOLITEJ z 15 sierpnia 2015 – można kupić u mnie
    Wpłacając na Konto Bank Pocztowy – kwotę 50 złotych;
    Nr. 72 1320 1537 2500 3228 3000 0001 PLN

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s