Miecz króla Jana odc. 15


Teraz Janek mógł niemal galopem ruszyć do domu Kolnickiej. Czego chciał najbardziej to znowu zobaczyć Marysię. Chciał zrobić jej miłą niespodziankę nagłym pojawieniem się, dlatego uwiązawszy konia, cicho stąpając wszedł po schodach i stanął w największej komnacie domu. Kolnicka i Marysia siedziały na miękkich fotelach, zwrócone do wejścia tyłem i nie mogły widzieć jego wejścia. Nieco z boku od środka komnaty stały sztalugi, a przy nich również tyłem do niego stał malarz z paletą w jednej i pędzlami w drugiej ręce. Misia siedziała przed sztalugami. Tak ujrzał jej niemal królewską postać ubraną we wspaniałe szaty. Pozując do obrazu trzymała w jednej dłoni jabłko, druga dłoń opadała swobodnie w dół. Przez chwilę stał i podziwiał jej urodę i wspaniałą postać dopóki go nie spostrzegła. W pierwszej chwili nie poznała go w dziwacznym wielkim turbanie na głowie, tylko jego natarczywy wzrok coś jej przypominał. Porwała się w górę i nie wiedziała, co ma ze sobą dalej czynić, dopiero po chwili poznawszy go rozjaśniła twarz uśmiechem. Kolnicka i Marysia widząc, że Misia wpatruje się z wielką uwagą w coś za ich plecami obróciły głowy w tamtym kierunku. Ciotka na widok wysokiego Turka w swoim domu przeraziła się, Marysia jednak niemal natychmiast poznała swojego umiłowanego i już biegła w jego stronę, aby rzucić mu się na szyję. Teraz i Kolnicka poznała przybysza.

– Ach Turek niewierny – krzyknęła – skąd on wraca? Czyż takie stroje noszą w Krakowie? Wiedziałam, że prawdy nie chciał mi powiedzieć. Wiedziałam, że do Sobieskiego jedzie. Ale że tak szybko poturczeńcem zostanie, tego się nie spodziewałam. Choć że chłopcze, niech i ja cię uściskam, bo mi wielką radość uczyniłeś wracając tak szybko. A półpancerzyka odmówił, abym do reszty zamiarów nie odgadła.

Misia stała bez ruchu, a serce łopotało jej w piersi. Podszedł wiec i do niej z niespokojnym, grzesznym sumieniem i ucałował na przywitanie w oba policzki.

Teraz dopiero poczuł się tak, jakby znów był w domu rodzinnym.

– No cóż tam hetman Sobieski porabia – dopytywała się Kolnicka. Pewnie go Turcy oblegają i do domu wracać na zimę nie przyzwalają. Jeden może się za Turka przebrać i z oblężenia nocą wyjść, ale całej armii nie przebierze. Pomarzną tam nim wiosny doczekają.

– Nie tak się rzecz miała – zaprzeczył Janek – Hussejn Pasza, chociaż większe miał wojska, wiedząc że z samym hetmanem przyjdzie mu walkę stoczyć, sam skrył się w dawnym obozie Żółkiewskiego. Stare wały w górę podsypał, działami umocnił i myślał, że gdy bitwę stoczy zwycięską to wojska hetmańskie rozproszy, jeńców pobierze i do Krakowa albo i Warszawy ruszy. A jak bitwę przegra, to skryje się za wały i bezpiecznym będąc, do nowej bitwy ducha będzie zbierał.

– Pierwsza bitwa zwycięską była, druga i trzecia także, ale zawsze Turek wycofywał się za wały, gdy tylko widział, że sprawy zaczynają iść nie po jego myśli.

– Zmieniło się to od razu, gdy do polskich wojsk przybyłem i przed hetmanem stanąłem.

Kolnicka słysząc tą przechwałkę zaśmiała się głośno.

– Ach przechwalec z ciebie Janku, że takiego drugiego jeszcze nie spotkałam. Wiem coś zrobił. Wały zrównałeś z ziemią. Hussejn Paszę za brodę ucapiłeś i do końskiego ogona przywiązałeś. Jego zaś wojsko jak stado gęsi rozgoniłeś na cztery strony świata

– Wojewoda Zasławski posłał mnie do obozu mości hetmana Sobieskiego z pilną i złą wieścią o śmierci naszego miłościwie nam panującego króla. Kiedy hetman wieść tą otrzymał wiedział że długo z Turkami walka nie potrwa, bo gdy wojsko o śmierci króla się dowie, do domu zechce wracać, jeśli nawet w panikę nie wpadnie. Hetman więc dnia następnego do bitwy wyszykował wszystkie wojska. Turek też z za szańców swoje wyprowadził.

– A ty Janku, co robiłeś? – zapytała Marysia.

– Ja też stanąłem, chociaż do pierwszego szeregu nie dopuszczono mnie tłumacząc, że w bitwie jeszcze nie byłem i srogości Turków nie znam. Dopiero, gdy chorągwie ruszyły i wszystkie szyki się pomieszały, przepchnąłem się w pierwszy szereg. Ale nie trwało to długo. Tak wielkie było męstwo polskiego rycerstwa i zawziętość, z jakim nacierało, że Hussajn Pasza kazał swym wojskom kryć się za szaniec. Próbowaliśmy i szańców zdobywać, ale to rzecz nie łatwa, z szablami na ziejące ogniem działa nacierać. A stały one na wysoko usypanych szańcach, na które nie sposób było koniem wjechać. Ale cóż tam mam o bitwie niewiastom opowiadać. Zwycięska była. Turek został sromotnie pobity, a obóz jego zdobyty.

– Bogu dziękować, że z życiem wyszedłeś i cało do nas wróciłeś – westchnęła Kolnicka – a rany żadnej nie odniosłeś?

– Żadnej. Potłukłem się jedynie bardzo, gdy z konia spadłem.

– Jezus, Maria – krzyknęła Kolnicka – wiedziałam, że nie może to być, aby ci się, co złego nie przytrafiło. Szczęście twoje jakieś niezwykłe, bo rzadko się zdarza, aby kto z konia podczas bitwy spadł życia nie stracił.

– Nie w bitwie spadłem, ale na dobrą godzinę przed nią, gdyśmy stali czekając na komendę hetmana – wyjąkał Janek.

Misia uśmiechnęła się nieznacznie, Marysia spuściła oczy jakby zawstydzona tym, co mu się przytrafiło.

– Zły to znak był dla ciebie  – zauważyła Kolnicka.

– Et, przypadek. Z zimna to mi się zdarzyło. Krew mi w żyłach zamarzła i spadłem, a najgorsze było, że nie mogłem się podnieść. Musiała ta zmarznięta krew po upadku pokruszyć się jak lód na rzece, ale że przez serce kra ta nie mogła popłynąć to i podnieść się było mi bardzo trudno.

– A inni nie szli ci z pomocą?

– Inni tak jak i ja zmrożeni jak sople lodu na koniach sterczeli na wpół żywi. Było kilku takich, co na śmierć zamarzli nie doczekawszy dnia.

– Szubę ci przecież dałam.

– Do bitwy szuby się nie nakłada. Radzono abym lekko się ubrał, bo z Turkiem gorąca sprawa. I rację mieli, bo nim się za szańce wycofali po czterokroć potem spłynąłem tak, że odzież cała mokra była jak po rzęsistym deszczu.

– Hetman wojsk do obozu zabronił wycofywać. Stać kazał do wieczora w szyku, a później i noc całą. W nocy siąpił drobny deszczyk, później padała marznąca mżawka, na koniec mroź zaczął łapać jak u nas w styczniu. Męka to była tak stać noc całą. Wojsko lodowym pancerzem się okryło i nie było wiadomo czy poruszy się, gdy świt zacznie niebo rozjaśniać. Czy lodem pozostanie. Jeszcze teraz dreszcze czuję, gdy to wspominam.

Marysia przysunęła się do Janka jakby chciała ogrzać go własnym ciałem.

– Ale to nic. Przeszło minęło. Turków dwóch ściąłem już pierwszego dnia, chociaż nigdy przedtem w bitwie nie byłem. Ran nie odniosłem. U przyjaciół szacunek zdobyłem. Janek, mówiono do mnie, teraz Janie, albo zgoła panie Janie.

– A jak my teraz mamy mówić? – zapytała Misia.

– Już małym chłopcem nie jestem, więc ani Jasiem ani Jasieczkiem być nie mogę.

– Podarki przywiozłem także od pana Dąby dla pani Kolnickiej, której pan Dąba zapomnieć nie może.

– Czyżby o mnie pamiętał – uradowała się Kolnicka – wiedziałam, że dobre ma serce i że o mnie nie zapomni. Modliłam się o zdrowie dla niego i jego przyjaciół. Oby jak najszybciej wrócił. Serce mi mówi, że będę miała w nim wiernego przyjaciela – pani Kolnicka zapłoniła się niespodziewanie i oczy skromnie spuściła.

Ach tak to się rzeczy mają, pomyślał Janek. Niedźwiedziowi i niedźwiedzicy miodu chce się posmakować. Innym broni, a sama do słodkości język na brodę wywala. Ledwie męża pochowała i już postu nie chce przestrzegać. Zaraz ukłuję ją pod serduszko.

Piękne podarki pan Dąba pobrał. I nic w tym dziwnego – odezwał się – bo gdy inni zdobywali zielone sztandary proroka, aby je jako wota na ołtarzu w kościele powiesić, on wpadł pierwszy do haremu Hussejna Paszy i zdobył go.

Kuba śpiewał potem taką piosenkę, na jego cześć i przysporzenie sławy.

Zginał nam rycerz w haremie proroka

Harem miał sto żon i dwie odaliski

Słyszałem noc całą jak ktoś głośno cmokał

Śmiechy, rechot swawolny i niewieście piski

Gdy wyszedł rano, był jak upiór blady

Na chwiejnych nogach, bez gaci i szpady

Oczy zapadłe, broda starmoszona

Nie pozna rycerza jego prawa żona

 

– Co za świntuch – krzyknęła Kolnicka nie mogąc opanować furii, jaka w niej wybuchła – niech się tu tylko pokaże, a wpakuję mu kuchenny nóź w jego pełen rozpusty brzuch. Gdzie są te pogańskie szmaty? Dawaj je, czym prędzej, niech je porozrywam na kawałki i cisnę w ogień. Oby się żywcem razem z nimi spalił.

– Ależ ciociu uspokój się, bo ci krew do głowy bije – prosiła Marysia.

– A ty, co – prychnęła gniewnie Misia – pewnie przyjaciela żeś nie opuszczał. W jednym szeregu żeś z nim w haremie wojował. Czemu drugiej zwrotki nie śpiewasz? Pewnie w niej o tobie tam była mowa?

Janek zaśmiał się szczerze.

– Nie tak to łatwo do haremu proroka się dostać – wyjaśnił – Prorok przecież jest w niebie, tym tureckim. I tam ten harem z nim razem. Trzeba być Turkiem, mieć wiarę w Mahometa, w świętej wojnie ubić chrześcijańskiego rycerza. Samemu zginąć pod mieczem. Dopiero można dostać się do haremu proroka. W obozie tureckim nie było żadnego haremu.

– Mówiłeś przecież, że harem został zdobyty.

– Żołnierze żarty sobie stroili mówiąc, że jak wpadną do obozu tureckiego to najpierw harem będą zdobywać, później skrzynie ze złotem, dalej wino, którego poddanym Mahometa pić nie wolno, a na koniec działa i armaty

– Harem miał sto żon – upierała się Misia, złym i podejrzliwym okiem patrząc na Janka.

– Ot, Kuba piosenki układa. Lekko mu to idzie. Głos ma dobry, więc je śpiewa aby towarzystwo rozbawić i myśli od śmierci i strachu odciągnąć. Nie było tam żadnych niewiast, żadnego haremu. Ot, żart żołnierski, na którym się niewiasty nie mogą poznać, bo zamiast szabel spódnice noszą.

– No to pokaż te upominki, któreś przywiózł, a ja zaraz się poznam czy to żart, czy czym innym pachnie – zawyrokowała nieco uspokojona Kolnicka.

Janek wrócił się do koni po dwa toboły ściśle powiązane. Gdy supły zostały rozplątane, zaczął pokazywać i obdarzać niewiasty po równi nie wyróżniając żadnej. Dopiero teraz uśmiechy znowu zagościły na twarzach niewieścich.

Wieczorem Jan Mleszkowski odwiedził jeszcze dom wojewody Zasławskiego gdzie zdał dokładnie relacje z powierzonej misji i dokładnie opowiedział o przebiegu dwudniowej bitwy zakończonej pogromem wojsk tureckich.

Dając drobne podarki dla pani wojewodziny i jej córki, prosił wojewodę o przyjęcie wspaniałego siodła tureckiego niezwykle bogato wyszywanego złota nicią i sadzonego błękitnymi turkusami.

Od razu zjednał sobie przychylność magnata, gdyż dar był niezwykle piękny i cenny. Zaraz też pan Zasławski spojrzał na młodzieńca innym niż dotychczas okiem.

————————————

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s