Miecz króla Jana odc. 10 i 11


Kolnicka, wymachując pismem królewskim szła korytarzem piwnicznym kołysząc się mocno w biodrach. Przed nią kroczył nadzorca aresztów miejskich. Marysia dzielnie podążała za swoją ciotką. Miejsce było ponure i mroczne. Gdzieniegdzie wielkie szczury ustępowały niechętnie z drogi. Sklepienia korytarzy odbijało echem dudnienie ciężkich męskich kroków i pobrzękiwanie pęku wielkich żelaznych kluczy niesionych przez nadzorcę.

– Wreszcie skończy się jego cierpienie – zapewniła ciotka – i twoje też. Będziecie razem i nikt was nie rozłączy. Choćby i do śmierci.

– To tutaj – odezwał się strażnik.

Szczęknął zamek i skrzypnęła otwierana furta.

– Pan Jan Mleszkowski jest wolny. Wychodzić – rozkazał

Strażnik cofnął się i z piwnicznej celi wyszedł obrośnięty i zmizerowany Kuba.

Kolnicka i Marysia stały nadal cierpliwie czekając na wyjście Janka, a gdy się nie pokazywał zajrzały do środka celi. Nikogo tam nie było.

– A gdzie jest Janek? Wykrzyknęła zdumiona Kolnicka.

– Jeden jest Jan Mleszkowski i tego, tak jak jest w rozkazie króla, wypuszczamy – wytłumaczył strażnik.

– Ale to nie Jan Mleszkowski – upierała się Kolnicka.

– Jak waszmości godność? – zapytał strażnik Kubę.

– Jan Mleszkowski – odparł Kuba bez zająknięcia.

– To kłamstwo, ja i moja bratanica znamy Jan Mleszkowskiego.

– A tego oto waszmości znacie?

– Nie znamy!

– Wiec może on mieć toż samo imię i godność rodową – wyjaśnił strażnik odchodząc.

– Gdzie jest ten Jan, którego szukamy? Kolnicka teraz zwróciła się do Kuby – wszak widziałam waści w jego towarzystwie, więc się znacie. Gdzież on teraz?

– Był tu, gdy zasypiałem, gdy się zbudziłem już go tu nie było – odparł Kuba – albo go wypuszczono, co bez pomocy możnych się nie zdarza, albo zabrano go do głębszych lochów, z których się już nie wychodzi.

– To łajdak – krzyknęła oburzona Kolnicka. – znajdę ja go szubrawca.

– Cóż on takiego zrobił? – zapytał zdziwiony Kuba.

– Oszukał nas do spółki z królem.

– Z królem? A o mnie zapomniał? – zdziwił się Kuba nie pojmując słów Kolnickiej.

Kolnicka nie zważając więcej na Kubę, ruszyła z powrotem do domu.

– Teraz gada zabiję – powtarzała bez przerwy po drodze.

W domu natknęła się zaraz przy wejściu na Misię czekającą z niecierpliwością na powrót Kolnickiej, Janka i Marysi.

– Gdzie jest ten kłamczuch i krętacz?

– Na górze, lub w kuchni – odparła szybko Misia domyślając się wszystkiego.

Kolnicka pobiegła do kuchni, tu nie znalazła tego, kogo szukała, ale już z kuchni wyszła uzbrojona w żelazny pogrzebacz. Teraz swoje kroki skierowała na schody prowadzące na górne piętro i tam ujrzała powoli wchodzącego sługę. Niczego się nie spodziewając szedł do komnaty, w której pozostawił króla. Co chwila dotykał ostrożnie zranionej głowy lub kurczył się w sobie, rozstawiając dziwacznie nogi. Posłyszał kroki Kolnickiej w ostatniej chwili, a obejrzawszy się, zobaczył ją uzbrojoną w pogrzebacz. Zrozumiał, że jest goniony. Ruszył więc z kopyta wprost do króla. Kolnicka za nim. Tam go dosięgła ręka uzbrojona w pogrzebacz. Od uderzenia w to samo miejsce już zranione zaryczał strasznie i upadł na ziemie. Jak mysz przed kotem kryje się w swej norze tak on wpełzł pod łóżko na którym leżał król. Kolnicka zahaczyła trzewikiem o dywan leżący na podłodze i upadła nie wypuszczając pogrzebacza z ręki. Leżąc na brzuchu dojrzała pod łóżkiem parę wystraszonych oczu i dźgnęła w to miejsce pogrzebaczem, lecz nie dosięgła celu. Przysunęła się bliżej łóżka i znowu zadała sztych żelaznym narzędziem, lecz cel zdołał się odsunąć na bezpieczną odległość. Poderwała się z ziemi i pobiegła z drugiej strony łóżka, aby tu dopaść swojej ofiary, lecz sługa był już w bezpiecznej odległości. Zrozumiała, że tak złoczyńcy nie pochwyci. Jedynym sposobem było wywrócenie łoża do góry nogami. Nie bacząc, że siedzi na nim wystraszony król, chwyciła oburącz od spodu łoże i wielkim wysiłkiem woli i wrodzonej siły uniosła jedną stronę łoza do góry. Król spadł pierwszy, później poduszki, pierzyny i materace a na końcu i samo łoże przewróciło się grzebiąc pod sobą króla. Sługa znalazł się teraz jak ślimak wyciągnięty ze swej skorupy. Dopisało mu jednak szczęście, gdyż dojrzał tuż przed sobą leżący pogrzebacz. Chwycił go jedną ręką i wsunął pod przewrócone łoże. Kolnicka straciła swą straszliwą w jej rękach broń. Ale raz pogromiony sługa nie miał odwagi się podnieść z ziemi. Przypadł do nóg Herod baby i zaczął skomleć o litość. Kolnicka zmiękła na pozór, ale tylko dla tego, że wpadł jej do głowy nowy pomysł. Do spółki z Misią wyciągnęły króla z pod sterty pościeli i ponownie ustawiły i zasłały łoże zmieniając przy tym pokrwawione poszewki. Ułożyły króla w łożu gdyż dziwnie osłabł, czy to z wielkich emocji, czy z nadmiaru mocnego wina. Służba dostała polecenie spoić do nieprzytomności straż jaką przywiódł ze sobą król. Miała być ona później związana i zamknięta pod kluczem. Osobisty dworzanin króla dowiedział się, że dopóki nie odnajdzie pana Jana Mleszkowskiego, dopóty ani on, ani król, nie opuści tego domu. Misia podsunęła mu pod nos papier, gęsie pióro i inkaust, a Kolnicka kazała pisać do wszystkich, którzy by mogli przetrzymywać Janka w mieście lub poza nim.

– A za cały posiłek – dodała – będziesz miał tylko dzbanek z zimną wodą.

– A jeśli on zabity?

– Wtedy żywcem pogrzebiemy cię w jednym z nim grobie – odparła Pallada Kolnicka.

*

Wczesnym rankiem Misia wiedziona złym przeczuciem wstała z łóżka i poszła do komnaty, którą zajmował król. Kiedy spojrzała na śpiącego dostrzegła bladość jego oblicza, ciężki, nierówny oddech i kroplisty pot na wypukłym czole.

– Nie jest dobrego zdrowia – pomyślała wycofując się i idąc do kuchni. Wśród różnorakich ziół odnalazła te, które potrzebowała, zagotowała wodę i sporządziła napar. Wróciła do króla, zbudziła go i kazała wypić kubek gorącego napoju. Król bez sprzeciwu wypił i opadł z powrotem na poduszkę. Leżał wpatrując się w Misię dopóki nie zamknęły mu się oczy. Po chwili ponownie zasnął.

Kolnicka poganiała służbę krzątającą się przy szykowaniu śniadania. Marysia zawiedzona w swoich wczorajszych nadziejach, chodziła po pokoju smutna, dopóki nie natknęła się na wracającą od króla Misię.

– Cóż teraz, zrobimy Misiu? – zapytała zrezygnowana.

– Jeśli nie ma go w areszcie to znaczy, że jest wolny i wcześniej czy później go znajdziemy – odparła Misia.

– Nie będziemy czekały aż się znajdzie – wtrąciła się Kolnicka – Musimy go poszukać nim kto inny go znajdzie i zagarnie do siebie. Zaraz po śniadaniu, ruszamy do Sobieskiego, hetman powinien już stanąć w Warszawie. Później zajrzymy do wojewody Zasławskiego Tego kłamczucha, co tańcuje przy królu mam pod kluczem. Gorzej, bo nie wiem, co zrobić z samym królem?

– Króla napoiłam ziółkami i zasnął – napomknęła Misia – wygląda na osłabionego.

– Dobrze Misiu zrobiłaś. Skoro słaby, niech śpi. Obudzi się, będzie mocniejszy.

*

Wchodząc do pałacu Sobieskich, Kolnicka dała Misi jedną cenną wskazówkę.

– Pamiętaj, zjednaj sobie panią Marię Sobieską. Ma ona wielki wpływ na swojego męża, a ten jest hetmanem wielkim koronnym. Przed nim drży nawet król i cała jego swora psiarczyków. Sam korzy się tylko przed swą małżonką i słucha jej we wszystkim. I staraj się nie wzbudzać w niej zazdrości, bo to słodka żmijka. Umie się przypochlebić, ale i umie boleśnie ukąsić.

Kolnicka witając się z Sobieskim nazwała go naszym wielkim Hektorem i Aleksandrem, co nie zrobiło na nim wielkiego wrażenia gdyż był do takich pochlebstw przyzwyczajony. Ale wiedząc o energii Kolnickiej i jej silnym charakterze czuł dla niej odruchowo sympatię. Inaczej było z Marią Sobieską, która widziała w niej odpychającą i gruboskórną niewiastę raczej z żołnierskiego obozu, a nie z pałacowych komnat.

– Cóż za nowiny?– spytał jowialnie Sobieski.

– Ach – westchnęła Kolnicka – nie ma żadnych nowin godnych hetmana wielkiego koronnego. Zgubił się pewien młody szlachcic który miał odwagę wyzwać na pojedynek trzech, podobno najtęższych rycerzy z pod znaków waszej hetmańskiej mości. Wyzwać i to w jednym czasie.

– Jak to nie ma nowin – wtrąciła nieco uszczypliwym tonem pani hetmanowa – ledwie stanęliśmy w Warszawie, a już doszła nas wiadomość, że zginął król. Szuka go królowa, szuka cała zamkowa służba, szuka prymas, szlachta, wojewoda krakowski i mazowiecki. Zapowiedziane są nabożeństwa za życie i powrót króla. Szykuje się pielgrzymka do Jasnej Góry. Niepokoją się posłowie, pruski, ruski i francuski. Dopiero, co wyszedł poseł cesarski.

– Szukają króla?– zmartwionym tonem zapytała Kolnicka. Nie pomyślałam o tym, że go będą szukać. Ale to nic. Znajdę pana Jana Mleszkowskiego to wypuszczę króla. Wtedy przestaną go szukać.

– Jak to wypuścisz? – zapytał zdumiony Sobieski.

– Trzymam go u siebie w domu. Krzywda mu się nie dzieje. Najadł się i napił do syta, teraz śpi zmęczony.

– A jego dworzanie, straż przyboczna?

– Podwójnie pijani, także śpią, ale pod kluczem.

Na te słowa Sobieski złapał się za brzuch i zarżał głośnym śmiechem.

– Więc mamy króla w areszcie. Prawdziwe bezkrólewie.

– Wasza hetmańska mość teraz pierwsza persona w tej Rzeczypospolitej – przypochlebiła się Kolnicka – więc pomóż odnaleźć nam pana Jana Mleszkowskiego.

– A cóż mi do niego?

– Pojedynkował się z żołnierzami, którzy są w służbie hetmańskiej.

– Skąd wiadomo, że to moi żołnierze?

– Bo znamy ich nazwiska, a są to Dąba, Różewicz i Knieziewicz.

– Jeśli się z nimi pojedynkował lub chociażby jednemu wszedł w drogę to już nie żyje.

– Żyje hetmanie.

– Nie mogę pomóc go szukać, bo szukałbym na własną zgubę. Doniósł mi oto przed chwilą poseł cesarski, że ten że, Jan Mleszkowski ma zamiar targnąć się na moje życie. Znałem jego ojca i ceniłem za swego przyjaciela, ale syn widać innymi drogami chadza.

– Kłamstwa to hetmanie, zmyślenia i wymysły złych ludzi. Król mi takież same opowiadał bajdy. Że targnął się na osobę królewską z szablą w ręku. A do tego nakłaniał jeszcze rycerzy hetmana. Tych których wyzwał na pojedynek.

– I za to waćpani Kolnicka aresztowała króla Korydupa?

– Nie za to, lecz za szachrajstwo jego sługi, który zażądał w imieniu króla wymiany jeńca na… – Kolnicka urwała zerknąwszy na Misię – tymczasem okazało się, że nie ma go w aresztach, gdzie trafił za pobicie dragonów królewskich. Co się z nim dzieje mogą wiedzieć ci co się z nim pojedynkowali.

– Jeśli jeszcze po tym pojedynku żyją – zaśmiał się znowu hetman – ale cóż, waszmość Kolnicka jest moim sprzymierzeńcem i bardzo cennym przyjacielem. Rozpytam się moich ludzi o młodego Mleszkowskiego. Skoro tak ostro sobie poczyna, wkrótce się dowiemy gdzie jest i jak mu zdrowie smakuje. A któż są te dwie młode niewiasty. Hetman zwrócił się wprost w kierunku Misi, na którą zerkał ukradkiem od czasu do czasu.

– Misabella Kolnicka, z naszego rodu i Marysia Sokolnicka, moja bratanica, od niedawna w Warszawie. Zakochana bardzo w Janku, którego szuka niepewna co się z nim stało.

– Takiej urody panna, że wkrótce się przekona, że to ją będzie szukał i wypatrywał tęsknym okiem – mruknął hetman. Spojrzał znowu na Misię okiem wielce łapczywym. Król w niewoli nie tylko zapomni o swej nieładnej małżonce, ale i o królewskiej koronie.

– Król nie skarży się na pobyt w domu pani Kolnickiej – odparła śmiało Misia.

– W jego położeniu i ja bym się nie skarżył tak jak nie skarzę się, że jestem w niewoli swojej najpiękniejszej i najukochańszej Marysieńki.

Wszystkie kobiety spojrzały na hetmanową. Była wciąż młoda i piękna, pełna uroku i godności. Kolnicka pozazdrościła jej urody i wdzięku, a także postawnego i silnego męża, sławnego rycerza i wodza wsławionego wieloma zwycięstwami, człowieka niezwykłej odwagi i dzielności.

Marysia i Misia poczuły do Sobieskiej sympatię i podziw i wzajemnie w jej wzroku doszukały się przychylności i zrozumienia.

– Jeśli będę mogła pomoc odnaleźć pana Jana Mleszkowskiego to pomogę wam z serca, – zapewniła Sobieska.

Marysia na te słowa podziękowała hetmanowej gorąco, wzbudzając w niej tym większą sympatię.

Po wyjściu gości Sobieska zwróciła się do męża.

– Czy uważasz, że ten Mleszkowski może mieć jakieś względem ciebie złe zamiary?

– Uważam, że ten Mleszkowski nie przypadł do gustu z jakiegoś powodu panu posłowi jego cesarskiej mości. Stary Mleszkowski wiernym mi był przyjacielem. Życie mi nawet ratował, własnej krwi nie szczędząc i na pewno syna dobrze do mnie usposobił. Poseł znany jest z tego, że sieje niezgodę wszędzie tam gdzie się pojawi i gdzie może, co złego uczynić, nieprzychylny nam jest tak jak wszyscy Niemcy i Prusacy.

– Miałam Kolnicką za zbyt mało uładzoną, lecz teraz widzę, że może i z niej być pożytek. Odważyć się króla u siebie przetrzymywać, to trzeba być albo szaloną, albo niezwykle odważną i przebiegłą istotą – zauważyła Sobieska.

– Albo i jedno i drugie – dodał hetman. – Mnie się ona podoba. Teraz wiem, że gdy króla będziemy mieli dosyć, wystarczy jedną Kolnicka przeciągnąć na naszą stronę. Ta króla swoją kiecką przykryje. I nie puści tak długo jak będzie chciała.

– Nie sądzisz Janie, że król pod jej suknie zagląda.

– Nie pod jej, ale ma na niego wabika takiego, że zrobi z nim, co zechce.

Hetmanowej przypomniała się postać i twarz Misi, więc przyznała mężowi rację skinięciem swej ślicznej główki.

*

Odcinek 11

Janek, że pierwszy poszedł spać, pierwszy się zbudził i spostrzegł że leżał na łożu obok młodej kobiety której dnia poprzedniego nie widział. Była to zapewne córka owdowiałej rybaczki. Wstał nie budząc dziewczyny i skierował się do wyjścia.

Nie czuł się ani rzęsko ani zdrów. Mdliło go od nadmiaru wypitego dnia poprzedniego wina. Nogi miał słabe. Głowę obolałą. Wspomnienia nie wesołe. Najchętniej wróciłby do łóżka, ale nie tego tu, lecz swojego własnego tam w leśnym dworze. Gdzie nie było obcych zapachów, gdzie przez otwarte okno wpadał poszum i skrzypienie starych drzew, głosy ptaków i dalekie pobekiwanie jeleni i żubrów. Przypomniało mu się wilgotne pachnące igliwiem i żywicą powietrze. Strugi światła przebijającego się przez korony drzew. Zeskakujące z dębów wiewiórki, susami przebiegające leśne polanki. Spłoszone sarny umykające w głąb boru.

Wyszedł z rybaczówki i skierował się nad rzekę. Była szeroka i obca. Odwrócił się w stronę miasta, dziwnego skupiska domów i ceglanych murów, za którymi kryli się ludzie. To miasto wydało mu się jak rozgrzebane mrowisko. Miał chęć opuścić je, lecz dokąd miał wracać? Na zgliszcza? Tu w tym mieście miał wygody w domu dziwnie przychylnej mu damy. Jej córka była niebrzydka, tyle tylko że gruba i zarozumiała. Mógłby zdobyć jej przychylność miłymi słówkami gdyby tylko zechciał. Była jeszcze Marysia, którą kochał pomimo kłopotów jakie ta miłość ściągała na jego głowę. I była Misia, która budziła wyrzuty sumienia.

Gdzież mam iść? Zastanawiał się. Czy wracać do domu Zasławskich, czy najpierw zajść do Marysi? Ale jak zostanę przyjęty? Czy nie pogoni mnie służba wezwana przez ciotkę? Na ulicy przyglądała mu się ciekawie i z uwagą. Ale co naprawdę myślała? Marysia mnie obroni i Misia także. A jeśli znajdzie się jakiś nadgorliwy sługa to zwalę go ze schodów, aby miał dla mnie szacunek gdy przyjdę po raz drugi.

Śmierdzę, pomyślał. Śmierdzę rybą i przegniłą słomą na której spałem w areszcie. Muszę się wykąpać w rzece póki nie ma w pobliżu ludzi. Janek odpiął szablę, zrzucił z siebie ubranie, schował pod krzakiem i plusnął w nurt rzeki. Wczesnym rankiem woda była zimna i aby się trochę rozgrzać popłynął ostro pod prąd rzeki. Kiedy zawrócił, spostrzegł na brzegu dwóch ludzi szukających czegoś po krzakach. Od razu domyślił się że widząc go w wodzie, szukają jego ubrania. Szybko wydostał się na brzeg i pobiegł w ich stronę jak mógł najszybciej. Jeden ze złodziejaszków zagrodził mu drogę z tęgim kijem w ręku. Drugi sięgał pod krzak pod którym było jego ubranie. Janek ani na chwilę nie zatrzymując się wpadł na pierwszego złodzieja wyrywając mu kij i obalając własnym impetem na ziemie. Nim się obrócił do następnego zdzielił kijem leżącego na ziemi po nogach, by nie mógł się szybko pozbierać. Dopiero teraz chciał przegonić drugiego złodziejaszka, ale tamten macając pod krzakiem znalazł szablę i teraz tak uzbrojony myślał, że jest panem sytuacji. Nie wiedział, że nie wystarczy mieć broń aby nią zwyciężać. Kiedy dostał kijem po ręku wypuścił szablę. Kiedy dostał kijem po głowie, myślał tylko o ucieczce. Ale zostały mu jeszcze plecy, a uciec przed długonogim Jankiem było niepodobna. Zebrał, więc tęgie lanie, które za wiele podłych uczynków z dawna mu się należało. Bieganiem Janek rozgrzał się bardziej niż gdyby stał przy ognisku. Ubrał się i poszedł szukać domu Kolnickiej. Gdy go znalazł tak się złożyło, że drzwi zastał uchylone, a pierwszą osobą, na którą się natknął była kucharka. Na pytanie gdzie jest Marysia i jej ciotka, odpowiedziała, że zaraz wrócą. Chodził, więc po domu zaglądając przez ciekawość w różne kąty, aż wszedł na pierwsze piętro i tu w pokoju zobaczył siedzącego w łóżku opasłego mężczyznę z wyłupiastymi oczyma.

Myśląc, że jest to gospodarz tego domu skłonił się i wymienił swoje nazwisko.

– Wiem – usłyszał w odpowiedzi. – dobrze że tu jesteś. Albo jestem chory, albo pić mi się chce, albo nie wyspałem się jeszcze. Każ mi tu przynieść dobrego wina. Będzie nam weselej czas upływał.

Janka dziwiło takie zachowanie, lecz bez słowa poszedł do kuchni i wrócił z flaszką wina i dwoma kubkami.

– Kubki? Niech będą kubki. Dobre wino i w kubku dobrze smakuje. Nalewaj, więc Janie zachęcił mężczyzna.

Janek nalał do kubków i przysiadł na łóżku.

– Za co wypijemy? zapytał grubas.

– Za zdrowie. – odparł Janek bez namysłu.

– Niech będzie za zdrowie, ale także za urodę pewnej pięknej dziewicy, poznanej nie tak dawno podczas kolacji na którą musiałem się udać w sekrecie przed małżonką.

–Wiele ma się za dziewice, choć po cnocie zostały tylko dawne wspomnienia – zauważył Janek nieco skwaśniały, po pierwszym kubku wina.

– A ty skąd to wiesz skoro jeszcze ci się wąs nie puścił pod nosem? – zapytał nieznajomy.

– Od ojca. Ten mi o swych różnych wojennych przygodach wiele opowiadał. Z wielu bitew wychodził zwycięsko. Wiele także, jeśli mu wierzyć, niewiast pięknych zwyciężał i niewolił. Ale jak mi kiedyś ku przestrodze powiedział, żadnej cnotliwej nie zasmakował prócz jednej, która moją matką została.

– Pięknie żeś to powiedział, ale ja muszę ci wyznać, że nie spotkało mnie to szczęście, abym się ożenił z dziewicą. Co gorsza ani wcześnie ani potem także takiej nie trafiłem. Lata mi szły, a ja nie mogłem posmakować tego rarytasu. Myślałem rodzą się w tym królestwie same niecnotliwe. Dopiero wczoraj, zdarzyło się. Tak uparcie broniła swej cnoty, że mimo iż mi sługa jeden pomagał, myślałem sobie, że nie wejdę do nieba rozkoszy. Z wielkiego wysilenia, aż na moment świadomość straciłem. Osłabłem jakoś bardzo. Ale kiedy przyszedłem do siebie, patrzę, a ona uda swoje obciera materią, a na materii krew. Lepszego dowodu nie trzeba. Obdarować będę ją musiał hojnie, a jeśli zrodzi się z tego syn, to chociaż nie będę go mógł uznać za swojego, jednak zatroszczę się o niego, jak na dobrego ojca przystało.

– Ględzi coś stary rozpustnik – pomyślał Janek i aby zmienić temat rozmowy nalał znowu do kubków i wniósł toast.

– No wiec wypijmy za tych wszystkich, którzy mieli to szczęście spotkać na swej drodze niewinne dziewice – mówiąc to, siebie miał przede wszystkim na myśli, lecz nieznajomy biorąc to do siebie, podziękował szeroko ziewając. Janek odwdzięczył mu się tym samym, czując ze i jemu oczy się kleją. Nie jadł dziś jeszcze, a mocne wino na pusty żołądek podziałało szybciej i mocniej niż mógł przypuszczać. Kiedy flaszka została opróżniona, nieznajomy opadł na poduszki i natychmiast zasnął.

Janek zwiesił głowę, pomyślał przez chwilę nad tym, co ma uczynić, westchnął zrezygnowany i wyciągnął się także na łóżku. Po chwili spał obok nie wiedząc ze śpi przy królu.

Tymczasem Kolnicka w poszukiwaniu Janka przetrząsnęła całe niemal miasto. Wróciła zła na samą siebie i bardzo zmęczona. Pierwsze co uczyniła, to zasiadła do stołu, gdyż w chwilach złości wzmagał się w niej apetyt do jadła i napitku. Marysia przekonana, że nigdy więcej nie zobaczy Janka, usiadła obok w milczeniu. Misia z przyzwyczajenia do troszczenia się o innych, poszła na górę. Otworzywszy drzwi ujrzała Janka w wygniecionej odzieży, rozłożonego wygodnie na łożu obok króla. Uradowana niespodziewanym widokiem podeszła szybko i śpiącego ucałowała namiętnie w same usta. Zaraz poczuła zapach wina, którym w nadmiarze nasiąkał od ubiegłego wieczoru, wędzonych ryb, innych obcych zapachów. Krewka z natury, widząc, że nie wart był troski i współczucia, ani myśląc, trzasnęła jeszcze nie rozbudzonego w policzek, aż echo poszło po domu i zbiegła szybko po schodach w dół. Siadła chmurna przy stole. Kolnicka popatrzała na nią uważnie.

– Jak ma się król? – zapytała.

– Spał kiedy weszłam, lecz teraz pewnie się zbudził.

Kolnicka próbowała dociec cóż to za dźwięk usłyszała i już chciała przypuszczać, że gwałtowna dziewczyna wymierzyła z jakiegoś sobie znanego powodu policzek królowi, gdy na schodach pojawił się Janek.

Poznała go zaraz i uradowała się, gdyż jej obawy o honor króla, a i swoją skórę, okazały się bezpodstawne. Jeszcze większą radość okazała Marysia, która poderwawszy się z miejsca rzuciła się do Janka, aby go ucałować. Zarzuciła mu ramiona na szyję i nie kryjąc się ze swoimi uczuciami przytuliła do niego. On tymczasem stał speszony spuściwszy oczy w dół. Blady na prawym policzku, czerwony na lewym, nie mógł się zdecydować na żaden ruch.

– Puść, że go Marysiu, bo go udusisz – upomniała ją Kolnicka – puść i pokaż go nam, niech zobaczymy jak wygląda ów słynny kawaler. Niech i my się ucieszymy jego powrotem, bo widzimy że on cały i zdrowy.

Marysia upominana po wielekroć, puściła go w końcu, a on skłonił się dość niezdarnie i zapraszany usiadł do stołu. Lewy policzek płonął mu coraz bardziej, tak jak i uszy, które robiły się purpurowe. Starał się tak twarz nadstawiać, aby spłonionego wstydem i silnym razem policzka nie ustawiać na widok Marysi. Tym lepiej widziała to Kolnicka i zaśmiewała się w duchu. Szelma, myślała, świata ciekawy nie pilnuje tego, co ma pod nosem. Innych wrażeń szuka. Dobrą dostał z ręki Misi nauczkę, sama chciałabym mu dać lanie, ale za mało go znam. Z pewnością tego by mi do końca życia nie wybaczył, a przecież takiemu ślicznemu chłopaczkowi mogłabym być ciotką, tak jak Marysi.

Słyszałam – zagadnęła przyglądając mu się ciągle – że jakieś nieprzyjemne przygody towarzyszyły ci w drodze, a także i tu na miejscu w Warszawie, co bardzo niepokoiło moją maleńką Marysię.

– Były nie zamierzone i już się skończyły – odrzekł Janek niechętnie je wspominając.

Na schodach ukazał się król. Schodził powoli, niepewnym krokiem trzymając się balustrady.

– Jest i nasz król – szepnęła Kolnicka.

Misia natychmiast wstała, wbiegła po schodach i pomagała królowi schodzić podtrzymując go pod łokieć. Gdy zasiadł do stołu uśmiechnął się i spróbował zażartować.

– Gdy jedni śpią drudzy ucztują. Więc proszę o karny kielich wina.

– Misia natychmiast spełniła życzenie, wybierając tym razem najlżejsze półwytrawne wino gronowe sprowadzane z Italii.

Janek ochłonął nieco, gdy przestano się nim zajmować, a że nie jadł jeszcze tego dnia, zaraz nałożył sobie na talerz parującego bigosu i kawał pieczonej karkówki. Aż mlasnął z zadowolenia, gdy poczuł smak gotowanej z grzybami kapusty doprawionej podsmażonymi żeberkami i boczkiem.

Król, gdy to mlaśnięcie usłyszał zaśmiał się głośno i mlaśnięcie to powtórzył.

Wszyscy wybuchli śmiechem zadowoleni z dobrego humoru monarchy. Tylko Janek znowu zrobił niewyraźną minę speszonego chłopca co spotęgowało tylko ogólna wesołość.

Nikt z tego powodu nie usłyszał ani nie dostrzegł wchodzącego do sali człowieka o zaciętym wyrazie twarzy i gniewnym spojrzeniu. Za nim niepewnie podążał jego sługa, niski, garbaty i rudy.

Obaj obnażyli szable i ruszyli wprost na siedzącego do nich niemal tyłem Janka.

– Teraz psia krwie cię ubiję. Wycedził przez zaciśnięte zęby jeden z nich i uniósł szable do ciecia.

– Ojcze, nie! – krzyknęła rozdzierającym głosem Marysia rzucając się wprost pod szablę.

Sokolnicki gwałtownym ruchem odtrącił córkę tak silnie, że upadła na ziemię. Misia poderwała się również z miejsca własnym ciałem chcąc osłonić ukochanego chłopca, ale Janek był szybszy. Ten moment, gdy Marysia stanęła między nim, a szablą wzniesioną do cięcia uratował mu życie i wystarczył, aby przemknął bokiem, obalając po drodze uzbrojonego garbusa. Dopiero teraz miał dość czasu, dobyć szabli i zastawić się od kolejnego ciosu, Garbus poderwał się z ziemi i nacierał równie zażarcie jak jego pan.

Król, oszołomiony nagłością zdarzenia siedział pobladły z wytrzeszczonymi oczyma, niezdolny do jakiegokolwiek poruszenia. Kolnickiej w pierwszej chwili także zaparło dech w piersiach.

Janek musiał walczyć z dwoma przeciwnikami na raz, a nie znajdował się wcale w najlepszej formie. Rozumiał jednak, że nie zabawa to, lecz gra o własne życie. Nie chciał przy tym nawet ranić Sokolnickiego, garbus natomiast sprytnie strzegł swojej skóry. Był przy tym bardzo dokuczliwy i niebezpieczny. Jedynie, co go ratowało to uporczywe i ciągle się powtarzające nauki, jakie odbierał od najmłodszych już lat od swego ojca. Teraz brał z tego pożytki. Ale przeciągająca się szybka rąbanina w szable skracała mu oddech, szabla coraz bardziej ciężyła. Ręka mdlała ze zmęczenia.

– Nigdy nie przebiorę miary w piciu wina – składał sobie w duchu przysięgi widząc się coraz słabszy. Cofać się zaczął, a napastnicy tym zajadlej nacierać zaczynali. W końcu Kolnicka oprzytomniała. Podniosła krzyk na cały dom wołając to służbę, to wzywając pomocy. Nie mogąc doczekać się z nikąd dla Janka ratunku porwała za fotel na którym siedziała uniosła go w górę i z nim na brata chciała ruszyć.

Ale w drzwiach ukazał się nowy przybysz. Wysoki nad miarę, potężnie zbudowany, z podgoloną świeżo czupryną, za nim dwaj inni nie tak jak pierwszy rośli, lecz o wielce śmiałych obliczach. Pierwszy z trójki podszedł szybkim krokiem z tyłu do garbusa, chwycił go za kark, uniósł w górę i potrząsnął potężnie, aż wypadła mu szabla, którą walczył. Cisnął nim następnie o ziemię, że jęknął i przydusił nogą jak dużego robaka. Dwaj inni zaszli z obu stron walczących ze sobą i stanęli z dobytymi szablami. Sokolnicki spostrzegł to i odskoczył do tyłu. Rozejrzał się za garbusem, a widząc go pod butem olbrzymiego szlachcica trzymającego w garści dobyty oręż krzyknął  – Cóż to za napad w moim domu?

– Jak to w twoim? – Kolnicka cisnęła trzymanym fotelem o ziemię – Nie twój to dom panie bracie, lecz mój i nie ciebie napadnięto, lecz ty napadłeś.

– Ja jestem świadkiem – krzyknął Korybut, odzyskawszy głos.

– A tyś, co za jeden? – wrzasnął wściekły, Sokolnicki.

– Jak to kto?– wykrztusił zdumiony Korybut.– Ja jestem królem.

Na te słowa cała złość Sokolnickiego prysła. Parsknął śmiechem.

– Jak ty jesteś król, to ja jestem prymas – zaperzył się Sokolnicki.

– Wasza królewska mość – wtrąciła się szybko Kolnicka – wybacz bratu memu. On w młodości rozum postradał i od tamtej pory nie wie, co mówi. Gada we śnie, bredzi za dnia. Ja go zaraz zamknąć każę, by ani boga, ani króla swego najjaśniejszego nie obrażał.

Sokolnicki na te słowa nie wiedział czego się ma trzymać. Przypadkiem spojrzał na Misię, a widząc ją w nowej postaci, zachwycił się bardzo jej urodą. Natychmiast przypomniał sobie po co do Warszawy przyjechał, aż go rana w boku na to przypomnienie zapiekła.

– Zabieram córkę do domu. Ciebie też  – zwrócił się do Misi – zbierajcie się do drogi – rozkazał.

– Ani mi się waż – odezwała się groźnie Kolnicka – kto w moim domu nogę postawił ten pod moją opieką tu pozostanie.

– Ojcowskie moje prawo do córki mam.

– Dorosła już jest, a ja jej matką od tej pory będę.

– Obie zabieram – upierał się Sokolnicki coraz większy ból w boku czując.

– Król to słysząc także w gniew popadł.

– Córkę jako ojciec możesz brać, ale nikogo innego po niewoli nie weźmiesz.

– A to niby, czemu?

– Bo ją łaska królewska osłania, i nie pozwalam, aby z Warszawy wyjechać miała.

– Ja obie siłą wezmę – zagroził Sokolnicki.

– Ja aresztować waści każę – rzekł król wstając.

– Sokolnicki pobladły z gniewu natarł na króla. Król ulękły cofnął się przezornie. Nie tyle tu już chodziło o córkę, co o piękną i powabną Misię.

– Mając drogę otwartą Sokolnicki ruszył do niej pewny już swego sukcesu. Janek z szablą w ręku zagrodził mu drogę. Wiedział, że dziewczyna nie chce wracać i domyślał się jakie Sokolnicki ma do niej zamiary. Postanowił jej bronić.

– Ty znowu. – ryknął Sokolnicki łapiąc ponownie za rękojeść szabli.

Dąba, Knieziewicz i Różewicz, stanęli murem przy Janku.

– Ruszysz go, a my waćpana rozsiekamy – powiedział powoli Dąba.

Sokolnicki zadygotał z gniewu.

– Ja tu jeszcze wrócę – syknął groźnie i wybiegł z komnaty. Przed nim biegł garbus kołysząc tułowiem na krzywych krótkich nogach.

Wszyscy odetchnęli z ulgą.

Kolnicka klasnęła zadowolona w dłonie – potrawy na stole wystygły – powiedziała.

– Nic to – wyrwało się Dąbie.

Kolnicka spojrzała na niego z wyraźną przyjemnością.

– Mości panie, zapraszam do stołu i do mego boku. Tyś nam ratunek przyniósł i wybawienie. Od brata wprawdzie, ale dość szalonego, aby biedy nam nabawić.

– A moich przyjaciół, od których nie odstępuję?- zapytał Dąba.

– I ich także zapraszam z całego serca. Króla mam zaszczyt gościć, więc rycerskie towarzystwo bardzo nam będzie ochroną.

Król siadł do stołu, przy nim z jednej strony Kolnicka z drugiej Misia, dalej Różewicz, Janek, Marysia, Knieziewicz i Dąba zamykał koło stołu siedząc po drugiej stronie Kolnickiej.

Dopiero teraz odnalazła się służba, która z kuchni donosiła świeże potrawy i coraz to nowe trunki. Szczęście i zadowolenie malowało się na twarzach biesiadników. Król rozkoszował się dobrym i obfitym jedzeniem, widokiem ślicznej niewiasty i własnymi myślami o tym jak hojnie obdarzy ją i przyszłego z nią potomka. Janek, szczęśliwy zerkał na swą piękną jak świeży kwiatuszek dziewczynę i dumał o rozkoszach, jakie z nią mogą mu się przydarzyć. Kolnicka słuchała poważnego, mocnego głosu pana Dąby i z każdą chwilą upewniała się, że ten oto rycerz jest stworzony dla niej właśnie i przez łaskę bożą zesłany dla jej poratowania. Dąba, Knieziewicz i Różewicz radowali się w sercach swoich, bo oto czuli, że otworzył się przed nimi dom pełen ciepła i wszelkiej, w dobre jedzenie i wyborne wino, obfitości.

Tak źle zaczęty posiłek zamienił się w znakomitą ucztę, która trwała do późna w noc. Dopiero wówczas Kolnicka zaczęła upychać do powozów swych gości i zegnać czule. Nie zapomniała wypuścić z zamknięcia królewskiego dworzanina, który wracał jako jedyny trzeźwy i z pustym żołądkiem.

Król Korybut dwa dni później rozzłoszczony na niego, że mu uporczywie szeptał w ucho o Kolnickiej i Misi nie to, co chciał słyszeć, pogonił sługę z zamku i więcej na oczy nie chciał widzieć. Tak Kolnicka nie musiała obawiać się nieżyczliwego sobie człowieka, który gdy nie miał dostępu do króla, nie mógł już jej zaszkodzić.

Wydawało się, że Kolnicka ma siły niespożyte. Po całym dniu spędzonym na szukaniu Janka, po emocjach, jakie przeżyła podczas odwiedzin brata, mogła ucztować do późna w nocy. Ale gdy już odprawiła gości poczuła, że nogi się pod nią uginają, a oczy kleją. Wyznaczyła Jankowi kwaterę w odległym skrzydle domu. Misię i Marysię położyła w przyległej do swojej komnaty sypialni i sama w końcu legła w swoim obszernym i wygodnym łożu. Natychmiast głęboko zasnęła.

Janek przespał niemal cały dzień przebudzony dopiero pocałunkiem Misi, a na dobre rozbudzony policzkiem jaki dostał zaraz po pocałunku. Teraz nie mógł zasnąć. Wciąż widział rozpromienione szczęściem oczy Marysi, jej piękny uśmiech, białe ząbki. Grzeszne myśli nie dawały mu spokoju. Zamiast pozostać w komnacie do której zaprowadziła go osobiście Kolnicka, wyszedł zaraz za nią i ukryty w mroku korytarza wyśledził gdzie ulokowane zostały Misia i Marysia. Kolnicka sama oświetlona światłem świecy, którą trzymała ręku nie mogła dostrzec postępującego z tyłu w głębokim cieniu Janka.

Gdy już to wiedział wrócił do siebie i położył się oczekując aż wszyscy zasną. Nie zdmuchnął świecy. Czekał cierpliwie leżąc na plecach. Oczy same mu się zamknęły, lecz po kilku minutowej drzemce poderwał się, spojrzał na świecę. Nie wypaliła się zbytnio. Chwycił ją w dłoń i poszedł pod drzwi za którymi spała Marysia. Tutaj nakapał na podłogę trochę roztopionego wosku przykleił do niego święcę i bardzo powoli i ostrożnie uchylił drzwi. W obszernym pokoju oprócz innych mebli stały dwa łóżka. Boso na palcach zbliżył się do jednego i spojrzał w twarz śpiącej. Ciężkie kotary na oknach nie dopuszczały światła księżyca i gwiazd. Świeca stała za uchylonymi drzwiami. Mrok, jaki spowijał twarz śpiącej nie dozwalał rozpoznać jej rysów. Janek podszedł do drugiego łóżka. I w nim śpiąca wyglądała tak samo. Są do siebie bardzo podobne pomyślał. Co robić? Spotęgowane pragnienie miłości już mu szeptało, aby brać nie patrząc, którą bierze. Ale opierając się na krześle zmacał dłonią suknię. Chwycił ją i zaniósł pod światło świecy. Suknia była Marysi. Teraz już się nie wahał. Obudził dziewczynę pocałunkami. Pieścił przez chwilę, a gdy przestała się bronić uniósł na ręce i wyniósł z komnaty. Za drzwiami postawił na ziemi, chwycił w jedną rękę świece i pociągnął dziewczynę za sobą. Marysia poznawszy jego zamiary znów zaczęła się bronić, tym razem znacznie bardziej zdecydowanie. Musiał się zatrzymać. Znów zaczął ją całować, pieścić, namawiać i prosić. Na koniec objął ją jedną ręką w tali i prowadził opierającą się do swojej komnaty.

Misia śniła sen, że król skrada się do jej łoża. Podświadomie chciała się zbudzić i przepłoszyć niechcianego natręta. Ale sługa królewski zasłania jej oczy i krepuje w silnym uścisku ramiona. Pragnęła krzyknąć, nie mogła jednak otworzyć ust. Męczyła się przez chwilę z sennym majakiem, aż się zbudziła. Usiadła na łóżku i rozejrzała dokoła. W pokoju panował mrok, tylko słaba smuga światła wpadała przez uchylone drzwi. Poderwała się z łoża i wyjrzała na korytarz.

Zdążyła zobaczyć oddalające się cienie. Podeszła do łóżka, w którym spała Marysia. Łóżko było puste. Domyślając się, kto ją uprowadził wybiegła na korytarz właśnie wtedy, gdy cienie znikały za zakrętem.

Cóż ja mogę zrobić? Pomyślała. Kocha go i on ją kocha. Serce Misi ścisnęło się bolesne. Wróciła do łóżka i nakryła pierzyną. Marząc o pieszczotach z Jankiem usnęła. Po pewnym czasie znów zaczęła śnić i znów senne widziadła były przykre i męczące. Ktoś krępował jej ruchy przygniatał ciężarem ciała. Znów zobaczyła grubego króla mokrego od potu ciepłego jak zupa. Za wszelką cenę chciała go zrzucić z siebie. Sama czuła jak robi się jej gorąco i pot rosi ciało, a przy tym wzmaga podniecenie. Znowu się zbudziła. Było jej duszno i gorąco.

Zrzuciła z siebie pierzynę i leżała tylko w długiej nocnej koszuli. Na sąsiednim łóżku coś się poruszyło. Misia wstała i podeszła do śpiącej głębokim snem Marysi.

Już wróciła i śpi. Pomyślała. Położyła się znowu i leżała rozmyślając. Tym razem nie mogła zasnąć. Noc była gorąca a jej ciało rozpalone wewnętrznym ogniem. Kocham ich oboje. Myślała. Marysię jak siostrę Janka jak brata. Za co go spoliczkowałam? Myślała. Za to, że w nowym towarzystwie popił sobie trochę wina. Ale było tam jeszcze coś innego. Jakieś zapachy. Wędzonej ryby i pachnideł niewieścich. Podły łajdak. Zdradza Marysię. Ale jeśli mu jednej mało, mógł przyjść do mnie. Czy i tego jeszcze mu mało, że polazł do trzeciej. A jeszcze ta gruba pieszczocha od Zasławskiej, zęby i pazurki pokazuje, jakby do niej należał. Ile potrzeba cipek takiemu kogutowi, aby się stada trzymał i poza płot nie fruwał? Dostał, bo zasłużył i Kolnicka widziała jak pokraśniał na jednym policzku.

Misia nagłe zerwała się z łóżka. Muszę go przeprosić za ten policzek. Ani pomyślałam a już ręka sama uderzyła. Wybiegła na korytarz, niemal instynktownie trafiła do pokoju, w którym spał. Gdy go potrząsnęła za ramię wydawało się, że się zbudził i uniósł nieco głowę, ale zaraz przewrócił się na drugi bok i dalej spał. Co z tobą? Mruknęła cicho Misia. Dalej się na mnie gniewasz?

Janek spał naprawdę.

Misia wsunęła się pod pierzynę i przytuliła do jego pleców. Ręką delikatnie gładziła jego piersi i płaski brzuch. Gdy i to nie pomogło uniosła się nieco na łokciu i zaczęła całować skroń i policzek. Zbudził się dopiero, gdy włożyła mu w ucho cienki i ciepły język. Odwrócił się rozespany i na wpół nieprzytomny. Pocałował ją i myślał, że to wystarczy, lecz Misia już ułożyła się na nim podpierając się łokciami o łóżko by mu zbytnio nie ciążyć. Teraz ona go całowała. Za którymś tam razem wsunęła mu w usta swój język na całą długość, że aż doznał nowego uczucia i wzmożonego pożądania. Jego zwiotczały do tej pory korzonek, nagle stwardniał i gwałtownie urósł. Misia siadła na nim i pogalopowała jak na młodym byczku. Janek upojony rozkoszą leżał na plecach z zamkniętymi oczyma sprężony cały jak struna. Mogę tak całą noc myślał. Kiedy otworzył oczy już świtało. W pokoju było widniej i można było już widzieć przedmioty i osoby.

– Misia to ty? – zapytał zdziwiony poznając dziewczynę.

– Wolałbyś żeby to była Kolnicka? – odparła.

– No nie tego bym nie chciał.

– Chciałam ci wynagrodzić policzek, jaki dostałeś. Żal mi było tego, co zrobiłam.

– Tego ci nie daruję.

– Więc masz do mnie, żal?

– Mam!

– Mam odejść?

– Nie, nie odchodź, w każdym razie nie teraz.

– Muszę, jeśli nie możesz mi darować.

– Najpierw zemsta – zadecydował Janek obracając Misię i biorąc ją pod siebie.

– Choć sumienie mnie gryzie to jednak jak tu nie grzeszyć gdy takie rozkosze same w ręce się pchają – myślał w duchu zanurzając się w dziewczynie.

*

Bardzo późnym rankiem dnia następnego wszyscy domownicy, z wyjątkiem starego Kolnickiego zebrali się przy stole podczas śniadania.

Przez otwarte od kuchni drzwi słuchać było śpiew młodej kucharki.

Dziobie kurki kogutek

Cip, cip, cip do stada

Każda kurka chce tego

Jaja znosić rada

Kogutku, kogutku, takiś ty czupurny

Trzepiesz innym kurkom piórka

Po cudzych podwórkach

Kucharka wyszła z kuchni i przechodząc koło stołu oznajmiła, Kolnickiej, że idzie na górę zanieść staremu panu filiżankę gorącego rosołu.

Idź, idź kurko i pośpiewaj mu coś wesołego. Zgodziła się ciotka. Tak ładnie śpiewa, że nabrałam ochoty na takiego kogutka. Zaśmiała się patrząc na Janka.

Janek odruchowo słuchając piosenki pomyślał o sobie i Misi. Misia pomyślała o Janku i kobiecych pachnidłach, jakie wywąchała na jego skórze. Marysia pomyślała, że to nieładna i sprośna piosenka. Kucharka śpiewając myślała o kogucie ugotowanym w garnku.

Na schodach rozległ się brzęk tłuczonej filiżanki. Kolnicka już chciała skrzyczeć kucharkę za zbitą porcelanę, gdy spostrzegłszy jej minę zamilkła.

– Pan, pan umiera. Wykrztusiła z siebie kobieta.

Kolnicka wstała od stołu i przeżegnała się znakiem krzyża.

– Niech Bóg przyjmie go do siebie i odpuści mu jego grzechy.

*

Król Korybut Wiśniowiecki, trzeciego dnia po wizycie u Kolnickiej znów zaniemógł. Spożywał jak zwykle obfity posiłek przy obiedzie i ciągnął potężny łyk mocnego wina, gdy zabrakło mu tchu i zaczął się krztusić. Posiniały gwałtownie na twarzy zwalił się na stół. Nieprzytomnego odniesiono do komnaty sypialnej i ułożono w łożu. Posłano po medyków i księży. Zawiadomiono prymasa. Po dłuższej chwili odzyskał przytomność, ale z sinego zrobił się najpierw blady a później pożółkł. Stracił wszelką siłę i leżał w całkowitym bezruchu.

Wieść o chorobie króla rozeszła się po mieście. Do zamku przybywali senatorowie i co znaczniejsze persony w państwie. Na mieszczanach wiadomość o chorobie króla nie zrobiła żadnego wrażenia. Nie była to tak sensacyjna wiadomość jak ta, o jego niedawnym zniknięciu. Dopiero wzrosło zainteresowanie gawędzi, kiedy zaczęto szeptać wiadomość o tym, że król został otruty. Wiadomość ta tym pewniejsza się wydawała, że uporczywie ją rozpowiadał człowiek, który do niedawna jeszcze był dworzaninem królewskim i jego bliskim zausznikiem. Ci, co znali króla wiedzieli, że jego obżarstwo i nadmierne rozsmakowanie w dobrych winach, już kilkakrotnie przyprawiało go o chorobę. Nie pamiętali o tym mieszczanie, woląc słuchać nowin bardziej niezwykłych. Co gorsza szeptano już ze do strucia króla doszło właśnie wtedy gdy król zniknął wyprowadzony podstępem z zamku.

Miał on być siłą przetrzymywany w domu zamożnej pani Kolnickiej. Trucizna została podana zmieszana z winem. Kiedy wino wypił stary Kolnicki król nie żywiąc żadnych obaw zaczął także pić wino. Zakrztusił się jednak skutkiem czego więcej niż połowa wina została wylana. Ponieważ nie można było króla w nieskończoność trzymać, gdy wszyscy senatorowie, duchowieństwo i szlachta szukała króla, został on nocą odwieziony na zamek. Ale straszliwa trucizna, choć w mniejszej dawce zaczęła właśnie swoje działanie. Stary Kolnicki, który wypił cały kielich, zmarł natychmiast i został bez rozgłosu pochowany. Odzywały się wprawdzie głosy, że ciało Kolnickiego wystawione było na widok publiczny w kaplicy przykościelnej i żadnych śladów strucia nie można było dojrzeć na twarzy nieboszczyka, ale były to głosy nieliczne. Gdy plotka ta dotarła do Kolnickiej, strwożyła ją bardzo. Była to jednak kobieta tak dzielna, odważna i energiczna, że zamiast uciekać z Warszawy, co uczyniłaby niejedna na jej miejscu zamożna persona, ona postanowiła dociec prawdy. Zawołała kilkoro ze swej służby, także Janka i Misię. Każdej osobie wręczyła odpowiednią sakiewkę i rozesłała po mieście. W cztery godziny później było już wiadome, że sprawcą plotki jest ów dworzanin królewski, który dostał pogrzebaczem od Kolnickiej i był trzymany u niej pod kluczem.

– Mogłam się tego spodziewać – syknęła gniewnie Kolnicka.

Kuba, który pomagał Jankowi w wykryciu sprawcy, a którego Janek zabrał ze sobą do domu Kolnickiej zaśmiał się głośno.

– A ty, czego rechocesz – krzyknęła Kolnicka zła na jego niewczesną wesołość.

– Bo kroi się dla mnie wesoła zabawa. Tyle tylko, że muszę mieć nieco grosza, aby postawić w karczmie kilka butelek wybranym przyjaciołom.

– Tobie zawsze karczma w głowie i pijaństwo.

– Zabawimy się później z panem dworzaninem, tak, aby więcej nie szkodził naszej szlachetnej i pięknej pani Kolnickiej. A ja to zrobię, byle bym dostał mieszek.

Kolnicka popatrzyła uważnie na Kubę.

– A ty wiesz gdzie go szukać?

– Wiem gdzie go szukać, bo wiem gdzie będzie dziś wieczorem. I wiem jak go pożegnać by więcej tu nie wracał.

Kolnicka przyniosła pieniądze i wręczyła je Kubie.

– A ty Janku dopilnuj, aby nie doszło do rozlewu krwi. Nie chcę mieć nikogo na sumieniu.

Janek ruszył z Kubą na miasto. Kuba miał sporo takich jak on sam, znajomków i przyjaciół. Wieczorami przesiadywali oni zazwyczaj w swoich ulubionych zajazdach i oberżach, czyhając na nieznających miasta i jego zwyczajów, przyjezdnych.

Zebrał bez trudu odpowiednią gromadkę i pouczył, co i jak mają czynić, gdy pokaże się były zaufany sługa króla jegomości i zacznie opowiadać o trucicielce Kolnickiej.

Całość miał osłaniać Dąba, Knieziewicz, Różewicz oraz Janek.

Czekano zabawiając się szklanicami z winem. Traf chciał, że dworzanin przysiadł się przy tym samym stole i od słowa do słowa zeszła rozmowa na temat choroby króla. W koło zebrała się spora gromadka gapiów. Jedni ciągnęli z kuflów cienkie piwo, inni węgrzyna, którym to mianem określano wino przywożone z Multan lub Siedmiogrodu. Wielu było takich, co historię dworaka już słyszeli, teraz czekali na nowe szczegóły i nieznane nowinki. Kiedy dworzanin skończył Dąba wstał i unosząc szklanicę wina w górę przemówił tubalnym głosem.

– I ja zmartwiłem się ciężką chorobą króla, przeto byłem u jego łoża z deputacją od chorągwi huzarskich. Znając, co się rozpowiada po karczmach i zajazdach o jego struciu, zapytałem króla o to, lecz król powiedział nam zgoła, co innego. W najlepszym zdrowiu i humorze wyszedł od Kolnickiej. Ale jego sługa przyboczny, który nadmiernie królewskie wina spijał, będąc właśnie pijany podał królowi puchar z octem. Wiadomo, że wino czasem źle leżakowane zmienia się w ocet, a dobry sługa od tego jest, aby wino podane monarsze spróbował a nie się nim opijał i podawał to, które skwaśniało, bo może się trafić że poda ocet. Co też mu się przytrafiło. Za to pognano go z zamku. Szukał służby w domu pana Kolnickiego, ale ze brał się za kucharkę to dostał pogrzebaczem przez łeb, raz od kucharki drugi raz od pani Kolnickiej, kiedy się o tym dowiedziała. Tak mi to pan Mieczkowski, tu obecny opowiadał to zdarzenie.

– Tak było – potwierdził Janek.

– To musi mieć ślad na głowie – krzyknął Kuba – okaż łeb mości Panie sługo. Kilka rąk chwyciło za głowę dworzanina i przygięło do stołu.

– Jest guz jak gruszka. Jest rana i strup jak na łysym kolanie, odezwały się głosy potakiwania.

– Dał królowi octu – krzyknął znów Kuba – a sam pijał wino. Dać mu niech wypije teraz to, co dał królowi.

– Ktoś pobiegł do kuchni po ocet, inni rozciągnęli dworzanina na stole. Przez otwarte na siłę usta wciśnięto mu aż po gardło odwróconą do góry dnem flaszkę z octem. Wśród śmiechów i wrzasków butelka została opróżniona.

– Patrzcie, co zrobił – wrzeszczał najgłośniej Kuba – po jednej flaszce zlał się w nogawicę. To dopiero świntuch. Do łaźni z nim.

Porwano dworzanina i wywleczono na dwór. Teraz cała gromada rozochoconych uczestników zabawy skierowała się nad brzeg Wisły. Kuba prowadził a wtajemniczeni we wszystko pomocnicy szli za nim. Reszta gawędzi dołączyła nieświadoma, że rzecz jest z góry ukartowana.

Latem jak zawsze, Wisłą spławiano nie tylko zboże, ale także drewno. W takie miejsce poprowadził cały pochód Kuba. Dworzanina rozebrano do naga. Odzież porwano na pasy i skrępowano nimi korpus i nogi do wiosła ułożonego na plecach Wybrano na brzegu odpowiednio duży kloc drewna i spuszczono do wody. Za klocem postawiono nieszczęśnika i poradzono, aby się dobrze trzymał pnia, jeśli chce dopłynąć do Gdańska. Tak wypchnięto go na głęboki nurt rzeki.

– Nie przegap Gdańska – krzyknął za nim Kuba – chyba, że chcesz płynąc do króla szwedzkiego. Cała gromadka hultajstwa biorąca udział w zabawie zahuczała śmiechem. Dąba i Janek byli zadowoleni, że tak wszystko się odbyło. Godzina nie była jeszcze późną, więc postanowiono powiadomić o całej zabawie Kolnicką. W domu pani Palladi panowała żałoba po dopiero co pochowanym mężu. I to nie tyle żałoba, co przygnębienie i smutek. Przybycie rozbawionej piątki przyjaciół zmieniło ten nastrój. Gdy Kuba na przemian z Jankiem opowiedzieli zdarzenie, ciotka patrząc z wdzięcznością na pana Dąbę, kazała sobie jeszcze raz opowiedzieć całą historię. Wysłuchawszy relacji do końca odezwała się.

– To tak jakby nie tylko moją część panowie uratowali, ale i życie. Bo jakież by było życie, gdyby do mnie przylgnęło miano trucicielki króla. Szczególnie pan Dąba wdzięczność ma w moim sercu i nagroda znaczna go nie minie. Tu ciotka tak pałającym wzrokiem spojrzała w oczy potężnego rycerza, że on sam poczuł się nagle mały i wzrokiem tym zupełnie pomieszany.

– Ja także znaczne oddałem pani Kolnickiej usługi, bo ja wyśledziłem kłamczucha i judziciela – wtrącił zaraz Kuba – A przy tym obmyśliłem jak się go pozbyć i uciszyć bez krwi rozlewu.

– Tak to prawda, potwierdziła Kolnicka i rychło w czas mi to przypomniałeś. Także nagroda cię nie minie.

Sługa podszedł do Kolnickiej i zawiadomił że z zamku pilny posłaniec przybył i chce na osobności rozmawiać. Kolnicka zaraz do posłańca podeszła i bez ogródek zapytała, o co biega.

– Król jegomość chce pilnie widzieć pannę Misabellę Kolnicką u siebie na zamku.

– A to, po co?– zapytała podejrzliwie.

– Chce ją obdarować.

– Teraz po nocy? Panna Misabella już śpi.

– Sekretnie chce ją widzieć i hojnie obdarować.

– Rozpusta królowi w głowie, niech małżonkę swoją woła jak spać nie może.

– Król chorobą bardzo osłabiony. Nikt nie jest pewny czy atak nieprzytomności się nie powtórzy. Namaszczony olejami świętymi na wypadek nagłej śmierci został przez biskupa, o sprawach grzesznych nie myśli.

Misia obserwując Kolnicką, podeszła teraz i stanęła z boku.

– Jak się ma król?  –zapytała.

– Podobno źle. Chce widzieć Misabellę.

– Chce widzieć Pannę Misabellę Kolnicką – odezwał się sługa domyślając się po urodzie panny, z kim ma do czynienia. Teraz, kiedy lekarze i księża odeszli, jedyny jest czas, aby mogło dojść do sekretnego spotkania. Ja waćpannę bezpiecznie poprowadzę.

– Dobrze pójdę z waćpanem – zgodziła się Misia.

Nocą chodzić po dużym mieście zawsze było niebezpiecznie. Janek, Różewicz i Knieziewicz poszli jako ochrona. Dąba przejęty niezwyczajną życzliwością Kolnickiej pozostał na miejscu. Kuba wolał siedzieć przy suto zastawionym stole niż łykać chłodne nocne powietrze. Postanowił przy tym tak kierować sprawami, aby i Dąba i on sam miał jak najszerszy dostęp do uczuć pani Kolnickiej, a przez to do jej zamożnych zapasów w jadle i trunkach.

W królewskiej komnacie, Misia zobaczyła króla Korybuta lezącego nieruchomo na łożu. Wyglądał bardzo źle. Zaraz kazał słudze czekać za drzwiami. Do Misi odezwał się dopiero po chwili.

– Jak widzisz, zmogła mnie słabość. Po minach księży i medyków odgaduję, że ruszę w drogę do świętego Piotra. Tak na mnie patrzą jakbym już na łożu śmierci leżał. Kto wie może zrodzi się z ciebie mój syn. Muszę, więc zabezpieczyć jego przyszłość, a także jego matki. Kazałem kanclerzowi Leszczyńskiemu sporządzić na ciebie akt darowizny z części dóbr, które po moim wielkim ojcu Jeremim mnie przypadły. Ksiądz biskup krakowski Andrzej Trzebnicki poświadczył darowiznę.

– Prawy to ksiądz i wielki człowiek. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, do niego się zwracaj. Na spowiedzi świętej jemu całą prawdę wyznałem, o swych grzesznych uczynkach i o tym jak przy pomocy sługi cię zniewoliłem. Żałuję i przed tobą swego uczynku, nie wiedząc żeś była cnotliwą dziewicą i żadnego dotąd nie miałaś mężczyzny. Sług ani innych nie mogę być teraz pewien, więc schyl się i wyjmij z pod łóżka rulon pergaminu, na którym spisana jest darowizna.

Misia nie głupia była i doceniła to, co zrządzeniem losu wpadało jej w ręce. Rozumna i bystra nie raz myślała, że nie dla niej być chłopką i sługą. Patrząc w lustro widziała swoją urodę, postać pięknie i dumnie ukształtowaną. Gdzie indziej chciała się widzieć i nawet nie u boku ubogiego szlachcica, jakim był w gruncie rzeczy pan Sokolnicki.

Schyliła się pod łóżko wypinając z natury rzeczy swoje okrągłości i wyciągnęła zwój pergaminu do którego podoczepiane były lakowe pieczęcie. Podziękowała gorąco królowi za otrzymany dar.

Są tam zapisane na ciebie i twego pierworodnego potomka ziemie za Krasnymstawem od Siennic królewskich i różanych po Rudkę, Krasiczyn aż do Turowiec. Moim życzeniem jest, aby jeśli urodzi się syn, otrzymał na chrzcie świętym, po swoim dziadku, imię Jeremi.

Misia obiecała, że tak się stanie.

Król zmęczony kazał jej odejść.

Nachyliła się i pocałowała króla w policzek. Po tym odeszła. Sługa czekający za drzwiami wyprowadził ją z zamku.

Król poczuwszy świeżość kobiecego ciała westchnął do siebie.

– Gdyby taki skowronek był przy mnie zamiast medyków i duchownych nie poszedłbym do nieba, ale pozostał na ziemi. Po tym westchnieniu zamknął oczy i pogrążył się w marzeniach.

————————————

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

 

4 uwagi do wpisu “Miecz króla Jana odc. 10 i 11

  1. Która piosenka (melodia) to oryginał, rosyjska ,,Pożegnanie Słowianki” czy polska ,,Rozszumiały się wierzby płaczące”

    Lubię

  2. Ad. Adm-ina.

    Oj, Szanowny Adm-inku ale masz problemy muzyczne!!! Dobra wróżka Wikipedia rozwiewa je w MIG!!!

    Rozszumiały się wierzby płaczące

    Rozszumiały się wierzby płaczące – popularna piosenka polskich partyzantów z okresu II wojny światowej.
    Pierwowzorem tej piosenki była Rozszumiały się brzozy płaczące, według tekstu Romana Ślęzaka, przy czym melodia pierwszej części pochodzi z popularnego marsza Pożegnanie Słowianki, skomponowanego w 1912 roku przez Wasyla Agapkina. W 1943 roku nieznany autor uaktualnił Rozszumiały się brzozy płaczące tworząc o wiele bardziej znany wariant z ,,wierzbami”, bez zmian melodii.

    Informacja za Wikipedia

    P.S. Nie znając szczegółów Twojej ,,intencji”, (może popsułem dobrą zabawę) przepraszam za moją szybką reakcję i tradycyjnie

    Serdecznie pozdrawiam

    Lubię

  3. kika22
    Właśnie o to mi chodziło. Wprawdzie w wiki nie sprawdzałem bo niejako czułem na nosa kto z kogo zaczerpnął natchnienie. I jak wynika z twojego wpisu miałem rację. Z resztą pierwowzór jednak jest chyba lepszy, podobnie jak i wykonanie, ale z drugiej strony może to rzecz gustu, a te są zawsze indywidualne.
    Również pozdrawiam

    Lubię

  4. A przy okazji, czyta ktoś na tym portalu Miecz króla Jana czy może i ja i pan Marek niepotrzebnie czas marnujemy i jedynie przynudzamy odwiedzających tą stronę?

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s