Miecz króla Jana odc. 12 i 13


Odc. 12

Hetman wielki koronny Jan Sobieski, nie zjechał do Warszawy dla uciech i zabaw, ale dla poczynienia kolejnych zabiegów o nowe środki pieniężne i militarne na spodziewaną rozprawę z Portą Ottomańską. Zagrożenie z jej strony było olbrzymie. Rozumieli to magnaci i szerokie masy szlacheckie, ale zbiórka pieniędzy na opłacenie zaległych dla wojska ćwierci i formowanie nowych chorągwi postępowało bardzo opieszale. Choroba i niemoc króla sprawom tym nie pomagały. Tymczasem wieści, jakie napływały, mówiły o gromadzeniu się na terenach Mołdawii wojsk tureckich pod Hussejnem Paszą. Wojna w tych okolicznościach wydawała się być nieuchronna. Z końcem lata Sobieski zabierając ze sobą własną chorągiew husarską i część chorągwi trzymanych przy królu, w tym królewskich dragonów, ruszył do Lwowa. Tu miała odbyć się koncentracje dla pocztów magnackich i wojsk litewskich spodziewanych pod wodzą hetmana wielkiego litewskiego Michała Paca.

Gromadząc wojska w okolicach Lwowa, Sobieski jednocześnie prowadził szeroką akcję wywiadowczą na terenie Mołdawii. Jednał sobie jak mógł obu hospodarów nakłaniając ich do czynnego wystąpienia przeciwko Turcji. I to zarówno Mołdawii jak i Multan z chwilą wkroczenia do tych krajów polskich chorągwi.

Odebrał na koniec poselstwo od hospodarów do króla Michała z prośbą o przyjęcie tych krajów pod swoją protekcję i ochronę przed ,,niewiernymi”. Był już początek października i aby nie zmarnować takim wysiłkiem zebranego wojska i nie dopuścić do jego do domów rozjechania, Sobieski przeniósł je za Dniestr z zamiarem rozbicia obu armii tureckich. Jednej dowodzonej przez Hussejna Paszę, stojącej pod Chocimiem i drugiej pod znakomitym Kaplanem Paszą, bardziej na południe pod Cecorą. Posiłkowany przez hospodara Mołdawii Petryczejkę który 27 października przywiódł ze sobą półtora tysiąca zbrojnych Mołdawian Sobieski ruszył na Turków zajmujących dawny obóz warowny Żółkiewskiego w zakolu Dniestru. Tu Hussajn Pasza poprawiwszy ziemne fortyfikacje, krył się przed groźnym wojownikiem z północy.

*

Janek pomimo wielkiego pragnienia dołączenia do chorągwi hetmańskich pozostał cały czas w Warszawie. Kolnicka na okoliczność wyprawy na Turka chorągwi husarskich zgotowała pożegnalną wieczerze dla Dąby i jego przyjaciół. Sama rozkochana nagle w wielkim rycerzu, wstrzymała go jeszcze i dnia następnego. Dopiero gdy już wszystkie oddziały opuściły Warszawę, w towarzystwie tylko Misi i Janka odprowadziła swego rycerza, aż kilka mil za Warszawę. Tutaj dopiero żegnała go zaklinając boga, aby powrócił zdrowym i całym.

Dąba w nowym świetnym rynsztunku nabytym w całości na koszt Kolnickiej, pożegnał wszystkich serdecznie, zapewniając, że wróci przed Bożym narodzeniem. Po czym poderwał rumaka do biegu. Janek patrząc za nim zazdrościł mu całym sercem. W półpancerzyku, na silnym i dzielnym koniu, wyglądał Dąba przy swoim wzroście i potężnej postaci na niepokonanego rycerza.

– Przejedzie przez Turków jak burza po snopkach na polu – mruknął do siebie.

– Chciałbym być przy jego boku w każdej bitwie.

– Już go hetman trzyma przy sobie dla własnej osłony – odezwała się Kolnicka – Ciebie pewnie używano by tylko do noszenia ordynansów. Mając tak długie nogi biegałbyś jak zając pomiędzy chorągwiami z poleceniami hetmańskimi. Aż by cię, jaki Turek ustrzelił z łuku, albo Tatar na arkan złapał i na bazarze w Stambule za psi grosz sprzedał.

– Walczyć mi pod hetmanem – odparł Janek – nie tu w powozie na miękkich poduszkach siedzieć i patrzeć jak inni na Turka idą po łupy i sławę.

– Co ma wisieć nie utonie – zauważyła Kolnicka – Stara to prawda i nie jeden się o tym przekonał. Ty też wcześniej czy później się przekonasz. Służysz u wojewody krakowskiego i jego rozkazów musisz słuchać. Tobie jeszcze nie czas wojować. Pamiętaj przy tym, że jeśli wojska Sobieskiego zostaną pobite to nowe chorągwie i nowe oddziały będzie musiała Rzeczypospolita do obrony wystawić. Skąd weźmie król nowe wojska, jeśli z Sobieskim wszyscy pociągną?

Pozostał więc Janek w Warszawie. Kuba, który się do niego przylepił, nie bardzo lubiany przez panią Kolnicką wyciągał go co wieczór do zajazdów na nocne hulanki. Jeśli nie było w domu wojewody Zasławskiego, który wiele czasu spędzał na zamku i przy sprawach publicznych, ciągnął Janka do pani wojewodziny. Tutaj sprytnie bawił wesołą rozmową podstarzałą damę, ukradkiem, łakomie spozierając na Annę Łucje. Parę razy udało mu się powiedzieć do niej cos takiego, że młoda pani dostawała rumieńców, ale i ożywiała się znacznie.

Któregoś razu, Anna Łucja odeszła na czas dłuższy, a Kuba pożegnał się z panią wojewodziną namawiając Janka, aby jeszcze pozostał. Wojewodzina również prosiła Janka o to samo i opowiedział coś o swoim ojcu. Janek pozostał. Kiedy znowu zjawiła się Anna Łucja bystre oko młodzieńca wnet spostrzegło nieład jaki zapanował we włosach Anny. Jej usta aż posiniały. Nie zauważyła tego matka, gdyż jej wzrok nie był już tak dobry jak w młodości, ale Janka zdziwiła ta odmiana. Sprawa wnet się wydała, gdy spotkał ponownie przyjaciela. Kuba nie wytrzymał, aby nie pochwalić się miłosną zdobyczą.

– Niech dowie się wojewoda – ostrzegł go Janek –  a każe zedrzeć z ciebie skórę i zrobić z niej bęben.

– Nie dowie się – Kuba lekko przyjął ostrzeżenie.

Jesienne dni były takie, że albo siedzieć było w zajeździe przy kielichu wina, albo pozostawać w domu. Tu Kolnicka sprawująca pieczę nad Marią, odruchowo zaczęła ją roztaczać i nad Jankiem traktując go jak syna. To mocno ograniczało Janka. W trosce o niego, goniła Kubę gdy się tylko pokazał, a wpadała w furię gdy próbował go wyciągnąć z domu na nocne hulanki. Tak Janek stał się niemal więźniem, a każda z trzech kobiet stawała się jego stróżem. Marysia na polecenie Kolnickiej sypiała teraz razem z nią w jednym pokoju. Było to na rękę Misi. Nie trwało to jednak długo. Kiedy któregoś dnia nieopatrznie Janek ziewnął przy stole, a Misia jak zarażona również nieznacznie przyłożyła rękę do ust, Kolnicka wydała nowe polecenie. Od tej pory trzy kobiety spały w jednej komnacie. Ciotka, aby zachować pozory, tłumaczyła to ukazywaniem się ducha zmarłego męża, który miał według niej krąży po domu. Przed snem modliła się długo za jego duszę przymuszając do modłów również Marysię i Misie. Modły te trwały zazwyczaj tak długo, aż obie dziewczyny usypiały niemal na klęczkach. Dopiero wówczas pozwalała im kłaść się spać. Dom Kolnickiej stał się od tej pory aresztem dla Janka, a dla obu dziewcząt klasztorem. Sama Kolnicka wzdychała coraz częściej nie zauważając tego. Chętnie też rozmawiała o nowinach, jakie skąpo docierały od wojsk dowodzonych przez hetmana Sobieskiego.

Dni były zimne i deszczowe i może dla tego Janek nie wyrywał się zbytnio z domu w którym zamieszkiwał od czasu swego uwolnienia. Przywykły do samotności w leśnej głuszy, gdzie spędził dzieciństwo i młodość nie nudził się, a wręcz przeciwnie, znajdował radość i zadowolenie z towarzystwa jakie go otaczało. Nadszedł listopad, gdy któregoś dnia dobrze już po południu, zjawił się w domu Kolnickiej wachmistrz Piekota z oznajmieniem, że natychmiast chce go widzieć wojewoda krakowski. Janek szybko narzucił na siebie wierzchnie ubranie i wyszedł za Piekotą.

– Dokąd zmierzasz? – zapytał widząc, że wachmistrz nie prowadzi go do pałacu Zasławskich

– Do zamku jego królewskiej mości – odparł krótko Piekota.

– Do króla?

– Nie, do wojewody.

W przyległych do pokoi królewskich komnatach gromadzili się najwyżsi dostojnicy w państwie. W jednej z takich komnat wojewoda Zasławski rozmawiał z biskupem krakowskim Andrzejem Trzebnickimi i podkanclerzym Olszowskim.

Do tej właśnie komnaty wprowadzony został Janek i Piekota.

Wojewoda skinął na nich ręką a gdy podeszli zaczął tymi słowy.

– Ważną i tajną nowinę trzeba pilnie zawieść do hetmana koronnego, który poza granicami Rzeczypospolitej przeciw Turkom staje. Rzecz w tym, aby on pierwszy przed resztą wojska ją usłyszał i do paniki czy tumultu jakiego nie dopuścił. Bo zguba by to była dla nas wszystkich i całej tej Rzeczypospolitej. Masz panie Janie przyjaciela, którego jak słyszałem zwiesz Kubą. Otóż samotrzeć z nim i z wachmistrzem Piekota ruszycie za godzinę z nowiną, jaką ci przekażę przed samym wyjazdem. Domyślasz się, że nikt nie ma prawa wiedzieć, dokąd jedziesz, bo znaleźliby się ludzie, którzy chętnie życia każdego z was by pozbawili, byście do hetmana pierwsi wieści nie donieśli. Są wszak płatni zdrajcy, którzy będą chcieli zanieść wieść do wojska, aby popłoch i zwątpienie posiać. Dlatego najlepsze, najbardziej śmigłe konie dostaniecie, byście pierwsi u hetmana stanęli. Dzień i noc przyjdzie wam jechać. Spać i pożywiać w siodle. A jeszcze i pomiędzy podjazdami tatarskimi, których pełno wokół polskiego obozu będzie, przemykać. Tu macie trzy listy, dla każdego z was po jednym, w których król pisze o tym, że zaciężne wojska i nasza husaria z wielkopolski w sile dziesięciu tysięcy idzie hetmanowi w sukurs. List taki jeśli, aby jeśli któryś z was nie daj bóg, w ręce tatarskie, albo tureckie wpadł zmylił wroga. Listy te zatem nieprawdę mówią i o tym hetmanowi trzeba powiedzieć. Prawdziwa wieść ustnie będzie przekazana. Ale ją dopiero powiem, gdy już w siodłach będziecie. Ktokolwiek by pytał cię panie Janie mów, że do Krakowa wysyłam, abyś resztę mojej jazdy do Warszawy przyprowadził.

– Zdradzisz się niebacznie, życiem to możesz przypłacić. Teraz idźcie gotować się do drogi. Za godzinę w moim pałacu czekaj na ostatni mój rozkaz. Myślę, że z radością przysłużysz się hetmanowi. Na wielką u niego łaskę będziesz mógł liczyć i wdzięczność ci z pewnością okaże, gdy tego czynu dokonasz.

Janek podziękował szczerze uradowany i ruszył za Piekotą szykować się do drogi. Był pewien, że stanie w szeregach rycerstwa prowadzonego przez wielkiego hetmana.

Podkanclerzy Olszowski, który słuchał uważnie wojewody Zasławskiego, wyraził zdziwienie, że tak młodego i niedoświadczonego człowieka używa do tak ważnej misji.

– To prawda, że niedoświadczony, ale pewny i zaufany, przy tym jakąś dziwną miłość ma do Sobieskiego. Ponoć to powinowaty mojej małżonki. Za to Wachmistrz Piekota, ma rozum, doświadczenie i nadaje się do takiej misji jak nikt inny. A przecież chodzi oto, aby choć jeden posłaniec dotarł do hetmana z wiadomością. Jeśli nie przedrze się żaden z nich, to może przedrze któryś z tych, których wasza miłość wysyłasz. W taki sposób możemy być pewni, że wiadomość dotrze na miejsce. Jeśli dotrą i moi i waszej wysokości ludzie to tym lepiej, bo Hetman będzie miał nie tylko wiadomość, ale i jej potwierdzenie przez drugą grupę posłańców.

– Jeśli zaś wpadnie który w ręce tatarskie, nie będzie to wielka strata, szczególnie tego obwiesia, którego za sobą Mleszkowski na moje pokoje wprowadza – pomyślał wojewoda o Kubie.

*

Janek ledwie wpadł do domu Kolnickiej, już od drzwi krzyczał, że z pilną misją od wojewody rusza natychmiast w drogę.

Marysia pobladła. Myśli jej rozpierzchły się jak stado wróbli. Misia przygryzła wargi i gniewnie ściągnęła brwi. Kolnicka wybuchła gniewnie.

– Dokąd to, jeśli można zapytać.

– Do Krakowa.

– Do Krakowa? – z niedowierzaniem zapytała Kolnicka. – Czy może do Sobieskiego pod szable tureckie?

– Do Krakowa – skłamał Janek – Przyprowadzić tą resztę jazdy, która pozostała w Krakowie. Tu jest ona potrzebna. Tu zostanie uzupełniona i z stąd odprawiona na Podole.

– Pogoda teraz taka, że psa z kulawą nogą na dwór bym nie wypuściła, a pan wojewoda w tak daleką drogę ciebie wysyła. Nie ma dość innej służby, tylko ciebie tam musi słać?

– Ma do mnie zaufanie, a ludzi teraz mu brakuje, bo wszystko, co miał z hetmanem pociągnęło.

– Ma jeszcze hultajów i darmozjadów dosyć. Upierała się Kolnicka. Ot chociażby swojego wachmistrza Piekotę i paru innych. Jutro z samego rana pójdę przytrzeć nosa panu wojewodzie, by mi ciebie nie ruszał i zdrowia twego w jesienny czas na szwank nie wystawiał.

– Dzisiaj jeszcze jadę. Za godzinę mam na konia siadać.

– Na noc? – krzyknęła Kolnicka. – Nigdzie nie pojedziesz. Nie pozwalam. Nie puszczę!

– Ruszam natychmiast – Janek wpadł w furię nie mniejszą niż Palladia.

– Nie w niewoli tu jestem, ale w gościach. I zatrzymać się nie dam. Przyszedłem tylko, aby się pożegnać i ruszam natychmiast w drogę – tu podszedł szybkim krokiem do Kolnickiej, chwycił ją za ramiona i ucałował siarczyście w oba policzki. Chciał się odwrócić do Misi, aby i ją w kolejności pożegnać, ale Kolnicka chwyciła go silnie za rękaw.

– Czekaj gwałtowniku. Czekaj, tak cię nie puszczę. Musimy cię na drogę zaopatrzyć, abyś nam nie pomarzł. Nim się zbierzesz z powrotem i grudzień będzie, a bez szuby futrem podbitej na koniu przewieje cię do szpiku kości. Półpancerzyk także się przyda w drodze, bo od przygody może obronić – dodała chytrze.

Janek nie przejrzał podstępu, ale pamiętając, że pierwsza rzecz to pośpiech, odmówił jego przyjęcia.

Kolnicka odetchnęła uspokojona.

Zaczęła się gorączkowa krzątanina. Bo oprócz ciepłej odzieży, także derek chroniących przed deszczem i słotą, zapas żywności i nieco gorzałki trzeba było wziąć ze sobą, a to na luzaka ładowano, gdyż drugi koń w drodze czasem bardzo jest przydatny. Pożegnał się w końcu bardzo ze wszystkimi czule i ze ściśniętym sercem, przyjazny sobie dom opuścił.

W budynku, w którym służba i niewielki oddział dragonów wojewody stał, Janek zastał Piekotę i Kubę.

– Chcesz w drogę na noc i przy takiej pogodzie ruszać – zapytał Kuba z bardzo kwaśną miną.

– Taki rozkaz – odparł krótko Janek.

– Komu rozkaz to rozkaz. Ja sobie panem i swoich słucham rozkazów. A ty Janku, bierz ze mnie przykład.

– Jedziesz ze mną – zawyrokował Janek – Chcesz szlachectwa się dosłużyć to moich rozkazów musisz słuchać. A chcesz mi być przyjacielem to w potrzebie mnie nie opuszczaj. Rzeczywiście bieda to, o takiej porze roku w drogę ruszać. Ale zwiniemy się szybko.

– Cho… cho… chodźmy konie wasze wyprowadzić – przerwał Piekota.

Janek, a za nim Kuba weszli do stajni. Przy żłobie, do którego sypał stajenny owies stały dwa wspaniałe rumaki.

– Takie konie? – zachwycił się Kuba – Ja mam dosiadać takiego konia? – pytał nie wierząc własnym oczom.

Konie były najczystszej krwi arabskiej i każdy poznawał, że są bardzo szybkie. Po wyprowadzeniu ich ze stajni i przygotowaniu do drogi Janek i Piekota poszli do pana wojewody po ostatnie rozkazy.

– Oto wieść, jaką macie przekazać tylko hetmanowi wielkiemu koronnemu i nikomu innemu – wojewoda na chwilę umilkł.

– Najmiłościwiej nam panujący król, Michał Korybut Wiśniowiecki, zmarł dnia dzisiejszego. Niech bóg ma duszę jego i nas wszystkich w swojej opiece. Niech chroni nas i tą naszą w tak wielkim niebezpieczeństwie pozostającą Rzeczypospolitą. Hetman wojska prowadzi pod Chocim, by Turka pobić. Teraz, gdy śmierć zabrała nam króla, albo niech cofa się pilnie w granice Rzeczypospolitej, albo niezwłocznie bitwę walną z turczynem stoczy, póki żołnierz nie wie złej nowiny. Inaczej może dojść do paniki, jaka już raz na tamtych ziemiach się zdarzyła jeszcze za hetmana Żółkiewskiego. Klęska wtedy może być taka, jakiej nasze oczy nie widziały. Od was i waszego pośpiechu zależy czy hetman pierwszy dowie się o śmierci króla. My tymczasem zgon króla ukryć będziemy starali się jak najdłużej. Co nie jest takie pewne gdyż i niektórzy medycy i dworzanie o niej wiedzą. Przeto nie zatrzymujcie się w drodze, konie możecie na śmierć zajeździć, ale hetman nowinę musi poznać pierwszy.

– Tak się stanie choćbym miał zdrowiem, lub krwią własną za to zapłacić – rzekł  przejęty złą nowiną Janek.

– Więc w drogę. Niech Bóg was prowadzi i osłania.

*

Ledwie wyjechali za miasto a już zaczęło się ściemniać. Niebo było pokryte ciemnymi, ołowianymi chmurami. Zimny wiatr dmuchał w plecy jakby poganiał posłańców.

Droga była pusta, wiec Piekota pośpiesznie prowadził trzyosobowy oddział wciąż ponaglając konie. Jechano na południowy wschód traktem na Lublin, Sandomierz, Lwów i Stanisławów. Gdy już kierunek ten był jasny Kuba zatrzymał konia w miejscu.

– Dokąd właściwie nas wojewoda posyła? – zapytał. – Chyba nie na Turka?

– Właśnie tam – odparł krótko Janek.

– We trzech mamy pobić armię padyszacha, a jego samego pojmać i rzucić pod nogi królowi? Czy nadstawić nasze kapuściane głowy pod szable janczarów by je poszatkowali na bigos?

– Nie mędrkuj i nie stój, bo czasu szkoda. Ruszamy dalej.

– Ruszajcie dalej sami. Ja Turka lubię i krzywdy mu czynić nie zamierzam. A im dalej jestem od jego krzywej szabli tym spokojniejszy jestem o swoją dusze.

– Albo jedziesz dalej z nami albo złazisz z konia i o kiju wracasz skąd przyszedłeś – zagroził rozgniewany Janek.

Na drodze rozległ się tętent kopyt końskich od strony, z której jechali.

– To wojewoda po nas posyła byśmy wracali – odezwał się Kuba.

– Wszyscy trzej skierowali wzrok w stronę, z której spodziewali się dojrzeć jeźdźców.

– Go… gotuj broń – skomenderował cicho czujny jak zawsze Piekota.

W szarości zbliżającej się nocy, ukazało się czterech jeźdźców w pełnym galopie. Zbliżali się bardzo szybko. Uniesieni w siodłach zdawali się mierzyć w nich z łuków.

– Kładź się – krzyknął Piekota przywierając do szyi końskiej i bijąc rumaka ostrogami. Janek niemal odruchowo zrobił dokładnie to samo, co wachmistrz. Koń niósł go krawędzią drogi tak, że nacierających miał po swojej prawej stronie. Syknęła tuż nad nim wypuszczona strzała. Mógł się teraz wyprostować i ciąć nadlatującego napastnika, który rzucił łuk i sięgał po szablę. Zabrakło mu na to jednak czasu, więc zwinął się pod brzuch koński ratując się od cięcia. Janek uderzył po siodle, z którego jeszcze nie zsunęła się noga jeźdźca i zaraz zawrócił niemal w miejscu konia. Poznał wartość i zwrotność konia, który już dochodził następnego napastnika. Zajechał go od jego lewej strony jak mu zawsze przykazywał ojciec i ciął przez krzyż. Lecz w tej samej chwili jeździec zwinął się w siodle i odparował uderzenie sam zadając następne, wstrzymując jednocześnie konia by puścić Janka do przodu i bić go z kolei od tyłu. Ale i Janek wstrzymywał konia i tak zmagali się w gwałtownej walce, aż Janek zrozumiał, że nie poradzi sobie z przeciwnikiem.

Udał, że rezygnuje z dalszej walki coraz bardziej powstrzymując rumaka i kierując go w bok, lecz gdy tylko jeździec oddalił się o dwa skoki końskie, sięgnął po łuk i nałożył na cięciwę strzałę. Było już zbyt ciemno, aby dokładnie mierzyć, więc wypuścił strzałę w cień jeźdźca i pomimo mroku był pewien, że wbiła się ona w plecy napastnika. Zatrzymał konia i rozejrzał się po drodze. Wachmistrz Piekota zbliżał się na swoim wronim koniu z okrwawiona szablą.

– Nic ci nie jest sie… sie… sierotko – zapytał.

– Nawet nie draśnięty – zapewnił Janek. – Ale strzała przeszła tuż nad moim karkiem.

– A… a… a gdzie Kuba – spytał ponownie Piekota.

– Kuba – krzyknął na całe gardło Janek. – Gdzie jesteś psi synu. Wracaj, bo cię wilcy objedzą.

Po pewnym czasie z przydrożnych krzaków wyjechał Kuba.

– Dobrze, że w czas was ostrzegłem, tłumaczył, inaczej było by już po was i po waszej misji.

– Te… te… teraz trzymaj się nas. Bo… bo… z nami na drodze bezpieczniej niż tam po chaszczach gdzie czterech kozaków się kryje – przestrzegł Piekota.

– Ni jednego nie ubiliście? – zapytał Kuba.

– Ja dwóch raniłem i to mocno, nie wiem jak Jankowi poszło.

– Ja zaciąłem jednego w nogę, drugiego nie mogłem zmóc, więc mu posłałem strzałę w plecy z bliskiej odległości. Pewnie się nie wyliże.

– Strze… strze… strzelali do nas z łuków – zauważył Piekota – a… a… a zatem miał na plecach kołczan pełen strzał. Jeśliś trafił w kołczan to pewnie i ra… ra… rany żadnej nie odniósł. Pozostają w pobliżu, więc ruszmy się z tego miejsca by i do nas nie zaczęli choćby po omacku strzelać.

Pognano, więc mimo ciemności konie i tak pospiesznie jechano aż do północy. Później wstrzymano się na krótki odpoczynek poczym ruszono już znacznie wolniej. Droga dłużyła się bardzo. Trzech jeźdźców pochylonych do przodu drzemało w kulbakach kiwając się rytmicznie w takt końskiego chodu. Późny listopadowy świt zbudził ich przeraźliwym zimnem pod murami Dęblina. Miasto jeszcze spało, gdy przejeżdżali przez nie w milczeniu, tylko Kuba na widok karczmy w rynku zgrzytnął zębami.

– A cóż to nie zajedziemy na ciepłą jajecznicę i grzane piwo.

– Nie trze… trze… trzeba by nas tu widzieli – mruknął Piekota nie oglądając się nawet na karczmę. Zatrzymali się za to we wsi Bobrowa po przebyciu rzeki Wieprz. Tu w zajeździe Kuba zamówił sobie zaraz dzban grzanego piwa i jajecznicę z dziesięciu jaj na słoninie.

– Może pieczoną gąskę, albo bażanta – dopytywał usłużnie gospodarz zacierając ręce.

– Niech będzie gąska byle tłusta – zgodził się Kuba.

– Nie czas na gąski – zganił wachmistrz – za… za… raz w drogę dalej ruszamy.

– Konie muszą owsa podjeść, a gąska w tym czasie się upiecze – upierał się Kuba –szkoda pańskich koni zmarnować.

Przyniesiono półmiski z jajecznicą, chleb i grzane piwo.

Zajadano się ze smakiem popijając piwem. Kuba pierwszy zjadł, wypił jeszcze duży kubek piwa, położył głowę na stole i chrapnął.

Piekota siedząc na ławie wygodnie oparty o ścianę ciągnął powoli z kubka dumając o sobie tylko znanych sprawach. Gdy gospodarz przyniósł pieczoną gęś, kazał dołożyć jeszcze wędzony boczek, cztery pęta kiełbasy i duży bochen chleba. Włożył to wszystko w torbę podróżną i zapłacił. Teraz uderzył dłonią Kubę przez plecy, że się poderwał jak oparzony i nie oglądając się wyszedł z zajazdu.

Znów ruszono w drogę. Piekota nie szczędził, ani siebie ani koni. W południe minęli Lublin, wieczorem Zamość. Po północy zatrzymali się w na wpół opuszczonym zajeździe, gdzie mieszkała stara baba z głupim i głuchym parobkiem. Postawiono w stajni konie, podsypano do żłobów owsa i po krótkim posiłku wszyscy trzej znużeni długą jazdą zasnęli na sianie. Przed świtem ledwie konie napojono ruszono dalej.

Za dnia przejechano przez Lwów, dalej przeprawili się na drugą stroną Dniestru. Przebyli  wpław rzekę Stryj, minęli Kałusz i znów przyszło im przeprawiać się przez kolejną rzekę. Szczęściem poziom wód, jako że lato było suche i bezdeszczowe był niski. Na noc zatrzymano się w Stanisławowie. Wszystkie karczmy i zajazdy były zatłoczone przez uciekające przed Turkiem tłumy.

*

W mieście panował popłoch. Podjazdy tatarskie podchodziły, aż pod same mury miejskie. Po krótkiej naradzie postanowiono dąć koniom złapać dłuższy oddech, aby nabrały sił przed ostatnim odcinkiem drogi. Rozumiano też, że nocą łatwiej będzie wpaść
w ręce tatarskie. Znów przyszło spać w drewnianej szopie na sianie, ale tym razem przespano całą noc. O świcie ruszono drogą na Śniatyń i Chocim, gdzie właśnie stanął hetman Sobieski naprzeciw kryjącego się za ziemnymi umocnieniami Hussejna Paszay. Wypoczęte konie szły spiesznie aż do południa, kiedy zatrzymano się na krótki posiłek przy niewielkim strumyku. Napojono znów konie i dano im owsa. Wiatr zaczął zacinać zrazu drobnym zimnym deszczem. Później deszcz zaczął się zmieniać w ulewę. Nie było żadnej osłony, gdzie można było się przed nim schronić. Jechano więc dalej ze spuszczonymi głowami, coraz bardziej przemoczeni i zziębnięci. Po godzinie deszcz znowu zmienił się w drobny kapuśniaczek, lecz wiatr to ustawał to znowu się wzmagał.

Wszyscy trzej klęli w duchu taką pogodę a najwięcej Kuba, lecz nikt nie zabierał głosu, gdyż zimno było tak dokuczliwe, że zaciskało szczęki. Nawet konie jakby wolniej człapały przez błotne kałuże. Janek cały zdrętwiały poczuł silne i niemal bolesne szturchniecie Piekoty. Ukosem zerknął w jego stronę i spostrzegł, że wachmistrz wskazuje na drogę przed siebie. Tuż przed nimi w tym samym kierunku posuwał się niewielki oddział jeźdźców na małych tatarskich konikach. Wiatr silnie zawiewał z tamtej właśnie strony, niosąc koński zapach pomieszany z zapachem przesiąkniętej wodą odmierzy.

Piekota uniósł w górę prawą rękę, zatoczył nią kilkakrotnie koło i wysunął ją gwałtownie do przodu. Janek zrozumiał, że gestem tym ostrzega ich przed tatarskim arkanem, na który chwytano nie tylko konie, ale i jeźdźców. Tatarskich strzał, jako że cięciwy w łukach musieli mieć mokre obawiać się zbytnio nie musiano.

Wachmistrz pokazał jeszcze jak chronić się przed arkanem przywierając do szyi końskiej z szablą gotową do odrzucenia zdradliwej pętlicy. Gdy to zrozumieli dał znak do ataku na Tatarów. Konie uderzone ostrogami skoczyły gwałtownie w przód. Już byli na karkach Tatarów. Cieli po łbach i ramionach, całkowicie zaskoczonych jeźdźców, którzy pierzchali we wszystkie strony. Starcie trwało jedną zdawało się chwilę. Konie raz poderwane do biegu rwały jak szalone do przodu. Janek przytulony do mokrej grzywy końskiej obejrzał się za siebie. Część Tatarów ruszyła w pościg. Odległość pomiędzy nimi, a pościgiem szybko rosła. Kuba pierwszy prowadził w ucieczce na swym śmigłym rumaku, wachmistrz ledwie nadążał w tyle.

– Wstrzy… wstrzy…maj go – krzyknął do Janka – wstrzymaj tego szaleńca, niech tak nie pędzi.

Janek dopadł do konia Kuby i uchwycił uzdę tuż przy pysku.

– Co czynisz? – krzyknął strwożonym głosem Kuba – Chcesz, aby nas wyłapali?

– Czekaj na wachmistrza, bo ściągnę cię z konia.

– Rzuć go psom na pożarcie.

Tym razem Janek chwycił Kubę za kołnierz i pociągnął do tyłu tak mocno, że aby utrzymać się w siodle musiał ściągnąć konia.

Nadbiegł na swym spienionym koniu wachmistrz i obu ofuknął groźnym głosem

– Psia wasza szlachecka mać – zaklął po raz pierwszy od Stanisławowa – Gna… gna..jcie dalej tak wasze konie, a wnet wam padną. Chcecie ujść z życiem to posuwajcie się tak szybko jak Tatarzy. Nasze konie są szybsze, ale nie tak wytrzymałe jak tamte. Więc nie forsujcie je zbyt szybkim biegiem. Kto wie, kogo jeszcze spotkamy na drodze? Ile jeszcze przed nami tatarskich i tureckich podjazdów?

Wstrzymywano bieg rumaków, bacząc jednak przez cały czas, aby oddział tatarski nie przybliżał się ani na krok. Tak mijał czas pełen napięcia i niepewności. Teraz uważniej niż poprzednio obserwowano także drogę przed sobą, a także teren dokoła. Po dwóch godzinach takiej jazdy konie zaczęły ustawać. Coraz, częściej trzeba było używać bata, aby poderwać je znów do szybszego poruszania.

– Przy… przyjdzie nam zje… zjechać z drogi i ro… rozdzielić się – odezwał się Piekota.– Szu.. szukać ratunku w po pojedynczym przedzieraniu się do obozu he… hetmana.

– Uderzcie we dwójkę na Tatarów – zaproponował Kuba – a ja dojadę do obozu i list królewski oddam szczęśliwie hetmanowi. Mam najszybszego wszak konia.

– Nie najszybszego tyle, że najszybciej uciekasz – zauważył Janek.

– Tak czy inaczej list królewski doręczę.

– Nie od kró… króla to list, choć kró… królewskie na nim pie… pieczęcie, i nie o list tutaj cho… chodzi któren samą nie… nieprawdę podaje – wyjaśnił wachmistrz.

– Więc ja życie swoje na szwank wystawiam dla fałszywego listu? – żachnął się Kuba – Obym się nigdy z karczmy nie ruszał. Konia mi się zachciało pięknego. A teraz go stracę i w niewolę pójdę, albo mi Tatar gardło nożem poderżnie. Co też nie jest dla mnie uciechą.

– Bę.. będzie dla Ta… Tatara.

– Litość mnie wzięła, kiedy nagiego nieboraka za rękę przywiązanego do gałęzi zobaczyłem, a trzeba mi było iść i nie zatrzymywać się. Nie uciekałbym dzisiaj od Tatarów i zębami z zimna nie szczękał.

– Ze strachu szczękasz – przyciął Janek

– Sam już nie wiem, czemu szczękam, może z zimna, może ze strachu, a może i z głodu, bo i żołądek mam pusty. Nie zostało w torbie kawałka pieczonej gąski?

Koń pod Kubą się potknął i niemal nozdrzami dotknął rozmokłej ziemi, po czym stanął rozstawiwszy szeroko przednie kopyta.

– Koń mi pada – krzyknął rozdzierającym głosem Kuba – Ratujcie moja duszę.

– Du… dusza do… do nie… nieba pójdzie, jeśli z ręki po… poganina zginiesz – pocieszył go Piekota – Złaź z ko… konia i złap za ogon mego. I bacz, aby cię mój wr… wrony ogier nie ko… kopnął, kiedy przy jego zadzie będziesz bi… biegał.

– Boże już po mnie – jęczał Kuba, przerażony do najwyższego stopnia.

– Jakieś wojsko przed nami – zauważył Janek – Oby nie byli to Turcy bo już będzie po nas.

Tatarzy, którzy ich ścigali również musieli zauważyć znaczny oddział w przedzie gdyż i oni się wstrzymali. Zbliżał się już wieczór, a o tej porze roku noc przychodzi wcześnie i jedyną ucieczką było uskoczyć w bok i szukać schronienia w najbliższych zaroślach. Na zmordowane konie nie było już co liczyć.

– Wyjadę w przód zobaczyć, co to za wojsko – zaoferował się Janek ruszając koniem. Daleko nie odjechał jak zaczął machać ręka przywołując do siebie Piekotę i Kubę. Jak istne zbawienie powitali silny podjazd polski złożony z dwóch chorągwi pod komendą pana Hieronima Grzmotnickiego

Dowiedziawszy się, że ścigani są przez Tatarów pan Grzmotnicki zaraz posłał w przód dwudziestu swoich żołnierzy, aby łapali ordyńców i do obozy wiedli. Słysząc, że z Warszawy z listami do hetmana jadą, zawrócił chorągwie i już bezpiecznie posłańców prowadził przed samego hetmana.

Noc już była, gdy do obozu dotarli. W namiocie hetmańskim światło się paliło i narada się odbywała na której obaj hetmani byli, litewscy wielki, Michał Pac i polny Michał Kazimierz Radziwiłł, a także pan Sieniawski, Jabłonowski, Dymitr Wisniowiecki i inni przedni oficerowie.

Tak wyszło, że Janek stanął przed hetmanem mając po lewej wachmistrza, po prawej Kubę.

– Z Warszawy przybywacie z wieściami? Listy jakieś macie? – zagadnął hetman Sobieski, gdy pozostali panowie ciekawie obserwowali przybyszów.

I Jankowi i Kubie z wrażenia, że przed takimi dygnitarzami stają mowę odebrało, tylko wachmistrz przywykły do rygoru i pilnego wypełniania służby dał odpowiedź prężąc się przy tym w żołnierskiej postawie.

– Wa.. wachmistrz Piekota. Z.. z..  pi.. pi.. pilną wia.. wia.. wiadomością do.. do.. wa.. wa.. waszej wy.. wysokości. Od pa.. panów Za.. Zasławskiego wo.. wojewody kra.. krakowskiego i bi.. biskupa kra… krakowskiego.

– Wiadomość jest pilna, aliści waćpan nie pilnie ją przekazujesz – zauważył Sobieski.

Wszyscy zgromadzeni wybuchneli wesołym śmiechem. Śmieli się i Janek i Kuba, choć im się śmiać przy tak wielkich panach nie wypadało. Tylko wachmistrz mocno skonfundowany stał rumieniąc się jak panienka. Przeto Janek pierwszy się powstrzymał od śmiechu i równie jak Piekota za jego przykładem stał wyciągnięty jak struna.

– A ty jak się nazywasz? –zapytał Sobieski zwracając się wprost do Janka.

– Jan Mleszkowski.

Mówić możesz normalnie jak człowiek, czy też język sobie przygryzłeś?

–Mogę.

– Więc mów.

– Rozkaz otrzymałem, aby tylko samemu hetmanowi wielkiemu królewskiemu wiadomość przekazać.

– Nie ma tu hetmana wielkiego królewskiego – zaśmiał się znowu Sobieski – Ale jest hetman wielki koronny, więc jemu wiadomość przekaż i list, jeśli taki otrzymałeś.

Janek natychmiast sięgnął po list i podał hetmanowi.

– W liście tym nieprawda jest, wyjaśnił od razu. Napisane jest, że dziesięć tysięcy zaciężnego wojska idzie w sukurs, co nieprawdą jest, gdyż takiego posiłku nie ma. Listy wydano na wypadek jeno, aby wroga strwożyć, gdyby któryś z nas popadł w niewolę tatarską lub turecką.

Hetman zmarszczył brwi.

– Cóż, więc za wiadomość nam król posyła?

– Czy wolno mówić mi przy wszystkich tu obecnych mości panach?

– Mów, wszak najwyżsi to dostojnicy i najlepsi wodzowie w tej Rzeczypospolitej – uciął krótko Sobieski.

– Jego wysokość wojewoda krakowski kazał zanieść wiadomość, że najjaśniej nam panujący monarcha rozstał się z życiem.

– Sobieski opuścił rękę, w której trzymał list i długie ciężkie spojrzenie skierował na swoje otoczenie.

– Oto mamy odpowiedź na to, co nam wypada jutro czynić – Powiedział głuchym głosem – Zarządzam wyprowadzenie przed szańce wszystkich naszych wojsk do walnej z Turkami rozprawy. Proszę wszystkich tu obecnych waszmościów o zachowanie jak największej tajemnicy o śmierci naszego monarchy. Tak, aby zła ta i tragiczna nowina nie dotarła do żołnierzy.

Poszczególni wodzowie i dostojnicy zaczęli opuszczać namiot, aby wydać rozkazy, co do jutrzejszej bitwy.

Chciał i Janek wyjść, ale go Sobieski wstrzymał.

– Widzę żeś wymęczony – zagadnął – Pewnie chętnie na spoczynek byś poszedł. Ale taki to zwyczaj, że gdy posłaniec, jaką wielką nowinę przyniesie to o nagrodę może prosić.

– Dobrej nowiny nie przyniosłem – odparł Janek zmartwiony – Ale że drugi raz nie będę miał pewnie okazji stanąć przed waszą wysokością to dziś poproszę, abym mógł jutro w husarskiej chorągwi hetmana wielkiego koronnego na Turka uderzyć. Choćbym miał to życiem przypłacić. O to tylko proszę.

– Jakże twoja godność? – zapytał ponownie Sobieski

– Jan Mleszkowski z Mleszewa.

– Słyszałem to nazwisko nie tak dawno w Warszawie. Ty żeś to moich husarzy na pojedynek wyzwał.

– Niebacznie to uczyniłem w gniewie i bez zastanowienia.

– Najpierw Różewicza.

– Myślałem że młody jest i łatwo sobie z nim poradzę.

– Potem Dąbę, który mnie zawsze w boju osłania.

– Myślałem zatnę go po brzuchu, który mu nadmiernie wystawał.

– I na koniec Knieziewicza, który wśród wszystkich moich żołnierzy najlepiej szablą robi i za mistrza go mamy.

– Więc może bym mu i krzywdy żadnej nie zrobił – odparł Janek.

– W husarskiej mojej chorągwi walczą sami najbardziej doświadczeni rycerze i grzech byłby tam niedoświadczonego młodzika dawać. Ale też i grzechem byłoby – tu hetman zamyślił się przez chwilę –  takiego dzielnego młodzieńca do chorągwi tej nie przyjąć.

– Jankowi rozjaśniła się twarz.

– Ale uważaj na siebie. Da bóg na Turku wiktorię, to nową wieść poniesiesz z powrotem do Warszawy. Tym razem tuszę, że radosną.

Odc. 13

Rozdział 6

Bitwa

Wojska budzono jeszcze przed świtem. Rozniecano przygasłe ogniska, warzono strawę, upychano wędzone mięsiwo, kiełbasy i chleby do sakiew. Napełniano puste menażki i manierki. Przeglądano oporządzenie i uprząż. Pojono konie. Księża odprawiali msze i udzielali komunii świętej. Powoli chorągwie formowały szyki. Sobieski osobiście objeżdżał poszczególne znaki. Często się zatrzymywał i rozmawiał z żołnierzami. Dodawał otuchy i wiary. Serce rosło w rycerstwie, gdy tak widziało swego wodza poważnego i spokojnego, pewnego zwycięstwa i wiary w siebie i w tych, którym przewodził. Coraz to podnosiły się wiwaty. I już następne szeregi wyglądały go, aby przywitać gromkim okrzykiem.

– Wiwat Sobieski, wiwat hetman wielki koronny. Wiwat nasz wódz i ojciec ukochany.

Podjechawszy do swojej własnej chorągwi husarskiej, zatrzymał się przy panu Dąbie, stojącym w jednej lini z Knieziewiczem i Rózewiczem. Był tam i pan Jan Mleszkowski.

– A jak się zakończył ten wasz pojedynek za starą basztą? –zapytał  – Tego nikt z was mi nie powiedział.

– Rozbiliśmy w puch królewskich dragonów, którzy zastąpili nam drogę – wypalił bez namysłu Dąba.

– Rozbijcie dziś w puch wojska Hussejna Paszy – rzekł Sobieski.

– Prowadź nas hetmanie, a rozbijemy je – krzyknięto z zapałem.

– Wiec wychodźcie przed szaniec i zajmujcie środek pola – rozkazał hetman – Czas nam ten trud podjąć dla chwały polskiego oręża, dla chwały najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Chorągiew ruszyła jako pierwsza, za nią podążyły inne.

Szły więc w kolejności, chorągiew pancerna króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego prowadzona przez chorążego koronnego Mikołaja Sieniawskiego, chorągiew husarska kasztelana krakowskiego, chorągiew prymasa Floriana Czartoryskiego, chorągiew Hieronima Lubomirskiego kawalera maltańskiego, chorągiew wojewody bracławskiego Jana Potockiego, chorągiew Koniecpolskiego, chorągwie ruskie prowadzone przez Dymitra Wiśniowieckiego, litewskie pod hetmanem wielkim litewskim Michałem Pacem i pod szwagrem Sobieskiego, Kazimierzem Radziwiłłem. Szły pułki kozackie wierne Rzeczypospolitej i wojska Mołdawii przyprowadzone przez hospodara Stefana Petryczejkę. Szły pułki z Multan hospodara Ghika.

Pole pokrywało się zbrojnymi hufcami. Chrzest rzędów końskich, stukot kopyt, rżenie koni i krzyki komend, zlewało się w jeden dźwięk groźny, zwiastujący dzień mozolny i krwawy. Niósł się ten dźwięk jak poszum tajemniczy i straszny, zwiastujący bliską już obecność śmierci, Nadlatywała ona z zimnym wichrem by plon swój obfity tego dnia z pola zbierać.

Wojska tureckie również wysypywały się w wielkiej swej masie z obozu i szykowały w karnych szeregach tuz przed wałami ziemnymi jakie obóz ich osłaniały.

Za nimi na wałach sto większych i mniejszych dział stało gotowych słać śmiercionośne kule. Działa te czekały cierpliwie na śmiałków, którzy odważą się przybliżyć. Teraz milczały, lecz samym widokiem swym odstraszały i osłaniały jednocześnie stojące w dole, przed nimi pułki tureckie. Wycelowane w środek pustego pola, które rozdzielało obie armie, miały zdruzgotać atakującą polską jazdę gdyby odważyła się na szarżę. Ogień z tych dział, skierowany na wprost, byłby szczególnie wyniszczający, gdyż nisko lecące żelazne kule spadając na zmarzniętą i kamienistą ziemię nie grzęzłyby w niej lecz toczyły po niej podskakując i niszcząc wszystko na swej drodze, aż do wytracenia całego swego impetu.

Hussejn Pasza na wspaniałym czystej krwi arabskiej rumaku, z wysokości wałów obserwował wojska po drugiej stronie rozległej równiny. Ranek, chociaż bardzo zimny i wietrzny był początkowo pogodny i słoneczny, mógł więc dokładnie widzieć jak poszczególne pułki i chorągwie polskie, ruskie i litewskie zajmowały pozycje poza zasięgiem tureckich dział. Jednego wszak jeźdźca szukał swym bystrym wzrokiem, aż go ujrzał i rozpoznał. Odległość była zbyt duża, aby dojrzeć jego twarz, ale maść jego konia i postawa jeźdźca wyróżniała go znacznie spośród zwartej masy ludzi i koni. Przemieszczał się on szybko w różnych kierunkach, zatrzymując czasem na niedługą chwile. Do niego dopadali pojedynczy jeźdźcy, by za chwile wracać do własnych szeregów. Widać było, że jest to wódz i hetman tych wojsk i cała komenda w jego rękach spoczywa. Na koniec wódz ten stanął w środku swych pułków i znieruchomiał.

– Teraz patrzy na nas – pomyślał Hussejn Pasza – Widzi nasze zastępy, wojowników Mahometa. Przed nami pierzchają nieprzyjaciele. Niewierni padają na twarz by błagać pokornie o swe nędzne życie. Ten lew z północy nie zna leku. Brak w nim pokory
i dla tego przybył tu po swoją klęskę i śmierć. Przy boku ma swoją ciężką jazdę, która gotowa jest stratować wszystko. Ale gdy ją ruszy z miejsca, nim dobiegnie pół drogi zatrzyma ją ogień i żelazo. Rozerwie jej ciało na krwawe strzępy. Porazi i odrzuci w tył. Resztę dopełni moja jazda. Patrzy na mnie stojącego na wale i dostrzega mnie pod wielką zieloną chorągwią proroka. Oby Allach poraził jego wzrok – Hussejn Pasza odruchowo pochylił nieco głowę w dół. Twarz jego przybrała ponury wyraz zaciętości i podświadomego lęku.

Sobieski istotnie, w tym momencie obserwował jeźdźca na wierzchołku wałów, domyślając się w nim osoby Hussejna Paszy. W odróżnieniu jednak do wodza tureckiego, nie odczuwał lęku, czy nawet niepokoju.

Bardziej od osoby Turka, więcej uwagi i myśli skupiał na baterii dział rozlokowanych na wałach ziemnych poza plecami tureckiej jazdy. Przeczuwał, że może ona być groźna i jeśli nawet nie powstrzyma brawurowego ataku husarii, to jednak wyrządzi jej znaczne szkody, a to odbije się ujemnie na sile jej uderzenia. Przywykły oszczędnie szafować krwią swoich żołnierzy, nie chciał jej użyć w tak niedogodnych dla niej warunkach. Nie spieszył się zatem i czekał cierpliwie na błąd przeciwnika. Tym czasem wezwał do siebie dwóch pułkowników kozackich, Chruściela i Jaworowicza i z nimi zaczął się naradzać jak nieprzyjaciela wyciągnąć na środek pola. Gdy plan został ułożony, obaj pułkownicy odjechali do swoich kozaków, by im wyjaśnić co i jak mają czynić.

Godzinę później dwa tysiące kozackiej jazdy, zaczęło rozlokowywać się w luźnych grupach przed husarią hetmańską. Kozacy nie trzymali żadnych szyków. Rozpraszali się na całej przestrzeni w zupełnym nieładzie. Część z nich bardzo powoli posuwała się ku Turkom, inni jednak pozostawali w tyle, tuż przed zwartymi szykami husarii. Najbardziej śmiali, najdalej wysunięci do przodu, zaczęli głośno lżyć Turków i ich Mahometa. W odpowiedzi z nasypu rozległ się huk. Był to wystrzał z dwóch dział. Kule spadły jednak przed kozakami tocząc się jeszcze po ziemi, niemal że pod same końskie kopyta. W odpowiedzi kilkudziesięciu kozaków dobyło samopały i oddało strzały w kierunku jazdy tureckiej nie czyniąc jej wszak, ze względu na odległość, żadnej szkody. Kilka kolejnych dział zagrzmiało plując ogniem i żelazem. Ledwie jednak żelazne kule spadły na ziemię i zamarły w bezruchu, rozległ się dźwięk krótkiej trąbki. Na ten sygnał dwa tysiące jeźdźców poderwało się do szalonego biegu. Wydało się, że kozacy w jedno stopili się ze swoimi końmi. Leżąc na karkach rumaków jak wicher gnali po płaskim terenie coraz bardziej przybliżając się do tureckich szeregów. Salwa z dział, błysk ognia i świst przelatujących kul zmroził nie jedno męskie serce. Salwa ta była jednak nierówna i spóźniona i nie biła w zwartą masę jeźdźców lecz w rozproszoną jazdę pomykającą w szaleńczym pędzie na przód. Nim działa zostały ponownie załadowane, już Wołosi i Mołdawia dobiegła do Turków rozlokowanych na skrzydłach, a lekkie znaki litewskie i dragoni królewscy wsparli uderzenie kozaków. Bój rozpoczął się śmiałym, podstępnym atakiem. Nie uczestniczyły w nim jednak, ani chorągwie pancerne, ani husaria zarówno Litwy jak i korony. Sobieski wiedział, że bez tego rycerstwa nie przechyli zwycięstwa na swoją korzyść. Czekał jednak cierpliwie, obserwując zmagania tych, którzy się starli z Turkiem. Bitne wojska tureckie stawiały twardy opór nacierającym i tylko tam gdzie najpierw uderzyły chorągwie kozackie wydawać by się mogło że są spychane do tyłu. Ale w miejscu tym nie było gdzie się cofać, gdyż za plecami był wał ziemny umocniony faszyną i kamieniem, a tak stromy że człowiek z trudem mógłby się nań wedrzeć. Usuwali się więc Turcy ze ścisku jaki się w tym miejscu tworzył na boki, gdzie Mołdawia i Wołosza walczyła nie tak dzielnie i nie z taką jak kozacy brawurą. Gięła się zatem coraz bardziej linia walczących bo już po godzinnych zmaganiach Turcy parli coraz mocniej na skrzydłach zgarniając wrogie sobie oddziały jakby do kotła.

Widząc coraz gorsze położenie znacznej części swej armii, Sobieski kazał grać trębaczom na odwrót. Zawracały więc ciężkie pułki jazdy stojące do tej pory bezczynnie i kierowały się w stronę swojego obozu, kiedy na spienionym koniu dopadł do Sobieskiego sam hetman wielki litewski Michał Pac, mając jedynie przy boku dwóch towarzyszy pancernych i zakrzyknął wzburzony.

– Co czynisz Janie? Więcej niż połowę wojska chcesz pozostawić na zatracenie?

————————————

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s