Miecz króla Jana odc. 8 i 9


Rozdział 5

Więźniowie króla Korybuta.

 Potrząsany mocną ręką za ramie Janek otworzył oczy i zobaczył przed swym nosem buty stojące głęboko w słomie. Nie do końca rozbudzony uniósł nieco głowę aby obejrzeć postać, która te buty nosiła. Nachylony nad nim stał Onufry Dąba z podkrążonymi oczyma i bardzo niewesołą miną.

– Czy wiesz gdzie jesteś? – zapytał

Janek rozejrzał się po mrocznym pomieszczeniu.

– Chlew to jakiś, czy stajnia. – odparł bez namysłu.

– A mnie się widzi, że to królewskie więzienie.

– Więzienie? A co my w nim robimy?

– W więzieniu czeka się na wyrok sędziego grodzkiego. Jeśliś poranił człowieka, to czeka cię więzienie, albo grzywna. Jeśliś poranił królewskiego dragona, to czeka cię więzienie, albo śmierć.

– Jeśliby hetman byłby w Warszawie – wyjaśniał dalej Dąba –  to król Korybut szybciej zrobiłby pod siebie niż kazał uwięzić któregoś z nas. Ale hetman wyjechał na Wilanów dnia poprzedniego, gdyśmy szli na pojedynek z tobą. Nie ma go więc i stąd zuchwalstwo królewskich pachołków.

– Jest wojewoda krakowski. On może nas uwolnić.

– Wojewoda może uwolnić ciebie, ale nie nas.

–Ja twierdzę, że najlepiej będzie wydostać się podstępem z tego miejsca – wtrącił Kuba – na łaskę pańską bym nie liczył.

– Izba zamknięta potężną furtą i jeszcze przedzielona kratą. Jak się przez to przecisnąć? Co tu pomysł może pomóc? – powątpiewał Dąba.

Kuba sięgnął głęboko do nogawki spodni i wyciągnął z ukrytej kieszeni kilka małych złotych monet.

– Kiedy cię zobaczyłem po raz pierwszy – przyznał się Knieziewicz, to pomyślałem sobie – ten to groszem nie śmierdzi. Teraz jednak widzę, że z nas wszystkich tylko ty nosisz w nogawkach złoto. Można by za nie wypić dwie beczki przedniego wina, ale ty chcesz je oddać strażnikom. Grzech chcesz popełnić.

– Dam strażnikowi jednego złotego królewicza, jeśli karczmarz przyniesie nam duży gąsior dobrego wina i kilka cynowych kubków.

Kuba wręczył Dąbie dwie złote monety i krzyknął ile miał siły w płucach przyzywając straż.

Po chwili przyszedł strażnik i uchylił furtę, z miny widać było, że jest bardzo niezadowolony.

– Chleb i woda jutro będą. Dzisiaj nie ma i nie będzie a za potrzebą w kąt i robić pod siebie – burknął i miał zatrzasnąć furtę, gdy zobaczył złotą monetę w ręku Dąby, wstrzymał się więc przezornie.

– Na chleb i wodę, pokornie poczekamy do jutra – wtrącił się pospiesznie Kuba, uprzedzając Dąbę – ale ten oto szlachcic bardzo wygłodniał i cierpi na wielkie pragnienie. Przynieś wiec z karczmy duży gąsior wina, pięć pieczonych kurczaków i do tego bochenek chleba, a także połeć boczku.

– Karczmarz wina na kredyt nie da. Rzuć waść przez kratę pieniądz a przyniosę, co potrzeba.

– Karczmarz nie musi dawać na kredyt. Dostanie zapłatę, gdy dostarczy wino i pożywienie. Jeśli nie chce iść sam, to niech pośle pachołka, a to srebro, co zostanie jako reszta zapłaty będzie twoje.

– Strażnik przezornie zawołał dowódcę warty i przekazał mu żądania Kuby. Dowódca przyjrzał się uważnie więźniom.

– Wybaczcie waszmościowie – powiedział – trochę mięsiwa, chleb i jedna flaszka wina, to wszystko, co mógłbym dla was uczynić.

– Gdyby chodziło tylko o nas czterech – Kuba znów zaczął pertraktować – to byli byśmy z takiego posiłku bardzo radzi. Ale niech wasza wysokość spojrzy na tego olbrzyma z wielkim brzuchem. Jego cały rozum mieści się w brzuchu. Jeśli brzuch ma pełny to śpi, jeśli pusty to szuka, co by tu zjeść. Ma wasza wysokość pięciu aresztantów, ale jutro będzie o jednego mniej.

– Czemuż to?

– Jeden zostanie w nocy pożarty. A ma jeszcze tą przykrą wadę, że chodź serce ma złote i nie chytrzy przyjaciołom tego, co ma w mieszku, to jednak bardzo jest mściwy na tych, którzy mu wina i dobrego posiłku odmawiają. Nie ma potrzeby się takiemu narażać. Bo to pewne, że hetman za dwa dni zjedzie do Warszawy, a wówczas my wszyscy, a szczególnie ten siłacz będzie uwolniony. On to jest osłoną i tarczą najlepszą pana hetmana w każdym boju. Ale jak go znam, gdy już będzie na wolności to zacznie na waszą wysokość polować, czaić się, szukać sposobności do pomsty. Taką ma dziwną naturę. Nie dba o to, że ma mało w głowie, byle w brzuchu miał dużo, to i do rany go można wtedy przyłożyć.

Powiedział on mi – dam jednego złotego i całą resztę z drugiego bylem był syty i miał gąsiorek wina, a nie zrobisz mi tego to cię w nocy zaduszę, a strażnika, który odmówi zaduszę, gdy mnie hetman uwolni. Ja go znam, a żyć jeszcze chcę i żywota bez potrzeby narażać nie muszę. Areszt, nie rzecz wieczna. Hetman, gdy się tylko zjawi zaraz do króla pójdzie, a wiadomo, że choć król go nienawidzi, to się go boi jak ognia i w niczym nie sprzeciwi.

– Sąd się najpierw ma odbyć nad panami, za poturbowanie dragonów królewskich.

– Siedmiu ich napadło na nas czterech nie licząc pana Mieczkowskiego, który chociaż dragon wojewody krakowskiego tudzież jego kuzyn, rozjemcą chciał być, za co mu wdzięczni byliśmy. Gdy ich nie mógł perswazją powstrzymać, rozpędziliśmy ich w mig, takie to liche wojsko co liczebną mając przewagę czmychnęło jak stado zajęcy. Wina to zatem nie nasza. Najpierw nas napadnięto, a później podstępem uwięziono. Będzie pan hetman srogiej kary żądał na dragonach królewskich za takie traktowanie. A pan Mieczkowski, za co tu siedzi? Za to, że z nami przy stole wina nieco wypił, krzywdy nikomu nie robiąc. Wojewoda Krakowski zdziwi się bardzo i rozgniewa, gdy się dowie, że jego bratanek w areszcie na słomie sypia.

– Mówiłeś waść, że kuzyn.

– Zawsze to rodzina i krew ta sama. Chcesz się wasza miłość narazić i hetmanowi i wojewodzie i temu zgłodniałemu potworowi? Nie lepiej to mieć nasze złoto, naszą przyjaźń i spokój sumienia?

– Poczekajcie waszmościowie, aby się nieco ściemniło, ale nie próbujcie żadnych sztuczek.

– Sztuczki nasze takie, aby brzuch pusty zapełnić, a nie narażać go na rozprucie szablą waćpana.

– No dobrze. Pójdę pogadać z karczmarzem.

– Strażnicy wyszli zamykając za sobą furtę.

– Dąba chwycił Kubę za kołnierz i pociągnął w górę,

– Cóżeś to na mnie wygadywał jakbym rozumu nie miał ani języka w gębie? – wykrzyknął oburzony.

– Mówiłem, że złote masz serce – bronił się Kuba.

– Potworem mnie nazwałeś!

– Nazwałem też tarczą hetmana. To, co mówiłem, to abyśmy się mogli ratować. Złoto wykładam za waściną głowę i dla waścinego brzucha aby pusty nie zwisał. Podstęp szykuję i pułapkę dla strażników, a dla nas ratunek.

– No niech ci będzie. Jeśli dbasz o mój i swój brzuch to już jest dobrze. Przy winie czas szybko płynie, a lepsze to niż siedzenie bezczynnie na słomie i czekanie, aż nas sędzia grodzki skaże. Ale co to za podstęp?

– Podstęp jest prosty. Upijemy naszych strażników. Ich wsadzimy tu gdzie sami siedzimy. Zamkniemy za sobą kratę i furtę, a sami pójdziemy szukać lepszej niż ta kwatery.

– Dobry to pomysł – zaśmiał się Dąba – podoba mi się. Trzeba było zamówić dwa gąsiory wina. Jeden dla nas drugi dla strażników.

– Nawet, jeśli ich upijesz to i tak oni zostaną przed kratą a my za kratą – zauważył Różewicz.

– Zrobimy tak – zaczął Kuba – najpierw zjemy po kurczaku aby nabrać siły. Potem odczekamy dobrą chwilę. Wylejemy z połowę gąsiorka w kąt pod słomę i udamy, że pijani śpimy. Tylko Dąba zostanie na nogach. Krzyknie do strażników, że niby nie ma z kim dokończyć wina. Zacznie ich częstować udając przy tym, że pije taką samą jak oni miarką. Najpierw, aby im nalać w kubki będzie wystawiał szyjkę gąsiora poza kratę. Kiedy już będą mieli dobrze w czubie udawać będzie że zatacza się na nogach i odsuwając się od kubków tak zrobi aby wsadzili swoje ręce z kubkami pomiędzy kraty. A wtedy rzuci gąsior na ziemię i chwyci ich za ręce i przytrzyma, a my zerwiemy się na nogi i odbierzemy im szable i klucze.

– Trzech rąk naraz nie chwyci.– Zauważył Knieziewicz.

– Ja się w takim momencie podniosę i udawać będę, że i ja chcę jeszcze trochę wina.

– Widziałem, że gdy izbę otwierał to kluczy z furty nie wyjmował, tak, więc będziemy mieli straż i broń, ale nie klucze.– Powątpiewał dalej, Knieziewicz

– Ściągniemy z nich pasy, pospinamy je i wypuścimy jednego po klucze tak jak psa na smyczy.

– Ten plan nie do końca jest dobry. Wylewać wino na ziemię, udawać pijanych. Lepiej i prościej jest wypić i nie udawać  – stwierdził Dąba.

Otworzyły się drzwi. Wszedł jeden strażnik za nim drugi z dużym koszem, dowódca i człowiek obładowany wielkim gąsiorem wina. Strażnicy dobyli szabli i stanęli w gotowości. Dowódca otworzył niewielką furtkę w kracie i wino i kosz znalazły się w posiadaniu uwięzionych. Furtka została zamknięta. Dąba podał dowódcy straży dwie złote monety i podziękował. Strażnicy wyszli nie zamykając pomieszczenia. Więziła ich jedynie krata. Rozsiedli się więc wygodnie na pokrytej słomą podłodze i wypróżnili kosz z jedzeniem. Były tam pieczone kurczaki, wielki kawał wędzonego boczku i okrągły bochenek chleba.

– Hej strażniku – krzyknął Dąba – A nie masz, jakiego kubka?

Strażnik pojawił się w wejściu z kubkiem w dłoni, za nim drugi, również z kubkiem.

Dąba napełnił oba kubki i czując wielkie pragnienie wypił najpierw jeden, później drugi.

– A to dobre – mlasnął głośno językiem aprobując smak wina.

– Tego nam było na naszą niedolę potrzeba.

Znowu rozlał wino do kubków teraz dla swoich przyjaciół, ale spostrzegł pożądliwe spojrzenie obu strażników i od razu zrozumiał, że i oni mają pragnienie.

– Ano, wypijcie i wy. Noc nie będzie się wam dłużyć, gdy po jednym wypijecie. Strażnik też człowiek, też ma żołądek i podniebienie.

Strażnicy z wdzięcznością przyjęli trunek. Duszkiem wypili to co zostało nalane, i stali w miejscu jak pies przy stole który czeka aż mu pan kość rzuci na pożarcie. Tak i oni stali czekając.

– A nie macie jeszcze jednego kubka? – spytał Dąba.

– Dowódca ma.

– Proście go, niech przyjdzie, i weźcie, jakie stołki byście mogli usiąść jak ludzie. Jadłem się nie podzielimy bośmy zgłodnieli, ale wina starczy dla wszystkich.

Janek, Kuba, Różewicz i Knieziewicz już obgryzali pieczone kurczaki, nie zwracając uwagi na to co robi Dąba. Wiedzieli, że gdy on zacznie jeść to nie będzie ani chleba ani wędzonego boczku.

Strażnicy przyszli ze swoim dowódcą. Rozsiedli się wygodnie z drugiej strony kraty. Dąba nie szczędził trunku ani sobie ani innym. Chciał po swojemu zjednać sobie przychylność strażników. Na dnie w sercu bolało go to, co o nim powiedział Kuba i chciał wydać się nieco mądrzejszy niż przysłowiowy ,,wielki jak brzoza a głupi jak koza”. Nie do końca wiedział jednak jak to zrobić, więc tym gorliwiej rozlewał wino do kubków i zachęcał do picia.

– Za taki kubek wina – zaczął swoje wspominki Dąba – myślałem nie raz i nie dwa, że oddałbym siodło, nawet konia, Rękę dałbym sobie uciąć, gdy latem w skwarny dzień pędzony nahajkami przez tureckich janczarów gnany byłem w niewolę. W kurzu i spiekocie, głodny i spragniony. Kiedy cały dzień od świtu do zmroku idzie się w tumanach pyłu to język ma się jak z kamienia. Ani nim obrócić, ani śliny przełknąć. Czym byłby wtedy kubek takiego jak to wina?

– Długo waść byłeś u Turka w niewoli? – spytał jeden ze strażników.

– Dni kilkanaście ledwie, a to za przyczyną głodu, jaki odczuwam, gdy swojej miary jedzenia nie zjem. Każdy głód odczuwa, ale ja szczególnie. Głodny nie mogę usiedzieć spokojnie. Może ma rację Kuba, że zjadłbym go na surowo zamiast tego kurczęcia.

– Wyczerpany całodniową wędrówką leżałem na ziemi – ciągnął swoją opowieść Dąba – nie mogłem jednak z przyczyny głodu zasnąć, aż czuję nosem, suszone mięso. W ciemności nie widzę, więc za węchem nos posuwam aż trafiłem na czyjeś ręce. Chwyciłem zębami i gryzę, twarde, ale daje się przeżuwać i smakuje niezgorzej.

– Żywego człowieka jadłeś, czy trupa? – zapytał ze wstrętem strażnik.

– Zapytaj tego oto człowieka który siedzi obok mnie i wino pije, bo to on przy mnie leżał tylko, że tyłem i na plecach miał ręce rzemieniem skrępowane.

– Jemu to ręce objadałeś z głodu?

– Dąba już dobrze podchmielony wybuchnął głośnym rechotem.

– Węzły, sploty i supły jakie mu Turek narobił krępując go na noc, aby nie próbował ucieczki. Gdy te zjadłem, zjadłem rzemienie, które miał na nogach. A on z wdzięczności uwolnił mnie z tych splotów, którymi ja byłem zniewolony. Cały obóz zatrzymał się nad rzeką, która z powodu ulewnych deszczów w górach wezbrała tak, że bród był zbyt głęboki, aby go przekraczać. Że oprócz głodu czułem i wielkie pragnienie poszliśmy do tej rzeki napić się wody i zażyć kąpieli.

– Tam nas straż turecka wypatrzyła, pomimo ciemności. Nic innego nie mogliśmy zrobić jak rzucić się w wartki nurt rzeki. Tak mój brzuch, z którego wielu się śmieje uratował nie tylko mnie, ale także i przyjaciela mojego Knieziewicza, z którym od tej pory się nie rozstaję w dobrych i złych chwilach. A wiecie, dlaczego?

– No mów waść, bo ciekawie mówisz.

– Bo on jest pierwszą szablą u hetmana, a może i w całym wojsku, a ja nie ostatni z tych, co słyną z siły.

– Samson, siłacz starożytny brał siłę z włosów – wtrącił się Kuba, który chociaż lubił słuchać to jeszcze bardziej gadać – i dlatego popadł w niewolę, gdy mu łeb zgolono. Ja już zgłębiłem tajemnicę siły pana Onufrego. Siła jego w brzuchu. Im więcej w niego wpakuje i wleje tym silniejszy. Zje pieczonego wołu, silny jest jak wół. Zje pieczone kurcze silny jest jak kurcze.

– Co, chcesz się ze mną zmierzyć? – krzyknął rozłoszczony docinkami.Dąba. Był już dobrze pijany i nie stosował się do planu, jaki miał według Kuby wykonać. Wydawał się być bardziej pijany niż strażnicy których miał spoić i unieszkodliwić. Teraz podniósł się z ziemi i na chwiejnych nogach podszedł do Kuby.

– Wstawaj i pokaż, co potrafisz.

– Kuba wylękniony, nie wiedząc, co zamierza Dąba nie chciał wstać. Olbrzym poderwał go za ramię i podprowadził do żelaznej kraty.

– Ciągnij, jeśliś taki silny – krzyknął, a widząc, że Kuba stoi jak zamurowany, sam chwycił oburącz za jeden z żelaznych prętów, nogą zaparł się o drugi i pociągnął. Żyły nabrzmiały mu na szyi i karku, twarz w jednej chwili nabiegła krwią, ale nie taki znowu cienki żelazny pręt wygiął się w łuk. Kuba w jednej chwili ożywił się. Przecisnął się przez rozchylone pręty na drugą stronę kraty i już chciał wymknąć się przez otwartą furtę, ale Dąba chwycił go za kołnierz i wciągnął z powrotem do środka.

– Chcesz zostawić swoich przyjaciół nie wypiwszy do końca tego, co jest w gąsiorze? – zapytał z naganą w głosie – Gdzież jest twój honor szlachecki? Twoja duma rycerska?

– Od kielicha i od przyjaciół nie odstąpię – zapewnił Kuba – ale honor szlachcica nie pozwala abym siedział w areszcie. Któż to nas najprzedniejszych rycerzy hetmana aresztował? Pachołki miejskie, łyczki pospolite. Chciałem iść do króla skargę złożyć.

Jankowi fantazja dopisywała, ale wiedząc kim był Kuba nie mógł wyjść z podziwu słysząc co mówi o sobie zaliczając się do najprzedniejszych rycerzy, skory stanąć przed majestatem królewskim, ze skargą na swoją i innych krzywdę.

– Wszyscy do króla pójdziemy – zgodził się Dąba – i tych oto naszych strażników i obrońców za świadków weźmiemy na nasze niewinne uwięzienie.

– Tak jest – zapewnił najbardziej podpity strażnik – potwierdzimy jak było. Śpiących do celi wniesiono, zupełnie jakby nieżywych.

– Zdrowie naszych nowych obrońców – krzyknął uradowany Dąba i znów wychylił pełen kubek wina. Za jego przykładem poszli wszyscy inni, tylko Kuba mruknął pod nosem.

– Jeszcze trochę i wypełni sobie cały czerep winem. Poczekam aż zapiją się na amen, a wtedy sam opuszczę tą więzienną norę. Krata jest pogięta a to mi wystarczy. Podgarnął pod siebie więcej słomy i położył się wygodnie.

– Nie wypiję już więcej, bo nie wstanę o własnych siłach – myślał – lepiej udawać, że usnąłem. Im już dużo nie brakuje. Wtedy się wymknę. Tyle mnie będą widzieli. Tak rozmyślając Kuba przymknął oczy. Po chwili już chrapał.

Kubki z winem krążyły dalej, podawane przez kratę, co nikomu już się dłużej nie podobało. W końcu dowódca straży zaproponował.

– Dacie waszmościowie słowo, a ja każę otworzyć te żelazne drzwiczki, które nam przed nosem sterczą.

– Co mamy nie dać. Dajemy – zapewnił w imieniu pozostałych Dąba.

– Teraz wszyscy usiedli razem dookoła stojącego w środku gąsiora z winem. Nowa we wszystkich wstąpiła ochota, tylko Jankowi zrobiło się nagle bardzo mdło i gdy dostał kolejny kubek wina poczuł, że wstręt go jakiś ogarnia do picia, a żołądek podchodzi do gardła.

– Spostrzegł to dowódca warty i poradził, aby biegł szybko korytarzem na dwór i za róg budynku, gdzie było odpowiednie dla niego do tego miejsce.

– Nie zdążył tam dobiec, gdy bluznęło mu z gardła tak silną strugą, że i przez nos część wina z powrotem wyleciała. Oparł się o mur osłabiony i pognębiony mocą zdradliwego trunku. Nie nawykły do tej pory do spożywania w takich ilościach napoju Dionizosa, teraz cierpiał, a żołądek szamotał się w nim, aż pozbył się wszystkiego, co w nim było. Wstrząsnął się z obrzydzenia i wstrętu. Stał łakomie wdychając świeże nocne powietrze, ale że mocno nogi się pod nim uginały, a głowa ciążyła jak ołowiana bomba, po chwili zdecydował się wrócić. Usiadł ciężko na swoim miejscu, a bladość okryła mu lica. Knieziewicz podsunął mu kubek pełen wina.

– To już ostatni więcej nie ma. Tylko on ci może teraz pomóc, ale jednym haustem musisz wypić. Inaczej będziesz cierpiał do rana.

– Janka zatrzęsło, ale posłuchał jak mu się wydawało zbawiennej rady. Przemógł się i ile mógł tyle wypił. Nie zdążył odjąć kubka od ust, gdy żołądek z jeszcze większą siłą wyrzucił z siebie wypity napój. Raz po raz zaczęły go męczyć skurcze żołądka.

– Zjadłbym coś – jakby dla prześmiechu powiedział Dąba – mojego kurczaka zjadł Kuba. Chudzielec, co prześmiewa się z mego brzucha a sam je za dwóch. Boczku i chleba prawie nic mi nie zostawili. A mienią się moimi przyjaciółmi. Wina niby było pod dostatkiem, ale na tyle chłopa i tego było za mało. Miał tu Kuba w nogawce jakieś ukryte złoto. Krzywdy nie dozna z naszej strony, jeśli zatroszczymy się o dobre śniadanie dla niego i jego przyjaciół.

– Co byście powiedzieli panowie bracia na jajecznicę i pieczonego prosiaczka? – Zapytał czując pod palcami monety jakie Kuba ukrywał w tajnej kieszonce w wewnętrznej stronie nogawki.

– Tak prosiaczka – zakrzyknęli pozostali zgodnym chórem– tego nie odmówimy.

– Więc pospieszajmy, aby przed świtem wrócić do aresztu.

Dąba prowadził, za nim Różewicz, dalej dowódca warty wsparty na ramieniu Knieziewicza, dalej zataczając się dwóch strażników i na końcu na wpół żywy Janek. Poszli pod karczmę, lecz zastali ją ciemną i zamkniętą. Musiało być już dobrze po północy. Stanęli stropieni takim stanem rzeczy, ale Knieziewicz, który częściej niż inni bywał w Warszawie przypomniał sobie o pewnej młodej wdowie po rybaku, która chociaż żyła teraz więcej z handlu śledziami niż z połowu, to jednak dalej mieszkała w małym domku nad Wisłą. Wiedział o niej tyle, że chętnie go u siebie widzi i zawsze coś do wypicia można u niej dostać o każdej porze dnia i nocy. A przy tym smażony sandacz czy sum smakowały znakomicie. Wiedzieli o tej jego znajomości przyjaciele i gdy tylko o niej wspomniał, zaraz swoje kroki skierowali w tamtą stronę.

Wdowa o tej porze spała. Długotrwały łomot do drzwi obudził ją jednak i po krótkim oczekiwaniu dostali się do izby. Obejrzała ich uważnie, a poznając Knieziewicza uśmiechnęła się ładnym uśmiechem.

Izba, w jakiej się znaleźli nie była duża, ale czysto utrzymana. Gospodyni rozpaliła ogień w kominku i zaczęła smażyć świeże ryby dobywane z wiadra napełnionego wodą. Położyła też na stole chleb i kilka tłustych wędzonych węgorzy. Widząc jej hojność Dąba przysunął się do niej i wsuwając w jej dłoń złoty pieniążek zapytał o wino. Tak nadzwyczajna zapłata uradowała ją bardzo. Wdowa na takie przypadki miała porobione odpowiednie zapasy. Teraz wystarczyło tylko po nie sięgnąć. Znów pełen gąsiorek znalazł się przed spragnionymi. Półmiski zapełniły się gorącą smażoną rybą. Każdy siadał gdzie mógł i na czym mógł, byle bliżej stołu i pełnych półmisków. Tylko Janek dalej blady, z wyciągniętą miną, nie siadał do stołu. Bystra rybaczka zagrzała mleka z dużą łyżką miodu i dała mu do wypicia. To mu wyraźnie pomogło. Zaprowadziła go następnie do sąsiedniej izby gdzie stało łóżko w którym sypiała i kazała mu się położyć. Ściągnęła mu z nóg buty i przykryła wełnianym kocem.

– Tobie już nie wina potrzeba, ale snu i odpoczynku – stwierdziła rzeczowo – śpij sobie ile dusza zapragnie. Jeśli kiedyś znajdziesz się w potrzebie albo nieszczęściu to zawsze możesz tu do mnie przyjść, ładny chłopaku. Pamiętaj o tym.

Skinął głową w podzięce. Rybaczka wróciła do towarzystwa.

– Gdzie jest Kuba? – pomyślał Janek zasypiając.

———————————

Odc. 9

Anna Łucja siedziała w miękkim foteliku. Bawiąc się z przyzwyczajenia pierścionkiem na palcu, spoglądała na cienie przesuwające się podczas zachodu słońca. W pokoju robiło się coraz ciemniej. Wszedł służący i pozapalał świece w świeczniku.

– Wachmistrz Piekota nie wrócił? – zapytała.

– Nie miłościwa panienko.

– A pan Mieczkowski?

– Także nie.

– Jeśli Piekota wróci, przekaż żeby zaszedł do mnie. Mam pilną do niego sprawę.

Służący przyjął polecenie, skłonił się i wyszedł.

Anna Łucja była już po kolacji. Pora była późna i już powinna była iść spać. Niepokoiła się jednak. Nie była pewna, co powinna była zrobić. Nie rozumiała matki, nie wiedziała, kim naprawę był Janek.

Miał być jej bratem przyrodnim, kuzynem, czy zwyczajnym podrzutkiem znalezionym na drodze? Nie do końca wierzyła swojej matce. Znała zmienność jej charakteru, kaprysy i dziwactwa. Dziwne fantazje i pomysły. Jeśli Janek miał być jej bratem to jako mężczyzna nie mógł jej interesować. Jeśli był obcym przypadkowym nieszczęśnikiem, spotkanym w drodze, to z racji swego ubóstwa i niepewnego pochodzenia na nic nie mógł zasługiwać, prócz wzgardy lub litości. Jego ładna rumiana twarz, w przypadku dalekiego pokrewieństwa, mogłaby być ozdobą jej osoby, ale jego charakter i brak uległości drażnił ją.

– Cóż się z nim dzieje – rozmyślała –  może jest ranny? Leży gdzieś na ziemi i broczy krwią? A może zabity? Zdawało się, że gdy walczył z Piekotą, umie władać bronią. Ale tamto, to było tylko próbą, zabawą. Kogo wyzwał na pojedynek? A może wcale nie wyzwał tylko został sprowokowany do pojedynku. Wiedział ojczym, że jeśli się pokaże w barwach wojewody krakowskiego, to narazi się nie tylko na kpiny, ale i zaczepki ludzi Sobieskiego. A to może doprowadzić do pojedynku i śmierci niedoświadczonego młokosa. Była by to woda na młyn pana wojewody. Straciłby człowieka, kuzyna nawet, nie tracąc nikogo. Miał by powód do oskarżania hetmana przed królem, panami senatorami i przed szlachtą. Anna zaczynała rozumieć grę możnych i serce jej chłodło, gdy myślała o ojczymie. Chciała się dowiedzieć, co stało się z Jankiem, ale nie miała od kogo. Czekała więc na powrót Piekoty i nie szła spać. Kiedy się pojawił widać było po nim zmęczenie, był podrażniony, ale milczał czekając co powie Anna, lecz ona milczała przez chwilę przyglądając mu się uważnie.

– Nie ma pana Jana– powiedziała spokojnie.

– Wiem o tym – odparł.

– Wyszedł pojedynkować się. Chciał wziąć cię za świadka. Do tej pory nie wrócił i dlatego chcę, abyś możliwie jak najszybciej dowiedział się, co się z nim stało. Jeśli teraz jest za późno, to jutro z rana zacznij go szukać.

– Nie ży… ży… żyje.

– Skąd ta pewność? Czy widziałeś jego ciało? – zapytała lekko wstrząśnięta słowami Piekoty.

– Wyzwał na po… po… po… jedynek Różewicza i Do… Do… Dąbę je… je… jednocześnie. Knieziewicz do… do… dostał ro… ro.. rozkaz przynieść głowę pana Jana do… do… do pałacu hetmana. Do… Do… Dąba to największy si… si… siłacz, jakiego znam, a… a… a… Knieziewicz nie walczy a mo… mo… morduje swoją szablą. Poszli za starą ba… basztę. Tam pojedynki są nie o krew, nie o rany, ale o ży… ży… życie. A potem tru… trupa do wody. Jeśli pan Jan nie miał świadka to i nie będzie miał po… po… pochówku na… na… na… cmentarzu. Wrzucili go do… do Wisły.

– Zawsze przesadzasz w tym co mówisz.

– To prawda. Już po…po… Mieczkowskim.

– Weź dwóch ludzi z pochodniami, idź za starą basztę i sprawdź wszelkie ślady na ziemi. Szukaj śladów świeżej krwi i wracaj szybko do mnie.

– A mości wo… wojewoda?

– Nie będzie cię już dziś potrzebował, a o tym, co się zdarzyło dowie się ode mnie.

Wachmistrz odszedł spiesznie. Sam był wzburzony nowiną jaką zasłyszał i chciał się upewnić co do swoich najgorszych podejrzeń. Na miejscu w świetle pochodni odkrył liczne ślady butów które świadczyć mogły o gwałtowności ruchów walczących. Ślady krwi znajdowały się w licznych miejscach, ale nie były obfite. Zwłok jednak nie znalazł, co go jednak nie uspokoiło. Powrócił, więc spiesznie do pałacu wojewody i przekazał Annie Łucji to co widział.

– Tak, więc sądzisz, że został zabity?

– Jeśli Knieziewicz do… do… dostał polecenie za… zabić go w po… po… pojedynku to… to na pewno to zro… zro… zrobił.

– Nie ma już Janka – pomyślała pełna żalu – mówiłam, żeby nie szedł, życia bez potrzeby nie narażał. Nie posłuchał. Śmierć go zabrała. Jakże to straszne, gdy krew wycieka z ran, a śmierć zbliżą się z każdą chwilą. Położyła się spać, lecz sen długo nie przychodził. W nocy śniła o Janku. Widziała go stojącego pod drzewem. Chciała podejść do niego i przytulić się do jego nagiego ciała lecz kiedy go dotknęła, z ciała jego popłynęła krew, a on sam był przerażająco zimny i sztywny. Zrozumiała, że tuli się do zbroczonego krwią trupa i lęk, jaki ją ogarnął, spłoszył sen z jej powiek.

 *

 Ciotka Kolnicka pokazała wszystkie kąty swojego obszernego domu który pałacem zwała. Dom świadczył o wielkiej zamożności ich właścicieli. W młodości córka ubogiego szlachcica dzięki wrodzonej energii, śmiałości i niezgorszym walorom zewnętrznym wyszła za mąż za wprawdzie dużo starszego od siebie człowieka, ale niemal z magnackiego rodu. To dało jej poczucie bogactwa i władzy. Energią swoją wnet przytłoczyła swojego małżonka i od tej pory tylko jedna osoba w tym domu rządziła. A była nią postawna i silna jak chłop pani Palladia Kolnicka i to ona wzbudzała szacunek i lęk w służbie i wśród osób, jakie ją otaczały. Potrafiła budzić także niepokój w kręgach w których dzięki zamożności swego małżonka się obracała, a dzięki sile swej woli, przebiegłości i sprytowi umiała docierać aż do samego króla.

Wróciła z podróży zadowolona. Już planowała ożywić swój dom wykorzystując obecność młodziutkiej i pięknej jak róża bratanicy i jej służącej obdarzonej  zarówno urodą jak i niezwykle ponętnymi kształtami, przyciągającymi wzrok każdego mężczyzny od wyrostka aż po starca. Kolnicka, ledwie że przekroczyła wrota domu, już rozesłała służbę po najlepszych krawców i szewców w mieście.

Kazała także zjawić się złotnikowi, któremu przesłała polecenie, aby zabrał ze sobą kilka sztuk wytworzonych przez siebie pierścieni, kolczyków i kolii. Na rano zamówiony został balwierz znający się na układaniu niewieścich włosów.

Obeszła jeszcze raz cały dom i wszystkie jego kąty, a po smacznym posiłku, przyjęła krawca i szewca. Dobierała materiały do przyszłych kreacji i wybrała gotowe suknie jakie krawiec przywiózł ze sobą. Szczególnie chciała, aby Misia zabłysła blaskiem swej urody uznając, że Marysia jako młodsza ma jeszcze czas. Została Marysia jakby kopciuszkiem, a Misia gwiazdą pełną blasku i dostojeństwa, które panią Kolnicka wręcz zachwyciło, obiecując sobie po dziewczynie wiele dla siebie korzyści. Nie wahała się więc dłużej. Chwyciła dziewczynę za ręce i postanowiła – Misiu pamiętaj, od tej pory nie jesteś chłopką, nie jesteś poddaną mego brata imć Sokolnickiego, nie jesteś Misią. Jesteś pod moją wyłącznie opieką. Od teraz nazywać się będziesz tak jak ja, Kolnicka a na imię damy ci Misabella. Zapamiętaj sobie jesteś Misabella z Kolnickich, noś dumnie głowę i nigdy nie pozwól, aby ktokolwiek ważył się nie okazać ci szacunku należnego rodowi Kolnickich. Tak postanowiłam i tak ma być. Masz królewską urodę i niech ci się kłaniają Sapiehy, Pace, i Radziwiłły. Wszyscy. I niech zabiegają o twój każdy uśmiech, a moją przychylność.

Marysia sama ze zdziwieniem, ale i z radością przyglądała się Misi, która w nowej sukni, w pantofelkach na podwyższonym obcasie wyglądała bardzo odmieniona. Misia po raz pierwszy spojrzała w lustro i serce się w niej rozradowało. Spojrzała na Marysię a widząc w jej oczach i zachwyt i podziw, podbiegła do niej i uściskała ją serdecznie. Uściskała także panią Kolnicką której zawdzięczała swoją odmianę.

– No, kwiatuszku nie dziękuj mi. Dawno przypadłaś mi do gustu. Teraz tobie będzie lepiej tutaj, a mnie weselej z wami pod jednym dachem.

– Cóż powie pan Kolnicki, gdy się dowie, że mam nosić jego nazwisko? – zapytała Misia.

– A cóż ma powiedzieć, stary grzmot ? Już ledwie nogami ciąga. Czas najwyższy, aby zszedł z tego świata i uwolnił mnie od swojej osoby tak żebym mogła jeszcze trochę pożyć. Mało co widzi, mało co słyszy, ale zauważyłaś jak mu starcze oko błysnęło, kiedy ciebie zobaczył? – Kolnicka zaśmiała się głośno.

– Zaraz powinien przyjść Janek – pomyślała sobie w duchu.

– Marysiu – odezwała się – czy twój kawaler, gdy zapowiada swoje przyjście, to dotrzymuje słowa, czy tylko mówi, aby mówić? Bo i tacy są, co tylko wykręty im w głowie i obiecanki, których nie zamierzają spełniać?

– Zawsze przychodził, gdy byliśmy umówieni – zapewniła Marysia. Ona również o nim myślała i dręczył ją niepokój.

– Nie rozumiem, dlaczego nie chciał z nami jechać gdyśmy go spotkały.

– Szedł na pojedynek – wtrąciła Misia, aby wytłumaczyć zachowanie Janka.

– Dziwne to mi się wydaje – zauważyła Kolnicka – szlachta bije się u nas, gdy wypije za dużo, o miedzę lub o babę. Gołowąs tylko dla porywów serca. Wiemy, że to niewiasta go z biedy wyciągnęła. Czyżby dla niej się chciał bić i narażać? A tak wyglądał, gdy go Marysia zawołała, jakby się na jej widok speszył lub nawet zmartwił. Mam ja o nich wszystkich jak najgorsze mniemanie. Gdzie jaka nowa spódnica się zakręci tam już i oni się zwracają.

– Janek nie jest taki. On szczerze kocha.

– To dlaczego nie przychodzi, skoro mówił, że przyjdzie?

– Może znów mu się coś przytrafiło – wtrąciła się znowu Misia – ma on do dziwnych przypadków szczęście, jak mało kto.

– Jeśli on do nas nie przyjdzie, to my przyjdziemy do niego. Zatrzymał się jak mi mówiłyście u wojewody krakowskiego. Dawno tam nie byłam i czas abym zapytała o zdrowie wojewodzinę.

Czy tak wypada szukać kawalera po cudzych pałacach? – spytała Marysia.

Wypada złożyć wizytę. Pokazać się i was pokazać światu i ludziom. Wojewodzinę znam jeszcze z czasów, gdy wdową była po kasztelanie, nie pomnę, jakim. Dość, że długo we wdowieństwie nie wytrzymała. Szybko się za wojewodę wzięła, na wyższą grzędę siadając. Posłuchamy nowinek, a przy okazji dowiemy się coś niecoś o Janku i jego pojedynku. Wszak w barwach wojewody służy i co zauważyłam dziwnie jakoś, jak na prostego dragona, pięknie i szykownie ubrany. Przypominam sobie teraz że wojewodzina ma dorastającą córkę. Czyżby to dla niej nowy zaciąg czyniła?

– Niech sobie czyni, ale nie z Janka – stwierdziła stanowczo Misia – Janek należy się Marysi. Ją pierwszą pokochał. Przy niej służyć powinien.

– Może by i służył, gdyby nie mój braciszek. Nie zdziwiłabym się gdyby za wami tu do Warszawy zjechał.

– Chory, szybko się z łóżka w drogę nie ruszy.

– Taki jak on czort, długo nie choruje, ale niczego tu nie zwojuje, nie pozwolę mu na to. W razie potrzeby i własnego brata przepędzić potrafię.

– A jeśli Janek poraniony, potrzebuje pomocy? – zapytała Marysia.

– Jeśli potrzebował pomocy to pewnie już ją otrzymał. Jeśli swój pobyt w Warszawie od pojedynków zaczyna, to znaczy, że chwat z niego. Słyszałam od brata i nie tylko od niego, że jego ojciec sławnym był żołnierzem i całe życie na wojowaniu spędził. Tacy synów swych od dziecka uczą tego co sami umieją. Choćby w zabawie z synem, aby tylko szablę potrzymać w garści. Więcej oni innych kaleczą, niż sami doznają skaleczeń. I takich ja lubię. Tam jest ciekawie gdzie krew się leje. Wino lepiej smakuje, gdy je rycerz w kielichu podaje, nie cielę ani wół. Czas do kolacji siadać. Nie będziemy Jana mieli dziś na kolacji. Może będziemy go mieli jutro. A tak go chciałam poznać – westchnęła Kolnicka.

Dnia następnego wstano nieco później niż to było ustalone w domu Kolnickich. Ciotka po odbytej podróży chciała sobie poleżeć w łóżku i pomarzyć o rzeczach przyjemnych i bardzo kobiecych. Zawiadomiona, że przyszedł złotnik ze swoimi wyrobami, kazała mu czekać, lecz nie długo. Poranną toaletę przełożyła na później. Włożyła jedwabny szlafroczek, miękkie pantofelki i przeszła do pokoju gdzie na nią czekał mistrz sztuki złotniczej. Włoch, który się parał od kilku już lat tym rzemiosłem w Warszawie, wyłożył swe precjoza na stole i w głębokim ukłonie czekał na to, co powie pani Kolnicka. Do pokoju weszły w tym samym czasie Marysia i Misia.

– Spójrzcie, co za skarby przyniósł nam nasz Bettoluci. Weźcie to wszystko nałóżcie na siebie i bądźcie gotowe do drogi. Jedziemy na śniadanie do pani Zasławskiej. Jesteśmy zaproszone. Ja idę się ubierać. Bettoluci, mój złotko idź do męża, niech zapłaci ci złotem za twoje złoto i szlachetne kamienie.

Bettoluci zatarł z zadowoleniem ręce i kłaniając się nisko poszedł szukać pana Kolnickiego, który płacił za wszystko, co zamawiała energiczna małżonka, pani jego serca.

Do pałacu Zasławskich, weszła pani Kolnicka tak jakby wchodziła do własnego domu, a witając się z wojewodziną zapytała wprost.

– Powiedz mi moja najjaśniejsza, czy jesteś już po śniadaniu? Nie? Tak myślałam. Dlatego tak przybyłam wcześniej. O ile przyjemniej jest zjeść śniadanie w towarzystwie wojewody i twoim, a nie z tym moim suchym grzybkiem. Spójrz, kogo przywiozłam do Warszawy. Oto piękność rodu Kolnickich. Wnuczka mego szwagra, jedna z, wielu ale najbardziej udana. Ma na imię Misabella. A ta druga młodsza, również bardzo piękna, to moja bratanica, Maria Agnieszka. Tą brat mój powierzył opiece i wychowaniu. Myślę, że polubią i zaprzyjaźnią się z Anną Łucją. Tak ma na imię twoja śliczna pieszczoszka, prawda?

– Tak właśnie.

– A gdzież ona teraz ? – zapytała Kolnicka.

– Och, ma zmartwienie. Wielkie zmartwienie. Wszyscy mamy wielkie zmartwienie w tym domu – wyjaśniła pani Zasławska.

– Jakież znowu zmartwienie? Zawsze uważałam cię za najszczęśliwszą kobietę i w Krakowie i w Warszawie.

– Wyjaśnię ci przy stole. Chodźmy, bo już zaczynają podawać.

Wojewodzina poprowadziła wszystkich do sali jadalnej, gdzie już był pan wojewoda Zasławski z córką.

Kolnicka przedstawiła swoje podopieczne tak jak poprzednio nazywając Misię wnuczką ze strony brata, męża. Zasławski poderwał się od stołu i wlepił oczy w dziewczynę nie wymawiając ani słowa. Trwało to tak długo, że Misia oblała się rumieńcem.

– No mości wojewodo, obudź się – Kolnicka lekko pchnęła Zasławskiego tak aby tamten usiadł z powrotem na krzesło.

– Jeszcze się na nią napatrzysz. Po to przywiozłam ją do Warszawy. Ta dziewczyna, to prawdziwie królewski kąsek i przysmaczek, klejnocik najwyższego blasku.

– Nasz król jest łakomczuchem i czasami zdarza się, że przy co smakowitszym kąsku się zadławi – zauważyła Anna Łucja.

– Jeszcze meszkiem się nie pokryła a już widać, że złośliwa smarkula – pomyślała w duchu Kolnicka.

Misia również zmierzyła Annę Łucję wzrokiem, w którym nie można było doszukać się ciepła – to ta tłusta jałówka chce przytrzymać Janka dla siebie – pomyślała.

Wniesiono wazę z mleczną zupą, półmiski pełne rogalików, świeże masło, wędzone szynki, powidła z czarnej porzeczki, biały twaróg i miód. Zaczęto śniadanie od mlecznej zupy z lanymi kluskami. Potem sięgnięto po rogaliki, masło, szynkę lub powidła. Popijano białą kawą.

Gdy wojewoda kazał podać włoskie wino, Kolnicka zapytała o przyczynę zmartwienia, o którym wspominała Zasławska.

– Wielka to przykrość i prawdziwy dla nas smutek – wyjaśniła zmartwiona pani Zasławska – gdyśmy wracały z Krakowa do Warszawy, w niezwykłych dość okolicznościach spotkałyśmy naszego kuzyna, który nie ze swojej winy popadł w nieszczęście. Zabrałyśmy go oczywiście ze sobą. Zamieszkał tu z nami. Mąż mój ukochany, poddał pod jego komendę niewielki oddział dragonów, gdyż był to niezwykle dzielny i miły chłopiec. Wczoraj wybrał się do pałacu hetmana Sobieskiego. Dziwnie uparty był, aby służyć temu człowiekowi, który tak źle życzy królowi i nam.

– I cóż się tam stało? – zapytała Kolnicka.

– Tego nie wiemy, dość, że wyzwał na pojedynek dwóch zabijaków Sobieskiego. Nieszczęście w tym, że jednym z nich był słynny z olbrzymiej siły Dąba. Jakby tego było mało, sekretarz Sobieskiego posłał za naszym kuzynem jeszcze jednego żołnierza, z wyraźnym poleceniem aby go w pojedynku życia pozbawił. A wszystkie te pojedynki były wyznaczone w tym samym czasie.

– Toż to było zabójstwo, a nie pojedynek! wykrzyknęła oburzona Kolnicka. Pod sąd powinni stanąć sprawcy tego mordu.

– Jeszcze dziś pójdę do króla prosić, aby domagał się wydania tych ludzi pod osądzenie. – zapewnił wojewoda.

– Jakżesz zwał się ów nieszczęśnik? – Kolnicka chciała pozbyć się niepewności, co do osoby owego kuzyna, o którym mówiła pani Zasławska.

– Jan Mieczkowski. – wtrąciła Anna Łucja.

– Ach, kamień spadł mi z serca. – wykrzyknęła Kolnicka.

– Marysia, która siedziała biała jak kreda lekko westchnęła, rumieńce zaczęły jej wracać na twarz. Misia również pobladła i milcząca teraz się ożywiła. Sięgnęła po kielich wina i wypiła nieco jasnego jak miód napoju

Zasławska, na słowa, jakie usłyszała z ust Kolnickiej, zamilkła zdziwiona jej bezdusznością.

– Pojedynki zdarzają się nazbyt często – zauważyła Kolnicka – ale rzadko, kiedy kończą się śmiercią. Może i tym razem skończyło się na kilku ,,zadrapaniach’’. Bo przecież nie widzimy tu pana Mieczkowskiego na marach. Chyba, że jest w kaplicy. W takim razie powinniśmy tam pójść, pomodlić się za jego duszę.

– Nie wiemy gdzie jest ciało – wyjaśniła Anna Łucja – wczoraj już po zmierzchu, nasz wachmistrz Piekota, poszedł na miejsce gdzie miał się odbyć pojedynek. Znalazł tam ślady walki, wiele rozlanej krwi. Musiał się bronić nasz Jan bardzo dzielnie, bo krew była widoczna na ziemi w wielu miejscach, tak jakby i on poranił swoich przeciwników. Niestety w ciemnościach nie natrafił na zwłoki. Piekota twierdzi, że w takich przypadkach, gdy bardziej o mord idzie, niż o pojedynek, zwłoki wrzucane są do Wisły, aby nie było śladu tego, co się stało. Dziś Piekota już z samego rana poszedł rozpytać się wśród ludzi Sobieskiego o pojedynku i o tym jak się on zakończył. Wierzy on, że ci, którzy się pojedynkowali, chwalić się będą swym niecnym czynem, pewni bezkarności i protekcji swego pana. Pan Jan miał i innych wrogów, którzy czyhali na jego śmierć. Byli to kozacy, pobici przed laty przez jego ojca. Dla tej przyczyny za namową mojej mamy zmienił sobie nazwisko, aby nie mogli się o niego rozpytać i zamordować.

– Więc jak się on naprawdę nazywał? – zapytała doszczętnie skołowaciała pani Kolnicka.

– Jan Mleszkowski.

Kolnicka zesztywniała. Wytrzeszczyła oczy i nie mogła słowa z siebie wykrztusić. Marysi pociemniało w oczach, poczuła, że traci świadomość i usunęła się na ramię siedzącej przy niej ciotki.

– Boże drogi! – krzyknęła Kolnicka – co się dzieje z tą kruszynką? Ratujcie ją! Sierotkę moją niewinną. Wody, wody. Niech szybko przyniosą wody.

Misia odebrała ciotce nieprzytomną Marysię i ułożywszy jej głowę sobie na kolanach, pochyliła się nad nią, kryjąc łzy cieknące po policzkach.

Anna Łucja ze zdziwieniem obserwowała całe to zamieszanie. Kiedy wszedł Piekota zaproponowała, aby nieprzytomną dziewczynę ułożyć na kanapce, dopóki nie odzyska przytomności?

Spryskana zimną wodą twarz Marysi, drgnęła. Oczy otworzyły się, lecz ona sama sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała gdzie jest i co się z nią dzieje. Dopiero, gdy ujrzała smutną i mokrą od łez twarz Misi, odzyskała pełną świadomość i wybuchnęła łkaniem. Obie dziewczyny rzuciły się sobie w objęcia i płakały pełne rozpaczy.

– Boże mój boże, dlaczego tą dziewczynę spotkało takie nieszczęście – wzdychała zmartwiona Kolnicka.– dlaczego to Janka musiano ubić? Nie mogli poszukać sobie takiego jakimi sami są, zbója?

– Pan Jan Mie… Mie… Mieczkowski ży… żyje, tyle że… że.. w… w a…areszcie – wyjąkał pospiesznie Piekota.

– Jak to żyje? – wykrzyknęła zdziwiona Kolnicka – więc nasz Janek Mleszkowski żyje? Prawda to!

– Pan Jan Mleszkowski też ży… żyje.. Obaj ży… ży.. żyją – zapewnił Piekota. Ale obaj zo… zo… zostali aresztowani, a także Dąba, Różewicz i Knieziewicz. Na go… go… godzinę przed świ… świ… świtem aresztowani.

– Więc ilu ich jest? – dopytywała nic nie rozumiejąc Kolnicka

– Jeden jest Mle… Mleszkowski, a drugi Mie… Mieczkowski – zapewnił stanowczo Piekota. Obaj aresztowani przez dra… dra… dragonów kró… kró… królewskich.

Marysia i Misia spojrzały na siebie i znów łzy pociekły im ciurkiem z oczu, tym razem z radości.

– Jeśli jest aresztowany, to musi być z aresztu wypuszczony – zadecydowała pani Zasławska – pokochałam Janka jak własnego syna i nie pozwolę, aby był więziony. Niezwłocznie udamy się do króla z prośbą o jego uwolnienie. Anno, moja córeczko, będziesz mi towarzyszyła. Jakże się ucieszy, gdy cię znowu zobaczy. Więc czekajcie naszego powrotu. Wkrótce wrócimy z naszym Jankiem.

Zasławska w towarzystwie córki, opuściła pokój, z zamiarem przygotowania się, do złożenia wizyty królowi.

– Jakże dziwne odmiany losu spotykają Janka – dziwiła się Kolnicka – w drodze powieszony, tutaj na śmierć posiekany, a teraz okazuje się, że cały i zdrowy siedzi w areszcie o czarnym chlebie i wodzie.

– Nie wiadomo czy nie odniósł żadnych ran w pojedynku – zauważył wojewoda.

– Nie odniósł – zapewnił Piekota – co gorsza to on na namówił husarzy, aby stawili opór królewskim dra… dra… dragonom. Siedmiu było dragonów i aresztowaliby husarzy, których by… było tylko trzech, ale on stanął po… po… po ich stronie i rozgromili tamtych, ra… ra… raniąc wielu z nich. Za to gdy się spili, ucztując zwycięstwo, zostali po… po… pojmani i prze… prze… przewiezieni do aresztu.

– Coraz bardziej mi się on podoba – stwierdziła ciotka – muszę i ja coś uczynić dla niego. Żegnam, zatem pana wojewodę dobrodzieja. Pora mi wracać do mego gnuśnego grzyba – Kolnicka dopiła resztę wina i wstała szykując się do wyjścia.

– Ciociu moja najmilsza – poprosiła przymilnie Marysia – zostańmy jeszcze chwilę aż Janek powróci. Tak chciałabym zobaczyć go całego i zdrowego.

– Nie – ucięła krótko ciotka – nie będziemy na niego czekały.

W powozie Kolnicka wyłożyła swoje zamiary.

– Jak możemy czekać, aż Zasławska wyjedna u króla uwolnienie Janka? Nie możemy pozwolić na to, aby sobie go przywłaszczyła. Słyszałyście, co powiedziała? Pokochała go jak własnego syna. A jakież ona ma do tego prawo? Janek ucieszy się, ale nie z widoku jej grubaśnej córeczki, lecz swojej ukochanej Marysi, która dla niego gotowa jest nam umrzeć. Słyszałaś Marysiu, słyszałaś Misiu, co powiedziała. Ona wkrótce wróci ze swoim Jankiem. Ażeby nogi na schodach przy tym wracaniu połamała, stara rozpustnica. Młodego chłopaczka jej się zachciewa. Pokochała go jak własnego syna, grzesznica bez wstydu i pokory. Musimy być pierwsze u króla. To my go uwolnimy i my go przywieziemy do naszego pałacu, nie Zasławska. Przebierzecie się w najładniejsze suknie, nałożycie na siebie całe złoto, jakie przyniósł Bettoluci. Ja tym czasem nałożę nieco różu na policzki, podmaluję oczy i jedziemy do miłościwego pana.

Obie dziewczyny były szczęśliwe, że Janek jest zdrów i cały. Cieszyły się nad to, że będą mogły złożyć wizytę królowi. Szybko się sprawiły zmieniając suknie na nowe i jeszcze bardziej wytworne. Były gotowe, lecz Kolnicka posadziła Misię w foteliku i zawołała czekającego od rana balwierza.

– Zrób ją tak piękną jak Afrodytę, kiedy uwodziła Parysa – poleciła

Zajęło to trochę czasu, ale Kolnicka była pewna, że Zasławska jeszcze więcej przesiedzi przed lustrem, poprawiając urodę własną i swojej córki. Kiedy fryzura Misi została zmieniona, powozem ruszono pod zamek.

– Jak wygląda król? – zapytała przezornie Misia.

– Jak każdy inny człowiek– odparła Kolnicka – a nawet gorzej. Wzrostu niewielkiego, gruby i brzuchaty. Oczy nieco wyłupiaste, mętne i nierozumne. Lękliwy i podejrzliwy. Łakomczuch za to wielki i bez umiaru. Łasy na pochlebstwa i wdzięk niewieści. Silny jedynie do miski i kielicha. Jedyną jego zaletą jest korona która spadła na jego głowę zupełnie dla niego niespodziewanie. Sama wkrótce zobaczysz na własne oczy. Musimy go jednak uprosić, aby kazał uwolnić Janka.

– Co mam mówić?

– Nic nie mów. Słuchaj, co ja będę mówiła. Za to dużo się uśmiechaj, rób słodkie minki i umizgi. Czaruj go swym wdziękiem i niewinnością, a jeśli już coś powiesz to niech to będzie tak słodkie i lepkie jak miód. Gdy będzie na ciebie patrzał to spuszczaj oczy w dół i zaraz znów patrz mu w oczy i uśmiechaj się jak umiesz najładniej. Marysia jest oblubienicą Janka a ty jego siostrą rodzoną, kochasz swojego brata i kochasz Marysię i chcesz ich szczęścia. Janek jest niewinny. Przez przypadek pomylony z kim innym i aresztowany.

– Ale czy mogę okłamywać króla? – zapytała pełna wątpliwości Misia.

– Król to nie ksiądz, ani biskup. Sam kłamie częściej niż mówi prawdę. Wszyscy mu kłamią i my też mu prawdy nie powiemy. A on prawdy wcale nie jest ciekawy. Niech tylko cię zobaczy, a przekonasz się, co go tylko interesuje. Jesteś bystra i przebiegła i musisz to wykorzystać jeśli mamy uwolnić Janka.

Powóz podjechał pod zamek, lecz nim się zatrzymał, Kolnicka spostrzegła wchodzące w podwoje zamku dwie kobiety. Matkę i córkę Zasławskie.

– Uprzedziły mnie – Kolnicka niemal zgrzytnęła ze złości zębami.

– Ale to nic. Poradzimy sobie i z tym. O ile wiem, areszt jest za zamkiem w stronę Wisły. Jeśli król każe go uwolnić, to będziemy widziały jak go prowadzą do króla. Gdy będzie wolny podbiegniecie do niego a ja podejdę do Zasławskich. Wtedy Misiu łap Janka pod rękę i choćby siłą ciągnij go do powozu, a ty Marysiu pomagaj ile zdołasz Misi. Ja tymczasem zatarasuję tyłkiem drogę obu Zasławskim, aby nie miały do niego dostępu. Gdy będziecie już w powozie, konie batem po zadach i wracajcie nie czekając na mnie. Ja sobie poradzę, dość karet i powozów pod zamkiem stoi. Każdy magnat chętnie mnie podwiezie do pałacu. Teraz ukryjmy się w powozie i czekajmy cierpliwie na Zasławską, jej córkę i na Janka.

Audiencja u króla nie mogła trwać długo, skoro już po krótkim oczekiwaniu obie, Zasławska z córka opuściły zamek, wsiadły do powozu i odjechały.

– Wróciły bez Janka – zauważyła zmartwiona Marysia.

– Widziałam, że bez Janka – potwierdziła ciotka – może to i lepiej. Ale dlaczego? Miny miały zadowolone. Czyżby dały się zwieść królewskiej obietnicy? Jak ja znam tego króla, to nigdy on nie dotrzymuje słowa. Musimy być ostrożne, bo to znaczy, że i nam obieca, aby sprawę zbyć. Ale jeśli tak, to niech ma się na baczności, bo tak przeciw niemu pobuntuję hetmana i jego chorągwie, że szybko zawiążą konfederację przeciw królowi. A wtedy niech ucieka z Warszawy.

– Idziemy, nie będziemy siedzieć w powozie pod zamkiem, bo jajka i tak nie wysiedzimy.

Kolnicka szła pierwsza i tak pewnie jakby codziennie przemierzała królewskie komnaty. Nie zaszła jednak daleko. Zatrzymana została przez dworzanina, który bez ogródek zapytał, dokąd to idą.

– Do króla naszego ukochanego, najmiłościwiej nam panującego. Widzisz te dwie, śliczne panienki? – zapytała obracając się do Marysi i Misi.

– Tak, śliczne. – przytaknął dworzanin, mierżąc łakomym wzroki obie dziewczyny.

– Ważną one mają do najjaśniejszego pana sprawę. Wielką prośbę i skargę na dragonów królewskich.

– Każdego dragona, na którego się poskarżą, król jak go znam, każe powiesić.

– Krzywdę wielką im wyrządzono.

– Król pięknym paniom chętnie wynagrodzi.

– Więc nie gap się tak na nie, tylko biegnij do króla i proś o posłuchanie.

– Ale, o co chodzi, co się stało. Króla muszę wpierw powiadomić.

– Tej oto Misabelli Mleszkowskiej brat został wczoraj napadnięty przez dragonów królewskich i uprowadzony do aresztu. Świadkiem tego gwałtu była moja kuzynka tu obecna Maria Sokolnicka, która jest narzeczoną nieszczęśnika. I która jest zrozpaczona tym, co się stało. Obie przyszły błagać najjaśniejszego pana o pomoc dla niewinnego.

– Pójdę powiadomię króla.

Dworzanin odszedł. Stanąwszy przed królem skłonił się z przyzwyczajenia bardziej niż z szacunku.

– Masz królu gości.

– Znowu? Jeszcze się nie zdążyłem ubrać. Ani zjeść śniadania, odpocząć. Kto tym razem i dlaczego mnie niepokoi i czego chce?

– Pani Kolnicka.

– Ta strzyga? Po co przyszła?

– Prosić o uwolnienie Mleszkowskiego. Tego samego, o którego prosiła wojewodzina Zasławska.

– Powiedz, że za wstawiennictwem wojewody krakowskiego wieczorem, lub jutro rano, będzie uwolniony. I każ jej odejść.

– Przyszła w towarzystwie jeszcze dwóch dam.

– Niech idą wszystkie trzy.

– Królu one nie mogą odejść.

– Król ziewnął, ale spojrzał na dworzanina, a widząc na jego twarzy zagadkowy uśmieszek, zapytał.

– Jest jakiś powód, aby zostały? Chcesz mnie straszyć tą strzygą, Kolnicką?

– Ta strzyga, przyprowadziła dwie nieziemsko piękne dziewice.

– Nie przesadzasz, aby? Wiem, że dziewic nie brak wśród moich poddanek, ale właśnie dlatego, że nie są piękne.

– Gdybym miał wybierać między Afrodytą, a tą, która czeka na posłuchanie u ciebie królu, to wybrałbym tą właśnie, którą przyprowadziła Kolnicka. A jest tam jeszcze Wenus dopiero co narodzona.

– Jeśli są tak piękne jak mówisz to weź rapier, pokrop święconą wodą, aby grzechu nie było i przebij serce Kolnickiej. Potem proś do mnie obie dziewice. Jestem gotów za jeden uśmiech zwolnić tego tam Mleszkowskiego.

– Królu, za jeden uśmiech? Skoro można mieć wszystko, mając kanarka w klatce.

– Wszystko? Chciałbym mieć wszystko, ale jak to osiągnąć? Cóż mi możesz poradzić?

Dworzanin pochylił się z obleśnie chytrym uśmiechem nad królem i zaczął mu tłumaczyć półgłosem jak ma postąpić. Król słuchał uważnie coraz bardziej zadowolony.

– Wprowadź je prędko, abym nie zapomniał tego coś mi powiedział.

– Podpowiem, jeśli będzie potrzeba.

Dworzanin obrócił się na pięcie i wyszedł do Kolnickiej.

Patrząc jej prosto w oczy pokręcił głową i westchnął.

– Źle bardzo mają się sprawy. Ale król w swej łaskawości dopuszcza wszystkich przed swoje oblicze.

Kolnicka zwróciła twarz w stronę Misi z taką miną jakby chciała powiedzieć – Co ten głupiec wygaduje! I bardzo energicznym krokiem ruszyła za dworzaninem.

Na wzniosłe powitanie wygłoszone przez Kolnicką, król spuścił wzrok i zaczął oglądać swoje poobgryzane paznokcie. Potem spojrzał na Misię, na Marysię i znowu na Misie. Misia szybko ochłonęła z wrażenia, że oto stoi przed królem, a gdy wzrok jej po raz drugi spotkał się ze wzrokiem króla, przypomniawszy sobie co mówiła Kolnicka, uśmiechnęła się. Król dostał nagle wypieków na twarzy, czoło mu spotniało. Chciał coś powiedzieć, lecz myśli mu uleciały z głowy, więc wybałuszył oczy na Kolnicką i słuchał chcąc zyskać czas na to, aby się uspokoić i zapomnieć o zmieszaniu, jakiego doznał na widok urody Misi. Misia w mig pojęła, że podoba się królowi. Miała przed sobą niewysokiego opasłego mężczyznę o słabym charakterze, nieładnej twarzy i wyłupiastych mętnych oczach. Nie miała powodu lękać się takiego człowieka. Czuła, że może nad nim panować i żądać spełnienia swoich próśb. Kiedy król nie mogąc się powstrzymać, spojrzał na nią, odezwała się spokojnym, miłym głosem.

– Znam swego brata tak, jak znam sama siebie. On nie mógł zrobić nikomu nic złego. To jemu zawsze wyrządzano krzywdę, a mimo to nigdy nie był mściwy, ani nie nosił w sercu urazy. Miłościwy królu, każ go uwolnić, aby nie był więziony bez przyczyny.

– Każę go uwolnić – potwierdził król i spojrzał wystraszonym wzrokiem na swego dworzanina.

– Król każe go uwolnić – potwierdził dworzanin – lecz wpierw wiedzieć musi, dlaczego rzucił się z mieczem na jego majestat?

– To kłamstwo! – krzyknęła Kolnicka strasznym głosem.

Król pod wpływem jej krzyku zadrżał. Znów spuścił oczy na swoje poobgryzane paznokcie.

– To prawda upierał się dworzanin.

– Kłamiesz łajdaku – Kolnicka stawała się coraz bardziej agresywna – kłamiesz i ja w oczy ci to powiem. Jakże to możliwe skoro król w zamku, a Janek wyzwany na pojedynek przez ludzi Sobieskiego, musiał im stawić czoła. Sam jeden przeciw trzem. A powszechnie wiadomo, że Sobieski do wrogów najjaśniejszego pana się zalicza.

– Król w uniformie dragona, dla niepoznaki, w asyście kilku swoich przyjaciół tak samo przebranych, przechadzał się parkiem tuż nad Wisłą. Tam natknęliśmy się, bo i ja tam byłem, na żołnierzy Sobieskiego. Ci zawsze pijani i zawsze zwady szukają. Ostrzegłem ich, niebacznie, że króla mają przed sobą. A on ten Mleszkowski wykrzyknął – Który to król? – Gdy mu wskazałem, sądząc ze padnie przed majestatem na kolana, rzucił się na króla z dobytym orężem, a jego przyjaciele za nim. Ledwie życia wybroniliśmy.

– Łżesz szarlatanie a Bóg na to patrzy – krzyknęła Kolnicka – łżesz po stokroć czarci pomiocie.

– Król, który uparcie milczał, skinął na Kolnicką palcem, a gdy się zbliżyła dał znak by się nachyliła i nadstawiła ucha.

– Ciotka poczerwieniała z gniewu schyliła się i słuchała.

– Czy ta piękna dziewczyna to siostra uwięzionego?

– Tak królu.

– Cóż by zrobiła, aby ratować brata z opresji.

– Wszystko – zapewniła Kolnicka, domyślając się niecnych intencji króla Korybuta.

– Aby ratować jego życie, czy oddałaby swoją niewinną duszę?

Teraz Kolnicka szepnęła w ucho królowi.

– Duszę odda diabłu, ale cała reszta będzie należała do waszej królewskiej mości.

– Czy zdołasz ją do tego nakłonić? – zapytał szeptem król.

– Zrobię to dla ciebie królu, by twój majestat zaznał wszelkiej rozkoszy – ponownie zapewniła Kolnicka.

– Przygotuj ją, zatem. Czekajcie na mnie w twoim domu. Przyjdę tam sekretnie dziś wieczorem i przyniosę akt ułaskawienia.

Kolnicka na wiadomość, że będzie gościła króla pod swym dachem rozpromieniła się ze szczęścia. Tego pragnęła. Gościć u siebie króla i pchnąć w ramiona królewskie swoją protegowaną.

Skłoniła się uniżenie królowi, przechodząc koło dworzanina poklepała go otwartą dłonią po policzku – nie kłam ty więcej Kolnickiej bo źle skończysz – ostrzegła i wyszła z komnaty. Dziewczyny poszły jej śladem. Misia bystra i spostrzegawcza domyślała się, o czym rozmawiała z królem, lecz przezornie milczała.

Kolnicka dopiero w powozie oznajmiła tryumfalnie.

– Dziś będziemy mieć króla na kolacji. I przyniesie nam pismo o uwolnienie Janka.

Z tobą Misiu muszę porozmawiać bardzo poważnie na osobności o sprawie, która dotyczy samego króla. Od tego zależy, czy Janek jeszcze dziś będzie wolny. Od tego moje dziecko może także, zależeć twoja przyszłość. Król chce wziąć cię w swoją opiekę. Musisz być dla niego bardzo miła. I… powolna we wszystkim.

W domu Kolnicka, odciągnęła Misię na bok i zaczęła jej szeptać niemal do ucha, co ją może spotkać ze strony króla, o wielkich dla niej korzyściach, teraz i w przyszłości.

– Król jest wprawdzie żonaty, a zadawanie się z żonatym człowiekiem to grzech cudzołóstwa, ale król jest pomazańcem bożym i cokolwiek robi grzechem nie jest, ani grzechu nie sprowadza na tego, z kim obcuje.

Kto wie czy łaski w ten sposób nie można sobie przysporzyć także w niebie. A jakiej łaski i dobrodziejstw doznałby potomek, gdyby się narodził, choćby i niekoniecznie od króla, byleby król był przekonany, że to jego. Zdarzało się, że ojciec kochał bardziej takiego syna zrodzonego z wielkiej namiętności, a nie z konieczności zapewnienia ciągłości rodu. I bardziej go wyposażał niż prawowitego dziedzica.

– Zobaczysz Misiu jak król będzie się wymykał z zamku do ciebie i zrodzonego potomka. Wybuduje ci piękny i wielki pałac i zamiast w zamku z królową Eleonorą, u ciebie w nowym pałacu będzie przesiadywał. Ja zamieszkam z wami i będę babcią dla twojego maleństwa. Chociaż nie, na babcię jestem jeszcze za młoda. Ale ciotką zgodzę się być, a ciebie uznam za przybraną siostrę. I będziemy tak jak jedna rodzina. Ty, król i ja i twoje dziecię.

Misia kłopotała się tym, co zdarzyło się pomiędzy nią i Jankiem w stajni. Nie samym uczynkiem, lecz tym, że poczuła posiew, jakiego dokonał i nie była pewna czy z tego nie będzie nowego ziarna. Teraz zdarzała się okazja by posiew ten uznać za królewski, jeśli król wejdzie w jej łoże. Nie mogła się przed tym wzbraniać. Byle by utrzymać to w sekrecie. Również przed Marysią i Jankiem. W takiej nadziei zgodziła się na uległość względem króla.

– Wiedziałam, że jesteś mądrą i rozsądną dziewczyną – zapewniała Kolnicka – teraz daleko zajdziemy. Moja w tym głowa by króla przytrzymać przy tobie. A dusić z niego dla ciebie pożytki, jak dusi kuchcik sok z cytryny.

– A teraz muszę zająć się przygotowaniem na przyjęcie króla. On lubi jeść, dużo i smacznie. Ja zresztą też.

Wieczorem król zjawił się w towarzystwie swego dworzanina i tajnej przybocznej straży, którą Kolnicka odesłała do kuchni na posiłek. Misia poprowadziła króla do stołu. Sama siadła po przeciwnej stronie na wprost jego osoby.

– A nie siądziesz przy mnie? – zapytał przymilnie król.

– Bałabym się swej niezręczności, gdyż czasami zapominam się i rozpycham łokciami.

– Ach, było by to nawet przyjemne, czuć takie dotknięcia.

– Nigdy, ponadto nie staję bokiem do ołtarza. Zawsze zwracam się twarzą do majestatu.

Król poczuł się wniebowzięty.

– Jestem tylko królem.

– A ja jestem poddaną i jestem szczęśliwa, że nią jestem. Że jestem przed królem i król patrzy na mnie.

– To bardzo ładny widok, zachwycający – zapewnił król – te oczy, te usta, te piersi.

Na pierwsze danie podano kołduny po litewsku.

– Ach, to lubię – sapnął król nachylając się nad talerzem. Zaczerpnął łyżką rosołu i posmakował.

– Wyśmienite. Dobrze przyrządzone na ostro, tak jak lubię.

Jadł nie przestając zachwycać się smakami. Patrzył wciąż na Misię. Miał wilgotne wargi i spotniałe od gorącego rosołu czoło. Robił wrażenie łakomczucha. Kiedy postawiono przed nim półmisek z dwiema pieczonymi kuropatwami wonnie przyprawionymi ziołami, rozchylił usta w szerokim uśmiechu. Rwał pieczone ptaki rękoma na kawałki i pożerał łapczywie, wypluwając z powrotem na półmisek kości. Skończywszy, beknął głośno, popił dwoma dużymi łykami wina i spojrzał na Kolnicką.

– Cóż tam teraz podadzą? – zapytał oglądając się na służbę.

– Co sobie wasza królewska mość życzy? Jest pieczony bażant, są także pieczone przepiórki, pyszny pasztet z zająca, duszone udo z dziczyzny w sosie z majerankiem i grzybami.

– Ach, Kolnicka, zgaduję czyhasz na moją zgubę. Daj, więc kusicielko, duszone udo, dużo sosu i dużo grzybów. Spróbuję odrobinę, lecz nie za dużo. A później popróbujemy jeszcze pasztetu z zająca – król znowu wypił kolejny kielich wina i z niecierpliwością spoglądał na rozstawiane półmiski i salaterki.

– No jest w końcu i dziczyzna. Zgaduję, udo sarny. Przepadam za sarniną. Za młodymi pięknymi sarenkami – popatrzał łakomie na Misię – zjadłbym wszystkie piękne sarenki w moim królestwie.

– Obyś się, którą nie udławił – pomyślała Kolnicka napychając usta pasztetem i wznosząc kielich do toastu za zdrowie króla.

Misia zaspokoiła głód, a że nie miała skłonności do obżarstwa uśmiechała się starając rozmową zabawić króla. Król słuchał, patrzał na nią, lecz przede wszystkim jadł i pił bez miary. Marysia pełna początkowo podziwu dla króla, zaczynała się nudzić i niecierpliwić. Wielką miała ochotę wstać od stołu i odejść. Lecz wieczerzanie nie mogło zakończyć się tak szybko, skoro do stołu zasiadło tak znakomite grono obżartuchów jak król, jego dworzanin i ciotka Kolnicka.

Wino przelewało się ciurkiem z dzbanów do pucharów, z pucharów do spragnionych gardzieli. Półmiski opróżniały się ze smakowitych potraw. Brzuchy pęczniały w obwodzie aż do bólu. Król, który jadł najwięcej i pił najszybciej nie wytrzymał i puścił bąka tak głośnego jak wystrzał armatni.

– Przepraszam – powiedział dworzanin biorąc winę na siebie.

– Grzmi. Burza będzie – wyjaśniła ciotka szturchając go w bok.

– Początkowo rozgniewana na dworzanina za jego wymyślne kłamstwa i obłudę, teraz, gdy siedząc przy niej sam lał jej wino do kielicha, nakładał na półmisek potrawy i szeptał przymilnie do ucha, rozpogodziła się.

– Winieneś waćpan usługiwać królowi – zauważyła.

– Teraz nie mogę – odparł.

– A to, czemu? – zapytała.

– Bo usługuję swojej królowej.

Kolnicka zaśmiała się głośno i z ukontentowania trąciła dworaka tak silnie, że gdyby nie oparcie fiknąłby kozła do tyłu.

– Jeśli tak, to niech będzie między nami zgoda – stwierdziła pojednawczo i obiela dworzanina za szyje.

– Daj, więc buziaka i zapomnij o urazie do Kolnickiej.

Dworzanin chętnie łgał i na każdą potrzebę miał inne kłamstwo, ale czułości Kolnickiej chciał uniknąć, jednakże silna i energiczna kobieta, gdy coś dostała w swoje ręce nie wypuszczała z nich tak łatwo. Najpierw przydusiła go serdecznie do swych pokaźnych piersi, gdy nieco zwiotczał zdusiła go do reszty zachłannym i długim pocałunkiem. Królowi spodobało się to bardzo, lecz innego zdania był dworzanin.

– Gdzież jest twój małżonek? – zapytał z trudem łapiąc oddech.

– Na górze siedzi otulony kocem, leży albo śpi. Na nogach nie może się już utrzymać. Czeka śmierci i ja na nią czekam, ale nie dla siebie, tylko dla niego – Kolnicka zaśmiała się krótko.

–A czy ty moja perełko – zapytał król, zwracając się do Misi – nie uściskasz swego monarchy?

– Uściskam bardzo czule w podzięce za uwolnienie brata – odparła z miłym uśmiechem Misia – ale on wciąż jest w areszcie.

– Prawda – przytaknęła Kolnicka.

Król szybko spojrzał na dworzanina. Kolnicka pochwyciła to spojrzenie i w mig je zrozumiała.

– A no dawaj koguciku pismo królewskie, albo zduszę ci gardziołko – zagroziła.

– Król ma pismo.

– Daj wasza królewska mość pismo – Kolnicka wyciągnęła rękę do króla. Zaraz pojadę uwolnić nieszczęśnika. Zabiorę ze sobą Marysię, która siedzi taka smutna, że aż przykro patrzeć. A do tej pory, kiedy mnie tu nie będzie panna Misabella pozostanie z naszym miłym gościem – tu Kolnicka nieco już w humorze, posłała królowi perskie oko.

Król spojrzał znowu porozumiewawczo na swego sługę. Dworzanin wyciągnął z kieszeni pismo i wręczył je swemu panu. Monarcha wyciągnął rękę z pismem do Kolnickiej, lecz wciąż je trzymał.

– A obietnica? – zapytał krótko.

– Słowo się rzekło, kobyłka u płota – odparła Kolnicka wyrywając pismo i wstając od stołu. Gdy wraz z Marysią, opuściły komnatę, król po raz trzeci spojrzał znacząco na swego sługę, uniósł puchar z winem i wypił do dna.

– Zbyt dużo wypiłem, zbyt dużo zjadłem – powiedział – aby wracać po nocy do zamku. Kolnicka mnie zna, że tam gdzie ucztuję, tam i sypiam. Nie będziemy czekać na jej powrót. Racz mi moja perełko wskazać komnatę, gdzie mógłbym się przespać do rana.

Misia podniosła się od stołu.

– Jest przygotowana dla waszej królewskiej mości. Proszę iść za mną a zaprowadzę do niej.

– A gdzie ty perełko będziesz spała? – zapytał król.

– Ja zaczekam aż wróci mój braciszek – odparła Misia.

Idąc pierwsza nie widziała jak król daje gestami wskazówki swojemu słudze, co ma czynić. Gdy doszła do komnaty przeznaczonej dla gości otworzyła drzwi i stanęła z boku. Król wszedł do środka, lecz służący schwycił Misie z tyłu w pół i wepchnął ją przez otwarte drzwi do komnaty. Pchał ją tak brutalnie aż do wielkiego szerokiego łoża i tam ją chciał przewrócić, lecz silna dziewczyna nogą odepchnęła się do tyłu. Zdołała się obrócić, lecz nic więcej nie mogła uczynić gdyż dworzanin obejmował ją od tyłu nie tylko za tułów lecz także za ręce. Teraz król pchał ją od przodu, dworzanin ciągnął od tyłu, aż cofając się jak rak dotarł do krawędzi łóżka. Król napierał dalej. Dworzanin zwalił się do tyłu nie puszczając ani na moment dziewczyny. Padając w poprzek łoża z hukiem wyrżnął głową w jego krawędź wykonaną z dębowej deski. Zajęczał przeraźliwie, lecz nie stracił przytomności, przechylił tylko głowę w bok, z deski na pościel i nie puszczając swojej ofiary próbował wydobyć się z pod niej na wierzch. Już się wysuwał jak wąż manewrując tułowiem, lecz król pijany winem i pożądliwością, gramolił się na czworaka na leżącą dziewczynę, gniotąc ją swym opasłym brzuchem. Tak się dostał dworak pod kolano królewskie, które rozgniotło mu przyrodzenie. Omdlał na chwilę z bólu, lecz gdy doszedł nieco do siebie, resztkami siły i woli, wyswobodził się z pod dziewczyny i swego monarchy, odszedł w kąt i tam jęcząc przykucnął skręcony cierpieniem

Misia broniła się rozpaczliwie. Zaskoczona niespodziewanym napadem nie straciła głowy, nie poddała się. Król wykorzystał ten moment, kiedy była skrępowana uściskiem sługi, aby spuścić sobie spodnie, a jej zadrzeć suknię w górę, ale teraz uparcie spychała go w dół nie dozwalając na połączenie z nią i doznanie rozkoszy. Król był słaby, ona silna i gibka, lecz przygnieciona jego opasła tuszą traciła powoli siły. Jeszcze poczuła między uda wpychający się stwardniały kształt i aby się przed nim obronić wpuściła go tam. I tam go trzymała. Król spotniał jeszcze bardziej, oczy zmętniały, czknął obrzydliwie i zasapał tak gwałtownie jakby się dusił. Poczuła, że uda ma mokre od ciepłej lepkiej cieczy. Król zacharczał i opadł na nią bezwolnie całym swoim ciężarem. Nie ruszał się. W kącie komnaty, skulony sługa jedną ręką trzymał się za przyrodzenie, drugą obmacywał z tyłu głowy krwawiącego guza.

Drzwi otwarły się i zwabiony odgłosami pojękiwań wszedł podpierając się na dwóch laskach wysoki starzec. Poruszał się bardzo powoli, ciągnąc opuchniętymi nogami po posadzce. Tak doszedł do łoża, na którym widział tęgiego mężczyznę ze spuszczonymi spodniami leżącego na dziewczynie. Podpierając się jedną laską drugą zamierzył się i zdzielił nią po gołych pośladkach. Raz, potem drugi i trzeci, widząc jednak, że bity nie porusza się, zatrzymał uniesioną do kolejnego ciosu laskę.

– Co czynisz starcze?– krzyknął dworzanin. – Czy nie widzisz, że bijesz króla?

– Biję grzesznika i rozpustnika, który pod moim dachem to czyni. Bóg pokierował moimi krokami i moją ręką karę wymierzył.

– Gdzież tu jest woda, abym ranę na głowie przemył?– zapytał dworzanin.

– Widzę ze i ciebie moc boska pokarała. Idź na dół do kuchni tam znajdziesz wodę.

Starzec powlókł się z powrotem, sługa wyszedł za nim szukać kuchni.

Misia z trudem zepchnęła z siebie na wpół obnażonego króla. Poszewką z pierzyny pobrudzonej krwią sługi z rozciętej na głowie rany jakiej doznał, wycierała sobie uda. Nie zauważyła, kiedy król odzyskał świadomość i otworzył oczy. Osłabiony nie odzywał się. Patrzył jedynie na dziewczynę zajętą wycieraniem sobie kształtnych kobiecych ud i na ślady krwi na białym płótnie. Misia spostrzegłszy, że się jej przygląda zerkając ciekawie, gdzie zerkać nie powinien, opuściła szybko suknię i wyszła z komnaty zostawiając króla samego.

–Dziewica – szepnął król zamykając ponownie oczy – miałem dziewicę i będę miał z dziewicy potomka.

————————————

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s