Miecz króla Jana odc 14b


 

Szły litewskie chorągwie, prowadzone przez swych pułkowników, nabierając coraz to większego pędu, a ziemia znów zadudniła pod kopytami rumaków. Dopiero gdy uderzyły, huk dał się słyszeć i trzask pękających kopii. Nowy krzyk, nowe jęki i kwik koński. Teraz litewskie chorągwie tratowały wszystko na swej drodze, obalając jeźdźców wraz z końmi, depcąc i spychając. Cofać więc zaczął się Turek powoli i stale naciskany coraz mocniej i z boku i z czoła, gdzie już dobiegły chorągwie ruskie Dymitra Wiśniowieckiego. Znów wróciły po krótkim wytchnieniu pułki kozackie i chorągwie dragońskie. Wróciły także na pole bitwy i te oddziały Wołoskie i Mołdawskie które całkowicie w panikę nie wpadły i przy obozie polskim się zebrały.

Dnia tego nie mógł już Turek liczyć na zwycięstwo ani na rozbicie wojsk Rzeczypospolitej. Do zmierzchu trwały jeszcze krwawe zapasy, ale znacznie większe straty ponosił w nich Hussejn Pasza. Coraz bardziej ponurym wzrokiem patrzył więc na walczące ze sobą wojska.

Gdy już dzień dobiegał końca kazał by trąbiono na odwrót. Cofały się, więc w nieładzie pułki tureckie pod wały własnego obozu i chronione artylerią wchodziły doń zostawiając na polu poległych i śmiertelnie rannych żołnierzy.

Znużone i skrwawione całodziennym bojem rycerstwo Rzeczypospolitej także cofało się pod własne szańce. Hetman zabronił jednak wprowadzać wojska do obozu. Na nowo kazał formować szyki i w pełnej gotowości o jeden strzał armatni od umocnień tureckich rozstawiał oddziały, tak jakby dopiero co rozpoczynał bitwę. Wystawiono warty, które na sto kroków przed jazdą stały na polu zasłanym trupami końskimi i ludzkimi i nikłym ogniem pochodni rozświetlały ciemności. Stały szeregi w milczeniu i ciszy bez poruszenia. Ludzie oraz konie dyszały zmęczeniem, a ciurkiem spływający po ciele pot spływał pod pancerzami rycerzy. Zapadły ciemności. Konie i ludzie wciąż stali. Czarne, zasnute chmurami niebo nie dozwalało widzieć siebie nawzajem. Czasem tylko uderzenie kopyta o kamienisty grunt świadczyło, że w ciemności trwają szeregi jazdy.

 

Za tureckimi szańcami Hussejn Pasza widząc gotowość polskiej jazdy nie zezwolił swojemu wojsku na odpoczynek. Sformował je do walki i czekał w gotowości do odparcia ataku. Wystawione za wałami czujki bacznie nasłuchiwały rzadkich odgłosów po polskiej stronie. Nie podobnym do niczego i zupełnie niezrozumiałym dla niego było to, co robił Sobieski, ale doświadczony i ostrożny wódz turecki wiedział, że polski hetman to wojownik największy z pośród tych, z którymi dotychczas spotykał się na licznych polach bitew.

Jeszcze przed północą gwałtowny wicher spędził z nieba chmury i w silnym świetle księżyca ukazały się ostro zarysowane cienie polskich szeregów. Trzydzieści tysięcy doborowego rycerstwa stało nieruchomo na wprost tureckich umocnień. Na ten widok Hussejn Pasza poczuł w piersiach bolesne zimno. Zdawało mu się, że serce na chwile przestało bić, a w oczach pociemniało.

Przeklęty – syknął łapiąc się za piersi. – Zabija nas bez litości jak dżuma. Oby Allach zesłał na niego klęskę i śmierć.

Lecz Sobieski, korzystając że księżyc rozświetla mroki, ruszył się koniem i znów objeżdżał skupione szeregi. Chwalił za męstwo i brawurę w minionej bitwie tak jakby każdego żołnierza widział i podziwiał z osobna. Prosił o wytrwanie. Tam gdzie przejechał tam zziębnięci żołnierze wszczynali rozmowy. Opowiadali i przechwalali się czynami, jakich dokonali w walce. Mówili o ciężkich stratach, jakie poniósł Turek w tej bitwie. Dodawali sobie nawzajem otuchy i ochoty do dalszego wysiłku dla pobicia wroga.

Jednak przedłużająca się noc, przejmujące zimno i porywisty wiatr gasiły te rozmowy i znów cisza panowała na równinie. Pogoda zmieniała się. Kolejne gwałtowne podmuchy przyniosły nowe ciężkie chmury które nawisły nad ziemią. Gdy wiatr ustał, zaczął mżyć drobny marznący deszczyk. Ludzie i konie pokryli się lodowym szronem. Każde poruszenie się konia lub człowieka powodowało kruszenie się cienkiej jak szkło warstwy lodu z chrzęstem opadając w dół. Zmartwiałe z lodowatego zimna członki nie były w stanie się poruszać. Gdzieniegdzie nieprzytomny, na wpół zamarznięty jeździec osuwał się z konia i padał na ziemie z głuchym łoskotem. Nikt nie schylał się, aby go podnieść czy dać pomoc. Każdy musiał wstać o własnych siłach. Niektórzy wstawali pojękując, tupiąc nogami, zabijając rękoma, aby się rozgrzać. Aby przetrzymać ostatnie chwile nocy.

Janek wprawdzie miał ciepłą odzież, ale szykując się do bitwy przezornie nie ubierał się ani zbyt ciężko ani zbyt ciepło. Zwijając się w ukropie bitwy i tak nie raz w ciągu dnia spłynął potem od włożonego w walce wysiłku. Gdy wojenne zmagania ustały, gdy nastała noc oraz nocne w bezruchu czuwanie szybko ostygł, a nasiąkła potem odzież nie chroniła go od przejmującego zimna. Korzystając z rady Knieziewicza posilał się co jakiś czas chlebem i wędzonym boczkiem zapijając mocną gorzałką. To go na jakiś czas nie tylko wzmacniało, ale i rozgrzewało. Kiedy zaczęła padać marznąca mżawka skrył się cały pod końska derkę i tak próbował dotrzymać do świtu. Kostniał z zimna jednak coraz bardziej i czuł, że tej nocy nie przetrzyma. Co chwila zapadał w krótkie drzemki z których budziło go dojmujące zimno. W końcu zaczął majaczyć. Pod powiekami ukazywać zaczęły się zwidy i mroczne cienie. Twarze Turków wykrzywione strachem, bólem i nadludzkim wysiłkiem. Znów słyszał rżenie i kwik rannych koni. Fala zimna i gorąca na przemian przechodziła mu po piersi. Znów wydawało mu się, że jest w zimnym mrocznym lesie, że ucieka, a olbrzymi pies poszczuty przez Sokolnickiego dogania go i boleśnie kąsa w nogę, a później już po całym ciele. Że kąsa go w obnażoną pierś, rozrywa ją i chce skrwawionymi zębiskami pożreć mu serce. Czuje jak brakuje mu już powietrza. Chce osłonić rękoma swą pierś i serce, ale zamiast rąk ma nieruchome obgryzione do kości kikuty. Jeszcze chce przywołać Marysię, ale wszystko odchodzi w ciemności. Zapada się i leci w dół w bezmiar otchłani. …I nagle druzgocące bolesne zderzenie z czymś niesłychanie twardym.

Przytomnieje od tego bólu i powoli uświadamia sobie, że leży na ziemi tuż przy końskich kopytach. Próbuje się podnieść, ale za cały wysiłek, jaki wkłada w urzeczywistnienie tego zamiaru zdobywa się tylko na krótkie stęknięcie. Nie traci jednak przytomności i jeszcze raz podejmuje próbę. Obraca się na brzuch podciąga nogi, podpiera rękoma i klęka. Znów mąci mu się w głowie.

– Umrę, jeśli jeszcze raz tak się wysilę – myśli i za chwilę znowu próbuje wstać. Jakże bolą nogi i ręce i grzbiet. Nie zdołam się ani wyprostować ani wstać – pomyślał, ale wbrew temu prostuje się i unosi w górę tułów, chwiejnie jak żebrak–kaleka spod kościelnej bramy. Powstawszy, opiera ręce o konia, a koń tak samo jak człowiek na chwilę się zachwiał. Ale Janek już wrócił do siebie. Mimo bólu w całym ciele w wyniku nadmiernego przemarznięcia zaczyna się poruszać. Tupać nogami, chuchać w ręce. Wyciągnął spod siodła, małą wełnianą derkę i rozciera końską szyję, nogi, zad. Wali po kolanach swoich skostniałych z zimna przyjaciół. Noc szarzeje. Jeszcze nie ukazała się jutrzenka na dalekim horyzoncie, a już przyleciał na koniu goniec od hetmana z rozkazami.

Pierwsi uderzyli w przerwę pomiędzy wałami dragoni królewscy. Dojechawszy do ustawionych w tym miejscu zapór, spieszyli się i uderzyli na janczarów. Gdy jedni walczyli z zaciekle broniącymi swych pozycji Turkami, inni za pomocą lin i zaprzęgów końskich rozciągali zapory sporządzone z bali drewnianych i wozów. Rwały się łańcuchy, rozrywały zaprzęgi, padały martwe konie, ale po krótkiej walce zapory zostały usunięte. Po lewej stronie od dragonów darły się na ziemne wały piesze szeregi Mołdawian i Wołoszy wspomaganej kozakami. Po prawej lżejsze znaki litewskie, przeszły przez wały i toczyły walkę już w samym obozie. Nie przywykłe do lodowatego zimna oddziały tureckie, szczególnie te ściągane z gorących słonecznych krajów afrykańskich, dopiero teraz powstawały zupełnie zaskoczone atakiem. Miały wprawdzie przykazane pod groźbą śmierci czuwać i być gotowe w każdej chwili do obrony, ale lodowy szron jaki je w nocy pokrył, odebrał niejednemu Turkowi życie, innych czyniąc niezdolnymi do jakiegokolwiek wysiłku.

W pierwszych chwilach było to raczej mordowanie wyziębniętych, na wpół nieprzytomnych ludzi. Dopiero po dobrej chwili Turcy zdołali otrząsnąć się i podjąć walkę. Hussajn Pasza widząc Polaków w przerwach pomiędzy wałami posłał tam swoich najlepszych spahisów pod wodzą Karila Paszy. Spieszeni dragoni w zbyt małej liczbie, gdyż cześć ich pozostawała jeszcze zajęta odciąganiem na dalszą odległość rozbitych zapór, czmychnęła spod kopyt tureckich bachmatów, kryjąc się na wierzchołki pobliskich wałów. Hamował już konie Karil Pasza, gdyż nie chciał wybiegać poza obóz, gdy wpadła na niego z całym impetem ciężka husaria samego hetmana. Wnet zmieszały się szyki tureckie nie wytrzymując nacisku polskiej jazdy. Kłute i cięte nie mogły ustać w miejscu i cofały się powoli.

Niemal w środku polskiej jazdy walczył pan Dąba. Na rosłym koniu, sam wielkiego wzrostu, o głowę przenosząc innych, samym swym wyglądem przerażał przeciwnika. Usuwał się przed nim, kto mógł, ale zaraz trafiał na zdradliwy miecz pana Knieziewicza i ginął w pierwszym lub drugim starciu. Dalej szedł młodziutki pan Różewicz, nie tak doświadczony, ale przez najlepszych mistrzów polskich i francuskich przyuczany do robienia bronią. Popisywał się swoimi umiejętnościami, strasznie kalecząc, lub życie zabierając tym, którzy się ku niemu skierowali. Janek, któremu w tylnym szeregu stanąć przed szarżą kazano, nie mógł dopchać się do przodu, gdyż miejsca pomiędzy wałami dla całej chorągwi było mało i ścisk panował. Dopiero, gdy Dąba i Knieziewicz wgryźli się w szyki tureckie i musieli zwrócić się także na boki, pchnął swego konia w przód pomiędzy rumaki obu rycerzy.

Serce zabiło mu mocniej, kiedy po raz pierwszy tego dnia skrzyżował szablę z Turkiem. Przeciwnik był drobny, ale jak to zwykle w takich razach bywa, niezwykle zwrotny i szybki. Kąśliwa bestia – myślał Janek – A no zobaczymy, kto kogo zetnie. Przyspieszył, więc szybkość zadawanych cięć, szukając sposobu na Turka, już myślał, że dosięgnąć go niespodzianie, gdy koń mu się potknął i sam ledwie odbił zadany cios. Na moment rozdzielił ich spłoszony koń biegający bez jeźdźca. Janek nie dał jednak za wygrane i znów skierował się, w stronę Turka, z którym poprzednio walczył, ale ubiegł go Knieziewicz.

–Zostaw go mnie – krzyknął wjeżdżając w środek. Ledwie zdążył dostrzec zadany w pierwszym starciu cios. Krótki, szybki, bez zamachu. Głowa Turka odchyliła się po tym uderzeniu nieco do tyłu, a Knieziewicz natychmiast uniósł w górę dłoń opuszczając ostrze szabli do poziomu i wychylając do przodu tułów. Błysnęła szabla tnąc jak kosa wybujałą bylinę. Przetoczyła się odcięta głowa Turka na ramię i z ramienia w dół na ziemię, a za nią zwalił zlany krwią tułów. Krzyknęli Turcy, którzy to widzieli. Wpadł na nich Dąba i Knieziewicz i dwa następne trupy zleciały pod końskie kopyta. Janek ciął przez głowę jeźdźca, który zawracał konia do ucieczki. W tym miejscu Turcy podali tyły łamiąc szyki i otwierając drogę w głąb obozu. W powstałą wyrwę wpadali polscy jeźdźcy zganiając nadbiegające posiłki tureckie. Hetman w ślad za husarią, przebijającą się do tureckiego obozu, posyłał chorągiew za chorągwią. Obrona stawała się coraz trudniejsza i chaotyczna. W szeregach tureckich zaczynał wkradać się popłoch. Pierwsi Tatarzy, korzystając z niskiego poziomu wód w Dniestrze zaczęli przeprawiać się na drugi brzeg rzeki i szukać ratunku w ucieczce. Widząc coraz więcej polskich chorągwi w obozie i skuteczność z jaką przełamywana jest wszelka próba zorganizowanej obrony, Hussejn Pasza wraz z najbliższym otoczeniem poszedł w ślady Tatarów i zaczął przebijać się ku rzece chcąc już tylko ratować swą skórę.

Chorąży koronny Mikołaj Sieniawski spostrzegł, że coraz więcej pojedynczych jeźdźców i całe oddziały rzucają się w rzekę chcąc się ratować, więc na czele blisko dwu tysięcznego oddziału zagrodził im drogę. Nie mógł jednak takimi siłami powstrzymać ucieczki na całym odcinku dostępu do rzeki, ale znacznie ją utrudniał. Walka w samym obozie z każdą chwilą zamieniała się coraz bardziej w rzeż.

Turcy miotali się z jednego krańca obozu w drugi. Uchodząc z pod jednego miecza dostawali się pod drugi. Oddziały ich wpadały jedne na drugie, tratując się i mieszając. Panika odbierała rozum. W końcu olbrzymie masy jazdy tureckiej przebiły się do rzeki i wparły konie w jej nurt.

*

Znaczna część jazdy polskiej nie wstrzymała się, lecz szła za Turkiem aż na drugą stronę Dniestru i dalej w step. Pogrom wojsk tureckich był całkowity.

Trupy pobitych zaścielały niemal cały obóz. Hetman stał na swym karym ogierze na najwyższej części wału w otoczeniu obu hetmanów litewskich i kilku przedniejszych panów i obserwował pole bitwy. Wzrok jego przenosił się z obozu za rzekę w ślad za oddalającymi się szybko resztkami wojsk tureckich i polskimi chorągwiami, które podjęły za nimi pościg.

– Z bożą pomocą Turek został pobity – powiedział rozradowanym głosem – Nie ma on już siły nękać Rzeczypospolitej, ani jej obrońców.

– Czas, zatem wracać – sapnął Pac – Zima się zbliża, a do nas na Litwę droga daleka i nim pół jej przejdziemy, drugą połowę przyjdzie nam po śniegu się kopać. A żołnierz i tak już dość pomęczony, rad będzie, chociaż tej zdobyczy, którą zbierze do domu zawieść. Bo o należnej kwarcie będzie musiał zapomnieć, skoro skarbiec jak zwykle pusty.

– Mości hetmanie Wielki Litewski – przerwał Pacowi Sobieski – stoją jeszcze wojska tureckie w Jassach i pod Cecorą.

– Et tam wojska. Nie w takiej sile jak te pod Hussejnem Paszą, których resztki właśnie na złamanie karku uciekają. Na pierwszą wieść o klęsce wezmą ogon pod siebie i na wyprzódek z resztkami wojsk Hussejna Paszy czmychną za Dardanele. Nie nam ganiać Turka po Azji i Afryce.

– Wojskiem trzeba obsadzić większe grody tak, aby Mołdawia i Wołosza bez Turka stała – zirytował się Sobieski – Tu on zawsze siły swe gromadzi no naszą zgubę. A jeśli tego nie uczynimy to i nawet Kamieńca nie odzyskamy.

– Zostaw mości hetmanie koronny Sieniawskiego z kilkoma tysiącami wojska – odparł Pac – które pod twoja komendą pozostają, a ja swoje chorągwie zwijam i za trzy dni do domu wracam. Pac odwrócił się tyłem do Sobieskiego i umilkł.

Sobieski także zmilczał, znał bowiem niechęć jaką żywił z dawna do niego hetman litewski. Zresztą sprawa odejścia znacznej części wojsk litewskich wydała mu się przesądzona, prosić nie chciał, a dalsze naciskanie na Paca mogło skończyć się tylko kłótnią obu hetmanów.

Janek w tym czasie uganiał się za ostatnimi niedobitkami tureckimi, gdy dosłownie jego koń niemal nie został obalony przez biegającego w popłochu tureckiego bachmata. Od razu rzucił mu się w oko piękny rząd koński, zdobiony mosiężną blachą wysadzaną błękitnymi turkusami. Sam koń też był dużej urody. Z natury będąc bystrym, zaraz uchwycił za uzdę i przytrzymał rumaka. Czas rozejrzeć się za zdobyczą, pomyślał. Wszak ojciec miał zdobyczną broń i konie, które później sprzedawał, gdy gotowy grosz był potrzebny.

Pochwycił jeszcze trzy, co lepsze rumaki wiążąc uzdę jednego do siodła drugiego, gdy zauważył, że nie tylko konie są chwytane, ale i z trupów leżących na ziemi zdzierana jest odzież. Gdy tak się ze zgrozą przypatrywał na to, jak żywi obchodzą się z martwymi, dojrzał go szlachcic, który ściągał z Turka spodnie, kaftan i zawój z głowy, ciskając gołe ciało w kałużę krzepnącej krwi.

– A co się waćpan tak gapisz? – zapytał szlachcic – nie wzbraniał ja bym mu ściągać ze mnie odzieży gdyby jego była wiktoryja? Więc i on mi nie wzbrania. Przestraszy się małżonka, gdy w drzwiach ujrzy Turka i ani się domyśli, że to jej mąż ze zwycięskiej rozprawy spod Chocimia wraca z bogatą zdobyczą. I synowie moi bardzo się ucieszą, gdy im po szabli przywiozę, chociaż to jeszcze nawet nie wyrostki.

Prawda, pomyślał Janek. Sporo tu bogactwa po ziemi się poniewiera. Łupy wojenne zwycięzcy się należą i szkoda by je wilcy poszarpały, albo chłopstwo pozbierało. Mój trud i umęczenie, moja zatem jest zdobycz. Nic dotąd nie miałem swojego, a los po to mnie tu przygnał, abym Rzeczpospolitej i sobie się przysłużył. Nie po to, aby mi Turek łeb odciął, ale abym mu szable odebrał.

Gdy tak sobie to wytłumaczył, skoczył brać i ładować na konie to, co się zedrzeć z trupów dało. Pasy jedwabne, kolorową, nierzadko złotą nicią haftowane, kaftany wełniane, jedwabne koszule i zawoje na głowy, trzewiki, delie, sztylety i szable, z rękojeściami z masy perłowej i kości słoniowej.

Radowała obfitość pięknej zdobyczy, gdy nagle spostrzegł że czyjeś ręce wyciągają się po to jego bogactwo i konie, wraz z tym, co na ich grzbietach ułożył, próbują uprowadzić. Zawrzał gniewem na taki zamiar, ale i wystraszył się nieco, bo człowiek, który zamierzał to uczynić na zbuja wyglądał raczej niż na rycerza. Twarz miał w kilku miejscach bliznami naznaczona. Wargi rozcięte w pojedynku lub jakiejś karczemnej bójce, źle zrośnięte ukazywały część zębów razem z dziąsłami. Wzrok dziki i pozbawiony wszelkiej litości, budził lęk.

Orężna rozprawa z takim łotrem wydała się Jankowi wielce ryzykowna, tym bardziej, że czuł się mocno znużony po bezsennej nocy i stoczonej z Turkami bitwie. Dobył jednak szabli i patrzał z jakiej najlepiej zajść strony, aby swoje odzyskać.

– Ruszysz, co moje a łeb szablą rozwalę – krzyknął napastnik i było pewne, że to uczyni.

– Jak twoje, skoro mego konia za uzdę ciągniesz? – zapytał groźnie Dąba, najeżdżając niespodziewanie na napastnika. I nie czekając na odpowiedź uderzył go potężnie zaciśniętym kułakiem w pierś zwalając od razu na ziemię.

Janek odetchnął. Nagłe pojawienie się potężnego rycerza wybawiło go z opresji.

– Jedź Janie ze zdobyczą do naszego obozu – poradził Dąba – Tam już jest Knieziewicz. Ja jeszcze zobaczę, co tu można zebrać i też zaraz wracam. Teraz trzeba będzie bronić tego, co nam wpadło w ręce, bo nie zabraknie i takich, którym za mało będzie pobranej w tureckim obozie zdobyczy.

Jankowi ta rada wydała się bardzo słuszna. Zaraz też z niej skorzystał.

Wieczorem Mleszkowski został wezwany do hetmana.

– Widziałem cię w bitwie i dziś także w szturmie na obóz – przywitał go od progu Sobieski – dzielnie stawałeś, a to dobrze rokuje na przyszłość. Czyś ty nie z tych Mleszkowskich, którzy na Moskwę ze starym hetmanem Żółkiewskim się wyprawiali. Dwóch było braci Mleszkowskich.

– Tak ja, wasza wysokość – przyznał Janek – Mój ojciec Piotr miał na imię.

– Pamiętam go – odparł Sobieski jakby się na chwilę zamyśliwszy – tak pamiętam. Życie mu w jednej z bitew uratowałem. Tak to się jakoś złożyło. Od tamtej pory wdzięcznym i wiernym był mi druhem.

Zdumiał się na te słowa Janek, ale na chwile tylko. Uśmiechnął się i śmiało odparł.

– Też mi ojciec po wielekroć opowiadał to zdarzenie, jako przyszłemu hetmanowi wielkiemu koronnemu życie ratował, z czego przyjaźń wzajemna się nawiązała i szacunek u wielkiego wojownika. Tak i mówił mi od dziecka. Służ tylko hetmanowi wielkiemu, bo to nie tylko wielki hetman, ale i wódz największy, jaki po ziemi stąpa.

Zaśmiał się Sobieski – było tak jak powiadasz – rzekł – ale była to inna bitwa niż ta, o której wspomniałem. Jeśli chcesz dalej mi służyć to mam dla ciebie zadanie. Tak jak mówiłem pierwszego dnia. Przywiozłeś nam złą wiadomość o śmierci króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Teraz zawieś do Warszawy dobrą, o zwycięstwie hetmana. Masz tu listy do mojej małżonki. Tam najpierw zawitaj. Inne listy są do biskupa i do wojewody krakowskiego, a także do prymasa. Te także małżonce mojej oddasz. Konie, jakie dał ci wojewoda Zasławski już sił nabrały, ty musisz wytrzymać. Weźmiesz ze sobą wachmistrza Piekotę i dwóch pocztowych z mojej służby dla ochrony. Ruszaj na noc natychmiast i pospieszaj ile konie i ty sam zdołasz wytrzymać.

Janek odebrał z rąk hetmana listy, skłonił na pożegnanie i wyszedł z namiotu, aby szykować się do drogi.

Był zadowolony z misji a jeszcze bardziej z tego, że tak szybko wraca do Warszawy. Wachmistrz był gotowy do drogi, dwóch pocztowych także, chciał jeszcze zabrać ze sobą Kubę w towarzystwie którego było wesoło, a droga wydawała się krótsza, ale Kuby nie było. Gdzież on może być. Rozpytywał się przyjaciół, ale ci tylko wiedzieli, że grywa w kości o zdobycz i co rusz coś wygrywa. Nie jemu teraz w głowie droga, gdy każdy w obozie ma czym grać i co sprzedawać.

– Nasz Kuba to urodzony gracz, a i kupiec nie lichy. Wzbogaci się on na tej wyprawie jak żaden z nas – zauważył Dąba.

Janek zostawił większą część tego, co zebrał pod opieką przyjaciół. Ledwie na dwa konie juczne załadował nieco zdobycznej odzieży i broni i ruszył w drogę powrotną na Stanisławów i Lwów. Znów spieszyli. Dla chłodów jakie panowały, mało co zatrzymywali się na odpoczynek, więcej śpiąc w siodle niż w łóżku. Trzeciego dnia stanęli pod Warszawą. Tu Janek dobrał sobie najbardziej wzorzystą i ozdobną odzież turecką, konia także ozdobił pięknym rzędem i tak budząc ciekawość wjechał do Warszawy.

– Posła tureckiego prowadzą – szeptali przechodnie. Ludzie Sobieskiego go prowadzą.

Taka wieść biegła z ust do ust, aż dotarła do zamku królewskiego. Ale Janek nie tam zmierzał tylko do pałacu Sobieskich. Tu już także wieść dotarła, więc nie musiał się zapowiadać. Prowadzili go słudzy Marii Sobieskiej przed oblicze swej pani. Zaraz, gdy stanął przed nią skłonił się nisko, poznając, że musi być to małżonka hetmana, a kłaniając się z przyzwyczajenia złapał za kołpak, aby go zerwać z głowy, ale pod ręką wyczuł turban turecki, który z niemałym mozołem nim do miasta wjechał wiązał sobie na głowie. Zmieszał się na chwilę, czego Sobieska nie zauważyła.

– Wołajcie sekretarza, aby tłumaczył słowa posła – poleciła.

– Jestem na miejscu wielmożna pani – odezwał się sekretarz.

– Pytaj, więc, z czym przybywa.

Sekretarz z wyniosłą miną wypowiedział kilka zupełnie niezrozumiałych wyrazów.

Janek popatrzał na niego z niechęcią, pamiętając o złym przyjęciu jakiego doznał i ponownie się kłaniając rzekł krótko.

– Jestem Jan Mleszkowski, posłaniec od hetmana wielkiego koronnego z pilnymi listami.

– Jan Mleszkowski? – zdziwiła się pani Sobieska – czyżby ten, którego tu tak usilnie niektóre osoby szukały po całej Warszawie? Nic dziwnego, że znaleźć nie mogły skoro się waćpan za tureckiego posła przebrał.

– Posłem jestem mości hetmana Wielkiego Koronnego do jego wysokości małżonki pani hetmanowej, do biskupa i wojewody, a także do prymasa.

– Kłamca to i oszust – wykrzyknął sekretarz. Był tu już raz podając się za szlachcica, teraz podaje się za Turka. Straż trzeba wezwać i do lochu zamknąć.

– Czekaj, mości sekretarzu. Mówi przecież, że ma listy.

– Skradzione albo fałszywe – zastrzegł sekretarz.

– Janek podał listy do rąk pani Sobieskiej.

– Ledwie na nie spojrzała poznając pismo męża, zadowolona zapytała.

– A cóż znaczy ten ubiór?

– Chciałem godnie stanąć przed waszą wysokością. I nie miał bym tego stroju, gdyby nie wielka i zwycięska bitwa do której powiódł nas hetman. Turek trzy dni temu doszczętnie pobity pod Chocimiem.

– Siedział w areszcie królewskim, o ile mi wiadomo nie mógł być, zatem z wojskiem – zauważył sekretarz. Nie można mu wierzyć.

– Istotnie, szukano cię nie tak dawno, więc jak to się stało żeś się przy wojsku znalazł? – zapytała Sobieska.

– Szukano i znaleziono. I zaraz wojewoda krakowski posłał mnie z wieścią o śmierci króla, nim dla wszystkich stała się wiadoma, abym o niej powiadomił hetmana zanim wojsko się dowie i w popłoch wpadnie.

– Duże zatem oddałeś usługi memu małżonkowi i całej Rzeczypospolitej. Czy masz jakąś osobistą prośbę którą mogłabym spełnić?

– Abym mógł zakończyć poselstwo i odejść.

– Zapewne i inni ucieszą się twoim powrotem. Więc idź gdzie cię serce poprowadzi.

Janek skłonił się i pospiesznie wyszedł pozostawiając Piekotę i dwóch pocztowych.

Sekretarz nachylił się do ucha Sobieskiej.

– Trzeba go aresztować i zamknąć w ciemnicy, aż nie dotrą prawdziwe wieści z pola bitwy

– Zbyt ładny to chłopiec, aby go trzymać w ciemnicy – odparła Sobieska – Listy zaś świadczą, że od męża mojego przybył. Czy bitwa była i jak się skończyła, zaraz z listów się dowiem.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s