Miecz króla Jana odc 14a


Widząc coraz gorsze położenie znacznej części swej armii, Sobieski kazał grać trębaczom na odwrót. Zawracały więc ciężkie pułki jazdy stojące do tej pory bezczynnie i kierowały się w stronę swojego obozu, kiedy na spienionym koniu dopadł do Sobieskiego sam hetman wielki litewski Michał Pac, mając jedynie przy boku dwóch towarzyszy pancernych i zakrzyknął wzburzony.

– Co czynisz Janie? Więcej niż połowę wojska chcesz pozostawić na zatracenie?

Odc. 14 a

Ja z pola nie schodzę – odparł spokojnie Sobieski – cofam się jedynie, by mi ustępujący w pośpiechu kozacy szyków nie pomieszali. I by Turek tak jako i ty myślał, że za pokonanego się mam i do obozu chcę się zawczasu schronić. Że kozacy i inne lekkie znaki cofać się zaczną, aby nie zostać okrążeni, to pewne. Dla tego nakazuję byś i ty cofał swoje chorągwie. Cofaj je Michale, lecz tak, abyś mi drogi do ataku nie tarasował i sam był w każdej chwili gotów zwrócić się ku wrogowi. Tak się cofaj by i uciekającym przed Turkiem drogi nie zamykać, bo gdy pod obóz się schronią, tam na nowo się sformują i nas wesprą.

Litwin, wytrawny wódz i doświadczony wojownik, wnet pojął intencje Sobieskiego i równie spiesznie ku swoim pułkom odjechał.

Hussejn Pasza, widząc, że Sobieski schodzi z pola, a za nim pozostające dotąd w bezczynności wojska, już widział klęskę tych, których obserwował pod sobą w dole, walczących resztkami sił. Kazał natychmiast pieszym pułkom zbrojnym w długie spisy, skakać w dół z wałów i zachodzić wroga od tyłu, by im możność ucieczki i ratunku odjąć.

W pełni mógłby zamiar Hussejn Paszy się udać, gdyby Turcy którzy na wałach pozostawali, nie wydali dzikiego okrzyku radości na widok schodzących z pola wojsk.

Słysząc ten wrzask pułkownik Chruściel pierwszy pojął, że zmieniła się jego sytuacja na niekorzyść tak bardzo, iż klęską jego kozaków może się ona zakończyć. Skrzyknął więc wokół siebie kilku najbliższych druhów, by go na czas jakiś osłaniali od nieprzyjaciela, wspiął się na siodło swego konia i tak na nim wyprostowany stojąc, jak żuraw szyję wyciągnąwszy wokół pilnie się rozglądał. Wnet dojrzał cofanie się chorągwi pancernych i husarii, tak koronnych jak i litewskich. Spostrzegł także jak piesze gromady Turków na obu skrzydłach spuszczają się z wałów i tyły zabiegają by okrążenie zamknąć. W jednej chwili pojął że czas jest cofać się tak jak nakazywał Sobieski, zsunął się więc w dół na siodło i zwrócił rumaka nazad.

– Cofać się! Cofać pod obóz! Grać na odwrót – zakrzyknął komendę.

Już słowa jego, ponieśli najbliżsi kozacy i powtarzano ją, aż trąbki i piszczałki oznajmiły postanowienie pułkownika wszystkim walczącym. Kto przytomny, w jednej chwili zwracał się w tył. Na próżno tarasowały im drogę gromady pieszych i konnych Turków. Jeszcze pierścień jaki ich otaczał zbyt był słaby, by teraz gdy już tylko o życie chodziło, można było ich powstrzymać. Przebili się z okrążenia i wyrwę jaka w nim uczynili wciąż poszerzali. Kto żyw rzucał się w nią i uchodził w pole i dalej, gnany przez wściekłych na taki obrót Turków.

Hussejn Pasza miał jeszcze w odwodzie blisko cztery tysiące świetnej jazdy, doskonale ćwiczonej, zbrojnej w stalowe misiurki lub nawet półpancerzyki, na wzór polskiej ciężkiej husarii. Konie były też tam wyszukane i bardziej rosłe. Zbrojni w krzywe szable, lekkie okrągłe tarcze i krótkie włócznie, którymi można było zarówno cisnąć w nieprzyjaciela, jak i walczyć nimi zamiast szabli. Teraz pchnął tę jazdę za okop w pościg, by do szczętu rozgromiła zmęczone, uchodzące w nieładzie kupy polskiej lekkiej konnicy, Mołdawian i Wołochów. Jakoż jechała turecka jazda na karkach znienawidzonych kozaków zajmujących środkową cześć pola, już, już mając ich doścignąć, gdy ci pierzchli na boki jak stado kuropatw. Kozacy uchodząc przed pościgiem, widzieli jednocześnie w oddali, jak zmieniają się i formują do ataku nieruchome do tej pory pułki Sobieskiego. Prowadził je sam hetman Wielki Koronny. Zrazu powoli, wyrównując szyk i rozciągając w dwie linie, postępujące po sobie, jakby co drugi jeździec cofnięty był o kilkanaście kroków do tyłu.

Tak je formując coraz to przynaglał konia do szybszego biegu. Szły więc pułki z grzmotem coraz większym. Zdawało się, że dwie fale potężne toczą się po równinie, a to konie wzięły pęd największy bijąc kopytami twardą ziemię że aż drżała. Że zdawać by się mogło, iż jęk cichy wydaje. Jeźdźcy w kulbakach pochyleni, kopie jako żądła przed się wystawili. Wicher im w twarz bił, a oni właśnie jak ten wicher gnali w poszumie husarskich skrzydeł. Straszni, bo śmierć niosący na ostrzach swych kopii.

Na ten widok turecka jazda wstrzymywać się zaczęła, by szyki zewrzeć i wyrównać. By tym mocniejszy odpór dać nacierającym.

Tak na nich wpadły chorągwie husarskie i widok się pokazał jakoby mur walił się pod naporem kamiennej lawiny. Tak jazda turecka padała na ziemię obalana i tratowana niemiłosiernie. Dalsze jej szeregi nadbiegały lecz i one padały gniecione i roztrącane. Ścisk się stał straszny, gdyż gdy kopie zostały skruszone, za miecze i koncerze się wzięto, którym szable tureckie nie mogły sprostać. W samym środku parł do przodu wielkiej postury rycerz w husarskim hełmie i półpancerzu, barki mu skóra lamparcia okrywała. Walczył on długim koncerzem z przedniej stali i niejeden Turek czmychnąłby na widok tak potężnego rycerza, ale ścisk nie pozwalał żadnemu cofnąć się lub w bok zjechać, więc ginęli z jego ręki, jako że żaden nie mógł się z nim siłą mierzyć, ani w walce mu się oprzeć. Niektórzy brali rycerza tego za samego hetmana i strach ich przejmował, gdyż od dawna słuchy w wojsku tureckim chodziły o jego wielkiej sile i niebywałej wprawie we władaniu orężem. Nie był to jednak hetman, który w boju bezpośrednio na ten raz udziału nie brał, lecz rycerz Dąba. Był on nieco z postawy, a nawet i twarzy podobny do Sobieskiego tyle że jeszcze roślejszy. Wielu też rzucało się na niego myśląc, że sławnego hetmana ma przed sobą, a łudząc się płonną nadzieją, że Allach pomoże wodza Lachów pokonać i wielką sławę zyskać. Lecz Dąba zaraz w pierwszym starciu brał na sztych nieszczęsnego śmiałka, życia go w ten sposób pozbawiając. Czasem, szczególnie gdy kilku na raz wojowników ku niemu się zwracało, ciął swym koncerzem jak kosiarz tnie trawę co mu się pod nogi ściele. Tak i on jednym zamachem ścinał i kaleczył kilku na raz. W ścisku, aby zrobić sobie miejsca do zamachu, potrafił złapać Turka za łeb i cisnąć nim w dół pod kopyta końskie.

Był wśród Turków wielki mocarz, który w Etiopii się zrodził. Czarny jak hebanowe drzewo, z czego przezwisko miał Kara Mustafa, chociaż mówiono nań także Ali Etiopczyk. Słynął nie tylko z olbrzymiej siły, która brała się z jego byczego karku i potężnie umięśnionych ramion, ale też z niebywałego okrucieństwa i odwagi. Miał on brata starszego od siebie, tamten jednak w przybocznej straży samego sułtana służył.

Spostrzegł Ali Etiopczyk Dąbę, jak razi tureckich wojowników. Jak ich mieczem swym strasznym ścina i gniewem zawrzał. Powziął zaraz postanowienie rycerza tego życia pozbawić. Oprócz olbrzymiej swej siły, miał on jeszcze i chytrość lisa i przebiegłość, która w parze u niego z okrucieństwem chodziła. Przepychać się zaraz zaczął w stronę olbrzymiego husarza, lecz nie wprost na niego tylko nieco z boku gdzie walczył zgoła niepozorny rycerz, który jakby chował się i poddawał pod opiekę olbrzyma.

Tego chciał szermierką zająć, do momentu gdy się odpowiednia okazja zdarzy, po czym pozbawić życia i z boku na zajętego walką olbrzyma uderzyć. Tak rachując w swych zamierzeniach, strasznie się przeliczył, bo Knieziewicz zgoła nie dla zabawy koncerzem ciosy zadawał. Czując że z groźnym przeciwnikiem ma do czynienie, ciął go znienacka w szyję i byłby Turek głowę stracił, gdyż przed ciosem nie zdążył się szablą zastawić, jedynie ramię uniósł tak, że ostrze koncerza trafiło na stalowy łuk półpancerzyka. Zwinął się Knieziewicz jak wąż i tym razem wcisnął koniec swego koncerza w bok tam gdzie jedynie skórzane paski spinały blachy pancerza. Ciął Ali Etiopczyk swą szablą koncerz, lecz zbyt późno by się od głębokiej rany uchronić. Jeszcze raz Knieziewicz natarł na potężnego Turka i zrozumiał czarny wojownik, że nie jemu mierzyć się z husarzem, bo tu nie tylko samą siłą i mocą ramion się wojuje. Migot oręża oślepił go i przeraził, a rana w boku osłabiła i nie trwało długo jak koniec ciężkiego koncerza spadł na stalowy hełm Turka i rozbił go siłą uderzenia. Ale i ostrze pękło, jedynie krótki kikut jego sterczał u nasady głowni. Turek zbroczony krwią odchylił się gwałtownie do tyłu i runął na ziemię pod kopyta rumaków.

– Tęgi był czarny diabeł – krzyknął z uznaniem Dąba – I dobrzeć go na krzyż przeżegnał.

Knieziewicz nie zdążył na te słowa odkrzyknąć, gdyż wpadło na niego dwóch Turków jednocześnie, a widząc, że ma tylko złomek oręża, tym śmielej nań nacierali. Chciał mu Dąba w pomoc pójść, ale z tyłu korzystając, że się miejsce zrobiło, wjechał niespodziewanie Mleszkowski i związał się walką z jednym z Turków, który od boku zagrażał Knieziewiczowi. Niecierpliwiąc się do tej pory w drugim szeregu doczekał się nareszcie swojej pory i nacierał z prawdziwą furią. Turek bronił się wytrwale i z wprawą, ale że już poprzednimi pojedynkami był umęczony coraz to ustępował. Tym ostrzej nacierał na niego Mleszkowski. Na koniec zaciął Turka w przedramię, a później ciął potężnie w głowę. Nim Turek spadł z konia, wyrwał mu z garści szable by ją darować Knieziewiczowi. Zaraz też rozejrzał się za nim i dojrzał go jak ścina kolejnego poganina. W ręku trzymał krzywą, widać zdobyczną szablę turecką. Mleszkowski podążył za nim i tak w jednym szeregu z Dąbą i Knieziewiczem, parli Turków przed sobą nie szczędząc im krwawych razów. Nie wszędzie jednak walka toczyła się równie pomyślnie. Gdy pierwsze szeregi tureckie zostały zgniecione siłą i rozpędem natarcia, następne ledwie że się cofnęły nieco, po czym parły w przód by zmierzyć się z nieprzyjacielem. Przewaga liczebna była po stronie tureckiej. Pierzchli kozacy, pierzchły pułki Mołdawian i Wołochów. Uszły z pola lekkie chorągwie, które posiłkowały w walce kozaków. Uderzenie ciężkiej jazdy polskiej było druzgocące, lecz szeregi jazdy tureckiej zbyt głębokie i liczne by od jednego uderzenia miały ulec całkowitemu rozbiciu. Chorągwie pancerne i husarskie szły ledwie w dwóch liniach i Turcy to widzieli. Chcieli je porozrywać na strzępy i otoczywszy zniszczyć. Trwały więc zawzięte zmagania. Jeździec na jeźdźca uderzał i słabszy lub mniej do boju zaprawiony ginął. Polacy mając lepsze i większe konie, gdyż dobrych pastwisk i bujnych traw w Rzeczypospolitej nie brakowało, spychali turecką jazdę. Sami będąc od dziecka ćwiczeni w robieniu wszelkim orężem i w starciu mieli przewagę. Ale gdy na miejsce jednego powalonego Turka, wyrastał drugi i trzeci, ręce im zaczęły ze zmęczenia opadać. Zaczęły się więc i ubytki w polskich szeregach, tak że trzeba było je zwierać.

Sobieski gdy wyprawił w bój swych rycerzy wrócił pod obóz. Stojąc ledwie że w kompani kilkunastu oficerów i senatorów, tuż przed szańczykami czekał aż zbiegną i na nowo się sformują lekkie znaki i chorągwie. Już podbiegli do niego obaj atamani kozaccy, pułkownicy Chruściel i Jaworowicz, a za nimi nadbiegali ich kozacy. Zaraz też stawali w szyku gotowi do dalszej walki. Czekając na rozkaz Sobieskiego, spoglądali po sobie jakby się liczyli. Ilu z nich ubyło, ilu poranionych. Rany i skaleczenia opatrywali. Chętnie też sięgali po manierki, by ugasić pragnienie i pokrzepić się łykiem mocnej gorzałki.

Hetman widząc, iż ci, co z pola uszli znowu stają w szeregach, zwrócił się swoją osobą do hetmana wielkiego litewskiego, który na ten czas do Sobieskiego powrócił i z nim razem bitwę obserwował.

– Czas Michale, abyś ruszył swoje wojska. Niech uderzają na Turka, tak jak tylko one to potrafią. I niech Bóg je prowadzi i da im wiktorię.

Hetman Michał Pac ścisnął mocniej prawicą buławę i wspiął konia. W jednaj chwili jak wicher zjawił się przed frontem swoich chorągwi i uniósłszy się w siodle zakrzyknął gromkim głosem.

– W bok Turkowi, by wiedział jak Litwa uderza. Z Bogiem.

Tak ich poprowadził kilkadziesiąt metrów, a wyprawiwszy patrzył jeszcze chwilę za nimi, nim do Sobieskiego ponownie powrócił.

—————————–

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

2 uwagi do wpisu “Miecz króla Jana odc 14a

  1. Wybaczcie, ale powyżej zamieściłem przedostatni odcinek.
    Możemy kochać idee Marksa, ale żyjemy w kapitalizmie a tu niema nic za darmo. Dla tego publikacje od odc. 16 będą zamieszczane jedynie wówczas jeśli ktoś zechce wpłacić jakiś drobny datek dla pana Marka który robi korekty tekstu i dla Adm autora powieści który poszczególne odcinki wkleja na stronę WP.
    Czas to jednak pieniądz, a przy tym i oczy też się zużywają.
    Sądzę że kwota wpłaty nie powinna być mniejsza niż 10 zł ( bo to by ubliżało i nam i osobie wpłacającej)
    i kierowana w pierwszej kolejności do pana Marka
    adres e- maila pana Marka był już podawany, ale przypomnę jak niżej
    mglogo@poczta.fm
    konto do Adm można znaleźć pod zakładką KONTAKT na górnym czarnym pasku lub na stronie
    https://wiernipolsce.wordpress.com/kontakt/

    Z panelu administracyjnego, z rubryk podających statystyki odwiedzin wiem że stronę odwiedza codziennie kilkaset osób, z tego poza Polską najwięcej z USA, kolejno z Niemiec, Kanady, Australii, ale szkoda że tak mało uczestniczy w dyskusji.. Tak czy inaczej cieszy że emigracja o Polsce pamięta.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s