Miecz króla Jana odc. 21


Poseł cesarski von Szwancer, mimo że to było lato, siedział w głębokim fotelu naprzeciw kominka i przy skąpym ogniu grzał nogi. Kasłał uporczywie i krzyczał na medyka, że leki, jakie mu podaję nie pomagają zlikwidować tego kaszlu.

– Wasza wielmożność – tłumaczył medyk – picie wywaru z kwiatu lipy i miód lipowy, leczą każdy kaszel, a także kichanie, czkawkę i ból gardła. Wzmagają potencję, jeśli dodać do tego nieco proszku z kopytek młodego kozła.

– Mówiłeś mi, że proszek z kopytka i wywar z lipy usuwają biegunkę.

– To prawda, ale jeśli użyjemy na proszek kopyto starego, siwego kozła.

– A z młodego na potencję?

– Także dobry jest rożek młodego kozła – zapewnił medyk.

Rozmowa z medykiem została przerwana wejściem do komnaty niemłodej już niewiasty. Poseł ruchem ręki wyprosił medyka i nadstawił ucha ku niewieście.

– Co nowego? – zapytał bez ogródek.

–Sobieska, wyprawiła do Paryża Mleszkowskiego.

– A po co jego?

–Bo młody i głupi, na wszystko się porwie. Ale jadą z nim Dąba, Knieziewicz i Różewicz, a także, tenże szubrawiec, na którego wołają Kuba.

– To wszyscy?

– Jest jeszcze wachmistrz dragonów wojewody Zasławskiego.

– Ach, i on także udziela swych ludzi. Jeśli wysyła Dąbę i Knieziewicza to znaczy, że zależy jej na tym, aby misja się udała. Co więc mają tam sprawić?

– Odzyskać na powrót miecz, który na koronację był specjalnie szykowany. Miał go wręczyć Sobieski księciu Kondeuszowi podczas ceremonii koronowania na króla polski. Teraz, gdy kto inny został obrany monarchą, Sobieska miecz musi odzyskać i to tak, aby królewski małżonek o niczym się nie dowiedział, a najmniej o tym, że Kondeusz dostał go podczas nocnej schadzki z królową.

– Zapewne wiozą list z prośbą, aby książe urazy do niej nie żywił i miecz zwrócił skoro królem nie został obrany – zauważył poseł – Podrażni go taka prośba. A ja mu dodatkową zrobię przysługę, jeśli uprzedzę go o zniewadze jaką mu szykują.

Zawołał skrybę i nakazał mu zaraz siadać i pisać list do księcia Kondeusza, następującej treści.

– Do szlachetnego i wielce szanowanego, za swe rozliczne przymioty wielkiego księcia Kondeusza pisze pokorny sługa i mnich, brat zakonu krzyża świętego Louisa z Prowansji.

W rozlicznych podróżach po świecie trzeci już rok jak przebywam w kraju zimna i słoty, małej wiary i nade wszystko wielkiej wiarołomności ludzkiej. Plemiona zamieszkujące ten kraj dziki i rozległy, nie dość, że się same rządzić nie umieją to jeszcze
i nie mają swego rodu królewskiego z tej przyczyny szukają i mamią książąt, w których królewska przecież krew płynie. Z stąd to wiem jako i szlachetnego księcia mojego łudzono obietnicą korony onego wiarołomnego plemienia. Dziś się z tej przyczyny naśmiewają
i szydzą w najokropniejszy sposób, od żabojadów wyzywając i rozpowiadając że ten książę żabojadów, w dzień świętego Bartłomieja mordował niewinnych, w krwi ich się pławił. Duszę diabłu zaprzedał. Tak mówią w plugawym swym języku co syk żmij przypomina gdy kąsać mają.

– Podstępem i przekupstwem, głosami pijanej szlachty i wszelkiego innego warcholstwa, Sobieski ukradł koronę należną waszej książęcej mości jako święcie obiecanej i przyrzeczonej pod przysięgą. Małżonka jego, pożałowawszy, co podarowała, wysyła do waszej mości przebiegłych i okrutnych sługusów swoich, aby miecz koronacyjny otrzymany z jej wiarołomnych rąk odzyskali.

– Zabić macie księcia Kondeusza – rozkazała – jeśli miecza nie będzie chciał zwrócić.

Tom usłyszał od księdza jednego, któremu służka, co słowa te słyszała na spowiedzi wyznała. Tak w pokorze swej wysyłam to pismo, aby księcia i pana swego ostrzec przed onymi zbójami, którzy już w drogę wyruszyli.

Gdy list został napisany i zalakowany przywołał poseł Kuna Knipelrode, obrzydliwego chudzielca o wyłupiastych oczach i długim nosie. Jak wielu ludzi z jego stron, Kuno był ryży i mocno łysawy. Gdy wszedł skłonił się nisko nie spuszczając z oczu posła.

– Miałeś wepchnąć nóż pod łopatkę temu szelmie i szubrawcowi, który się Kuba nazywa.

– Nie wiele brakowało, a bym to wczoraj zrobił, ale ostrożny jest, a o swoje życie też muszę dbać, bo nie wielu tak wiernych i oddanych sług u waszej wysokości.

– Innych mogłeś na niego nasłać.

– Tak też uczyniłem, ale nie wiem, czy przez to nie został ostrzeżony?

– Pojedziesz bardzo spieszno do Paryża. Odszukasz księcia Kondeusza i oddasz ten list w jego ręce. Ale przed księciem masz stanąć jako mnich, zatem w mnisiej sukni. Na liście nakap trochę laku i odbij szkaplerz z krzyżem by wyglądał jak z pieczęcią. Gdy to zrobisz zadźgaj tego Kubę, bym o nim więcej nie słyszał.

– Gdzież go będę szukał?

– W Paryżu lub w drodze powrotnej. Bo on już tam pojechał i musisz pospieszać, aby go wyprzedzić. Ruszaj natychmiast.

– Kuno wyszedł. Poseł spojrzał na płomienie w kominku i zamyślił się nad tym jak powiadomić przyszłego króla o tym, że jego małżonka oddała miecz Kondeuszowi. Jak powiadomić by wzbudzić największe podejrzenie i nienawiść?

– Idź już – krzyknął na kobietę, która wciąż stała z boku.

*

Słońce posuwało się coraz bardziej na zachodni skraj nieba, a w ślad za nim szeroką piaszczystą drogą jechało niezmordowanie kilku jeźdźców.

Przodem jechał Kuba. Ręce miał wsparte na siodle, postać pochyloną w przód, niemal zgarbioną. Nogi luźno zwisały po obu bokach wierzchowca. Robił wrażenie zdrożonego długą drogą. Za nim jechali pozostali jeźdźcy.

Kuba milczał. Nie gadał, nie śpiewał, ale za to myślał. Choć i myśli miał niewesołe, co było skutkiem zmęczenia i pragnienia jakie odczuwał.

Koń pod nim stanął i Kuba odruchowo spojrzał, co było tego przyczyną.

Na drodze, w poprzek, leżał człowiek potężnych rozmiarów z wielkim brzuchem. Niemłody już, z siwiejącą i łysiejącą głową. Usta miał otwarte i słychać było jak pochrapuje. Ręce szeroko rozłożył, a przy tym lewą dłonią trzymał za ucho dużych rozmiarów dzban. Dzban stał równiutko na piasku, a nad nim polatywało kilka os. Śpiący człowiek ubrany był w brunatny habit mnicha, przewiązany pod brzuchem grubym konopnym powrozem.

Kuba najpierw dojrzał człowieka, później dzban i zaraz poczuł nieznośną suchość w gardle. Dojrzał także sporą sakwę podwiązaną do sznura pod brzuchem śpiącego i suchość w jego gardle stała się jeszcze bardziej dokuczliwa.

–Ani ominąć, ani przesadzić takie brzuszysko – myślał w duchu.– Koń by mi się potknął i spadłbym z niego jak dachówka z dachu. Tak bym się i roztrzaskał na kawałki. Jedyny sposób to odciągnąć zawalidrogę na bok.

Tak sobie tłumacząc zsunął się z konia i zbliżył do leżącego na drodze. Nachylił się nad nim i sięgnął zgrabnym ruchem po sakiewkę bacząc, aby to, co czyni zasłaniać własną postacią przed oczyma współtowarzyszy podróży. Sakiewka jednak była dobrze umocowana do sznura, więc sięgnął po nóż, aby ją odciąć.

– Kuba, przechero – krzyknął Janek upominającym głosem – Mnicha okradać to świętokradztwo.

– Świętokradztwo Boga okradać – mruknął Kuba – Od czego uchowaj mnie panie. Mnisi pokorę i ubóstwo ślubowali. W tym im pomagać racz mi panie.

Niespodzianie dostał cios dzbanem w czoło tak silnie, że usiadł na drodze wypuściwszy nóż z ręki. Bryzgi pieniącego się piwa wylane z dzbana spływały mu po twarzy. Musiało mroczyć mu się w głowie, gdyż nie poruszał się, ani nie mówił.

Mnich podniósł się powoli i z dużym wysiłkiem. Rozprostował plecy, popatrzał na Kubę, wypił z dzbana resztę piwa, splunął i zaczął gramolić się na stojącego spokojnie konia którego poprzednio dosiadał Kuba.

– Grzech to jest wielki, okradać świętobliwego męża – powiedział spokojnym głosem –Ale że grzech ten jest wiadomym i skruchę jak widzę ukazujesz pokornym milczeniem, przeto za pokutę odprawisz pieszą pielgrzymkę do obrazu przenajświętszej panienki do kościoła Maryi Panny w Poznaniu. Tam ci koń będzie zwrócony.

Dąba słysząc to, zaśmiał się tak głośno, że stado kuropatw z pobliskiej łączki poderwało się spłoszone do lotu.

– Zaiste świętobliwy to mąż, co tak karać umie. Pokuta też godna występku. Jak ci mnichu na imię?– zapytał pan Zenobiusz.

– Dionizy, a z domu Lechowicz. Szlachcic jestem z rodu tak starego, że nikt nie pomni tych czasów, w których moi przodkowie żyli i dzielnie wojowali. Dziś ja Bogu służę, mam, przeto miejsce w niebiosach godne naznaczone. Ale dopiero gdy pomrę. Gdy spałem piwo w dzbanie zwietrzało. Kwaśne przez to się stało. Brzuch, choć duży to w nim pustki. Nie macież jakich zapasów, jakie zwykle w drogę się zabiera?

Dąba wydobył z juków kawał słoniny i chleb i podał mnichowi, który zaraz jeść począł.

Kuba wstał z ziemi, chwycił się za obolałą głowę i spojrzał żałośnie na Janka.

– Kroku nie dam tak mi w głowie wiruje – westchnął.

– Siadaj na jucznego konia – poradził mu Janek.

– A nie masz waść gorzałki – zagadnął mnich Dąbę – Gdy do Poznania dojedziemy zaprowadzę waszmość panów do brata mojego, który najlepsze w całej Rzeczpospolitej piwo warzy. Ma on też zajazd bardzo obszerny, w którym gości chętnie widzi. Piwa nie skąpi, do gorzałki wody nie dolewa.

Dąba podał manierkę z wódką, a mnich przyłożywszy ją sobie do ust pił długo i chciwie, aż zadziwił wszystkich podróżnych.

– Dobra ona tak jak i ta, którą brat pędzi – rzekł – Królewski to napój, nasz piastowski. Ot słyszałem, że króla nowego obrali. Sobieskiego. Dzielny to hetman i wódz znakomity. Piastowicz, mówią o nim, tak jak i o Korybucie Wisniowieckim, który pomarł. Ale żaden z rodu Piastów nie pochodzi. Młode ich rody. Bardziej ruskie niż polskie. Z rodu Piastów my dwaj jedynie pozostaliśmy. Ja i mój brat. Pra, pra, pradziad nasz, był starszym bratem Piasta, który jako młodszy doma więcej siedział, wozy robił i na tym się dorabiał. Stąd przezwisko jego Piast. Bo wóz bez kół to nie wóz. A w kole piasta musi być i basta. Pradziad nasz piwo ważył i wozami, jakie młodszy jego brat robił po bliższej i dalszej okolicy rozwoził. Kiedy zbuntowani przeciw królowi Popielcowi kmiecie powstali, znając jak dzielny i nieustraszony był nasz pradziad, przybiegli do jego dworca. Ale że go na miejscu nie zastali, a czas był gorący, więc do młodszego się zwrócili i na swego nowego króla obrali.

Mnie albo brata mego szlachta winna wybrać królem, jeśli prawdziwego Piasta chciałaby mieć monarchą.

– Jam to sprawił bez przechwałek, że Sobieski został wybrany przez szlachtę królem naszym – wtrącił się Kuba, którego choć głowa nadal bolała to jednak natura nie pozwalała długo milczeć.

– Tyś to sprawił barania głowo – oburzył się mnich – Mało dzbana nie rozbiłem o ten głupi łeb. A ile piwa się przy tym rozlało. Ale nic to. Daruję ci winy twoje i piwa dam napić, o którym wspominałem, że najlepsze jest ono w całej koronie.

– Dziękuję za piwo. Już mi od niego szumi w głowie – wymówił się Kuba.

Tak dojechano do miasta Poznania, gdzie mnich nie tylko wskazał zajazd brata, ale sam do niego zaprowadził. Brat okazał się bliźniaczo do niego podobny, może tylko brzuch miał jeszcze większy.

Posadził on zaraz gości przy stole i usługiwał im przez cały czas, lejąc szczodrze do dzbanów pienisty napój, który po całym dniu jazdy miał wyjątkowy smak.

Po sutym posiłku Dąba sięgnął do sakiewki, aby zapłacić za kolację, nocleg i obrok dla koni. Skoro świt miano jechać wziąwszy jedynie suchy prowiant na drogę.

– Gdzież tam płacić – oburzyli się obaj bracia – Skoro świt rusza konwój kilku wozów do pobliskiego klasztoru z beczkami piwa do leżakowania – Mówiąc o leżakowaniu mnich Dionizy przymrużył znacząco jedno oko.

– Jeśli waszmościowie dla osłony podążycie z tym orszakiem, to na wozie znajdzie się nie tylko miękkie siano i kobierczyk, ale także beczułka najlepszego, jakie mam w swoich piwnicach piwa. W skwarny dzień zawsze pić się chce, a nie ma to jak piwo, co gasi największe pragnienie. A do tego sakiewka i wdzięczni mnisi pomodlą się za dalszą pomyślną drogę waćpanów.

Kuba nie wytrzymał na tyle pokus.

– Choćby i przez piekło, przywieziemy piwo mnichom – zapewnił skwapliwie.

– Niech tak będzie – zgodził się Dąba.– Skoro świt ruszamy.

Nazajutrz o świcie Janek, gdy zobaczył długi sznur wozów, na których piętrzyły się beczki, skrzywił się niezadowolony. Wozy miały zaprzęgi z wołów.

– Nic to – pocieszył go Dąba – Klasztor ponoć niezbyt daleko za miastem. Nadrobimy stracony czas potem.

Kuba już się sadowił na ostatnim wozie wymoszczonym słomą z beczką pełną piwa, która zamiast dębowego szpuntu miała zrobiony kranik z lipowego drewna tak, aby można było podstawiony pod niego kufel napełnić napojem.

Za Kubą gramolił się mnich Dionizy i tubalnym głosem zapraszał pozostałych.

– Do klasztoru droga bliska, nie zdążymy obalić tej beczułki, jeśli tak się waszmościowie będą ociągać z wsiadaniem.

Janek z ciężkim sercem siadł na wóz i wziął podany sobie kufel.

Z zajazdu wybiegły dziewki z półmiskami jajecznicy i kilkoma bochenkami chleba dla podróżnych. Świsnęły baty i pierwsze zaprzęgi ruszyły w drogę, za nimi następne. Konwój ślimaczym tempem zaczął pełznąć piaszczystą drogą. Słońce swym złotym rąbkiem ukazało się nad horyzontem i spłoszyło poranne mgły. Skowronek gdzieś ponad trawami gwizdał swoją piosenkę.

Jedzie Kuba piwo pije.

Niech nam król Sobieski żyje.

Zawtórował skowronkowi na całe gardło Kuba.

– A nie masz ty Kubo dla mnie, jakiej piosenki?– zapytał mnich.

Dionizemu piana kapie.

Jak się ruszy zaraz sapie.

Zaśpiewał zaraz Kuba.

– Miałem cię za lepszego wierszokletę, alem się rozczarował – westchnął mnich ciągnąc piwo i obracając się do Dąby.

*

Parę mil dalej drogę przecinał płytki strumień, który spływał w niewielką podmokłą nieckę porośniętą olchą. Gęsto zbite zarośla i kilkanaście drzew dawało osłonę sporej gromadce ludzi uzbrojonych w piki, widły i dębowe kije. Czaili się oni, śledząc uważnie pobliską drogę. Wśród nich jeden był konno. Zdawał się przewodzić gromadzie źle uzbrojonych i ubogo wyglądających rabusiów. Pouczał, co mają czynić i kiedy rzucić się na konwój na który się zasadzili. Według planu mieli wyłapać i powiązać tych, którzy jechali zaprzęgami. Beczki porozbijać. Woły wyprząc i rozpędzić.

W samo południe na drodze ukazał się długi sznur wozów zaprzężonych w woły i powoli posuwał się naprzód. Gdy pierwsza para wołów doszła do strumienia stanęła i zaczęła powoli pić wodę. Woźnica drzemiąc nie poruszył się. Inne zaprzęgi także stanęły.

Konny kryjący się w zaroślach ochrypłym głosem dał komendę do ataku, ale ludzie zamiast ruszyć do przodu chwycili go niczego się nie spodziewającego i ściągnęli z konia. Natychmiast poszły w ruch pałki i pięści. Nieprzytomnego obszukano i obrabowano. Zdarto z niego odzież i obuwie. Wszystko odbyło się w ciszy i niezwykle szybko. Bandzior, który naprawdę przewodził grupie, schował zrabowane pieniądze i wskoczył na konia.

– Przepędzić woźniców – rozkazał wskazując ręką na stojące na drodze zaprzęgi – Jak który będzie się opierał pałką przez łeb i nożem po grdyce. Wozy do lasu. Tam zrobimy sobie ucztę jakiej świat nie widział.

Wyjechał z zarośli za nim wysypała się biegiem, głośno krzycząc gromadka ludzi. Do wozów mieli nie dalej jak sto kroków.

Krzyk napastników zbudził woźniców, którzy w popłochu zeskakiwali z wozów i umykali przed siebie w pole. Pierwszy biegł nieco zakolami Kuba, wyróżniający się wśród nich wzrostem.

Jeszcze nie przebiegli dziesięciu kroków, gdy potężny głos nakazywał im powrót. To mnich Dionizy stojąc na ostatnim wozie wyprostowany na całą swą wysokość huczał jak dzwon. Widząc całkowity brak posłuchu, miotać zaczął najgorsze przekleństwa. Poniesiony szaloną złością porwał w górę pustą już beczkę i cisnął za uchodzącymi. Beczka padła na drogę i potoczyła się dalej do rowu. Zrozumiał mnich, że źle zrobił, bo mógł ją cisnąć na głowy nadciągających rabusiów, ale przypomniał sobie, że w słomie ukryty ma miecz całkiem pokaźnych rozmiarów. Zaczął, więc gorączkowo go szukać, aż trafił po krótkiej chwili na jego rękojeść. Dobył go spod słomy i zwrócił się w stronę zbliżających się napastników chcąc walczyć z wysokości wozu, na którym stał. Dopiero teraz dojrzał, że nadciągająca wcale liczna gromada zbójców jakby zwalnia swój bieg widząc przed sobą błyskawicznie formujący się szereg pięciu jeźdźców. Na chwilę tylko. Zachęcona krzykiem swego przywódcy i znaczną przewagą liczebną, najeżona bronią skierowała się wprost na nich.

– Motłoch zawsze był górą – sapnął ze złością mnich i zaraz zdumiał się jak gwałtownie pięciu jeźdźców poderwało się do cwału. Już uderzyli na gromadę i ani na chwilę nie wstrzymali się. Przeszli przez nią jak piorun rozcinając i powalając na miejscu. Z całej gromady liczącej może i ze dwudziestu chłopa tylko kilku rozbiegało się na wszystkie strony. Większość, leżała powalona i skrwawiona na ziemi. Jeźdźcy nie ścigali nikogo. Lukiem zawracali zwalniając biegu koniom, aż podjechali do wozu, na którym stał mnich z rozdziawioną gębą.

– Miał rację mnichu nasz Janek – odezwał się Dąba – kiedy mówił, że kryje się za tym cos innego niż tylko podróż na beczkach piwa. Ale dziękujemy za dobre piwo i gościnę a także za tą sakiewkę, którą twój brat nam ofiarował. Teraz masz drogę wolną i pewnym, że swoje piwo dowieziesz bezpiecznie braciszkom zakonnym. Nam droga pilna. Pospaliśmy sobie na wozie, teraz czas pospieszać, abyśmy wypełnili misję, jaką nas obarczono.

– Mnich ochłonąwszy ze zdumienia dziękował gorąco i wyrażał głośno swój podziw dla sprawności tych rycerzy.

– Nas hetman Sobieski uczył wojować – zaśmiał się w odpowiedzi Dąba.

– A ty psi synu – Dąba schwycił za ramie Kubę, który właśnie powrócił do wozu – Zamiast pomykać jak zając po miedzy, będziesz mi stawał z szablą co wieczór i na każdym postoju. A źle staniesz, łeb ci zetnę.

– A ja stanę mości Knieziewiczowi – wyrwał się Janek – Bym się nauczył tego, czego ojciec mnie nie nauczył.

Knieziewicz popatrzał na Janka długo i z namysłem.

– A czy ty wiesz – zapytał – że to od twego ojca dostawałem przed laty nauki jak szablą najlepiej władać. Doskonaliłem później to, czego mnie pan Piotr Mleszkowski nauczył. To ci pokażę i tego cię nauczę.

Słowa Knieziewicza zdumiały i ucieszyły Janka, lecz nic na nie nie odpowiedział.

– W drogę – huknął Dąba, podrywając konia do biegu.

Sześciu jeźdźców ruszyło z kopyta wzniecając za sobą tumany kurzu.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s