Miecz króla Jana odc. 18


Rozdział 9.

Miecz dla  króla.

Przybycie do Warszawy licznego poselstwa francuskiego, było jak włożenie kija w mrowisko. Wprawdzie poseł cesarski został ośmieszony i publicznie na razie się nie pokazywał, ale w jego miejsce zjawili się liczni szpiedzy i agenci cesarscy oraz pruscy i ci jak mogli szkodzili Francuzom. Zdarzały się i napady i pobicia członków francuskiego poselstwa, w czym dopatrywano się ręki niemieckiej. Liczne burdy wzniecali pijani szlachcice, pojeni
i judzeni przez nieznanych nikomu ludzi. Także między i samą szlachtą, dochodziło do starć i awantur o to, który kandydat lepszy. Zajazdy i karczmy zapełnione były nie tylko pijanymi podgolonymi łbami braci szlacheckiej ale i rozgorączkowanymi mówcami dowodzącymi swych politycznych racji. Tak często przekrzykiwano się nawzajem, że choćby, kto i pilnie ucha nadstawiał nie był w stanie nic pojąć z tej wielogłosowej mówców oracji. Często nie mogąc się przekrzyczeć, przepychano się nawzajem, a gdy nerwy zawodziły łapano za szable i na dziedziniec wychodzono. Tam jednak, tak liczne głosy nawoływały do zgody, że szable chowano i w spokoju wracano do karczmy czy zajazdu, by znów zasiąść przy stołach.

Janka nużyły te dyskusje, choć początkowo sam brał w nich udział nawołując za kandydatem francuskim. Szybko spostrzegł jednak, że gdy udało mu się przekonać zebranych do swych racji, to wystarczyło aby kto inny głos przeciwny podniósł, a już słuchacze zmieniali zdanie i innego kandydata popierali. Byle by tylko kielich wznieść w górę i za zdrowie wypić. Kuba zaś chętnie czas spędzał w towarzystwie panów braci, czując się na równi z nimi i za jednego z nich się mając, chociaż pił tylko na ich rachunek, nigdy na swój. Bacząc przy tym pilnie, czy by przy tym nie stać się posiadaczem cudzej sakiewki, w czym mu Jan tylko przeszkadzał.

Tego dnia Janek siedział markotny przy kielichu cierpkiego wina i dumał nad tym, po co tu siedzi w tym zaduchu i smrodzie, skoro u Kolnickiej ma lepsze wino i przepiękne kochane oczy Marysi, usłużną i miłą Misię, oraz Kolnicką, która i jemu jakby była ciotką najżyczliwszą, jaką można sobie wyobrazić. Zadumany i zapatrzony w szklanicę, mocno trącony przez Kubę, spojrzał na niego wyczuwając, że coś się stało.

– Sokolnicki wszedł do izby – Kuba oznajmił prosto w ucho Janowi – i to w towarzystwie kozaków, którzy wzięli mnie za ciebie, gdym na twym koniu do Warszawy jechał. Życia małom nie postradał w tamtym przypadku. Teraz Sokolnicki się z nimi zwąchał. Czy to nie na twoją zgubę? Co robimy? – zapytał.

– Wynosimy się stąd – odparł Janek – i to natychmiast, póki nas nie dostrzegli. Bez Knieziewicza i Dąby nic tu po nas. Pożarliby nas jak kurczęta.

Wymknęli się więc chyłkiem. Noc już zapadła, chociaż pogodna i widna, bo księżycowa. Janek zdecydował się wracać do Kolnickiej gdzie mieszkał. Kuba odprowadzał go. Idąc wąskimi uliczkami rozmawiali cicho, gdy w mroku przed nimi rozległ się wystrzał, potem szczęk żelaza i krzyk wzywający pomocy. Janek dobył szabli i rzucił się biec do przodu, lecz Kuba pochwycił go za ramię. Nie zdołał go powstrzymać, więc pobiegł za nim. Dwadzieścia kroków przed nimi, czterech ludzi walczyło przeciw dwóm, z których jeden co jakiś czas wzywał pomocy to po polsku, to po francusku. Ostro nacierająca czwórka zachęcała się szwargocąc coś po niemiecku.

Tego wystarczyło Kubie, by ciąć przez plecy jednego z nich. Janek jako wysoki i dość przecież silny, chwycił innego napastnika za kołnierz, obrócił do siebie i głownią szabli uderzył w czoło, tak, że zaraz osunął się na ziemię.

Broniący się w milczeniu Francuz widząc, że ma przed sobą nie trzech, a już jednego przeciwnika, natarł na niego gwałtownie i przebił ostrzem swej szpady pierś wroga. Ostatni napastnik zbiegł widząc porażkę.

Spojrzano teraz ciekawie po sobie, pomimo mroku próbując dojrzeć rysy twarzy.

Ten, który wzywał pomocy, wyciągnął rękę z sakiewką w stronę Janka.

– Oto zapłata za pomoc i poratowanie w niebezpieczeństwie – powiedział.

– Jestem Jan Mleszkowski, szlachcic z dziada pradziada. Nie najęty sługa – wyjaśnił Janek – zapłaty nie mogę przyjąć, bo cześć szlachecka nakazuje bronić napadniętych. Niemców tu nie lubimy, szczególnie, jeśli rozbojem się zajmują.

– A ja zapłatę przyjmę – wtrącił się Kuba – chociaż też jestem szlachcic, tyle ze oprócz czci szlacheckiej, mam jeszcze rozum, a ten każe brać, gdy z serca dają – i sięgnął po sakiewkę.

– Osobę posła ratowaliście waszmościowie. I za to wam chwała. Ale skoro są tu wrogowie, którzy czyhają na jego życie, niech to zostanie tajemnicą. Także ten przypadek, który się teraz zdarzył.

– Zachowamy tajemnicę – zapewnił Janek – Chcemy mieć na tronie księcia Kondeusza z Francji i wszelkiej pomocy jego poselstwu z serca udzielimy.

Ruszono dalej razem, aż pod pałac Sobieskich, gdzie się pożegnano.

Nieznajomy Francuz, na pożegnanie podał rękę Jankowi, a ten ją uściskał, miał jednak przykre nieco wrażenie, że podana ręka uniesiona była w geście jak do ucałowania.

– Poseł, a zaułkami przemyka jak złodziej – zauważył Kuba, gdy wracano – tak jakby karety nie miał. Ale bije się dobrze, skoro tak swego wroga nadział jak sztukę mięsa na rożen. Do Sobieskiej na nocne schadzki się wybrał. Da mu hetman, gdy wróci.

– Tajne rozmowy nie przy wszystkich mogą być prowadzone – zauważył Janek – Pewnie tylko sekretarz i pani hetmanowa będą z posłem rozmawiać.

Nasz żabojad łyka żaby,

potem szuka ładnej baby.

Nocka ciemna łoże blisko,

tam założy swe siedlisko.

Zaśpiewał Kuba dwie zwrotki i umilkł – Jeśli nas z listami w drogę nie wyślą, to nie jestem Kuba, potomek chana Kuba–deja.

– Na służbie u hetmanowej nie jesteś – zauważył Janek – Więc cię nie wyślą.

– Ciebie poproszą. A ich prośba jest dla ciebie jak rozkaz dla dragona. Nie widzisz, że interesu w tym nie masz, a pędzisz jak na złamanie karku. Dobrze, że hetman nie pod Stambułem ani pod Moskwą, bo i tam byś samotrzeć gonił i mnie z sobą ciągnął. A za nami kozaki, a za kozakami Sokolnicki, który się uparł łeb ci rozpłatać, aby nie mieć cię za zięcia.

– Kolnicka nam pobłogosławi. Przychylną mi jest i kocha Marysie jak córkę. Wie, że dobrym będę dla niej mężem do końca życia. Nie ukrzywdzę jej ani kochać nie przestanę.

– Biednyś panie Janie.

– Sokolnicki też nie bogacz.

– Dlatego dla córki będzie bogacza szukał. Piękna jest, a na taką urodę każdy się skusi. Kolnicka, jego siostra też bogato została ożeniona.

– Nie dam jej. Każdemu, kto po nią sięgnie łeb utnę.

– Wyślą cię w drogę z wieściami, listem, lub pod innym pozorem, a ją nim wrócisz za magnata wydadzą. Ale jest jeszcze Misia, ta także patrzy na ciebie jak pies na kiełbasę. Ponoć chłopka. Bardziej do ciebie pasuje i twoich pogorzelisk. Dwie kopy dzieci ci spłodzi, będziesz miał z kim las karczować pod grykę i owies. Przypomnisz sobie żeś szlachcic, a nie goniec pocztowy.

– Idź spać panie Kuba–deju, bo kraczesz jak ten kruk nad głową. Młody jestem i swego dopnę i nic po twoim krakaniu. I patrz, by cię kto za posła francuskiego nie wziął i po drodze nie napadł i nie zabrał tego coś dostał.

*

Marysieńka Sobieska pożegnała złotników z którymi długo rozmawiała. Miecz został wykonany i doręczony. Nie było hetmana aby ocenić wykonana pracę, ale Marysieńka, widząc jak starannie i pięknie został zrobiony, pewna była że zachwyci męża, znającego się jak nikt inny nie tylko na sztuce wojowania, ale także i na wszelakim orężu. Uważnie też spoglądał na miecz sekretarz Sobieskiego.

– Piękny to będzie dar dla przyszłego króla Polski – powiedział w zamyśleniu. Oby bronił jej granic tak rzetelnie, jak to czyni mój pan, waszej wysokości małżonek.

Książę Kondeusz już jest sławny ze swych zwycięstw nie tylko we Francji, ale i w całej Europie. Myślę, że będzie umiał godnie odpłacić za starania, jakie czynimy, aby ułatwić mu drogę do polskiego tronu. Korybut, gnuśnym był i żadnego wsparcia nie dawał hetmanowi w jego ciężkiej pracy. Jan, mój małżonek, dopiero w nowym królu znajdzie oparcie i pomoc, gdyż tylko prawdziwy wojownik wie, co wojsku potrzeba, aby biło się dzielnie i uprzykrzeniem dla własnego nie było obywatela. Źle się stało, że musiał z Warszawy do wojsk odjechać teraz, gdy poselstwo francuskie przybyło i końcowe rozmowy będą prowadzone. Inni będą chcieli sobie przypisać zasługi wyboru nowego króla, chociaż nie tak dawno jeszcze za Habsburgiem gardła zdzierali.

Do komnaty wszedł zaufany dworzanin Sobieskich i oznajmił, że pan Jakub Jarząbek zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią przyprowadził z poufną wizytą członka poselstwa króla Francji.

Skoro już przyszedł to wprowadź. Chętnie posłuchamy, co ma do powiedzenia. Jakież nowinki przywozi nam z Paryża.

Dworzanin cofnął się i zaraz za nim pokazał się pan Jakub Jarząbek, bogaty szlachcic, który u Sobieskiego nie rzadko pełnił różne ważne funkcje. Za nim wszedł na czarno ubrany Francuz, w kapeluszu i przy szpadzie. Stanąwszy przed Sobieską zdjął kapelusz i skłonił się nisko. Gdy oddawszy ukłon wyprostował się, spojrzał śmiało w oczy pięknej kobiety i uśmiechnął lekko. Pani Maria Sobieska nie odkłoniła się, tylko lewą rękę uniosła w górę ku piersi zdumiona i zmieszana zarazem patrzała w oczy przybyszowi.

– Wasza książęca mość! Wasza książęca mość!– powtórzyła zaskoczona – Nikt się nie spodziewał – ostatnie słowa powiedziała po francusku.

– Nikt się nie spodziewał i nikt nie wie, że tu jestem – odparł książę – Powodzenie mej misji zależy od tego, aby zostało to w tajemnicy.

– Tak się też stanie. Nie ma szpiegów ani zdrajców w tym domu – zapewniła Marysieńka.

– Czy tu obecny szlachcic, mówi lub rozumie język w którym rozmawiamy?

– Zna jedynie łacinę i niemiecki. To sekretarz mego męża.

– Nie mniej, odpraw i jego.

– Sobieska posłuchała przybysza, aby jednak zachować pozory kazała przyjść Eleonorze, starej nieco głuchawej dworce, która miała dozór nad częścią służby domowej.

– Jak podróż waszej Książęcej mości? – zapytała, aby przywrócić sobie równowagę ducha i wewnętrzny spokój.

– Długa i nudna. Chciałoby się rzec nużąca. Lecz nie tylko polityczne względy mnie tu kierowały, ale i niepokój serca. Dopiero dziś po zmierzchu, gdy blisko byłem tego pałacu, ktoś strzelił do mnie, lecz chybił. Gdy przyszło broń skrzyżować, okazało się, że czterech łotrów brało udział w napadzie.

– Boże, a ja jednego Jakuba posłałam. Gdybym wiedziała, że to wasza książęca mość…

– Wizyta moja sekretna ma być, wiec taką by nie była, gdyby większa ilość ludzi mi towarzyszyła.

– Lecz jakże czterech na dwóch?

– W niejednym bitewnym tumulcie byłem. Tu wystarczyło hersztowi szpadę pomiędzy żebra wsunąć, aby całą resztę strachem porazić i z drogi przegnać.

– Austriaccy i pruscy szpiedzy i opłacani mordercy jedynie na coś takiego się ważą, aby przyszłego króla napadać.

– Jestem tego pewien – odparł książę.

– Wasza książęca mość jest pewnym i jedynym kandydatem który może zostać okrzyknięty królem. Już nie tylko szlachta, ale i całe podległe hetmanowi wojsko po spędzeniu Tatarów do Warszawy ściągnie, a gdy ono za waszą książęcą mością szable
w górę wzniesie, nikt nie waży się podnieść głosu sprzeciwu, lub nowego kandydata wysuwać.

Jeśli od południa Habsburg z wojskiem na Kraków ruszy, gdzie przychylny mu wojewoda, by tam się koronować? – wyraził wątpliwość książę.

Cesarz pamięta jeszcze Byczynę, gdzie go Zamojski pobił i pojmał w niewolę. Nie wiele lat od tamtych dziejów minęło. A wojewoda Zasławski za hetmanem ostatnimi dniami stanął i bram miasta nie otworzy.

Książe słuchał uważnie wpatrując się w piękną twarz Marii Sobieskiej, rodowitej Francuzki, poddanej króla Francji. Kochającej Francję, jej zwyczaje i ludzi. Teraz stał przed nią książe, Francuz, w którego żyłach płynęła królewska krew. Tak różny od jej męża, ciężkiego i zwalistego, rubasznie niedbałego o wykwintne maniery i dostojne zachowanie. Żołnierza, choć wielkiego i zamożnego rodu, to przecież nierzadko obcesowego i porywczego w czynach i twardym słowie. Wprawdzie czułego męża i wiernego kochanka, ale ilekroć niezdarnego i wręcz grubiańskiego dla delikatnej i wrażliwej kobiecej istoty. Książe średniego wzrostu, pięknej był budowy ciała, ładnej pociągłej twarzy i palących oczu, które z każdym swym spojrzeniem wzbudzały niepokój.

– Wiem – zapewnił, a głos mu stężał – że jeśli zostanę królem to stanie się to za sprawą pani. Nie ma zapłaty, która mogłaby być wystarczająca, aby wynagrodzić tak wielką rzecz jak podarowanie korony tego wielkiego królestwa. Jeśli otrzymam ją z waszej pani ręki, to, aby odpłacić za nią, sam muszę ją pani ofiarować. I jako przyszły król tego kraju to uczynię. Taką składam przysięgę przed bogiem i przed tobą pani. Oto, aby słowa moje nie były bez czynu dziś daję ci ten diamentowy diadem jako zaręczenie dla przyszłej korony twojej.

Książe Kondeusz wydobył ze skórzanego futerału złotą opaskę na głowę zdobioną w kształcie liści i delikatnych kwiatów bogato sadzonych białymi lśniącymi diamentami i z uśmiechem podał Marysieńce.

Jego oczy zapłonęły pożądaniem.

Sobieska zadrżała. Diadem zachwycił ją swym pięknem i wymową daru. Wzrok księcia przestraszył i ponownie zakłócił jasność umysłu.

Oszołomiona odłożyła diadem na wysoką czarną komodę. Bojąc się spojrzeć w oczy księcia wciąż patrzała na klejnot, a błyski światła załamujące się i skrzące w szlachetnych kamieniach oślepiały ją.

– Będziesz pani najpiękniejszą królową, jaka kiedykolwiek zasiadała na tronie od czasów mitycznej Heleny – dodał książę.

– Helena była żoną Menelaosa – pomyślała Marysieńka odruchowo – Potem zwróciła się ku Parysowi, synowi Priama. Czyż ja też mam równie dziwnie zmieniać małżonków jak tamta?

– Pani jedno słowo twoje a odejdę, aby wkrótce wrócić po koronę i po ciebie.

Marysieńka spojrzała księciu w oczy i znów zadrżała. Nie mogąc znieść jego spojrzenia, znów obróciła głowę w stronę diademu i wzrok jej dostrzegł leżący obok miecz przyniesiony nie tak dawno przez złotników.

Uniosła go z komody i podała księciu.

– Oto miecz koronacyjny. Oby i korona spoczęła na twoich książę skroniach.

Książę Kondeusz lewą ręką przyjął podany miecz, prawa ujął dłoń Marii Sobieskiej i podniósł do ust robiąc przy tym głęboki, pełen szacunku ukłon.

Gdy wyszedł odprowadzany przez Jarząbka, Marysieńka uniosła dłoń do czoła i przymknęła oczy. Na twarzy jej można było dojrzeć cierpienie.

Stara służka siedząc w kącie komnaty patrzyła na swą panią i złośliwie się uśmiechała.

W nocy Sobieska miała złe sny. Dziwne, mało wyraźne, męczące. Później jakby się rozpogodziły. Śniła żółte zboże w którym stała pod błękitnym pogodnym niebem. Panowała cisza i bezruch. Instynktownie i podświadomie we śnie wyczuwała brak czegoś. Szybko zrozumiała, że brak jest zapachu dojrzewającego zboża, spiekoty gorącego dnia, a przede wszystkim odgłosu śpiewu ptaków. Powoli barwy zboża i błękitnego nieba zszarzały i stały się ponure. Pojawiły się cienie przybierające ludzkie postacie, ni to trupy wirujące w powietrzu, ni to walczący obdarci i skrwawieni wojownicy. Zjawił się chłód i lęk coraz silniejszy. Jej mąż rozparty na koniu, gromiący pokazujące się i wirujące wokół niego cienie i zjawy strasznych wojowników. Koń się pod nim zapada, lecz hetman staje twardo w szerokim rozkroku i dalej tnie szablą na lewo i prawo. Marysieńka patrzy w niego i widzi, że oto staje przed nim książę Kondeusz w czarnym półpancerzyku przepasany szarfą, ze szpadą w ręku. Sobieski opuszcza w dół rękę z szablą, a na jego szerokim czole kropli się pot i spływa po policzkach jak łzy. Kondeusz unosi dłoń nieco w górę i wbija długie ostrze szpady w wypukłą pierś Sobieskiego.

– Boże! – myśli we śnie Sobieska – Ma na sobie pancerz łuskowy a na piersi wytłaczaną złocistą głowę lwa. Sobieski tnie w głowę księcia i postać Kondeusza powoli rozpływa się w ciemnościach. Wszystko znika.

Po chwili Marysieńka przezwycięża sen i budzi się. Patrzy w sufit i zaczyna rozmyślać.

– Źle, że się zjawił – myśli – źle, że mnie kusi fałszywymi obietnicami. Źle, że oddałam mu miecz, który miał wręczyć mu mąż mój.

– A jeśli jako król ponowi prośbę abym została jego żoną i królową? Prośbę, albo żądanie. Jeśli się nie zdołam obronić przed tym żądaniem? Byłoby to jak ten sztylet zdradziecki w pierś mego męża. Hetman jest silny jak byk, zdruzgoce księcia, choćby ten był obrany królem. Jan nawykły jest do walki i do zwycięstw. Nie zaznał klęski i nie można przypuszczać, by tam gdzie stanie, klęska go spotkała. Wojsko jest za nim, wszystkie chorągwie i cała szlachta. Zginie Kondeusz i ja zginę, jeśli zabierze mnie memu Janowi. Zginie jak Parys, gdy porwał Helenę Menelaosowi. Dlaczego dałam ten nieszczęsny miecz?

Długo jeszcze w nocy targał ją niepokój. Duma, przebiegłość i pycha toczyły w niej walkę z rozsądkiem i umiarem.

Po późnym śniadaniu odbyła sam na sam rozmowę z Jakubem Jarząbkiem, o tym, co się stało dnia poprzedniego, gdy prowadził nieznanego sobie Francuza do pałacu Sobieskich.

Jest dzielny, nie wątpię w to – zapewniał Jarząbek – Bronił się twardo, chociaż napastników było czterech, a nas dwóch. Na szczęście szybko nadbiegło dwóch szlachciców, którzy walnie nam dopomogli, gdyż napastnicy znaleźli się niespodzianie dla siebie w okrążeniu. Nim się spostrzegli dwóch zostało powalonych na ziemię. Wówczas Francuz przebił swoją szpadą pierś tego, którego miał przed sobą. Okrutna to broń, szpada czy rapier. Bo gdy szablą cięty przeciwnik wcześniej czy później przychodzi do zdrowia, to skłuty rapierem, lub szpadą, zazwyczaj umiera. Okrutny jest z tego wnoszę, bo nie musiał tego robić. Mogliśmy go żywcem wziąć i straży miejskiej oddać, aby pod sąd stanął i wydał, czy sam dla rozboju i zysku to uczynił, czy kto go opłacał, aby na posła, lub na mnie, którym jest przyjacielem hetmana, napad uczynił. Można było tak uczynić, bo ci, co z pomocą pośpieszyli znani są hetmanowi. Wieści o zgonie króla wieźli pod Chocim, a później listy hetmańskie o zwycięstwie przywieźli. Nie poznałem z powodu ciemności, ale gdy swoje nazwisko jeden z nich wymienił a później i w rozmowie przypomniałem sobie, kim są.

– Jak zatem ich godność? – zapytała Marysieńka.

Pierwszy to Jan Mleszkowski, szlachcic mieszkający u Kolnickiej. Jakiś też znajomy wojewodziny Zasławskiej. Może daleki krewny, ale ubogi. Drugi to Kuba, podaje się za szlachcica, ale chyba nim nie jest. Ten mu przyjacielem i nie odstępuje od niego na krok hulaka i lekkoduch. Ponoć szlachcie po zajazdach sakiewki podbiera, niczym jajka z kurnika. On to z czeredą podobnych sobie, posła cesarskiego upił i do Warszawy, na kupie gnoju przywiózł, ośmieszając go w oczach senatorów i szlachty. Co kto wie, czy skrytą śmiercią tego nie przypłaci?

– Pamiętam Mleszkowskiego – rzekła Marysieńka – Ma buzię jak panienka, ale czupurny i zadziorny jak mało który. Skorzy są obaj jak widać do figlów, ale i usłużni. Nie są na żołdzie hetmańskim. Mleszkowski jest u Kolnickiej, a ta też słynie z niektórych sprawek. Jeśli zatem coś nabroją na nią to będzie.

– O czym waćpani myśli?

– Nie myślę o niczym – wyłgała się Sobieska – Ale kłopoty nikogo nie omijają. Nas także.

– A miecz może być dla mnie nie lada kłopotem – pomyślała – Trzeba, zatem aby książę go zwrócił.

Z takim zamiarem posłała Jarząbka do pałacu prymasowskiego, który gościł poselstwo, aby odszukał znanego już sobie Francuza i namówił na złożenie kolejnej wizyty w domu Sobieskich.

Zamiar Marysieńki nie doszedł jednak do skutku, gdyż książę Kondeusz opuścił już Warszawę i nie było nawet wiadomym, czy w drogę powrotną udał się Wisłą do Gdańska, by dalej podróżować morzem, czy wybrał drogę lądową przez Niemcy.

Taki obrót sprawy był niekorzystny dla Sobieskiej i mógł przysporzyć jej kłopotów, gdyby wyszło na jaw, że miecz samowolnie podarowała księciu bez oczywistej wiedzy i zgody małżonka.

Sobieski tym czasem rozbił znaczne siły tatarskie i spychał luźne czambuliki, które za łupem i jasyrem, szeroko rozlały się po Pokuciu.

Tatarzy tak jak szybko weszli w granice Rzeczypospolitej, tak i szybko musieli ją opuszczać, ponosząc znaczne straty w starciach z chorągwiami hetmana. Bezkrólewie, nie czyniło kraju bezbronnym, gdy na jego czele był Hetman Wielki Koronny taki jak Sobieski. Oczyściwszy kraj z Tatarów, odebrał i Turkom ochoty do robienia kroków zaczepnych. Mógł więc, pozostawiwszy lekkie chorągwie, w tym dragonów oraz chorągwie kozackie, ruszyć na Warszawę, zabierając ze sobą znaki pancerne oraz huzarskie.

Dwa dni bawił we Lwowie, skąd wydawał jeszcze rozkazy i rozsyłał listy, po czym ruszył przez Zamość, Lublin Puławy i Dęblin do Warszawy. Tu był oczekiwany przez szlachtę, która z całego kraju zjechała się na walną elekcję, by swój głos oddać na tego z kandydatów, którego chciała mieć za króla. Czekał także na niego prymas i całe potężne stronnictwo malkontentów, na którego prymas stał czele. W samej Warszawie ścisk się zrobił taki, że ulicami jedynie pieszo można się było najszybciej poruszać. Wojska rozlokowały się na wolnych jeszcze polach wokół Warszawy.

Dni były pogodne i ciepłe, więc chętnie przebywano poza murami miasta. Tam też ustawiano kramy i zadaszenia gdzie podawano wszelakie trunki i smakowite zakąski. Zdawać się mogło, że drugie miasto wyrosło z namiotów i drewnianych szop. Tam właśnie zgromadziło się tysiące szlachty i rycerstwa z Litwy, Rusi oraz Korony, by w wolnych wyborach wybrać przyszłego elekta na króla Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s