Miecz króla Jana odc. 19


Rozdział 8.

Elekcja króla Jana

I podjął miecz w mocarne dłonie

Wznosząc go ponad wrogów głowy

A lud mu dał koronę Piastów

I sadził na Piastowskie trony

Zaraz pierwszego dnia po wjeździe Sobieskiego do Warszawy, Janek z Kubą wybrali się odwiedzić przyjaciół przybyłych z chorągwiami hetmana i posłuchać opowieści o ostatnich bojach i potyczkach jakich doświadczyli, walcząc przeciw Tatarom. Pierwszego ujrzeli Dąbę, bo ten wzrostem i tuszą wszystkich przenosił i przez to najłatwiejszy był do wypatrzenia w każdej masie ludzkiej.

– Żałuj żeś nie był z nami – zawołał Dąba zaraz po serdecznym przywitaniu – Jechał na nich hetman jak na dzikiej świni. Gdzie się tylko nie pokazał, tam ryli ziemię pyskami. Żałuj, bo byś miał nowe doświadczenia i nowych przygód pod dostatkiem. Ręka by ci stwardniała, a i siedzenie, bo gdy z Tatarem się wojuje, to na koniu nie tylko się pije i je, ale także i sypia.

– Wiem to  – zaśmiał się Kuba – Koń ogon podniesie to i ty masz przerwę, aby spodnie spuścić, na bok się odchylić i jak rybak za burtę potrzebę załatwić. Koń truchtem bachmata tatarskiego goni, łeb w worku z obrokiem trzymając, tak i ty głowę do torby przy siodle pchasz okruchy wyjadać. Pragnienie zaspokoisz, gdy przy przeprawianiu przez rzekę w cholewy ci wody naleci. Tak, gdy but ściągniesz z nogi, możesz się napić do woli.

– Zaiste nie rycerskie masz serce – zganił go Dąba – Zgnuśniałbym siedząc tak w murach miejskich i mchem pewnie bym obrósł, a na pewno sadłem gdyby nie koń i ten step, na którym Tatara trzeba zgonić.

– Albo dać się złapać.

– A na to też trzeba być przygotowanym. Bo i tak się może zdarzyć, że gdy ich kupa znaczna, a naszych skąpo, to i za plecy się trzeba oglądać.

– I wiać do przodu, co koń wyskoczy – dociął Kuba.

– Ty nic innego nie potrafisz – odciął się Dąba – A zapachy z gaci za tobą się takie ciągnie, że niejeden Tatar z pogoni rezygnuje, aby się nie zatruć na śmierć. Ja natomiast, im większa nawała tatarska tym pewniej się czuje. Bo gdy ścisk się w bitwie czyni, to ich swym brzuchem, z którego poniektóry się podśmiewa, obalam i łatwą dla miecza mam robotę. Choćby i ostatnio. Trzy głowy pod rząd ściąłem.

– Turka, Tatarzyna i muzułmanina – wyliczył ironicznie Kuba.

– Sucho masz w gębie Kuba, to i twój dowcip cienki, a język jako oset kłujący, ale mam na to radę w gąsiorku, który aż ze Lwowa wiozę. Króla mamy wybierać to i wino musi byś na taką okazję.

– Jeden tylko gąsiorek?– zapytał Janek.

– Jeden tylko dojechał do Warszawy. Było ich więcej, bośmy szabli na Tatarach nazbierali i u kupców lwowskich na wino wymienili.

– Jeśli to tak, to musi po głowie ono dobrze walić.

Dąba wyciągał kosz wiklinowy spod słomy gdzie był na wozie taborowym ukryty. W koszu tym jak kura na jajach gnieździła się butla szklana z ciemnego szkła, pełna węgierskiego wina.

– Teraz wierzę w to, co mówił nasz kochany pan Zenobiusz – zapewnił Kuba – Oby zawsze tak ścinał głowy Tatarom i wymieniał je na wino. Żyć po bożemu to pić wino, modlić się i bić niewiernych. Ja będę pił, Różewicz niech się modli, a Dąba niech bije, a wszyscy trafimy do nieba.

– A co ja mam robić? – zapytał Janek.

– Szukać drabiny, która by tam sięgnęła.

Janek, który lubił gadulstwo Kuby, klepnął go silnie po plecach.

– Upijesz się to z niej zlecisz – ostrzegł.

– Nie będę na nią właził dopóki nowego króla nie wybiorą.

Dąba wychylił pierwszy kubek wina. Do towarzystwa przysiedli się Knieziewicz oraz Różewicz i śladem Dąby łyknęli węgrzyna.

– Otóż to – zagaił frasobliwie Knieziewicz – Jest korona, nie ma króla. Teraz z Francji mają przywieźć kandydata. Nieszczęście to dla nas prawdziwe, szukać królów po obcych dworach i krajach. Własnych królów nam brak. Już raz był wybrany na króla Francuz, lecz po paru miesiącach porzucił królestwo i koronę co było wielką sromotą dla nas wszystkich.

Lepszy byłby Piast. Dzielny to był ród królewski, ale wymarł. Przymierze z Litwą uczyniono, wybierając na króla Jagiełłę. On także był wielkim wojownikiem. Nie tylko granicę poszerzył aż po morze Czarne, ale i zakon niemiecki czarnym krzyżem się znaczący pokonał. W potęgę za królów Jagiellonów bardzo urośliśmy. Nie udali nam się Wazowie, bo straszne wojny ze Szwecją na nas ściągnęli, które do ruiny tak piękny kraj doprowadziły. Nie udał się
i król ,,Piast” Michał Korybut Wiśniowiecki. Bo gnuśny był nad wyraz. Własnej małżonki Niemki się bał. Hetmana naszego nie tylko w wojnach z Tatarami i Turkiem nie wspomagał, a jeszcze przeszkadzał. Wojska mu odejmował, czyniąc tym szkodę krajowi. Co obróciło się utratą Kamieńca i haniebnym pokojem z Turcją.

– Ot, gdyby tak postąpiono jak przed wiekami, gdy po śmierci Piasta Kazimierza, zaproszono na polski dwór kniazia z Litwy. Państwa od wschodu do polski przyległego. Nie było wtenczas kraju tak rozległego jako była korona i Litwa pod jednym berłem połączona.

– Po śmierci ostatniego Jagiellona, gdyby miast Szweda, Zygmunta Wazy, na tron wybrano cara moskiewskiego, nie byłby nam straszny Tatar, Turek, Szwed, czy Niemiec.

– No to wybierzmy teraz cara na króla – zapalił się do tego pomysłu Kuba.

– Car swoich posłów nie przysłał. Nie zabiega on o polską koronę. Ma on tak wielkie państwo, ze ani Rzeczypospolita, ani nawet Turcja, której włości leżą i w Europie i w Azji i nawet w Afryce, nie dorównuje. Ma też on urazę do Polaków, o zajęcie Moskwy przez hetmana Żółkiewskiego, kiedy to żołnierze Rzeczypospolitej, z dymem puścili święte dla Rusi miasto. Nie on powinien posłów słać, bo ma on swoją czapkę monarszą, ale my do niego, którzy króla potrzebujemy na pusty tron po Korybucie. Panowie wolą jednak Francuza, wiedząc, że bez ich poparcia i zgody, rządzić nie będzie mógł. Tak i żabojad nam królem niezadługo nastanie.

– Widziałem ja, jak poseł francuski rękę do ucałowania wyciągał, jak biskup jakiś, albo monarcha do polskiego szlachcica, gorzej go widać mając niż chłopa – dodał Kuba.

– A to ci żabojad, czarna pijawka, przeklęta – sapnął Dąba – cóż ten szlachcic uczynił?

– Nic – odparł Kuba – podał, swoją rękę i odszedł. Ale ja bym mu napluł na mankiet.

– Psu niech da do lizania.

– A co będzie, jeśli taki król nakaże, aby szlachta po rękach całowała jego dworzan, których ze sobą z Francji zabierze? Albo w chlewach żaby i ślimaki hodować każe i tymi się żywić?

– Król może kazać, ale czy kto go posłucha. Chlew jest dla świń. Bajorko dla żab. Tam by takiego króla posadzić.

– Ale sam hetman Francuza popiera, bo znaczny to ponoć wojownik. Sławę ma w wielu krajach, nie tylko we Francji.

– W jednej bitwie byłem – wtrącił się Janek – wymroził nas wtedy Sobieski strasznie, siebie także nie żałował. Ale dał nam zwycięstwo. I za to jedno nie posłucham go i na Francuza nie będę swego gardła zdzierał.

– Przeciw hetmanowi będziesz? – zapytał Knieziewicz.

– Zrobię tak jak mi ojciec nieboszczyk zawsze powtarzał. Służ hetmanowi, służ Janowi Sobieskiemu, bo to wielki wódz i prawy żołnierz. Tak będę robił. Niech nam królem zostanie.

– I ja tak myślę – dodał Dąba – takiego nam króla potrzeba, który gdy co powie to i najgłupszy zrozumie.

– Nawet mości Dąba – dodał Kuba.

– Coś rzekł Kuba? – zapytał groźnie Dąba chwytając Kubę za kołnierz.

– Rzekłem, że nawet waszmość Dąba widzi, że trzeba Sobieskiego popierać, ale tylko wtedy, gdy sam zechce królem zostać.

– Otóż to – wtrącił Różewicz.– sęk w tym, że nie pragnie on korony dla siebie, lecz dla Francuza.

– Wojsko pobuntować, aby hetmana królem okrzyknęło – podpowiedział Kuba.

– Masz na myśli konfederację zawiązać dla obrania na króla Jana Sobieskiego – zapytał Dąba.

– Właśnie to mam – przytaknął Kuba.

– Marszałka takiej konfederacji trzeba by było obrać. A kandydata na to nie ma – zmartwił się Dąba

– Ja mogę być takim marszałkiem – wykrzyknął podnosząc się Kuba i zaraz zatoczył się, bo już mu wino do głowy poszło.

– Siadaj Kuba – Dąba ściągnął go w dół – Zaraz by cię na szablach roznieśli za gadanie o konfederacji przeciw naszemu hetmanowi. To trzeba inaczej poprowadzić.

Kuba jednak nie dał za wygraną. Szarpnął się silnie i zaśpiewał na cały obóz

Jednego chcemy króla

Przy nim majestat niebieski

Rozgniótł Turka jak szczura.

Wiwat nasz Sobieski.

– Panowie bracia! – krzyknął, gdy skończył śpiewać. Kupą do nas. Króla obieramy. Kto za hetmanem, kto za Sobieskim, ten niech kielich w górę wzniesie i zdrowie przyszłego króla Jana III Sobieskiego wypije.

– A czemu to trzeciego? – Dopytywano się podchodząc z różnych stron.

– Bo pierwsze – on Piast jak i wy panowie bracia. Bo dwa – Turka on bił tak jak i wy panowie bracia. I po trzecie z takim królem żab jeść nie będziemy, a żaden nas nieprzyjaciel nie przestraszy.

Kuba znów uniósł w górę głowę i zaśpiewał pięknym swym głosem.

Jednego chcemy króla

Przy nim majestat niebieski

Rozgniótł Turka jak szczura.

Wiwat nasz Sobieski.

Przy nim my i majestat niebieski

Wiwat nasz król

Wiwat król Sobieski.

Kto miał co w kielichu ten toast za Sobieskiego spełniał i pieśń podchwytywał. Jak kamień ciśnięty w wodę kręgi rozchodzące się coraz szerzej na niej czyni, tak i słowa Kuby, a szczególnie ta krótka pieśń, coraz szerzej się niosła, śpiewana przez coraz to nowe grupy żołnierzy i szlachty

Jednego chcemy króla

Przy nim majestat niebieski

Rozgniótł Turka jak szczura.

Wiwat nasz Sobieski.

Przy nim my i majestat niebieski

Wiwat nasz król

Wiwat król Sobieski.

Ochota i ruch się począł po obozie. Już zmawiano się, aby dnia następnego, gdy na pole elekcyjne zjadą się najwyżsi dostojnicy duchowni i świeccy, okrzyknąć Jana Sobieskiego królem. Zgoda była powszechna. Nie chciano obcych władców, ni Niemca, ni Francuza, gdy był mąż i wódz tej miary, co hetman Sobieski.

Obawiano się jednak, że gdy padnie jego imię na polu elekcyjnym, odezwie się zawiść innych magnatów i panów, którzy nie dorównując mu talentami i sławą będą wszystko czynić, aby nie dopuścić do wyboru jego osoby na tron Rzeczypospolitej.

Szlachta i wojsko miało jednak nadzieję, że jej głosy i zdecydowanie, jeśli go w olbrzymiej masie ludzkiej nie zabraknie, przeważą.

Nie spostrzeżono się nawet, kiedy zmierzch zapadł, a później noc ciemna.

Rozchodzono się do namiotów, ogniska przygasały. Obozowiska pogrążały się coraz bardziej w mroku i ciszy. Noc się nie dłuży, gdy ją zdrowy sen nie opuszcza, a świt przychodzi wcześnie. Ledwie się horyzont światłem rozjaśnił, już podnoszono głowy, przeciągano kości. Po porannym pacierzu o strawie myślano jak by ją suto i smacznie przyrządzić. Nikt nie zawracał sobie głowy tym, że dziś przyjdzie króla wybierać. Żołądek, był pierwsza rzecz. Gdy nad roznieconym na nowo ognisku znalazła się patelnia, a na niej skwierczał gorącym tłuszczem boczek lub słonina, smażyła kopa jaj, ślinka ciekła po języku. Wyciągano chleby i zajadano to co na patelni się upitrasiło. Brzuchy rosły po takim posiłku i nowa moc wstępowała w ciało. I duch w człowieku był zaraz spokojniejszy i leniwszy, nie skory ani do zaczepki, ani do awantur. Teraz dopiero o królu można było pomyśleć i wybór najlepszy uczynić. Gromadzono się wiec na polu elekcyjnym, gdzie olbrzymie namioty postawiono, a w nich podłogi na podwyższeniu, które poza namiot aż wychodziły tak, aby wszyscy mogli najdostojniejszych panów, biskupów i magnatów widzieć. Z tak podniesionej podłogi, gdy kto z krzesła swojego wstał i przed namiot nieco wyszedł mógł do ogółu szlacheckiego przemówić widoczny przez wszystkich. Chyba, że był wzrostu bardzo mizernego jak garbus, albo kurdupel. Ale takich nigdy normalny człowiek słuchać nie chce. Msza święta najpierw została odprawiona, podczas której wiele osób do komunii przystąpiło, boży chleb spożywając. Ciągnęła się, więc ta msza, aż do późnego południa. Dopiero księża i biskupi kazania zaczęli prawić tak mądre i długie, że nie jeden zaczął się oglądać jak tu drogę powrotną w tłumie wypatrzyć. Na koniec prymas głos zabrał i długo mówił o potrzebie wyboru króla i wszystkich przymiotach jakie nowy kandydat posiada. Wszyscy to rozumieli, że król jest potrzebny i z nim wszelki porządek na ziemi, ale nikt nie zrozumiał który to kandydat ma tak liczne przymioty, żeby go królem obojga narodów okrzyknąć.

– Miast wina mszalnego, wody mu ministranci do kielicha naleli i teraz mu żaby w brzuchu rechocą – zauważył Kuba. Nikt na ten przycinek się nie zaśmiał, gdyż każdego nużyło długie stanie na słońcu.

– Wiedziałbym, że Francuza obiorą to bym z domu się nie ruszał – parsknął gniewnie jakiś szlachcic.

Wreszcie wstał Sobieski i stanąwszy przed tłumem szlachty i rycerstwa przemówił gromkim i potężnym głosem.

– Rzeczypospolita pochowała ze czcią swego króla i żałobę po nim odprawiła. Została po nim korona i to nasze królestwo dla którego świetności i bożej chwały przychodzi nam dzisiaj nowego króla wybrać. Wybierać będziemy go nie tylko dla tej korony i królestwa, ale także i dla siebie, aby nam mądrze i sprawiedliwie panował. Aby prawa nasze zachował i w poszanowaniu miał. By ziemie wszystkie nasze, wraz z nami dzielnie bronił, a utracone, wrogowi odebrał. Dla tej przyczyny wybrać nam potrzeba dzielnego i mądrego króla, który krwią naszą nadaremnie nie będzie szafował. A talenty swoje i męstwo ku zwycięstwu obróci.

– Sobieskiego – Ktoś krzyknął w tłumie, ale głos ten był nieśmiały jakiś i lękliwy.

– Mężem takim ze znakomitego królewskiego rodu Bourbonów jest książe Kondeusz, wódz znakomity i sławny – ciągnął dalej swą orację Sobieski – jego wybierzmy sobie na króla. On nam pokój od Turka zapewni. On wolności nasze zachowa. On ziemie utracone odzyska

– Sobieskiego wybierzmy – ktoś znowu w tłumie nerwowo krzyknął.

Sobieski uniósł głowę wyżej niż zwykle i jeszcze potężniejszym głosem powtórzył.

– Księcia Kondeusza wybierzmy na tego wszyscy się godzą by nam panował i od wrogów bronił.

– Teraz – krzyknął Kuba ustawiając beczkę, którą aż tu przytoczył.

– Teraz, mości Dąba. Właź na beczkę i huknij że nam Sobieskiego na króla potrzeba, a nie żabojada, żmijogryza. Właź mości Dąba na beczkę i huknij tak, aby wszyscy słyszeli, jakiego nam króla potrzeba.

– Nie mogę – wymamrotał zmieszany Dąba.– Nie mogę hetmanowi się sprzeciwić. Bunt to byłby i niesubordynacja niesłychana.

– To ja wejdę i wygarnę, co myślę o Francuzie – zdecydował Kuba i już na beczkę nogę stawiał, kiedy go Dąba gwałtownie od beczki odciągnął.

– Gdzie ty się do głosu rwiesz? Szlachcie chcesz króla obierać? A jaki twój herb i skąd się wywodzi?

– To Janek niech na beczkę włazi byle szybko.

I już Kuba Janka pchał do beczki i na nią go podsadzał. Nie spostrzegł się Janek, a już ujrzał pod sobą mrowie głów, a przed sobą w oddaleniu wielkiego hetmana.

Dąba sam nie wiedząc, czemu dobył szablę i uniósł ją w górę.

Janek rozejrzał się wkoło i z wysokości beczki poczuł nową śmiałość do czynu. Słowa odpowiednie nie przychodziły mu jednak do głowy. Pozostałby tak na beczce jako gap, jeśli nie strzeliłby mu do głowy jakiś wybryk szalony, lecz Kuba tarmosił go za nogawkę i podpowiadał głośno, co ma mówić. Wiec Janek powtarzał natężając głos, aby go słyszano.

– Nam słuchać hetmana, gdy nas w bój prowadzi – krzyknął co mu Kuba z dołu podpowiadał – bo wielki to wojownik i sławą swoją wszystkich innych wodzów przewyższa. Ale gdy króla mamy obierać to nie hetmana nam słuchać, lecz serca własnego. A ono nam mówi, że jednego chcemy mieć króla, który nam będzie panował, praw naszych szanował i wroga gromił. Jana Sobieskiego chcemy, on nam był hetmanem, on nam będzie królem.

Przy nim my i majestat niebieski

Wiwat król nasz, wiwat nasz Sobieski

Jednego chcemy króla

Przy nim majestat niebieski

Rozgniótł Turka jak szczura.

Wiwat nasz Sobieski.

Przy nim my i majestat niebieski

Wiwat nasz król

Wiwat król Sobieski.

Darł się z dołu Kuba, a gdy Janek zwrotkę powtarzał, już i Dąba ryczał za nim jak wół i Knieziewicz i Różewicz i najbliżej stojący. Nie minęła chwila, a więcej niż dwa kroć sto tysięcy szlachty i rycerstwa śpiewało jednym potężnym głosem.

Jednego chcemy króla

Przy nim majestat niebieski

Wiwat król nasz,

Wiwat nasz Sobieski

Sobieski, gdy ujrzał Janka poznał go od razu i z gniewu zżymał się w sobie, że taki śmiałek i gołowąs przerwał mu przemowę, ale że był on szlachcicem i miał prawo do głosu, przed tłumami gniew swój ukrył i twarz pokazywał pogodną, czekając cierpliwie kiedy będzie znowu mógł mówić. Lecz to, co się stało zaskoczyło i jego i wszystkich zebranych. Uniósł w górę obie ręce, aby uciszyć gromadę, która zaczęła śpiewać, lecz musiał je opuścić, gdy słowa pieśni jak hymn podchwyciła cała szlachta i wszystkie wojska zebrane na polu elekcyjnym. Podniósł się i prymas i on także chciał uciszyć śpiew, lecz była to próba daremna. Niósł się ten hymn jak grom ponad głowami ludzkimi

Przy nim my i majestat niebieski

Wiwat król nasz, wiwat nasz Sobieski

I nic poza tymi słowami nie było słychać.

Sobieski stał i milczał. Wzrokiem obejmował pole wypełnione masą ludzką aż po najdalsze krańce i widział morze falujących głów i patrzył dalej, zdawać by się mogło, że wzrokiem biegnie po najdalsze krainy Rzeczypospolitej.

Wciąż toczyła się pieśń grzmotem.

Przy nim my i majestat niebieski

Wiwat król nasz, wiwat nasz Sobieski

Na koniec kłaniać się i gestami dziękować począł, lecz tego było mało zebranym.

Dopiero, gdy prymas przystąpił do Sobieskiego i zaczął go błogosławić krzyżem, który w ręku trzymał, dopiero w miejsce pieśni dotąd śpiewanej dał się słyszeć krzyk setek tysięcy gardeł.

Wiwat, wiwat Sobieski.

Wiwat król nasz.

Wiwat Jan Sobieski

Już Dąba przedzierał się do Sobieskiego, a za nim najtęźsi rycerze z chorągwi pancernych. Chwycono ukochanego hetmana na barki i zaniesiono do karety. Za hetmanem, prymas, za prymasem biskupi i najwięksi magnaci również zasiadali w swych powozach.

Powoli z wolna począł formować się pochód pojazdów i ludzi. Wkrótce ruszył on w stronę miasta do katedry świętego Jana Chrzciciela. Tam właśnie prymas odprawił uroczystą mszę dziękczynną na intencję obioru Jana Trzeciego Sobieskiego na króla Polski.

Janek w ogólnym tumulcie jaki powstał zaraz po tym jak okrzyknięto Sobieskiego królem zgubił się towarzyszom i znalazł się na końcu pochodu jaki szedł na Krakowskie Przedmieścia w stronę katedry. Wiedząc że na czoło pochodu lub w jego pobliże już się nie dostanie  zastanawiał się co ma z sobą uczynić, gdy poczuł nagle szarpniecie za rękaw kubraka. Za nim szedł Kuba.

– No co zagaił– króla już sobie obraliśmy – więc Janku możemy teraz wypić za jego zdrowie. Wesołego towarzystwa i tych co dziś za wino, piwo i gorzałkę będą skorzy płacić nie zbraknie.

– Jaki pożytek z tego że się w karczmie opiję wina i piwa? – zapytał Janek niechętny temu pomysłowi.

– Jak chcesz– odparł Kuba – ja pożytek i kilka sakiewek znajdę w każdej karczmie i w każdym zajeździe . Takiej okazji nie przepuszczę, a ty jak chcesz idź do Anny Łucji niech ci podokucza albo do Sobieskiej z nowiną, że ma odtąd króla za męża. Jutro spotkamy się na placu zamkowym.

Janek stanął, pomyślał przez chwilę. Pomysł by iść do pani Mari Sobieskiej z dobrą i ważną nowiną wydał mu się na ten moment najwłaściwszy. Pożegnał więc Kubę i ruszył do pałacu Sobieskich. Tam przyszła królowa domyślając się, że Janek wraca z pola elekcyjnego z ważnymi nowinkami kazała zaraz go na swoje pokoje prosić.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s