Miecz króla Jana odc. 22


Trzeciego dnia wjechano w kraje niemieckie. Skończyło się dobre i obfite jedzenie po dworach szlacheckich czy zajazdach i karczmach. Zaczęło się skąpo wydzielane, drogo opłacane, mało świeże.

– Patrz by cię nie oszwabiono – mówił do Janka Knieziewicz, który te kraje i panujące w nich obyczaje dobrze znał. Tak się i stało. Drugiego dnia na tej ziemi, w nocy zbudziły ich gwałtowne krzyki karczmarza. Ledwie że poderwali się z łóżek, już im powiedział, że konie ich wyprowadzają złodzieje ze stajni. Gwałtowny tętent końskich kopyt upewnił ich, że tak się właśnie stało. Janek chwycił karczmarza za gardło i błysnął mu szablą przed oczyma.

W zmowie z tobą konie wyprowadzili – krzyknął.

– Ne, ne, dobszy ludzie, ne – charczał karczmarz, lecz zamiast lęku, w oczach widać było jedynie nienawistne błyski.

Janek ciąłby go przez łeb, ale Knieziewicz wstrzymał jego rękę.

– Pozwól przepytać karczmarza– rzekł rozkazującym tonem.

Pieszo daleko nie ujdziemy, a jego śmierć poruszy przeciw nam całe miasteczko.

Janek ochłonął z gniewu. Knieziewicz miał rację, stał, więc i słuchał spokojnie jak jego starszy towarzysz wypytywał karczmarza. Niestety, nie wszystko rozumiał z pytań i odpowiedzi, gdyż rozmowa toczyła się po niemiecku.

– I cóż, zatem? – dopytywał się, ciekaw co postanowi Knieziewicz.

– Może jedynie wskazać gdzie konie można kupić. Ale z tego, co mówi wygląda, że tam naszych koni nie znajdziemy. A za dobrego konia trzeba zapłacić, tyle że za te pieniądze co mamy, nawet i jednego nie kupimy.

– Sprzedają dziś te konie, które skradli dwa, albo trzy dni temu.

– Tak może być – potwierdził Knieziewicz odciągając na bok Janka.

– Jedynie, co możemy zrobić to czekać do wieczora. Zasądzić się w nocy na rabusiów, którzy następnym podróżnym przybyłym na nocleg, konie będą uprowadzać.

– Dzień cały czekać to dzień cały zmarnować.

– Innego wyjścia nie ma.

– Jeśli tu takie zwyczaje to wartę w nocy trzeba będzie trzymać, lub w polu nocować. Ale gdzie Kuba? – zaniepokoił się Janek widząc, że posłanie Kuby jest nienaruszone a jego samego ani widać ani nie słychać.

– Jeden czort tylko wie, gdzie on i co wyprawia.

Kuba jednak zjawił się jak spod ziemi. W czuprynie i na ubraniu miał pełno siana. Czerwony na twarzy i spocony, pospiesznie wpychał w spodnie końce koszuli.

– Konie nam uprowadzili!– oznajmił podniecony.

– A ty skąd wiesz skoro w karczmie nie byłeś?– zapytał Knieziewicz.

– Słyszałem tętent. Dziwię się, że po nocy tak ostro cwałują jak na złamanie karku, a dziewucha mówi, że drogę dobrze znają, bo prawie co noc konie podróżnym podbierają.

– Pieszo będą wędrować tak jak i ty – mówi do mnie i ani nie przypuszcza, że to może mojego konia ukradli. Już chciałem lecieć do karczmy sprawdzić, ale nie mogłem, bo właśnie miałem spodnie spuszczone, a ona na mnie siedziała okrakiem.

– Gdzie te konie trzymają? – gadam do niej – może bym za pół ceny takiego konia dostał.

– Za miastem jest cmentarz, za cmentarzem rzeczka i brzozowy, lasek, za nim niewielka łączka. W tym lasku szopę mają zbitą i zagrodzenie dla koni. Tam ich jutro znajdziesz, albo na łączce, tam dobrego konia kupisz a mnie złoty pierścień, albo i inne bogactwo – tak mi powiedziała. Nie było potrzeby więcej w jej oborze siedzieć, chociaż miękka była i dupiasta. Konie ważniejsze. Wróciłem zobaczyć, co się stało. Zaglądam do stajni, a koni brak.

Karczmarz poszedł spać. Do świtu było daleko, ale Knieziewicz kazał się ubierać, zabierać z izby, w której nocowali, siodła i skromne juki podróżne i wędrować pod oborę, w której tak niedawno dokazywał na sianie Kuba.

Tam świeżo stratowaną kopytami końskimi ziemię w świetle księżyca obejrzano. Ślad był bardzo wyraźny. Knieziewicz kazał ukryć w zaroślach to wszystko, co niesiono na własnych grzbietach. Kubie nakazał przy tym pozostać i pilnować do powrotu. Spiesznym krokiem pięciu ludzi, poszło dalej śladem uprowadzonych koni, aż do lasku, w którym była kryjówka rabusiów.

Przed niewielkim szałasem płonęło ognisko. Wokół niego siedziało kilku ludzi, zajętych posiłkiem. Pito przy tym obficie piwo, z dopiero co odszpuntowanej beczki.

Kradzież koni, szczególnie koni szlachetnej rasy i dużej ceny, była niemal we wszystkich krajach karana ścięciem lub szubienicą, na równi z rozbojem.

Ta gromada, uprowadzająca konie kupcom podróżującym po obcym kraju, czuła się niczym nie zagrożona. Pieniądze ze sprzedaży skradzionych rumaków, trafiały do wielu rąk ludzi, którzy powinni dbać o bezpieczny przejazd kupców i podróżnych. To ich czyniło bezkarnymi i nader zuchwałymi.

Knieziewicz, który chociaż dużo mniejszy niż Dąba, gdy dojrzał złoczyńców, gestami rąk rozdzielił zadanie dla wszystkich, niedwuznacznie wskazując na szablę i nakazując przy tym największą ciszę.

Podchodzono do ogniska jak wilki, otaczając ludzi przy nim zgromadzonych, a gdy już stano za ich plecami, uderzyły wzniesione do góry szable, a jęki i przekleństwa zmąciły nocną ciszę. Ciosy zadawane na lewo i prawo, niemal na oślep, kładły na ziemi pokotem rannych i zabitych. Jednakże zbyt mała była liczba nacierających by pierścień, jaki tworzyli był szczelny. Część rabusiów rzuciła się do ucieczki i wystarczyło im dwóch susów, by znaleźć się poza kręgiem światła i zniknąć w ciemnościach nocy.

Knieziewicz nakazał dosiadać koni i brać jako luzaki, co najmniej po dwa dodatkowe konie. W ten sposób zabrano niemal wszystkie wierzchowce. Wracano pospiesznie nadkładając nieco drogi do miejsca gdzie pozostał Kuba.

Kuby jednak nie było widać.

– To nie to miejsce – zauważył Dąba.

– To właśnie – upierał się Knieziewicz.

Knieziewicz nie mylił się. Wyciągnięto z krzaków ukryte tam końskie kulbaki, torby podróżne i uprząż i pospiesznie siodłano konie.

– Zamiast tu stać i czekać, wrócił chyba do swej dziewki z obory – mruknął niechętnie Dąba – Zawsze gdzieś go niesie, istna wierci dupa z tego naszego Kuby. Oby nie przysporzył nam nowych kłopotów.

Knieziewicz dosiadł już swojego konia. Rozejrzał się jeszcze po towarzyszach.

Noc jest widna, a droga przed nami, więc ruszajmy – rozkazał – Kuba niech nas goni. On jak fałszywy pieniądz, zawsze wcześniej czy później powraca. Więc nie musimy się o niego troszczyć. Co najwyżej możemy zostawić mu tu jego konia, by pieszo nie musiał za nami wędrować.

Powiedziawszy to już chciał uderzyć konia ostrogami, gdy z oddali dały się słyszeć krzyki. Wszyscy zwrócili w tą stroną głowy nasłuchując w skupieniu. Krzyki wzmagały się, jednocześnie plama krwawego światła pokazała się od strony skąd słychać było odgłosy ludzkich nawoływań.

– Pali się – mruknął Knieziewicz – wygląda tak jak by paliła się oberża, lub któryś z budynków gospodarczych w jej sąsiedztwie.

– J a a n e k – usłyszano rozdzierający, pełen rozpaczy i przerażenia głos. To Kuba wzywał pomocy.

Janek na dźwięk swego imienia wzywanego z taką rozpaczą, wspiął bez namysłu konia i pognał w stronę, gdzie z każdą chwilą coraz wyżej buchały płomienie ognia. Za nim ruszył Knieziewicz, Dąba, Różewicz i jako ostatni wachmistrz Piekota, gadając sam z sobą.

– Na złodzieju cz… cz… czapka gore, a ja muszę mu ją uga.. uga.. ugasić.

Gdy Janek jako pierwszy wpadł w obszerne podwórze zajazdu, który cały stał już w płomieniach, koń mu się zaczął płoszyć i stawać dęba. Z trudem osadził go na miejscu i trzymał tak silnie ściągnięte lejce, że rumak, aż przysiadał na zadzie. Ujrzał jak Kuba trzymając w jednej ręce widły a w drugiej szable rozpaczliwie broni się przed gromadą nacierających na niego, zbrojnych w drągi, siekiery, widły, nawet grabie, parobków. Ich zamiar był jeden. Wepchnąć nieszczęśnika w płomienie palącej się oberży by spłonął razem z nią. Przy tak znacznej przewadze, jaką posiadali zamiar mógł się wydawać łatwy do wykonania gdyby nie żar, jaki bił w ich oblicza od wzmagającego się wciąż ognia. Czuł go na swych plecach Kuba, świadom, że lada chwila zacznie płonąć na nim odzież. Żar ten jednak wstrzymywał także napastników przed dalszym posuwaniem się na przód. Snopy iskier z płonącej strzechy zaczęły unosić się ku spowitemu nocą niebu. Część iskier spadała na głowy walczących. Słychać było zatem nie tylko napastliwe krzyki, ale też i wrzaski pełne bólu i wściekłości.

Janek nie mogąc posunąć się z koniem do przodu, sięgnął po łuk. Pierwsza strzała świsnęła w powietrzu i ugodziła walczącego długim drągiem parobka w plecy. Zwaliła go na kolana. Druga i trzecia poszybowała jak jaskółka za pierwszą czyniąc to samo z jeszcze dwoma ludźmi.

Huknęły dwa wystrzały z bandoletów. To Knieziewicz dał ognia do napastników. Na odgłos strzałów wszczął się popłoch. Część walczących zwróciła się przeciw Jankowi i Knieziewiczowi, ale gdy na podwórzec wjechał Dąba, a za nim Różewicz i Piekota, natychmiast rzuciła się do ucieczki. Kuba dosiadł z trudem podstawionego mu konia i stłumionym głosem wymówił bardziej prośbę niż życzenie.

– Uchodźmy stąd. Już mi się piekło zwidywało za moimi plecami.

Ogień przerzucił się już na stajnię, nie było wiec co dłużej robić na podwórcu. Wyjechano na drogę prowadzącą na zachód. Wiele mściwych oczu żegnało ten wyjazd. Karczmarz powalony strzałą, odczołgiwał się plując krwawą pianą, jak najdalej od płonącej wciąż karczmy.

*

Już świt bielił niebo, gdy konie wjechały w płytki bród rzeczki płynącej w poprzek drogi. Kuba, jadący jako ostatni, nadzwyczaj milczący i markotny, nie zsiadł, lecz spadł z konia wprost do wody. Obrócił się w płytkim nurcie na plecy i tak leżał zanurzony po szyję z przymkniętymi powiekami. Konie utrudzone jazdą pospuszczały łby i piły wodę.

Dąba przyglądając się Kubie zapytał.

– Nie zimno ci? Woda po nocy chłodna.

– Ale noc była diablo gorąca – odparł Kuba – Wciąż na plecach czuję języki ognia. Błogosławiona toń tej rzeczki.

– I tak za twoje grzeszki, diabli chcieli cię ogniem potraktować.

– Muszą na to poczekać. Rzeczka chrzci mnie po raz wtóry i obmywa moje grzechy i niecne uczynki. Teraz jestem jak święty. Jeszcze tylko z głowy gorączka musi mi odejść.

– Już cię prawie ze mieli. Ryzykowne było to twoje przedsięwzięcie.

– Trzeba było nauczyć karczmarza szacunku dla gości. Chciał się naszym i innych kosztem szybko wzbogacić, to się wzbogacił.

– W drodze powrotnej trzeba było to uczynić i za naszą wiedzą. Życiem nie musiałbyś ryzykować. Śmierć w ogniu straszną jest.

– Tak i ja myślę, że pod najodważniejszym nogi by się ugięły. Dałem przykład męstwa, a i tego, jak gromić można wszelkiego wroga. Ledwiem ogień podłożył, a już dwóch, co mówię, trzech na mnie natarło. I od razu dwóch trupem położyłem. Patrzę, a tu dwóch następnych jak z pod ziemi wyrosło. Jak smokowi, gdy jedną głowę odciąć, dwie inne w tym miejscu odrastają? Tak z nimi było. Jak komary mnie otoczyli, ze wszystkich stron. Za plecami ściana ognia. Prze de mną ściana drągów i wideł. Nade mną istny deszcz iskier. Już mnie wieszano i topiono, ale w takich opałach jeszcze nie byłem. Z Tatarami i Turkami w największej bitwie byłem, ale takiej zajadłości jak ta pod płonącą karczmą nie doznałem. Tak i odpłacałem im z nawiązką sam sobie będąc wodzem i rycerzem. Tryumf, istny tryumf. Wiktoria, jaka zdarza się raz na sto lat. Nic po Herkulesie, bo go motłoch zniesie. Ale Kuba i z motłochem sobie poradził. A jak szablą robiłem. Jedno cięcie i trzy głowy pod nogi lecą. Drugi raz szablą koło zatoczę i znów trzy głowy na ziemi.

– Widziałem żeś lepiej widłami wywijał – zaśmiał się Dąba.

– Mówią że, kto mieczem wojuje od miecza ginie. Nauka stąd taka, że skoro z widłami szli wojować od wideł musieli ginąc. Nowy to obyczaj widelca używać, gdy się chce odciąć kawałek mięsiwa. Tak ja tez widły jak widelca używałem do przytrzymania, gdy przyciąć zamierzałem szablą, co ją na Turkach pod Chocimiem zdobyłem.

– Ale żeś pomocy wzywał.

– Dla tego tylko, aby napastnika oszczędzić. Zaślepieni przewagą liczebną nie widzieli, że wszystkich ich w końcu wytnę. Gdyście nadjechali zrozumieli w końcu, że ich ratunek jest jedynie w ucieczce.

– W tym kraju – Dąba zaczął poważnie – zdarzają się w rzekach i strumieniach, pijawki tak duże jak węgorze. Gdy taka przypnie się do człowieka, to choćbyś ją rozciął na pół, nic to nie pomoże. Pije krew dalej, a tak szybko, że nim z wody wyjdziesz to już ci się w oczach mroczy i śmierć ci się kłania. Widzę, że taka po dnie do ciebie płynie.

Pan Zenobiusz wskazał palcem to miejsce gdzie na dnie powoli spychany prądem wody przesuwał się poczerniały odłamany od drzewa kawałek gałązki.

Kuba lękliwie zerkną w tym kierunku, a widząc ciemny cienki kształt powoli przesuwający się w jego stronę, wyskoczył z wody jak oparzony.

Zaśmieli się wszyscy wesoło i kpić sobie poczęli z Kuby.

– Konie słyszę – przerwał żarty Janek – Szybko idą i jakby, co najmniej cała chorągiew waliła. Może to za nami?

Kuba w jednej chwili był już w siodle.

– W dół rzeczki – wydał komendę Knieziewicz – zaraz będziemy wiedzieli czy to pościg.

Woda zapieniła się pod kopytami końskimi. Rzeczka była płytka i miała twarde żwirowe dno, jednakże zalegające miejscami na jej dnie głazy, nie dozwalały na zbyt szybką jazdę.

Po dobrej chwili zatrzymali się i zaczęli nadsłuchiwać.

– Są na brodzie. Konie poją. Co teraz zrobią? – zapytał Kuba.

– Jeśli to pościg, rozdzielą się – wyjaśnił Knieziewicz – Połowa ruszy w górę rzeczki połowa w dół, na nas. Nie konie poją, lecz śladów naszych szukają.

– Więc umykajmy – stęknął Kuba.

– Kubę gonią, więc zostawmy go przywiązanego do drzewa, zażartował Dąba – a sami jedzmy dalej w spokoju. On to z nimi wojował, niech teraz pertraktuje o pokoju.

– Już ruszyli na nas. W konie – dał komendę Knieziewicz.

Dalej jechano brzegiem rzeczki byle szybciej. Aż do miejsca gdzie łączyła się z innym strumieniem. Tam znowu wjechano w wodę i posuwano się korytem strumienia, uważając, aby żaden ślad nie pozostawał widoczny dla oka ludzkiego

– Tu się znowu podzielą – uspakajał sam siebie Kuba – Tak się będą dzielić na każdym skrzyżowaniu drogi. Tfu – splunął – rzeczki. Oby się tak dzielili, aż do ostatniego nicponia. I oby to było wpierw nim dojedziemy do morza, lub do źródła tego potoku.

Knieziewicz kluczył chytrze jak stary lis, lecz kopyta końskie zbyt twarde były, aby mogły przejść po leśnej ściółce nie zostawiając wyraźnego śladu. Gdzie tylko było to możliwe wjeżdżano w napotykane strugi wodne i potoki, aby mylić pogoń i zyskiwać na czasie. Pościg, chociaż niewidoczny i dla ucha niesłyszalny, trwał wciąż i posuwał się za nimi z uporem wytrwałego myśliwego. Bo bardziej stały się to łowy niż pościg. Ścigający znając swoją przewagę liczebną i upór, jaki mieli w naturze, pewni byli, że wcześniej czy później schwytają sześciu uciekinierów i w okrutny, wymyślny sposób pozbawią ich życia.

Pod wieczór, las się skończył i zaczęły niewysokie wzgórza porośnięte kępami krzaków, trawami i wikliną. Pokazały się także szałasy pasterzy i stare omszałe chaty wieśniaków uprawiających na tych wzgórzach owies i grykę. Teraz można było tylko pośpieszać ile starczało sił koniom znużonym długą jazdą. Tak przebyto około pięciu mil, gdy znów pokazał się las. Wjechano na wąską drogę prowadzącą do niego, co pozwoliłoby jechać dalej nawet i po zapadnięciu zmroku. Jeszcze do lasu było dobrą milę, gdy pod Dąbą padł koń. Nie był to świetny rumak, jaki podarowała mu nie tak dawno temu, Kolnicka, ale jeden z koni zagarniętych rabusiom. Każdy z jeźdźców oszczędzał jak mógł swego konia, dosiadając przez cały okres ucieczki innych koni. Ale i one były zmordowane długą drogą.

Dąba zaklął szpetnie, gdyż o mało, że nie zwalił się razem z koniem.

– Zrobimy mały postój – komenderował Knieziewicz – Inaczej wszystkie konie nam popadają, a my z nimi. Kuba rozpali ognisko. Wachmistrz Piekota wykroi kilka większych kawałków końskiego mięsa, abyśmy mogli zjeść swój pierwszy posiłek. Co zostanie będzie na drogę. Padlina to, ale świeża. Po całej nocy i dniu w siodle, najlepiej smakuje właśnie pieczona szynka z konia.

– Kuba ma ogień rozpalać? – oburzył się Kuba – A cóż to ja sługa ichmości, czy co?

– Prośba to tylko – rzekł Knieziewicz – jeśli nie chcesz surowego mięsa jeść.

– Kuba i nie proszony podpala, co może – zaśmiał się Dąba – tak i teraz, a także w drodze powrotnej będzie nam ogniska rozniecał.

– Dziwnie wstrętu i lęku nabrałem do ognia – westchnął Kuba – Ale jak podpiec końskie żeberka, jeśli płomienia się nie skrzesa. Do mięsa dobra byłaby pieczona rzepa, ale nie widać by rosła w pobliżu. Podjadę pod którąś z chat tam szybciej coś znajdę.

– Najpierw roznieć ognisko – przypomniał mu Dąba – Potem jedź szukać rzepy i uważaj by się, jaka chata nie zaczęła palić, bo znów widłami będziesz musiał wojować.

Kuba wziął się za ścinanie i łamanie poschniętych gałęzi i rozpalanie ogniska. Piekota ściągnął z padłego konia skórę i wykrawał kawały mięsa. Janek pilnował by konie pasły się tam gdzie było najwięcej koniczyny. Dąba ułożył się wygodnie obok Różewicza na ziemi podparty na łokciu i przyglądał się jak Kuba krzesa ogień. Knieziewicz stał kilka kroków dalej, na niewielkim wzniesieniu i śledził linie lasu, z którego wyjechali Wiedział, że w każdej chwili pokażą się tam konni, którzy ich ścigają.

Ognisko zapłonęło i zadowolony z siebie i spodziewanych smacznych kąsków Piekota zabrał się do opiekania kawałków mięsa. Zaraz przy nim zjawili się wszyscy pozostali. W miarę podpiekania mięsiwa inne zapachy zaczęły drażnić nozdrza. Wkrótce sześcioro zgłodniałych ludzi zaczęło napełniać żołądki twardym na wpół podpieczonym mięsem. Kuba obgryzał swoje ulubione żeberka, ciskając za siebie kości.

– Co tam rzepa, gdy jest taka wyżerka – mlasnął z zadowoleniem – Jedynie czego brak, to piwa. Tego właśnie, które wiózł do klasztoru mnich Dionizy. Nie beczułkę winien nam podarować, lecz cały wóz z beczkami. Do końca drogi gasiłoby ono nam pragnienie. Życie narażaliśmy dla jednej beczułki. Niska to cena. Można powiedzieć, że nas okpił chytry mnich. Cały trunek sobie zatrzymał. Sobie i swoim kamratom, pasibrzuchom, gębochlejom. W drodze powrotnej zajadę do tego klasztoru. Mnichem i ja mogę być. Mnie tez może takie brzucho urosnąć, jakim się szczycił Dionizy. Co on wymyślał, że z rodu piastowego się wywodzi? Że pradziad jego starszym był bratem Piasta Kołodzieja? Kimże, zatem ja jestem? Z jakiego ja rodu pochodzę. O jakich ja wielkich swych przodkach nie wiem?

Nad głowami ciężkim lotem przeleciał olbrzymi kruk, kracząc ponuro.

Wszyscy głowy zadarli do góry i obserwowali lot czarnego ptaka, aż zginał im z oczu nad linią lasu, do którego mieli niezadługo wjechać

– O ty kruku! – wrzasnął Kuba – Aż tu za mną przyleciałeś, krakać mi nad głową, nowe nieszczęścia zapowiadać.

Kuba pomyślał przez chwilę i nowa mu myśl błysnęła w głupiej jego głowie.

– Czepiłeś się mnie jak rzep psiego ogona – rzekł poważnie – i wiem dla jakiej przyczyny. Myślałem przecież o przodkach, o rodzie z jakiego pochodzę i oto proroczo zjawia się kruk i woła – Krak, Krak. Starzy ludzie powiadają, że kruki umieją ludzkim głosem gadać. Ten właśnie, zagadał do mnie. Pytam się na głos jak zwał się przodek mój. A kruk mi na to odpowiada.– Krak! Pradziad mój królem Krakiem był. Dowód oto niesłychany. Widać bardzo stary ten kruk, skoro króla Kraka pamięta.

Dąba zaśmiał się na ten wywód.

– Skoro ojca miałeś kruka –zagadał żartobliwie – to matką twoja musiała być wrona. A tyś sam winien zwać się nie Kubą, lecz Gawronem. Ściągnij Kubo koszule i pokaż plecy, może tam skrzydła masz podkulone a my o tym nic nie wiemy. Za szlachcica się podajesz, a ty gawron. Widać ci psy pióra z ogona powyrywali, że cię nie poznałem.

Kuba skrzywił się z niesmakiem i aby się odciąć, powiedział taki złośliwy wierszyk.

Kto łeb ma pusty, z brzucha dowcip bierze,

Myśląc, że świetny klepie jak pacierze.

– Iście piwa tu brak – zgodził się Dąba – Przy nim weselsze wierszyki układałeś. A żebyś się urażony nie czuł i na szable mnie nie wyzywał, więc to ci obiecuję że jeśli dożyję następnej elekcji, na ciebie oddam swój głos jako kandydata na króla, już nie z rodu Piasta, ale z rodu Kraka, który jak legenda głosi dzielnie rządził Wiślanami. Wszak to Małopolska, a tam wojewoda Zasławski co ma na wydaniu piękną i rumianą, słodką i okrąglutką jak pączek córkę. Prawdziwie królewski byłby to związek. Potomek króla Kraka i córka wojewody krakowskiego.

– Ach tak – ciężko westchnął Kuba – Słodkie i piękne to dziewczę, moja Anna Łucja. Sercem ona ze mną. Gdy ją żegnałem, ukradkiem w ogrodzie, z tyłu za pałacem, powiedziała mi – wróć, bo jak nie, pośle za tobą by ci łeb ucięli i psom rzucili na pożarcie – A w oczach miała łzy. Smutna była i mnie smutno się zrobiło. Najlepiej jak od razu zawrócę. Nie mus mi z wami jechać. Ani zjeść przy stole, ani wypić. Ani spać spokojnie. Dzień i noc w siodle. Nawet pleców nie czuję, nie mówiąc o innych częściach ciała.

– Porę teraz masz najlepszą abyś wracał – zauważył Knieziewicz – podjadłeś, na ziemi posiedziałeś. Po śladzie zajdziesz skąd przyszedłeś. Po drodze z niedawnymi znajomkami pogwarzysz. Ot i zbliżają się. Naszym śladem jadą. Będzie ich ponad dwudziestu. Niespieszno jadą. Konie mają pomęczone, tak jak myślałem. Ale uparcie prą naprzód. Naród ten z uporu słynie, a i z okrucieństwa.

Kuba na te słowa chciał się poderwać na nogi i do konia biec, ale Dąba położywszy mu na ramieniu swą ciężką dłoń i przytrzymał.

– Siedź Kuba i nie lękaj się. Nie było komendy by na konie siadać. One też muszą odetchnąć. Popasać spokojnie na łączce, koniczyny poskubać.

– Kłaść się – skomenderował Knieziewicz – niech myślą, że śpimy.

– Jak to kłaść? – oburzył się Kuba – zgubę nam to przyniesie.

– Jeśli nie chcemy im wpaść w ręce, musimy się ich pozbyć – wyjaśnił Knieziewicz.– Sposób jest prosty. Las blisko i zmierzchać się już powoli zaczyna. W lesie już półmrok. Teraz kładź się i udawaj, że śpisz. Gdy podjadą bliżej, gdy dam znak, to ja, Dąba, Różewicz i ty zagnamy konie na drogę i ruszymy nią w las. Piekota i Janek ociągać się będą nieco i ruszą za nami dopiero, gdy ścigający będą od nich o strzał z samopału. I tą odległość mają stale zachowywać. Konie nieco wypoczęły, więc nie ma obawy by dały się zgonić. Leżmy spokojnie i czekajmy, kiedy nas spostrzegą. I czekajcie na moją komendę.

Czekali, więc ufając doświadczeniu i przezorności Knieziewicza. Jedynie Kuba rozpłaszczony na ziemi jak wystraszony zając, w każdej chwili gotowy był do poderwania się i nagłej wycieczki. Dąba to zauważył i znowu sobie z niego zaczął żartować.

– Ano, zamknij oczka Kuba i zdrzemnij się chwilkę. Sił nabierzesz przed bijatyką. Jak byś zaspał to cię zbudzą.

– Mamy walczyć czy uciekać? – zapytał Kuba niepewny, co go czeka.

– Albo my hultaje, rabusie, złodzieje, zaperzył się Dąba – że uciekać mamy. Jam szlachcic z dziada pradziada, od dziecka rękę do szabli mam urobioną. Janek takoż. Nawet Piekota, choć z pospolitego wywodzi się ludu, gdy szablę ma w dłoni, to od razu przestaje się jąkać, wąsami ruszać zaczyna. Zęby w uśmiechu pokazuje, a nawet ciupkę prościej patrzy na ludzi. Tak i ty, jeśliś szlachcic, jak powiadasz, tą samą winieneś mieć naturę, skorą do kielicha dobrego miodu i do szabli. A jeśliś prawnuk króla Kraka, to pierwszy w bój idź i innych śmiało prowadź. Inaczej mów, żeś gawron i ścierwem wolisz się pożywiać, po śmietnikach pazurem grzebać. Pospolicie Kubą się zwać, zamiast mości panem Jakubem. Kuba położył prawicę na rękojeści szabli, zebrał się w sobie i odparł hardo – Jakiem Jakub, uderzę razem z wami na ta hołotę, która się zbliża. Pokażę, że nie wronie z pod ogona wypadłem.

– W pierwszym szeregu ruszysz? – zapytał Dąbą z powątpiewaniem.

– Droga wąska – wyjaśnił Kuba – wszyscy się nie pomieścimy, a dyshonor byłby to wielki gdybym się pchał przed tak znakomitymi wojownikami, w jakich towarzystwie jadę.

– Masz racje Jakubie – potwierdził Dąba.

– Zauważyli nas – odezwał się Knieziewicz.– I za wcześnie poderwali konie do biegu. Tym gorzej dla nich – Odczekał jeszcze dobra chwilę, aż ścigający przybliżyli się znacznie i dopiero teraz wydał komendę.

– Brać swoje konie i do lasu. Janek i Piekota ruszajcie zaraz za nami. Tuż przed pościgiem.

Rozkaz został skrupulatnie wykonany, choć z pewnej odległości można było przypuszczać, że z popłochem uciekają pozostawiają na pastwę losu dwóch maruderów.

Ledwie jednak pierwsza grupa ludzi, która gnała przed sobą stadko koni wjechała w las, padła nowa komenda.

– Kuba, gnaj konie nie dalej jak dwie, trzy mile. Potem je wstrzymaj i czekaj na nas.

Sam Knieziewicz gestem jedynie wskazał Dąbie i Różewiczowi by zjechali za nim z drogi i skryli się za najbliższymi drzewami.

Z szablami w dłoniach czekali spokojnie, aż drogą przejadą Janek i Piekota, a zaraz za nimi długi łańcuch tych, którzy tak wytrwale ich ścigali.

Dopiero za dwoma ostatnimi, wyjechali na drogę, dognali ich i zrzucili z koni. Knieziewicz rozpuścił swego rumaka, a ten wypoczęty nieco podczas postoju rwał żwawo do przodu wyprzedzając o wiele gorsze, wymęczone konie, biegnące w przedzie. Dąba nie dawał się wyprzedzać Knieziewiczowi. Spadali z koni jeźdźcy, którzy z goniących, nie wiedząc nawet o tym, zmienili się w jednej chwili w gonionych. Obalały ich silne, nieoczekiwane ciosy pięścią, głownią szabli, lub nawet uderzeniem samą szablą przez łeb.

Różewicz jechał bardziej z tyły i pilnował, by konie pozbawione swych panów nie ustawały, lecz podążały dalej, po to, aby ci, co pozbierali się z ziemi po upadku, na własnych już nogach musieli wędrować dalej.

Kilkoro z powalonych na ziemię ludzi konie stratowały, inni leczyć musieli otrzymane rany, lub odchorować upadek. Tak im się zakończył mozolny pościg, o którym myśleli, że będzie krótkim, krwawym polowaniem na sześciu podróżnych, którym konie chciano odjąć.

Janek i Piekota z powodu coraz większego mroku nie spostrzegli nawet, że są gonieni już jedynie przez swoich przyjaciół, zdumieli się, gdy posłyszeli gromkie wołanie Dąby, aby się zatrzymali.

Wstrzymali wiec konie, ale na krótko, bo Knieziewicz poradził im, aby dogonili Kubę i nakazali mu postój na noc.

Dnia następnego wjechano już w inny kraj. Zaraz też na najbliższym jarmarku sprzedali zbędne konie. Ceny nie otrzymali dobrej, bo konie były długim pościgiem zmarnowane. Ale pieniądze bardzo się przydały. Inna tu już była mowa ludzi. Inne obyczaje i stroje. Większa chęć do rozmowy. Częstsze zapytania skąd przybywają. Język ten rozumiał i rozmówić się z tymi ludźmi potrafił jedynie Różewicz, który we francuskich, głównie paryskich szkołach parę lat się uczył. Teraz chętnie tamte lata wspominał, o kraju i ludziach chętnie opowiadał. Wzdychał do dawnych miłości i o urodzie poznanych dziewcząt z wielkim zachwytem mówił.

– Jak dotąd żadnej ładniejszej od Anny Łucji nie zobaczyłem – zastrzegł się Kuba – Ani tak rozkosznie tłuściutkiej.

– Widziałeś jedynie świniarki – objaśnił go Janek – Poczekaj, gdy na ulice Paryża wiedziemy. Popatrzymy sobie na córki kupców, na młode mieszczki i szlachcianki. Rozejrzymy się czy na dworze Kondeusza nie ma ładnych dworek. W końcu to książę, który miał królem naszym zostać.

– I dobrze, że nie został – wtrącił Dąba – Wolę ja królem widzieć naszego wielkiego hetmana. Ale na francuskie panienki także chętnie popatrzę. Może, która się za mną obejrzy, uśmiechem ośmieli, oczkami zamruga. Żony tu nie znajdę, żadnej stąd też niewiasty z sobą nie zabiorę, bo by ją Kolnicka na sztuki rozerwała, a kto wie, co by ze mną uczyniła. Ale skoro ona daleko, a te tutaj gładziuchne figlarki coraz bliżej to kto wie, na jakie ja się wody puszczę i jakich miodów posmakuję.

– Jak zapewne mości panowie zauważyli – wtrącił się Knieziewicz – ludzie tu mają ciemne włosy a i twarze jakby mocniej słońcem spalone. Gdy zatem wjedziemy do Paryża, patrzcie uważnie czy gdzie przy matczynej spódnicy nie będzie się plątał jakiś mały urwis o jasnej czuprynie, niebieskich oczach i różowej cerze.

– I nie beczy na całe miasto. Mama, kiedy mój tata z Polski przyjedzie?– podchwycił Kuba – Gorzej, gdy na każdej ulicy pięciu takich naliczymy. A wszyscy oni będą jak dwie krople wody do imć pana Różewicza podobni.

– Czy znaczy to, że gdy który się za.. za.. zająknie to moim sy… sy… synem być musi? – zapytał Piekota.

– Twoim albo twojej kobyły – zahuczał śmiechem Dąba – Szczególnie, jeśli zeza będzie miał w oczach.

– Znałem kowala który leczył zeza u ludzi – rzekł Kuba.

– A jak to le… leczył – dopytywał się Piekota, ciekaw czy nie ma sposobu na jego dolegliwość

– Kładł zezowatemu głowę na kowadło i młotkiem stukał jak to kowale czynią, gdy żelazo kują. Później takiemu zakładał skórzane klapki na oczy jak to się koniom nieraz czyni gdy płochliwe.

– I do powozu zaprzęgał – dodał Dąba i znowu się zaśmiał.

– Mówił mi mój ojciec – rzekł poważnie Janek – że znał szlachcica, który od dziecka straszliwie się jąkał. Tak ze nawet jego żona nie mogła pojąć, co mówił. Gdy owdowiał, ponownie się ożenił, a nowa jego niewiasta, co dzień kazała mu śpiewać różne piosenki. Tak się i wyleczył.

– Śpiewaj, więc mości Piekota a my ci w tym pomożemy – zachęcił Dąba.

Kiedy ja spa… spamiętałem jedynie tą głu… głupią piosenkę, którą Kuba stale śpi… śpiewa, gdy sobie po popije.

– Śpiewaj! – rozkazał Dąba.

Piekota zaczął spiewać.

W czarcim dol… dole

Przy sto… stodole

Się… się… siedzi diabeł cały w smo… smo… smole,

Wilkołaki dwa – podchwycili słowa piosenki pozostali –

Nad ranem podpalili stogi z sianem

Stara wiedźma idzie drogą

Że kulawa ciągnie nogą

Chłop z rozpaczy czy z rozterki

Przebił babie nożem nerki

Świnia w chlewie gnój na grzędzie

Piorun trzasnął

Burza będzie

W tej chwili błysnął w oddali piorun, a grzmot groźnym pomrukiem przetoczył się po niebie

– Każ śpiewać takiemu, a burzę sprowadzi – zażartował Dąba klepiąc Piekotę po plecach – Zajrzyjmy do karczmy skoro przy drodze. Pod dachem poczekamy, aż słonko znów się pokaże.

Sam pierwszy zsiadł z konia i wszedł do środka. Izba była nieduża. Pod ścianami stały stoły, przy których siedzieli miejscowi wieśniacy. Przy stole na środku izby siedział mnich, ryży i mocno łysawy, o wyłupiastych oczach i długim nosie i zajadał jajecznicę na słoninie.

Widok mnicha nie przypadł Dąbie do gustu, więc zapytał.

– Siedzieć będziesz mnichu z nami przy stole, czy poszukasz sobie gdzie indziej miejsca?

Mnich łypnął złym okiem na Dąbę i bez słowa wziął miskę i dzban piwa i przesiadł się pod ścianę.

– Tak mi się zdaje, że już widziałem gdzieś tego chudego świętocha – odezwał się Kuba.

– Włóczy się tego po wszystkich jarmarkach, karczmach i drogach. A jeden od drugiego wiele się nie różni chyba ze tuszą – zapewnił go Dąba, a Różewicza poprosił, by u karczmarza zamówił jajecznicę z 20 jaj i połowę boczku.

– Cóż tam jajecznica – oburzył się Kuba – Francja kraj bogaty. Pieczonego prosiaczka i gąsior wina. Tego nam niech podadzą. Chłopom niech kury jaja niosą.

– Tuś jest praw, mości Jakubie – pochwalił Dąba, rozsiadając się wygodnie przy stole.

Jakiś czas później zajadano z półmisków smaczne mięsiwa, z ruszta i duszone, w rondlach obficie sosami zalewanymi.

*

– Wina we Francji są przednie – zaczął Dąba – ceny na nie niewielkie, a każdy chętnie swoje chwali i częstuje na spróbowanie.

Polski miód delicje w gardle, ale wino z tych gron, co na krzakach winorośli rośnie, jakby lżej przez gardło płynie. Szybciej brzuch wypełnia niby beczkę, z nóg tak nie zwala i głowie nie ciąży.

– Prawda to, co Dąba mówi – przytwierdził Różewicz – Lekko się je pije, ale też i to trzeba pamiętać, że nim pszczoła miodu do barci nazbiera, wiele musi się maleństwo boże napracować. Miód, przeto ciężej płynie. W głowie dłużej siedzi, nogi miękkie jak wosk robi. Z winnym owocem rzecz łatwa. Gdy dojrzeje, rwą go olbrzymimi kiściami. Do stągwi wielkich rzucają i nogami bosymi gniotą, jak u nas kapustę na kiszenie.

– Nogami gniotą?– zapytał z niesmakiem Dąba.

– Nogami gniotą by sok wycisnąć, z którego wino się robi zaraz po sfermentowaniu.

– Tfu – splunął Dąba – Wiem teraz, dlaczego tak tym winem chętnie częstują. Brudne nogi w nim myją i innym pić każą A ja je chwaliłem. Tfu, po dwakroć? Wiem teraz skąd się przywlekło to powiedzenie. Nogi myć i wodę pić. Albo wino pić. Przeklęte Francuzy. Jak który podsunie mi taką flaszkę pod nos, to go tą flaszką przez łeb zdzielę.

– Odwieczny zwyczaj jest taki – wyjaśnił Różewicz – że gdy stągiew dojrzałym owocem wypełnią. Wtedy do środka wchodzi jedna, lub dwie dziewice, czysto wymyte i do pasa nagie i owoc stopami ugniatają.

– A, jeśli tak się rzecz miewa – zmienił zdanie pan Dąba – to wino takie ze smakiem wypiję. Szczególnie, jeśli nie tylko dziewica, ale i do tego ładna.

– A jak która za dziewicę uchodzi, lecz ją nie jest? Co wtedy? – spytał Janek.

– Zaraz inny smak wina można poczuć. Pełniejsze jest, bardziej dojrzałe i mocne. Gdy w domu nie ma dziewczątka i sama gospodyni owoc tłoczy, wtedy wino jest jak miód gęste i nie zawsze smakuje. Czasem może być cierpkie, lub nawet z goryczką. Kiedy złośnica jaka do stągwi wejdzie, wtedy wino się pieni i z kielichów wylewa. Czerwone jest, gdy mocno zakochana, nóżkami ugniata i nic innego nie ma w głowie tylko swe kochanie.

– Prawdziwie wielką można mieć przyjemność różne wina spijać – wyznał Dąba wzdychając głośno nie wiedząc z jakiej przyczyny.

Tak sobie gwarzyli wjeżdżając w ulice Paryża, rozglądając się ciekawie po ludziach i domach.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s