Miecz króla Jana odc. 17


Był późny ranek, gdy Janek wyruszał z miasta. Dobrze już po porze obiadowej przybył pod nędznie wyglądający zajazd przydrożny. Za zajazdem było niewielkie jeziorko po jednej stronie drogi i bagnisty staw po drugiej. Droga biegła po grobli usypanej pomiędzy tym stawem i jeziorkiem.

Zajazd był nieduży i dość zapuszczony. Widać było, że niewielu podróżnych się tu zatrzymywało, raz dla ubóstwa, dwa dla szczupłości miejsca w zajeździe. Obok stała obszerna stajnia z wozownią i w pewnym oddaleniu dla złych i przykrych zapachów chlewnia z oborą, a także kurnik.

Do tego zajazdu wszedł Janek i przywitał się z Kubą, który na niego tu czekał z nowiną.

– Godzi się karczmarz sprzedać swój dobytek, ale suma nie jest mała– oznajmił bez wstępu – Chyba, że bez tego spalimy go w nocy, jeśli nam nie da lepszej ceny.

Janek usiadł przy stole i rozejrzał się po izbie. Pod ścianą stała niemłoda już kobieta i przyglądała mu się uważnie. Po chwili podeszła do niego i w lepszym świetle od razu poznał Koziutkę. Zdziwiony podniósł się i uściskał ją serdecznie. Oboje nie mogli się nadziwić temu spotkaniu i oboje równie mocno ucieszyli się z niego.

– To kobieta, która będzie udawał karczmarkę, a zna się przy tym na ziołach. Wie, co robić i można jej ufać jak rzadko, której niewieście – oznajmił Kuba.

– Wiem, że można jej ufać, bo mnie jak matka wychowała– potwierdził Janek.

Obok Koziutki stał niewysoki mężczyzna o dość rozumnej twarzy i druga kobieta w wieku nie wiele starszym od Janka. Domyślił się, że będzie to karczmarz i jego córka.

– A gdzie prawdziwy gospodarz?– zapytał.

– To ja szlachetny panie – odezwał się stary i chudy chłop w podartej odzieży.

– Dobijemy targu?– zapytał Janek.

– A co mamy nie dobić. Sił już nie mam za wiele, żeby tą karczmę trzymać i przed zbójami chronić – tu popatrzył z pogardą na Kubę – ale bez dobrego grosza nie oddam. Żaden syn z pustymi rękoma mnie nie przyjmie. A tak jak z sakiewką to ojcu kąta udzieli. Oni też nie są zamożni i wypada abym nie był im ciężarem. Niechby mieli na kilka krów i parę koni.

Janek szybko dogadał się co do ceny, wypłacił złotem i srebrem, dołożył jeszcze coś ponad to i kazał się gospodarzowi pakować. Zaraz też Koziutka, z nowym gospodarzem i pomocnicą objęli rządy przy kominie. Wielkie sagany krup i bigosów zaczęły się gotować, aby ani ci, co już przybyli, ani też ci, co dopiero mieli przybyć, nie byli głodni i zbyt długo na pożywienie nie musieli czekać.

Teraz Kuba popędził przybyłych z nim kompanów do rozkopywania grobli tak, aby staw połączyć wodnym kanałem z jeziorem.

Janek zaś przebrał się w jakieś stare porwane łachy wlazł na kalenicę dachu i usiadł na niej okrakiem tuz przy dymiącym kominie.

Gdy rów w poprzek grobli był wykopany na głębokość pół chłopa, czyli innymi słowy do pasa, na drodze pokazała się grupa jeźdźców i wygodna podróżna kareta.

– Jadą – krzyknął Janek ostrzegawczo ze szczytu dachu.

Kuba wyszedł na drogę i czekał aż podróżni nadjadą. Dopiero wówczas zerwał czapkę z głowy i kłaniając się do ziemi zaczął krzyczeć.

–Witam! Witam, sławnych podróżników i zapraszam do najlepszego zajazdu w całej okolicy. Witam w imieniu matki mojej i ojca mojego. Witam i zapraszam na błogi nocleg. Noc już blisko i burza nadchodzi. Zajeżdżajcie pod dach tego królewskiego zajazdu. Drugiego nie masz takiego w okolicy.

Ale poseł wychyliwszy głowę z powozu pogardliwie machnął ręką dając znak, aby tu się nie zatrzymywano. Kuba nie dawał jednak za wygraną. Idąc poboczem drogi i nie dając się wyprzedzić dalej wykrzykiwał.

– Wielki panie nie gardź suto zastawionym stołem. Czeka tam na ciebie, duszona cielęcina w winnej zalewie, nadziewane przepiórki, pasztet z zająca i wołowe flaczki, wędzona szynka i baranie udo z majerankiem. A jaki bigos, jakie kiełbasy. Gdańska wódka, węgierski tokaj, włoskie wino z Palermy. Tureckie bakalie. Jakże można to wszystko zostawiać? Czyż nie dość wasza wysokość nałykał się przydrożnego kurzu? Jakże można o pustym brzuchu i wyschniętym gardle podróżować dzień cały?

Tak gadał i wykrzykiwał, aż posłowi zaczęła ślinka ciec po brodzie. Nie dał się jednak zmamić słowom wiedząc, że karczma jest uboga i nic oprócz jajecznicy i trochę boczku lub starej zjełczałej słoniny w niej nie dostanie. Powóz jednak stanął gdyż dojechano do wykopanego w poprzek drogi rowu.

–A to, co? – krzyknął oburzony poseł – któż wam kazał kopać ten rów przez drogę?

Jeden z robotników nie zdejmując nawet czapki wyjaśnił, że wójt ich najął, aby spuścili wodę ze stawu do jeziora.

– Zasypcie, zatem ten rów by poseł jego cesarskiej mości mógł tą droga przejechać – rozkazał wyniosłym głosem, pewny, że go natychmiast usłuchają.

– Wójt nie zapłaci, jeśli zasypiemy– odparł robotnik.

– Jeśli nie zasypiecie każę batami was obić – krzyknął gniewnie poseł.

– Szpadlem przez łeb tego, co za bat chwyci– hardo odparł robotnik.

– Poseł święta osoba, drogę musi mieć wolną.

– Poseł czy biskup za jedno. Chce abyśmy rów na powrót zasypali niech płaci.

– A ile? –zapytał poseł niebacznie.

– Dwa dukaty– odparł zapytany.

– Dwa dukaty? – poseł aż posiniał ze złości – to rabunek.

Ale widząc, że nic nie wskóra zwrócił się do drugiej grupy robotników.– Dam pół dukata, jeśli wąska ścieżkę przez rów usypiecie, abym tylko mógł na druga stronę przejechać.

– Ja to zrobię – krzyknął jeden z kopaczy.

– No to zasypuj a pół dukata jest twoje.

– Nie rób nic, co wójt nie kazał krzyknął groźnie Kuba. Wziąłeś pieniądze za spuszczenie stawu, więc kop dół i niech cię ten diabeł nie kusi.

– Posła obrażasz – krzyknął Niemiec – Każę cię powiesić.

– Wybacz wasza Wysokość.– Kuba zgiął się w ukłonie – Karczma czeka z wygodnym łóżkiem i czystą pościelą.

– Dół zasypywać wnet zacznę jak pół dukata na dłoni zobaczę – rzekł robotnik nie skory dąć wiary obietnicom.

– Poseł z kwaśną miną sięgnął po półdukatówkę i podał ją robotnikowi, który powoli zaczął zsypywać ziemię do dołu.

Reszta jednak ludzi tym gorliwiej zabrała się do kopania tam gdzie rów miał połączyć się ze stawem. Nie minęło i tyle czasu, co by na dwa pacierze starczyło, a woda z bulgotem przelewać zaczęła się do rowu, rozmywając resztę podłoża. Rów wypełnił się wodą i błotnistym szlamem. Teraz, aby przejechać, trzeba byłoby ściąć kilka sosen i kładkę jak most położyć. Widać było, że dziś już nikt drogą tą nie przejedzie.

Poseł zaklął po niemiecku i obejrzał się na Kubę.

– Młoda i piękna córka karczmarza, przy stole usłuży i usnąć pomoże, racz tylko wasza Wysokość próg karczmy przekroczyć– znów nisko kłaniał się Kuba zapraszając posła do zajazdu.

Nie mając innego wyjścia, poseł zawrócił i już miał do karczmy wstąpić, gdy z góry z samego czubka dachu Janek zawrzasnął przeraźliwie.

Siedzi diabeł na stodole[1]

A słoma go w dupę kole

Posła pięknie zapraszamy

Niespodziankę w środku mamy

Spojrzał poseł bystro w górę i wydało mu się, że twarz tego co okrakiem na dachu siedział gdzieś już widział. Nie zaprzątał sobie tym jednak zbyt głowy.

– Złaź z dachu głupku – krzyknął Kuba – i do stołu usługiwać gościom – rozkazał. – chyba, że chcesz parę kijów na grzbiet dostać.

Ruch się zrobił przed karczmą. Konie wyprzęgano od powozu, inne odbierano od służby, która wierzchem przy pośle podróżowała.

Zasiedli podróżni przy największym stole i zaraz za jadłem zaczęli się rozglądać. Koziutka ze swą młodą pomocnicą zaczęły miski z parującym bigosem roznosić. Pierwszą przed posłem postawiła. Zapach był wspaniały i bardo apetyczny, lecz poseł zaczął nosem, kręcić.

– Gdzież są te przepiórki, bażanty, zające, szynki i kiełbasy, o których tak głośno wykrzykiwał wasz syn?– z naganą zapytał.

Właśnie tu!– wyjaśnił mu tuż nad uchem Kuba. I stojąc z pełną miska bigosu smakował go głośno mlaskając i zachwalając jego smak.

– Dobry – przytaknął któryś ze sług posła – dobry i ostro przyprawiony i mięsa dużo.

– Dawaj głupku więcej bigosu, chleba i kiełbasy. – Kuba ponaglał Janka, który z zabrudzoną i odymioną twarzą pokazał się w izbie.

– A to, kto?– spytał poseł przypatrując się Jankowi.

– Pomylony – wyjaśnił Kuba – znalazłem go nagiego w pewien skwarny dzień, pod drzewem, przywiązanego za rękę do konaru. Musiał długo tak stać, bo od słońca i spiekoty rozum mu się pomieszał. Ani wiedział, czemu tak stał, ani jak się nazywał. Głupkiem go nazwaliśmy. Za parobka go trzymam. Czasem włazi na dach, albo idzie do stajni i krzyczy, że jest szlachcicem. Ale kiedy dostanie parę kijów to się uspokaja i dalej robi, co mu każę.

– Nie ucieknie ci stąd? –zapytał poseł.

– A kto mu da miskę strawy i dach nad głową? – odparł Kuba.

– Powiadasz, że kijów popróbuje i o szlachectwie swym zapomina?

– Do rozumu wraca i dalej robi, co ma do zrobienia. Gnój wyrzuca, świniom żreć daje, wodę nosi, drwa rąbie –zapewnił Kuba.

– Jak to kije, człowieka z głupoty leczyć potrafią – westchnął poseł biorąc za drewnianą łyżkę i ze smakiem bigos zaczął zajadać.

Tak samo jak bigos, tak nadspodziewanie dobre było i wino, które do posiłku podano. Przy dobrym winie i pełnym brzuchu nie trudno o dobry humor. Kuba wyciągnął z kąta stare skrzypki i zaczął grac skocznie i wesoło. Przyszli ludzie, którzy rów przez groble kopali. Gdy i oni pojedli i popili, nie tylko śmiech i skrzypki było słychać, ale i śpiewy wesołe i sprośne.

Nie bacząc na swą godność ani wysokie urodzenie, złapał pan poseł młodą dziewczynę, która mu usługiwała i zaczął tańczyć z nią wesołego oberka. Kuba grał na skrzypkach. Poseł obrócił się w koło kilka razy aż zachwiał się tak, że gdyby nie podtrzymała go tancerka upadłby na ziemię. Przerwał wiec taniec, siadł na ławie przy stole, ziewnął potężnie i położywszy głowę na stół zasnął.

Porwali młodą dziewczynę inni dworzanie i słudzy, ale i oni jakoś długo nie mogli się z nią natańcować, bo albo tancerz przerywał nagle i wybiegał z karczmy na dwór, chociaż noc już była czarna, albo ociężały siadał na ławę i wkrótce zasypiał. Zapachy jakieś nieprzyjemne i wonie odrażające od śpiących zaczęły dolatywać, że nosy trzeba było odwracać. Kuba grał jednak nadal na skrzypkach, czasem nogą sobie do taktu przytupywał, aż zabrakło skorych do tańcowania. Gdy granie przerwał, ciszę w izbie zakłócały liczne odgłosy chrapania, nosowe gwizdy, chrząkania i senne mruczenia.

–Jak też się twardo pospali – zdziwił się Janek – nawet pół beczki nie wypili, a już ich sen zmorzył.

– Chciał Kuba, aby wino było mocne i sen szybko sprowadzało– wyjaśniła Koziutka – tak i je doprawiłam.

– Śmierdzi od nich, że trudno wytrzymać.

– To po bigosie. Objedli się żarłoki, a żeby nie mieli niestrawności dodałam nieco ziela, które u nas zwą najczęściej, posraczka. Że trzy dni teraz będzie ich czyściło. Pochudną nieco tłuścioszki. Ale to im tylko urody doda, choć nieco najpierw sił ujmie. Nasze chłopaczki, którym Kuba dowodzi też bigos jedli, ale z innego garnka. Im najczęściej w życiu brzuchy do krzyża przyrastają więc na ten raz na dobry poczęstunek sobie zapracowali.

Kuba wskoczył na ławę i zakomenderował tym chłopaczkom, którzy nie tak dawno za robotników najętych przez wójta się podawali.

– Brać ich – wskazał na śpiących – wywlec ich na zajazd i do naga obnażyć. Odzież do jeziorka opłukać z tego, co w nią narobili i niech każdy weźmie sobie, co uważa. Konie ze stajni, spętane wyprowadzić na drogę, tak daleko, aby się od ognia nie popłoszyły. Powóz ma pozostać przed karczmą. Jak służbę rozbierzecie, poukładać ich na chłopski zaprzęg, choćby jednego na drugim. Posła ułożyć na samej górze, aby się przypadkiem nie udusił. I pozbierajcie tych, co w krzaki poszli za potrzebą i tam posnęli.

Chwycono się za robotę. Każdy wiedział, co miał czynić, bo wszystko to było już wcześniej omówione i przygotowane. Jedni zajęli się służbą, inni bagażami, jeszcze inni końmi.

Koziutka z dziewczyną i tym, który karczmarza udawał, wynosili kuchenny sprzęt, ławy i stoły i inny skromny dobytek i przenosili do odległej o sto kroków chlewni.

Janek zrozumiał że chcieli tu zostać. Nic jednak na to nie mówił.

Pozostało jeszcze trochę nocy. Więc ci, którzy nie odjechali z końmi, rozpalili z dala od karczmy duże ognisko i gwarzyli cicho. Na wozie obok słychać było chrapanie. Gdy niebo na horyzoncie zaczęło blednąc Kuba poszedł do karczmy, zapalił od żaru w kominie duży wiecheć słomy i podłożył ogień pod strzechę. Stara karczma zaczęła się palić. Ogień wzbijał się szybko w gorę. Strzecha spłonęła w oka mgnieniu niosąc w niebo snopy iskier i kłęby czarnego dymu. Dalej zaczęły płonąc krokwie i żerdzie dachu, aż w końcu ogień zaczął trawić stare na wpół spróchniałe i czarne od starości, belki ścian. Fruwające w powietrzu iskry i palące się szczątki poszycia strzechy przerzuciły ogień na stajnie.

Jeszcze nie spłonęła do końca karczma, a już ogień zaczął pożerać dach stajni. Szalejące płomienie miotały się w górę jakby same chciały gonić unoszące się coraz wyżej kłęby dymu. Żar stawał się coraz większy. Ogień huczał, łamał i obracał wszystko w zwęglone szczątki. Ludzie stali w milczeniu i obserwowali z lękiem to, co się działo na ich oczach.

Pierwszy z zadumy ocknął się Janek.

– Budźcie posła i jego sługi niech zobaczą, że po pijanemu, ogień zaprószyli.

Zaczęto najpierw tarmosić posła, później jego ludzi. Tych, których dobudzić się było nie sposób, zrzucano z wozu na ziemię. Po przebudzeniu, nieprzytomni wybałuszali oczy na słupy ognia, nie rozumiejąc gdzie są i co się wokół nich dzieje.

– Ach wy ścierwa – wyklinał ich Kuba – spaliliście mój cały dobytek. A oni jeszcze was z płonącego domu wynieśli – tu wskazywał ręka na swoich kamratów.– ja bym was tam, zostawił, niechby was diabeł w tym ogniu wysmażył. Jak mi poseł za szkody wyrządzone nie zapłaci, to do samego króla na skargę się udam. A za wyratowanie życia, od płomieni ocalenie, hojna nagroda mi się należy. Tej także posłowi nie daruje, bo swoje życie mocno narażałem.

Nie wiedział poseł, co się stało, dlaczego siedzi nago na chłopskim wozie. Skąd te płomienie. Skąd taki zamęt w głowie, myśl otępiała, sucho w gardle, mdło w żołądku.

Zaczadzenie – pomyślał– musiałem się zaczadzić. Potrzebny jest medyk. Może krwi puszczenie.

Spojrzał ciężkim na wpół niewidzącym okiem na trawione coraz bardziej przez ogień budynki, na swoją rozebraną bądź do bielizny bądź do naga służbę i poczuł nieodpartą ochotę do spania. Przymknął już oczy gotów zapaść w sen, lecz poczuł silne szarpniecie za ramię.

Wasza poselska wielmożność, nie czas spać, bo to może być sen wieczny, jak to po pożarach często bywa. Mam w chlewku wina beczułkę zakopaną. Każę ją wykopać, wino dobrze zrobi. Mocne wino pomoże siły wrócić, nim do jakiego doktora do miasta dojedziemy. Najlepiej do Warszawy za niewielką opłatą pana posła dowieziemy. Tam medyków paru sławnych ludzi leczy. Wozem chłopskim pojedziemy, bo powóz i wszystkie bagaże spłonęły. Odzież także. A ile mojego dobra spłonęło. Miał mój ojciec karczmę zamożną, a ja głupi zaprosiłem do niej posła, teraz mam popiół i zgliszcza. Ach te ścierwa, co ogień zaprószyli. Dziadem zostanę, jeśli mi cesarz szkody nie wynagrodzi – utyskiwał Kuba.

– A pisma, moje pisma. Gdzie one są?– stęknął sennie poseł.

– Spłonęły, jak wszystko inne.

– Pisma nie mogły spłonąć. To były pisma do samego elektora Prus, od najjaśniejszego cesarza.

– Spłonęły – powtórzył monotonnie Kuba – cały zajazd spłonął.

Poseł chwycił się za głowę, lecz po chwili znów przymknął powieki i znów silne szarpniecie za ramię nie pozwoliło mu zasnąć.

– Wody, przynieście wody, dla pana posła – polecił Kuba – trzeba go nieco orzeźwić.

Gdy oba budynki spłonęły doszczętnie, był już jasny dzień.

Cała służba w tym czasie biegła do jeziorka myć się w lodowatej jeszcze wodzie. Znów odezwała się wczorajsza przyległość, przez którą zaczęto biegać pospiesznie i gromadnie w krzaczki. Nikt w takim stanie rzeczy nie myślał o osobie tu najważniejszej. Tylko Kuba jako syn właściciela teraz już pogorzeliska, a zatem przyszły gospodarz, troszczył się o posła nie dozwalając mu zasnąć. Musiał też pan poseł pojąć co się wydarzyło, aby żadnych wątpliwości, a tym bardziej podejrzeń nie miał. Gdy już nieco rozbudził się i przytomnym wzrokiem badał pogorzelisko, Kuba natychmiast wznowił wielki raban, że z winy służby poselskiej spłonął cały jego dobytek, tudzież powozy którymi poseł podróżował, odzież i inne majętności jakie były w powozach i w samej karczmie. Domagał się zapłaty za powstałe szkody, a gdy poseł widząc, że sam stracił wiele, odmówił, zagroził, że posła powiesi. Nie mógł pojąć poseł cesarski, że nawet nocnej koszuli na sobie nie ma, jeszcze mniej rozumiał gdy go na siłę poprowadzono pod stare przydrożne drzewo i pętlę z grubego sznura zaciągnięto na szyi. Koniec sznura Kuba przerzucił przez gruby konar i zaczął podciągać posła w górę. Von Szwancer nie miał rąk związanych, więc gdy tylko poczuł że pętla zaciska mi się coraz bardziej na szyi chwycił za nią oburącz i stojąc na czubkach palców zaczął ją szarpać w nagłym przerażeniu. Kuba nie ciągną za sznur zbyt mocno, tyle tylko, aby posła wystraszyć i dać mu poczuć jak czuje się człowiek, którego wieszają. Poseł jednak święcie był przekonany, że koniec jego żywota się zbliża. Gdy udało mu się nieco rozluźnić pętli na szyi i złapać nieco tchu, podniósł przeraźliwy krzyk.

– Posła wieszać? Posła mordować? Król pokarze takiego zbója. Na pal wbić każe. Cesarz straszliwą karę obmyśli. Bóg ogniem piekielnym po wsze czasu będzie palił. Lucyferowi na wieczne męki piekielne odda.

Kuba znów za koniec sznura szarpnął.

– Któż tam posła rozpozna w nagim wisielcu. Za dwa dni kruki ścierwo rozdziobią. – rzekł z pogardą.

– Bóg z nieba widzi, z wysokości. On pokarze.

– Co mi tam taka kara – prychnął Kuba – już mnie pokarał takimi podróżnikami, których pod dach jak dobry chrześcijanin przyjąłem, a oni mi ogień zaprószyli. Taka to kara za mój dobry uczynek. Teraz ja ukarzę podpalaczy, którzy mnie z dymem puścili.

– Nie wieszaj! –jęknął poseł pojmując na koniec swoje położenie – karczmarzowi szkodę wynagrodzi się z nawiązką.

– Ja jego syn –wyznał Kuba – ze mną można targu ubić. Dasz pośle 200 dukatów za szkody, 100 za życia zratowanie i 50 za bezpieczne do Warszawy dowiezienie. Razem 400 dukatów byśmy się nie targowali.

– Ależ to wielki skarb – krzyknął oburzony poseł. – Worek złota. Wszystkie karczmy między Warszawą a Wiedniem nie są tyle warte.

– To prawda, że nie – zgodził się Kuba – przynajmniej dla mnie. Ale życie posła, którego na własnych rękach wyniosłem z płomieni jest tego warte.

– Dam 100 dukatów, jeśli cały i zdrów do Warszawy dojadę.

Sto dukatów to mało. Cienkie i lekkie te wasze cesarskie pieniążki, a często i fałszywe. I pół wagi nie mają polskiego złotego, czy moskiewskiego rubańca.

– Więcej dać nie mogę – stwierdził stanowczo poseł.

– Jeśli nie możesz, lub nie chcesz to stój tu aż będziesz mógł.

– Kuba koniec liny, który trzymał w ręku podwiązał posłowi pod kolano na tak silny węzeł, że aż mu noga zaczęła drętwieć

– Nie będę cię więził panie pośle – rzekł.– Masz oba końce liny. Jeden na szyi, drugi na łydce. Możesz z nią iść, dokąd dusza zapragnie.

– Lina ponad konarem, jak że mam iść?– oburzył się poseł.

– Wierzgnij nogą a konar złamiesz, ale uważaj byś głowy sobie nie urwał.

Janek zbliżył się do Kuby i zapytał:

– Czy to ja tak stałem, gdy mnie znalazłeś pod drzewem?

– Prawie tak samo – przytaknął Kuba– tyle, że ciebie przywiązali za rękę, a pana posła za nogę.

– Z gorąca głowa mnie rozbolała i boli aż do dzisiaj – Janek zaczął przewracać oczyma i kręcić głową.

– Pana posła nie rozboli, bo dziś zimno. Kataru żołądka i kiszek dostanie. Pilnuj posła by nie uciekł, ja pójdę pomyśleć jak by tu, jaki posiłek zrobić – to mówiąc Kuba oddalił się zostawiając Janka sam na sam z posłem.

– Von Szwancer zmierzył Janka nieprzychylnym i podejrzliwym spojrzeniem.

– Pamiętasz, kiedy to cię przywiązali pod drzewem?

– Zeszłym latem.– Odparł Janek bez namysłu.

– Któż to uczynił?

– Słudzy kobiety, którą spotkałem w karczmie.

–Za cóż to uczynili?

Nie pomnę, bo mnie po głowie i po całym ciele obito. Ale tak myślę, że grzeszna ochota nią kierowała, aby mnie nagiego pod drzewem oglądać.

– Jak się oswobodziłeś?

– Dałem swego konia i szablę i wszystko, co miałem Kubie, który od liny mnie odciął i zabrał ze sobą. Wasza wysokość zrobi to samo. Za konia i szable Kuba przetnie linę. Koń nie był mój od tamtej pory, ale i tak tylko ja go dosiadałem, więc cóż to była dla mnie za różnica? Mój czy nie mój?

– Wołaj, zatem Kubę. Dam mu konia, że do końca życia będzie mnie wspominać. Czterysta dukatów nie dam, bo nie mam. Przyobiecać mogę – mruknął pod nosem poseł jego cesarskiej mości – że zapłacę mu w Warszawie za całą gościnę i za wszystkie moje straty i poniewierki.

*

Późnym popołudniem wojewoda Zasławski wsiadł do powozu i w otoczeniu sześciu przybocznych dragonów, kazał się wieść na zamek królewski, gdzie miała odbyć się rada panów i senatorów prześwietnej Rzeczypospolitej.

Ulica była zapełniona pieszymi i konnymi, brykami i wozami kupców i drobnej szlachty. Z tej to przyczyny, powóz wojewody posuwał się bardzo powoli do przodu, co mocno irytowało wielmożę. Kiedy powóz zupełnie stanął z powodu zbiegowiska miejskiej gawędzi, Zasławski wychylił się do najbliżej jadącego dragona i chciał mu wydąć polecenie by rozpędzić tłuszczę. Posłyszał jednak jak mu się wydawało znajomy głos, gromko oznajmujący, że oto jedzie poseł cesarski von Szwancer. Ten sam głos, naśladując twardy niemiecki żargot, wykrzykiwał.

–Weź dukata, daj koronę, dodam jeszcze Niemkę żonę, starą larwę rozpustnicę, co cesarską ma spódnicę, pod nią gnaty, żółtą skórę, wielką jako beczka dziurę. Owrzodzona cała gęba, długi jęzor, lecz bez zęba. Ta zasiądzie, dwa są trony, a z nią Habsburg namaszczony.

– Droga dla posła. Jedzie zamek zajmować by go Niemcowi darować. Usuńcie się panowie szlachta, poseł jedzie. Usuńcie się przed posłem cesarza.

Wojewoda dojrzał w końcu wóz chłopski po części załadowany krowim gnojem, lecz przybrany po bokach gałęziami jodły. W kupę gnoju wstawione było krzesło z wysokim oparciem, na którym zasiadał przybrany w kawałek czerwonego sukna von Szwancer vel Sztatzeger. Brak na nim było poza tym suknem jakiejkolwiek innej odzieży. W ręku trzymał kubek, z którego wylewało się wino. Za nim stał Kuba przytrzymując posła by ten nie zleciał z krzesła. Poseł był całkowicie pijany. W koło uwijała się gromada przebierańców, którzy choć byli w barwach cesarskich, to na głowach mieli przeróżne maski, od maski diabła i śmierci począwszy na masce kozła i koguta skończywszy.

Wóz kierował się w stronę zamku królewskiego, gdzie jak zwykle licznie zgromadzeni byli dostojnicy Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Za nim podążały tłumy rozbawionych mieszczan Warszawy.

 

*

 

Wieczorem, hetman wielki koronny siedział przy stole w gronie rodzinnym i opowiadał zdumionej małżonce co zaszło na dziedzińcu zamkowym, gdy na wieść, że zajeżdża na zamek poseł cesarski, by go zająć w imieniu swego pana, wyszli senatorowie i biskupi z prymasem jako interrexem na przedzie.

– Otóż najpierw zwalił się na ziemię, gdy zsiadał z wozu chłopskiego zaprzężonego w dwa woły. Prymas myślał, że to czołem o ziemię bije, by najwyższej w kościele i państwie władzy pokłon oddać. Ale pan poseł nie mógł się o własnych siłach pozbierać. Dopiero hultajstwo, które go pod zamek przywiodło, podnieść mu się pomogło.

– Zaczął więc pan poseł w imieniu cesarza zapewniać, że sprawa obioru króla polski, została już uzgodniona pomiędzy cesarzem, a elektorem pruskim. Wszelki zatem sprzeciw zakończy się wkroczeniem wojsk cesarskich z jednej strony, a pruskich z drugiej.

– Nie wytrzymał jednak prymas takiej obrazy, aby potędze Rzeczypospolitej, w gnoju umazany pijak, choćby i poseł, miał groźby rzucać. Krzyknął, by posła wsadzono na powrót na wóz którym przyjechał i odesłano skąd przybył.

– Nie było jednak, komu rozkazu prymasa wykonać, bo motłoch, który za posłem na plac się wdarł śmiechy tylko czynił. Dopiero wojewoda krakowski, który równo z posłem przybył, swoim dragonom polecił, by wykonali, co prymas przykazał.

– W tym wszystkim jedno dziwne mi się wydało, że na wozie za posłem stał przyjaciel, lub sługa Jana Mleszkowskiego, którego ten Kubą przezywa. Jakby to onego Kuby była sprawka, z takim przybyciem posła pod zamek. Wszak Mleszkowski kwaterą u wojewody stoi, a bez wiedzy Jana Mleszkowskiego pośmiewiska z posła nie odważyłby się czynić.

– Bez wiedzy i przyzwolenia samego wojewody to by się nie mogło zdarzyć– zauważyła Sobieska.

– Tak i ja podejrzewam– dodał hetman.– Tak czy inaczej wziąłem wojewodę w ramiona i dzięki mu złożyłem, za godne potraktowanie tych, którzy próbują nas znieważać i byle pogróżkami straszyć.

– Nie przestraszył się – mówiłem – kanclerz Zamojski, cesarza, po śmierci Zygmunta Augusta, nie przestraszył się takoż i wojewoda Zasławski dzisiaj, gdy po śmierci Michała, Korybuta, znów Rzeczypospolita do wyboru nowego króla się szykuje.

– Od razu zjednałem sobie tymi słowami wojewodę.

– Łatwiej ci będzie teraz naszego Kondeusza do tronu doprowadzić – zauważyła Marysieńka.

– Oby tak się stało, a będziemy mieli i wodza i króla w jednej osobie.– zapewnił hetman.

Nowe poselstwo francuskie zmierzało w tym czasie ku granicom królestwa Polskiego i wszystko wskazywało na to, że francuski kandydat na tron, książę Kondeusz zostanie okrzyknięty królem Rzeczpospolitej. Uzgodnione i podpisane ze stroną francuską zostały Pakta Konwenta. Potwierdzone przywileje szlacheckie i złożone zapewnienie o ich zaprzysiężeniu przed koronacją.

Sobieski osobiście wybrał ze swego skarbca, który w dużej części napełnił dzięki zwycięskim wojnom z Turcją, klejnoty mające ozdobić rękojeść i pochwę miecza koronacyjnego. Wyróżniały się wśród nich niezwykłej wielkości i blasku dwa krwawe rubiny. Były one, jak wierzono, zakrzepłą krwią ostatniego basileusa Konstantynopola. Te dwa rubiny i legendarny szmaragd, święty kamień proroka, miały być oprawione w rękojeść miecza koronacyjnego. Ściągnięto z Gdańska najsłynniejszego złotnika, dodano mu do pomocy kilku złotników warszawskich. Mieli oni wykonać miecz koronacyjny. Miecz ten, jako szczególny dar od hetmana wielkiego koronnego, dla przyszłego króla polski. Miał on być w zamyśle hetmana, wręczony podczas ceremonii koronacyjnej, zaraz po namaszczeniu i ukoronowaniu dokonanym przez prymasa Polski.

Kazał sobie Sobieski sporządzić szkic, według którego miałby być wykonany oręż, a gdy mu się spodobał, przystąpiono do jego wykonania. Zachodził tez do pracowni zajętej przez złotnika przybyłego z Gdańska, aby zobaczyć jak się posuwa praca przy modelowaniu i odlewaniu złotej rękojeści. Pamiętał też o płatnerzu – mieczowniku, który kuł klingę, a także pochewniku. Nie doczekał jednak Sobieski poselstwa z Francji, bo przyszły nowe wieści z Podola i dzikich pól, z których wyroiły się czambuły tatarskie w znacznych siłach prowadzone przez samego Selim Gireja. Mogło to być zapowiedzią nowych wojen z Turcją, której wojska, choć nie tak liczne jak w roku poprzednim, zajmowały północne połacie Mołdawii w pobliżu granic polskich.

Wyjechał, więc hetman pilnie z Warszawy do wojsk rozlokowanych u południowych rubieży kraju zostawiając sprawy w rękach swego sekretarza – kanclerza, a także przemyślnej i ambitnej małżonki.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

 

[1] Dwie pierwsze zwrotki wstawiłem z zasłyszanego wierszyka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s