Miecz króla Jana odc. 23


Rozdział 10.

Księżna de Condé.

Było już późne popołudnie, więc zakwaterowali się w obszernym zajeździe, aby zjeść i odpocząć, prosząc przy tym gospodarza, żeby jeśli ma taką możliwość, powiadomił księcia Kondeusza o przybyciu z Polski posłańców królowej Sobieskiej.

Rankiem dnia następnego, po obfitym śniadaniu, bo kto syty jeść nie prosi, wybrali się rycerze całą swą gromadką do pałacu Kondeusza.

Drogę wskazał im uprzejmy karczmarz, a idąc ulicami miasta kilkakrotnie jeszcze dopytywali się o pałac księcia. Tak przeszli całe miasto a pałacu nie znaleźli. Dopiero przy ostatnim zabudowaniu Różewicz dowiedział się, że aby dojść do celu, trzeba przejść rozległy park, który na pierwszy rzut oka wyglądał na bukowy zagajnik. Były w nim jednak żwirowe dróżki, przycinane równo żywopłoty wysokie na chłopa, płytkie stawy z fontannami i kamienne altany.

– Konno nam tu było przyjechać, a nie pieszo dreptać jak kupczyk, czy dworski posłaniec – zauważył Knieziewicz – Cofnąć nam się chyba przyjdzie po konie by godnie stanąć jako wysłańcy królowej.

– Nie nawykłem ja do chodzenia – mruknął niechętnie Dąba – A teraz mamy bliżej do księcia niż do zajazdu.

– Książę także pieszo szedł do pałacu hetmana Sobieskiego, gdym mu na ratunek spieszył – dodał Janek– chyba, że lękamy się napaści, wtedy z konia więcej można dokazać.

– Nie będzie ujmą ani dla nas, ani dla naszej królowej, jeśli pieszo przed księciem staniemy– potwierdził Różewicz.

– Chodźmy zatem – Knieziewicz ruszył naprzód żwirową alejką.

Ścieżka biegła prosto jak z łuku strzelił, lecz po przejściu stu kroków rozchodziła się w dwie przeciwne strony. Knieziewicz, który szedł pierwszy skręcił na prawo. Na następnym skrzyżowaniu na lewo, a na kolejnym na prawo. Szedł żwawym krokiem i na każdym kolejnym skrzyżowaniu skręcał raz w prawo raz w lewo.

– Dokąd tak dojdziemy? – zapytał zniecierpliwiony Dąba – Albo kręcimy się w kółko, albo obchodzimy zamek w około, albo tu niema żadnego zamku.

– Cicho panowie, słyszę głosy – odezwał się Janek – Śmiechy i to bardzo piękne, bo śmiechy dziewcząt.

– Nam by było bab potrzeba, a nie dziewcząt – mruknął Dąba nadstawiając uszu.

– Dojrzałe to dziewuszki, skoro śmiech ich perli się tak namiętnie, że aż dreszczem przejmuje.

– Masz Janku słuch niebywały, albo tylko ci się zdaje że słyszysz – powątpiewał Knieziewicz.

– On ma taki słuch – potwierdził Kuba – Słyszy jak mysz do myszki pod ziemią, w swej norce mówi, chodź spać do łóżka, bo ciemno się robi i słońce dawno już zaszło. A potem podsłuchuje, co te myszy dalej wyprawiają.

– Jak tak, to prowadź Janie prosto w niewieście sidła – Knieziewicz ustąpił drogi i Janek wysforował się na czoło.

– My je będziemy chwytać – zapewnił Janek – I to tak, aby zajść je z dwóch stron jednocześnie. Kto wie jak płoche są tutejsze niewiasty? Gotowe uciekać. A nam nie wypada gonić za byle spódnicą. Nie wiemy czy to praczki, czy może grzybów zbierają do kuchni.

Janek wydłużył krok, Knieziewicz za nim, Kuba próbował wyprzedzić Dąbę, lecz ten odsunął go potężnym ramieniem za siebie, Różewicz pociągnął za kołnierz do tyłu i tylko wachmistrz nadepnął mu na pięty.

– Na rogi szatana i ogon diablicy – wykrzyknął zdesperowany Kuba – Czego szukają u francuskiej dziewicy…

– Widzę je – szepnął Janek – Teraz trzeba je zajść z dwóch stron co najmniej.

– Ja to zrobię – wyrwał się Kuba – Ja je zajdę od tyłu. I moja w tym głowa, aby nam nie uszły.

Przez gęsty żywopłot już nie tylko słychać było śmiech i wesołą rozmowę, ale także widać kilka niewieścich postaci.

Kuba z wachmistrzem pobiegli ścieżką w jedną stronę, pozostali szli dalej w nadziei, że szybko ominą żywopłot i staną na polance na której znajdowały się niewiasty. Ścieżka jednak zaczęła się oddalać coraz bardziej. Zmuszeni wiec byli zawrócić.

– Co robimy? – zapytał niepewnie Janek.

– To, co zawsze – odparł bez namysłu Dąba jednym zamaszystym ruchem ręki dobywając szabli.

– Cztery szable poczęły ciąć drobne gałązki żywopłotu, okaleczały go szpetnie, a on giął się i rozprężał. I łatwiej było by zrąbać stuletnią sosnę toporem, niż przebić się przez ten zdawałoby się żywy płot z drobnych gałązek wyrosły.

Dąba jako pierwszy w boju przełamywał szyki nieprzyjaciół, tak i teraz największą wyrwę uczynił w zielonej zbitej masie i wielkim swym ciałem przedzierał się na drugą stronę. Zaniechano dalszej walki z żywopłotem i śladem Dąby przedzierano się przez okaleczone krzewy rwąc sobie odzież, a szczególnie spodnie. Droga do francuskich rozkoszy stała otworem. Spłoszone niewiasty przerażone tym, co się działo na ich oczach odwróciły się tyłem i idąc spiesznie wzdłuż kamiennego murku okalającego niewielki staw z fontanną zamierzały odejść. Na ich drodze pokazał się jednak chudy i długi młodzieniec z dość pomiętoszonym dziwacznym ubiorze i dobytą szablą. Za nim postępował drugi człowiek znacznie niższy, również z nagim orężem w ręku. Damy poczuły się w pułapce. Niespodziewane wdarcie się siłą nieznanych, uzbrojonych w zakrzywione szable osobników wprawiło je w niemały popłoch. Widząc przed sobą ludzi pośledniego stanu z nagą bronią w ręku, ponownie zawróciły. Lecz z przeciwnej strony również szybkim krokiem zbliżali się nieznajomi, tyle tylko, że w ich dłoniach nie było już widać szabel. Najstarsza z dam, wysoka i postawna w wielkiej srebrnej peruce, wysunęła się na przód osłaniając swą osoba młodsze dziewczęta. Naprzeciw niej zdążał wielki, potężny swym wzrostem i tuszą, jak się jej wydawało, polski szlachcic. Bogato ubrany, o otwartym, śmiałym i zaczepnym spojrzeniu, nie budził w kobiecie takiej jak ona lęku lecz ciekawość.

Dąba zwolnił kroku, gdyż dochodząc do damy wydało mu się w pewnym momencie, że oto tu staje przed nim pani Kolnicka, tyle tylko, że bardziej wyniosła i dodatkowo przybrana w srebrzystą perukę. Wiedząc, że być to nie może, przyjrzał jej się uważnie i skłonił nisko, poczym znów spojrzał łakomym wzrokiem na jej dorodną postać.

– Na rogi szatana i ogon diablicy, podoba mi się ta srebrna gąska – mruknął do siebie – Co mówię? Gąska? Toć to prawdziwa łabędzica.

Dama w odpowiedzi uniosła brwi do góry.

– Monsieur Qu’est-ce que vos mots signifient? (Drogi panie. Co znaczą pańskie słowa?) – zapytała.

Różewicz wysunął się przed Dąbę i poznając z ubioru i postawy, że ma przed sobą nie lada personę, skłonił się po dwakroć z czarującym uśmiechając. Zaraz też wytłumaczył, że nie przychodzą w złych zamiarach, a jedynie zwabieni przecudnym śmiechem, który wydał im się najpiękniejszym śpiewem dla ich dusz po długiej z Polski podróży. Zapragnęli jedynie przekonać się, które to panny i panie tak szczęśliwymi są w tych rajskich ogrodach.

– Wydawało mi się na sam przód, że to hordy Attylli znowu najechały Gallów i porywają w niewolę dzieci królewskie – odparła dama z lekkim uśmieszkiem.

– Pardon madame (wybacz pani) – Różewicz udał zmieszanego – Od lat wojujemy z dzikim Tatarem i okrutnym Turkiem, stąd biorą się nasze odruchy, lecz serca nasze łagodne pozostają i wrażliwe na każde niewieście piękno. Jeśli ten zielony mur zrąbaliśmy, to nie po to, aby więzić, ale aby samemu oddać się w niewolę.

– Słysząc te słowa wyniosła dama uśmiechnęła się ponownie i znowu spojrzała na nadzwyczaj rosłego Dąbę, poczym zatrzymała jeszcze przez chwile wzrok na Janku i znów spojrzała na Dąbę.

– Qui est ce beau Chevalier? (kimże jest ten piękny rycerz?) – zapytała Różewicza wskazując na Dąbę.

– W boju był zawsze tarczą naszego hetmana wielkiego koronnego Jana Sobieskiego. W natarciu, taranem przełamującym szyki wroga. Dla przyjaciół, najlepszym z przyjaciół. Dla dam, mężem o czystym i wiernym sercu.

– Ach, zatem serce ma nie tylko mężne, ale i czyste a spojrzenie jakże głodne.

–Wiele dni, miesięcy i lat pościł, pan i– uśmiechnął się Różewicz.

Janek stał nieco z boku i przyglądał się ciekawie damie z którą rozmawiał Różewicz próbując dociec, kim mogła ona być. Królową? Księżną? Czy może markizą? I co ten tytuł mógł oznaczać? Jakie godności i jakie bogactwa były mu przypisane?

Z rozmyślań wyrwało go niespodziewane furknięcie jedwabnej, haftowanej chusteczki tuż pod jego nosem. Ostry miły zapach róż podrażnił jego nozdrza, a oczy uchwyciły spojrzenie czarnych błyszczących oczu dziewuszki, która przeszła tuż przed nim zaglądając mu śmiało i zaczepnie w oczy.

– Cóż to za diablątko, które tak mi pod nosem paraduje? – pomyślał i już od tego diablątka oczu nie mógł oderwać.

Strojne dziewczątko o czarnych jak węgielki oczach nie mogło ustać na miejscu. Przechodziło to w prawo to w lewo, niemal ocierając się o jego ubranie, tak, że miał ochotę uchwycić ją w pół i przycisnąć do piersi. Robiła przy tym przedziwne minki i zalotne uśmieszki i wciąż kłuła go swoimi błyszczącymi oczyma. Cofnął się o krok nie mogąc znieść tego, że przechodziła mu tuż pod nosem, lecz ona jeszcze bardziej nacierała na niego, więc znów się cofnął. W taki sposób odłączyła go od reszty przyjaciół. Zaświergoliła jak wróbelek, a gdy zdumiony słuchał jej głosu nic nie rozumiejąc z tego co mówi, wzięła go pod rękę i poprowadziła wąską ścieżką wzdłuż żywopłotu. Zaniepokojony nieco nie zamierzał się oddalać od reszty towarzyszy, ale nie zdobył się na opór i wpatrzony ciągle w jej oczy dał się prowadzić ścieżką raz w lewo, raz w prawo, aż stracił zupełnie orientację. Wszystkie drzewa i wszystkie żywopłoty były tu takie same, a żwirowe ścieżki poplątane w przedziwnym labiryncie.

Swój spacer wstrzymała nagle pod konarami starego kasztana, który cieniem swym osłaniał ich od gorących promieni słońca. Jankowi przyszło na myśl, że skoro nie rozumie jej języka i nie może się z nią porozumieć, powinien przedstawić się, co czyni się zwykle przy powitaniu.

Skłonił się i wymówił swoje imię. Nie zdążył wymienić swego nazwiska rodowego, gdy dziewczyna wymówiła szybko.

– Janet – i zaśmiała się. W jej ustach zabrzmiało to jak ,,Żanet”.

– Żanet – powtórzył.

Dziewczyna usiadła na nieskoszonej trawie. Wydała mu się teraz jeszcze mniejsza i bardziej drobna.

Gestem wskazała mu miejsce przy sobie, więc także usiadł, a ona zaraz przysunęła się tak blisko niego, że dotykała go swoimi kolanami. Spojrzał na jej białą, niezwykle kosztowną suknię, ozdabianą złotą nicią i pomyślał jak bardzo może zostać ta suknia pobrudzona przy zetknięciu z soczystą zielenią traw.

Janet, chcąc skierować uwagę Janka na swoją osobę, znów zamachała mu pod nosem wonną chusteczką i uśmiechnęła się przymilnie. Podrażniony tym powtarzającym się gestem uchwycił jej rękę i przycisnął do ust. Nie broniła mu tej przyjemności, lecz zaraz podsunęła mu do ucałowania drugą rękę, a gdy i tą ucałował, nadstawiła policzek.

– Ach to tak – pomyślał bystry chłopak i zaraz poprawił mu się nastrój. Powoli i z wielkim namaszczeniem ucałował policzek dziewczyny. Spojrzała poważnie na niego i nachyliwszy się w jego stronę unosząc nieco tułów do góry pocałowała go delikatnie tuż pod prawym okiem. Wsparła się przy tym rękoma na jego udzie, co przejęło go dreszczem.

Już chciał ponowić pocałunek w następny policzek, skoro tak miły był początek, lecz Janet wskazała palcem na miejsce na swym ciele tuż poniżej obojczyka. Aby właściwie wykorzystać taką zachętę i okazję, Janek oparł się jedną ręką o murawę, drugą objął w pół dziewczynę i nachylając się nad nią, zachłannie i bez opamiętania zaczął całować wszystko to, co nie było osłonięte suknią. Odepchnęła go po dłuższej chwili, znów uważnie przyjrzała mu się jego twarzy i zaczęła rozpinać rogowe guziki jego koszuli. Gdy to zrobiła pocałowała jego tors kilkakrotnie, a później ściągnęła z niego koszulę i rzuciła na trawę. Jednym szarpnięciem sukni w dół obnażyła swoje malutkie piersi i oburącz przyciągnęła do nich głowę Janka. Znów zaczął całować jej ciało, a gdy oszołomiony nagłością przyzwolenia coraz bardziej pochylał się nad nią, uświadomił sobie, że kolano Janet delikatnie naciska na jego męskie przyrodzenie, raz z jednej to znów z drugiej strony.

Serce zabiło mu gwałtownie. Pożądanie przeszło po nim niczym ogień Pewny łatwej zdobyczy tym zachłanniej całował jej piersi, brzuch i ciągnął suknię w dół że aż pękały szwy. Janet zapiszczała rozkosznie odpychając Janka i dając mu gestami do zrozumienia, aby ściągnął spodnie. Chciał już to zrobić, lecz widząc, że dziewczyna chce skryć się w zaroślach, aby się obnażyć, daje mu przy tym do zrozumienia aby jej nie podglądał, wstrzymał się na chwilę do jej powrotu. Czekał z wielką niecierpliwością i jeszcze większym podnieceniu na powrót dziewczyny. Zniecierpliwiony zwłoką zerknął za siebie. Potem zwrócił się w stronę, w którą odeszła i wzrokiem przeszukiwał zarośla. Dziewczyny nie było widać. Koszula rzucona jej ręką znikła. Poderwał się zły z ziemi i ruszył na jej poszukiwanie. Błądził w zaroślach i po krętych ścieżkach i naprawdę pierwszy raz w życiu nie umiał znaleźć właściwego kierunku.

– Przeklęta, mała, czarna  słodka żmijka – zaklął – Złodziejka i obłudnica. Zakpiła ze mnie. Ośmieszyła mnie. A właściwie chce mnie ośmieszyć przed księciem. Doniosą księciu złośliwe języki, że przybył wysłaniec od królowej potężnej Rzeczypospolitej, jak barbarzyńca bez koszuli. Trafię w końcu na właściwą ścieżkę do pałacu, a tam już we drzwiach stoi książe w otoczeniu swych dworaków z uśmieszkiem politowania na twarzy. Bodaj bym go tamtego wieczora nie ratował z opresji. A tej małej rozerwę suknię na oczach wszystkich, od góry do dołu. Od dekoltu aż po stopy. Jednym szarpnięciem ręki. Niech zobaczą jak się wije. Zapomniałem przy tej diablicy o wszystkim. Zapomniałem, po co tu przybyłem. Zapomniałem o Marysi, o Misi, o własnym rozumie. Jak pies co zwęszył suczkę. Kundel ze mnie podwórkowy nie szlachcic. Na łańcuchu powinni mnie trzymać, abym nie mógł lecieć za pierwszą lepszą sroką co ogonem kręci.

Janek krążył nerwowo, aż natknął się na sługę, który mu się skłonił z daleka i gestem zachęcił by szedł za nim. Sługa był na tyle przezorny, że ani jednym grymasem twarzy nie zdradził się z tym, że to, co widzi bawi go lub dziwi. Doprowadził Janka do rozległego pałacu i w jednej z komnat podał mu białą koszulę z cienkiego płótna. Na koszuli wyhaftowane były lilie. Gdy Janek ją włożył, sługa doprowadził go do obszernej sali gdzie przy stole zasiadali wszyscy jego przyjaciele w towarzystwie dam. Długi, ciężki stół zastawiony był owocami i przeróżnymi ciastami. Stało na nim także kilka butelek wyśmienitego wina. Dąba siedział po prawej ręce damy w srebrzystej peruce. Po jej lewej stronie siedziała Janet. Po przeciwnej stronie stołu naprzeciw damy siedział Różewicz. Knieziewicz naprzeciw Dąby, a miejsce naprzeciw Janet dotąd wolne zajął Janek. Nie miał zresztą innego wyboru doprowadzony do niego przez milczącego sługę. Ledwie, że usiadł na swym krześle, Janet nałożyła na niewielki porcelanowy talerzyk smakowicie wyglądający kawałek ciasta, na którym pieniła się słodka kremowa róża i przez szerokość stołu podała Jankowi. Nie spojrzawszy nawet na dziewczynę przyjął talerzyk i małym widelcem posmakował. Janet zaszczebiotała coś, czego nie rozumiał.

– Pyta cię Janie – odezwał się Różewicz, który do tej pory uczestniczył w tłumaczeniu rozmowy pomiędzy Dąbą a srebrnowłosą damą – czy podoba ci się kraj, do którego przybyłeś.

– Nie – odparł krótko Janek, pochmurniejąc jeszcze bardziej na twarzy.

– Très beau (piękny) – powiedział po francusku Różewicz. Lecz Janet zrozumiała prawdziwy sens odpowiedzi, może intuicyjnie, a może poprzez podobieństwo słowa ne pas do polskiego nie.

– Czy w takim razie podobają się francuskie dziewice? – Zapytała prosząc o przetłumaczenie tych słów

– Nie – po raz kolejny odpowiedział Janek. I znów Różewicz przetłumaczył na francuski – Très belle (piękne).

– A ciasto? – zapytała.

– Très belle – odparł, gdy usłyszał tłumaczenie pytania. A słowo to wymówił po francusku tak jak to dwukrotnie słyszał u Różewicza.

Janet zaśmiała się głośno i wyciągnęła rękę z kielichem, z którego przed chwilą piła.

– A wino?

Janek przyjął wino i wypił do dna. Mlasnął głośno i spojrzał po raz pierwszy w oczy dziewczyny. Gorąco rozlało się po całym jego ciele. Złość mu przeszła.

– Bella Francesca – Powiedział, lecz spostrzegłszy swoją pomyłkę Gdyż Francesca oznaczało imię a nie Francuzkę. Poprawił się zaraz mówiąc – Bella Janet.

Janet zaśmiała się ponownie i wskazała palcem na haftowane lilie na swej nowej sukni. Były identyczne z tymi, jakie były haftowane na koszuli, którą miał na sobie.

Pojął, że to ma coś oznaczać, lecz nie do końca wiedział co – Czyżbym został jej bratem, kuzynem? Czy chce w ten sposób dać mi do zrozumienia, że jesteśmy do siebie podobni i jesteśmy stworzeni dla siebie? – zastanawiał się pełen najlepszych nadziei.

Dama, która nie może oderwać oczu od mości Dąby – wyjaśnił Jankowi Różewicz – to nie kto inny jak jedyna siostra księcia Kondeusza. Posiada, tak jak jej brat, tytuł księżny Francji. Jest kuzynką króla Ludwika.

– Ach, to wygląda – zmartwił się Janek – że albo będzie chciał tu pozostawać jak najdłużej, albo w ogóle nie zechce z nami wracać.

– Poślubi Księżną i będzie wyciągać swą niedźwiedzią łapę do ucałowania na modłę francuską – dodał Kuba – Szczególnie tym wszystkim, którzy byli jego najlepszymi przyjaciółmi. Tę, którą ja sobie upatrzyłem zabiorę ze sobą. A jeśli ma jakiś tytuł książęcy, to niech go zabiera. U mnie będzie tylko kucharką, pokojówką i praczką w jednej osobie. Chyba, że będzie tak bogatą, że pobuduje mi pałac i opłaci służbę.

Przechwałki Kuby przerwało pojawienie się muzyków i dwóch śpiewaków, którzy na dany przez księżną znak odśpiewali kilka poważnych a także kilka zabawnych, jak mogło się zdawać, pieśni. Gdy umilkli, Różewicz, aby sprawić przyjemność księżnej wyraził swój podziw. Dąba aprobująco potakiwał głową, Kuba się skrzywił, Janet zaśpiewała dwie zwrotki jakby przedrzeźniając śpiewaków.

Kuba parsknął nieprzyzwoicie śmiechem i zaśpiewał w tonie tej samej melodii

Ten wie, że szczęśliwie żyje

Kiedy z beczki wino pije

Kiedy pije ile może

Daj mu zdrowia dobry Boże

Księżna spojrzała na Kubę jakby dopiero go dojrzała.

– Piękny głos u tego młodzieńca – zwróciła się do Różewicza – O czym tak pięknie zaśpiewał?

– Swawolna to nieco piosenka – wyjaśnił Różewicz – O winie, że beztrosko pozwala żyć tym, którzy w nim ponad miarę gustują.

– Niechże, zatem śpiewa – zaproponowała księżna – A nagrodzę jego piękny głos jak żadnego innego śpiewaka.

Różewicz stropił się nieco znając Kubę aż nadto, ale nie widząc innego wyjścia przykazał Kubie by śpiewał dalej.

Kubie spodobała się prośba księżnej. Wstał od stołu. Śmiałym spojrzeniem powiódł po biesiadnikach, a gdy zaległa cisza zaśpiewał nie zmieniając melodii, czyniąc ją jedynie bardziej żywą.

Pije król i łyka żaby

A królowa po kryjomu

Gdy król gołe gania baby

Daje z tyłu byle komu

Książe maca zakonnicę

Wiele z tego ma radości

Pewny, że ma grubą chcicę.

Król mu tego pozazdrościł

 

Też spróbował i polubił

Przebrał miarę

Berło zgubił

Znowu wdzięcznie się wypina

O beczułkę prosząc wina

Księżna dręczy swoje dwórki

Hrabię wielbi po kryjomu

Ciężka służba u rajfurki

By dogodzić wiemy komu

Cztery dwórki

Panów wiele

Ksiądz zamawia na niedzielę

Rycerz w środę

Wójt wieczorem

Biskup, co dzień

Prałat z rana

Tłum poddanych

Za podatki

Chce swawolić u gamratki

Różewicz aż spurpurowiał na takie słowa przyśpiewki. Ukradkiem otarł pot z czoła i spuścił w dół oczy. Kuba nic sobie z tego nie robiąc śpiewał dalej:

Wszystkim przecież nie dogodzi

Bo się przecie nie zrodziła,

Co by biskupowi co dzień

Wójtowi wieczorem

Księdzu w niedzielę

Rycerzowi w środę

I tłumowi zawsze,

Dogodziła

Zamilkł na chwilę. Złapał nowy oddech, zmienił melodię i znów zaśpiewał.

Piękne są tutaj dziewczęta, piękne jak lilie w wodzie

Wielką miłością,

wszystkie darzyłem

bo z nimi piłem

Na marzeniach czas upływa

Z wiatrem frunie w dal

Znowu niebo pokrył smutek

A mnie wina żal

Umilkł i głowę spuścił. Poznali przyjaciele, że nie wina mu było żal, o którym śpiewał, lecz cierń mu w sercu tkwi i smutek na duszę sprowadza.

Księżna zaklaskała w dłonie – Cudowny był twój śpiew – pochwaliła.

– Podejdź do mnie młodzieńcze – poprosiła.

A gdy Kuba podszedł, ujęła jego głowę i ucałowała w oba policzki.

Kuba uśmiechnął się figlarnie i zaraz klęknąwszy na kolana ucałował dłoń księżnej.

Księżna powstała od stołu – Pójdźmy teraz na małą przechadzkę po ogrodach, spotykamy się przy stołach na obiedzie. O czym wszystkich powiadamiać będzie służba.

Zaraz też prosiła Różewicza i Dąbę do wspólnej przechadzki.

Kuba spiesznie podsunął się do upatrzonej wcześniej owieczki, Knieziewicz i Piekota popatrywali z zainteresowaniem na dwie niewysokie, poważne panny.

Janek nim wstał, już Janet była przy jego ramieniu. Zdążył jedynie rzucić okiem na kilka zawiedzionych pięknych panienek, które uparcie wpatrywały się w niego podczas całego posiłku.

Szczebiocąc mu cos zupełnie niepojętego ciągnęła go znowu do ogrodu, lecz nim zdążyła z nim wyjść już zagrodziły jej drogę zazdrosne rówieśnice. Wybuchła sprzeczka, a Janek po twarzach tylko poznawał niezadowolenie u Janet i skryty upór u pozostałych dziewcząt. Czuł, że walka idzie o niego, i pamiętał, że Janet już raz go zawiodła. Bojąc się, że znów skończy się na niezaspokojonej ochocie, postanowił uwolnić się od niej i tym samym dopomóc pozostałym. Cofnął się pół kroku i chyłkiem przecisnął bokiem ku drzwiom i dalej do ogrodu. Dziewczęta pobiegły natychmiast za nim, złapały za ręce i szły obok niego.

Znów na niczym się skończy – pomyślał – Z taką czeredą, można jedynie bawić się w berka, albo w chowanego. Lepiej w chowanego. Jak się schowam z jedną, to już jej nie daruję dopóki nie skosztuję jak smakuje. Ale jak im zaproponować tą grę?

Dał się prowadzić, bacznie rozglądając się, dokąd idzie, zerkając przy tym na ładne roześmiane buzie. Janet w tym gronie nie była wcale najpiękniejsza, chociaż do brzydkich się nie zaliczała.

Dziewczęta doszły w końcu do wybranego przez siebie miejsca i tutaj jedwabnym szalem przewiązały Jankowi oczy.

– Co mam robić?– zapytał.

W odpowiedzi zakręciły go w koło i puściły wolnego. W swych leśnych ostępach, gdzie się wychowywał nie znał wielu dziecięcych zabaw. Wydało mu się, że zabawa w ślepca to nie zabawa, lecz raczej okazja do kolejnej kpiny z jego osoby, tym bardziej, że od razu poczuł, że szarpią go ze wszystkich stron. Tak właśnie jak psy ślepego dziada na pustej drodze.

Podrażniony zerwał szal z oczu i upuścił na ziemię. Dziewczęta zamilkły, lecz najładniejsza z nich podniosła rzucony szal i stojąc przed Jankiem łagodnym tonem zaczęła cos tłumaczyć. Słuchał jej uważnie wpatrując się w jej piękne oczy, lecz widać było, że nic nie rozumie. Wskazała na siebie ręką i powiedziała – Nicol – Wskazała na Janka i wymówiła jego imię. Nałożyła szal na oczy, lecz zdawało mu się, że przez złożony w kilka fałd jedwab może widzieć. Zakręciła się w miejscu i wyciągnęła przed siebie ręce tak właśnie jak potrącany ślepiec. Zaczęła się zabawa. Udawała więc, że stara się złapać którąś z przyjaciółek, które podbiegają do niej niespodziewanie i szarpią za jej suknię. Obserwował tą zabawę nie rozumiejąc w dalszym ciągu, po co jest to szarpanie, dopóki nie zbliżyła się do niego i nie pochwyciła za ramię. Dziewczyna nie zdejmując szala obmacała jego głowę i ramiona i powiedziała – Janet.

Pozostałe dziewczęta zaprzeczyły zgodnym chórem.

Ujęła jego głowę w swoje ręce i pocałowała namiętnie w usta, po czym powiedziała kolejne imię.– Margaretta.

Znowu dziewczęta zaprzeczyły i Nicol ponownie obdarzyła go pocałunkiem.

– Janek – Nicol, za trzecim razem zgadła to, co wiedziała od początku. Odstąpiła od niego i zdjęła szal z oczu. Po kolei wskazywała na dziewczęta wymawiając ich imiona. Gdy zakończyła prezentacje znowu przysunęła się do niego i zawiązała szal na jego głowie. Tym razem szal był tak skręcony, że nic przez niego nie można było zobaczyć.

Zabawa zaczęła się na nowo. Pierwsza w ramiona Janka najzupełniej umyślnie wpadła Janet, co zresztą oburzyło pozostałe dziewczęta. Wykorzystał ten moment, aby niepostrzeżenie rozluźnić i prześwietlić jedwabny szal na swych oczach. Teraz niemal mógł wybierać sobie te, które najbardziej mu się podobały. 0bcałował do syta niemal wszystkie, a najwięcej Nicol, która była nieco wyższa i bardziej rozwinięta od pozostałych rówieśniczek. Miała jaśniejsze włosy, szaro brązowe oczy, ładny uśmiech i spory biust. Kiedy całował ją po raz kolejny zachłannie i z wielką namiętnością uczul bolesne uderzenie drobną piąstką w bok. To Janet nie wytrzymała z zazdrości i przerwała mu nadmierne upojenie konkurentką. Gra została przerwana, ale Janek przebywał w miłym towarzystwie aż do bardzo późnego popołudnia, kiedy powiadomiono że czas na posiłek. Obiad tego dnia rozpoczynał się, z niewiadomych zupełnie przyczyn o ponad dwie godziny później niż zazwyczaj. Schodzono się do sali jadalnej w radosnych nastrojach. Tylko Dąba zasiadł do stołu mocno zażenowany z silnymi wypiekami na twarzy. Niespokojnie popatrzał po towarzyszach i zaraz przeniósł wzrok w dół na półmiski i talerze.

I Kuba i Janek spostrzegli, że jego duże mięsiste uszy nabrały purpurowego koloru.

– Czyżby coś nabroił – pomyślał Janek, odruchowo spoglądając na księżną.

Ona również wyglądała odmiennie jakby, co najmniej odmłodniała o dziesięć lat. Przy tym twarz jej nabrała zdumiewającej świeżości. Duchowa radość podświetlała ją od wewnątrz, czyniąc ją piękną i łagodną zarazem.

Uczta zaczynała się z początku skromnie. Świeży biały twaróg, podrobiony w małe kawałeczki, że szczypiorkiem, nałożony na plasterki ogórków. Całość dość skąpo polana śmietaną. Było tego tak niewiele, że taki mężczyzna jak Dąba mógłby za dwoma razami zlizać z talerza to danie, jak pies resztki sosu. Przy takim poczęstunku puste brzuchy młodych i silnych Polaków ścisnęły się niemal boleśnie. Księżna wszystkich bawiła miłą i wesołą rozmową, korzystając z tłumaczenia, jakie czynił Różewicz. Czas dłużył się bezlitośnie i nikt nie miał ochoty na długie pogawędki o pustym żołądku. Minęło więcej niż połowa godziny nim księżna dała znak służbie. Wniesione zostały wielkie wazy ze złoconej porcelany z zupą. Rozlano do malutkich porcelanowych filiżanek rosół. Dąba, któremu głód najbardziej dokuczał poczerwieniał jeszcze bardziej. Zmarszczywszy brwi szepnął do Różewicza.

– Jeśli pieczyste podadzą w równie małych kubeczkach, lub talerzykach to wstanę od stołu, pobiegnie pod najbliższy chłopski chlew, rozwalę ścianę i żywcem pożrę dwie świnie i trzy prosiaki.

Po rosole wniesiono kolejne wazy, z których wydobyto pieczone ptaszki.

Na ten widok Dąba popatrzał znacząco i z pogardą na Różewicza. Spojrzenie to spostrzegła księżna i uśmiechnęła się niedwuznacznie. Spostrzegł je także i Kuba a że naturę miał wesołą i kpiarską wykrzyknął.

– Wróbelki nam podano. Gdym w drodze z głodu czasem przymierał, wróble łapałem i nad ogniem przypiekał. Ale to wtedy tylko, gdy kraj najazdem tatarskim był zniszczony. Inaczej na rożen szły kury, które za obejście chłopskie zbłądziły. Widać, że Tatarzy księżną objedli i tylko wróble pozostały, co w dużej liczbie się mnożą najlepiej na końskim łajnie odkarmione.

– Wróble bywają większe – mruknął Dąba.

– Dużego wróbla sztuka złapać – zauważył Kuba – Pisklę samo z gniazda wyleci. Księżna mości Dąbę jako wróbla złapała. Teraz pokory go chce nauczyć by ćwierkać zaczął.

Dąba włożył sobie w usta jednego ptaszka, wyssał z niego mięso, kości wypluł w garść i pod stół rzucił.

Spod stołu rozległo się gwałtowne piskliwe ujadanie i zaraz po tym mały dziwaczny piesek warcząc groźnie zaczął szarpać za nogawkę rycerza.

Dąba zdziwiony zerknął pod stół a widząc małego stwora, który nie wiele był większy od dużego kota, chwycił go za kark i uniósł w górę by go sobie obejrzeć. Psina zaskomliła najpierw, ale gdy ujrzała naprzeciw siebie obcą twarz, wyszczerzyła małe ostre kły marszcząc przy tym czarny spłaszczony nos.

– Karzeł się wyszczenił w psim narodzie – oznajmił ubawiony widokiem psiny, Dąba a nie wiedząc, co ma z nim uczynić by mu krzywdy nie robić i nie narażać swoich spodni na porwanie, włożył pieska do wazy z ptaszkami i przykrył porcelanową przykrywką.

Zapanowała cisza.

Janet pierwsza wybuchnęła głośnym śmiechem.

Na ten śmiech, z wazy odezwało się piskliwe szczekanie stłumione ciężką przykrywką.

Janet zaśmiała się po raz drugi, zarażając swym śmiechem wszystkich biesiadników.

Księżna skinęła na służbę by zabrała wazę ze stołu wraz z ujadającym pieskiem. Na jej miejsce wniesiono pieczonego prosiaczka sporych rozmiarów obłożonego dojrzałymi kiściami winogron. Ledwie że wielki półmisek znalazł się na środku stołu, zaraz księżna wskazała, by został on postawiony tuz przed Dąbą.

Pan Zenobiusz z zachwytu aż szarpnął się za wąsa. Z wdzięcznością popatrzył na księżnę, przysunął się bliżej stołu i potężnymi ramionami objął cały półmisek.

– Cóż to? – wykrzyknął oburzony Kuba – Sam zamierza zjeść tego cielaka? O braciach zapomina w najważniejszej chwili. Skoro on tu pierwszy i najważniejszy niech bierze łeb. Ja zawsze najlichszy, na koniec spychany, niech, więc tył mi zostanie. Pogodzę się z tym skoro wyboru nie mam. Jedna noga z tym, co do niej przyrasta, dla mnie – poprosił.

Nie chcąc dąć za wygrane już wstawał od stołu by się z tyłu Dąby do pieczonego prosiaka z nożem dobrać, gdy spostrzegł, że do komnaty służba wnosi kolejne, nieco mniejsze prosiaczki, tak samo na rożnie przyrumienione i winogronami przybrane.

– Dla kogoż to te myszki – zapytał Kuba sam siebie – Czyżby dla mnie? Czy to możliwe? Królowo o złotym sercu. Niech ją w niebie przy kuchni posadzą, a żaden aniołek nie będzie głodny.

– Wiwat księżna – huknął Dąba połknąwszy pierwszy kawał mięsa, które rozpływało mu się w ustach.

– Wiwat – podchwycili pozostali biesiadnicy wznosząc kielichy z winem,

– I obyśmy spotykali zawsze takie księżne – dodał Kuba.

Księżna słów nie rozumiała, ale domyśliła się, że na jej cześć wiwatują, zaraz nowe wina rozlewać w kielichy nakazała.

Jasny złocisty napój zapienił się srodze i przelewać z kielichów zaczął.

– Cóż to jest takiego? krzyknął uradowany Kuba – Tak jakby sam do gardła chciał się wlewać. Przytknąć usta do kielicha, a samo wino do żołądka płynie. Drugie takie chyba tylko w raju nas czeka.

– Mości panowie szampana pijemy – uroczyście zapowiedział Różewicz – Wypada zdrowie księżnej pani wypić.

Powstano i uniesiono starym zwyczajem kielichy w górę. Wszystkie oczy skierowały się w stronę księżnej, która siedziała z wysoko podniesioną głową i niemal królewskim skinieniem dawała do zrozumienia, że toast z radością przyjmuje.

– Viwe la Polon Viwe Janek. –zapiszczała Janet tuż nad uchem Janka.

– Wiwat Francja i jej najładniejsze dziewczątka.

– Wiwat dobre żarcie, mięso i kapusta, wiwat wino i nocna rozpusta – darł się Kuba.

–Gdzież tu kapusta – zdziwił się Janek.

– Przetrzyj oczy a zobaczysz niejedną kapuścianą głowę.

– O kim mówisz?– zapytał Janek.

– O tym, którego nie zobaczysz bez lustra.

– Coś cię ugryzło?

– Trapi mnie jak staniesz przed królową, a i królem, gdy z misji się nie wywiążesz, albo powrócisz zbyt późno.

– Księcia nie ma – odparł Janek – Trzeba czekać aż powróci.

– Nam miecz potrzebny nie książe. Z mieczem mamy powrócić nie z księciem.

– Praw jesteś, ale od księcia trzeba zacząć.

– Gdyby mnie ta mała za nos wodziła tak jak ciebie, już bym wiedział gdzie miecz jest. Ale iście ona cię wodzi i robi z tobą, co chce. I co masz z tego. Zbałamuć ją tak, aby ci miejsce wskazała gdzie miecz książe trzyma, a reszta należy do mnie.

– Ta myśl i mnie chodziła po głowie, ale okazji nie miałem by z niej skorzystać.

– Popatrz jak ta mała francuska pije szampana. Jak wodę. Nie ma takiej dziewuchy na świecie, aby się nie upiła gdy pije bez umiaru. Tak samo córka świniopasa jak i córka księcia.

– Podjem trochę tego prosiaczka, którego postawiono przede mną i biorę się do dzieła. Tymczasem ona niech pije.

Od tej pory Janek podjął grę, w której było jego celem nie zdobycie dziewczyny, lecz wszelkich informacji o mieczu. Przekomarzał się z nią i żartował tak długo dopóki nie spostrzegł, że jest coraz bardziej upojona winem. Janet stawała się zmęczona, wręcz senna i tylko wysiłkiem woli dotrzymywała towarzystwa przy stole. Gdy to spostrzegł na moment ją zostawił samą, aby wypytać Różewicza jak należy wymawiać po francusku takie słowa jak miecz, darowany, księciu, zobaczyć.

Różewicz zaczął uczyć Janka wymowy i co najważniejsze poprawnego akcentu, który ważny jest, aby poszczególne słowa mogły być właściwie zrozumiane.

Gdy już był w stanie wymawiać poprawnie te wyrazy, wrócił na swoje miejsce przy stole, ale Janet już tam nie było.

– Gdzież się podziała ta mała pchełka – dopytywał się Kuby.

– Nie ma – odparł przyjaciel – Przebrała miarę i poszła spać. Na nową okazje musisz czekać do jutra. Albo czekaj. Spytaj księżnę gdzie sypia jej bratanica. Może ci powie, jeśli nie każe postawić straży pod komnatą, którą zajmujesz.

Janet pokazała się jednak. W nowej niesłychanie szerokiej sukni, kształtem niemal jak dynia. Odświeżona i uśmiechnięta sunęła w stronę Janka obserwując jednak czy jest zauważana i podziwiana. Nie od razu można było ją poznać w nowej srebrzystej peruce, piętrzącej się puklami w górę. Wyglądała w niej jakby wyższa i bardziej dostojna tyle tylko, że jej drobna dziewczęca twarz wydawała się teraz jakby pomniejszona.

Mamy teraz dwie księżne, przemknęło Jankowi przez głowę. Dużą i małą. Ta mała do księżnej jednak nie jest podobna. Raczej laleczka jakimi bawią się królewskie dzieci. Podszedł do niej spiesznie, lecz tylko po to by ją odciągnąć od stołu i niepostrzeżenie dla księżny wyprowadzić z sali biesiadnej.

Ledwie zostali sami przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta. Janet jakby znowu stała się senna. Uwiesiła mu się na szyi i czekała na dalsze pocałunki. Nie szczędził jej i sobie takiej rozkoszy.

– Janet – zagadnął w pewnym momencie – Peut vous montrer comment le prince Kondeusz épée était un don de la duchesse Sobieska. (Czy możesz pokazać miecz jaki książe Kondeusz otrzymał w podarunku od księżnej Sobieskiej) – zapytał.

Nie zrozumiała sensu słów. Poprawił się i powiedział poprawnie.

Peut vous montrer comment le prince Kondeusz épée était un don de la duchesse Sobieska.

I tym razem nie pojmowała lub udawała że nie pojmuje o co mu chodzi. Dopiero, gdy po raz kolejny powtórzył swą prośbę, kiwnęła głową na znak, że zrozumiała i pociągnęła go za sobą.

Jestem o krok od celu, pomyślał uradowany. Za wszelką cenę kazano mi miecz przywieźć, więc przywiozę. Nie będę na Kubie polegał. Gdy będę wiedział gdzie miecz jest złożony, położę Janet spać, a sam wrócę po oręż i w drogę, choćby i w nocy.

Janet dość długo prowadziła Janka korytarzami. Przechodziła przez liczne sale pałacowe i kluczyła jakby umyślnie. W końcu doszła do celu. Podprowadziła Janka pod dość duży obraz najzupełniej świeżo namalowany. Obraz przedstawiał mężczyznę, w obfitej czarnej peruce wspierającego się na mieczu. Widok ten najzupełniej rozczarował Janka. Nie dawał jednak za wygnaną. Znów zaczął pieścić i całować Janet, prosząc o to by mógł zobaczyć miecz wskazując przy tym na skrzynie i komody, jakie wkoło się znajdowały. Tego, czego nie mógł powiedzieć słowami to starał się przekazać gestami i mimiką oczu i twarzy, lecz Janet na wszystkie jego starania, kręciła tylko przecząco głową i wzruszała ramionami.

Musi wiedzieć gdzie jest złożony miecz, lecz nie chce powiedzieć, myślał Janek. Przecież książe z takiego daru nie mógł robić tajemnicy. Jest po prostu bardziej przebiegła niż myślałem. Trzeba się do niej zabrać z innej strony. Ale, z jakiej? Kuba by tu zaraz radę znalazł, a mnie w głowie groch z kapustą.

Błysnęła jednak Jankowi myśl, niezbyt oryginalna i nowa, ale skoro raz dała się użyć z dobrym skutkiem, to, dlaczego nie ponowić ją znowu.

Schylił się niemal do ziemi, uniósł szeroko rozkloszowaną suknie Janet i już nie tylko głową, ale i całym tułowiem wcisnął się pod nią. Tak zrobił w swoim czasie z Marysią, tak chciał zrobić i z Janet. Tym razem zamiast nagości zobaczył stosy jedwabnych koronek i mieniących się jak tęcza wstążek. Szukał szparki jakiejś gdzie mógłby nos wcisnąć. Rękoma sobie pomagał, czół drobne ciało Janet pod jedwabiem, lecz dobrać się do niego nie potrafił.

Janet jego próby przyjmowała jak łaskotki i piszczała i śmiała się na przemian, co go tylko drażniło, gdyż nie takie były jego zamiary.

Pojąwszy, że nic tą drogą nie wskóra chciał się wycofać, ale dziewczyna mając go pod suknią, co ją mocno bawiło chciała go tam mieć jak najdłużej, aby się zabawić jego kosztem.

Chciał, więc zrzucić suknię ze swojej głowy, ale dopiero teraz spostrzegł, że suknia Janet rozpostarta jest na prętach z sobą połączonych, wyglądem swym przypominając klatkę na ptaszki trzymane w domu. Teraz w tej klatce siedział on, a Janet położywszy ręce na sukni cisnęła ta klatkę w dół, aby ptaszek jej nie wyfrunął

Zrobiło mu się nagle ciasno. Znalazł się w takiej sytuacji, w której nie mógł zebrać dostatecznie sił, aby klatkę tę unieść w górę. Ogarniała go coraz większa złość na siebie i na nie najlepszy pomysł, który go ośmieszał. Miał wielką ochotę rozerwać i suknię i cały ten dziwny kosz, na którym spoczywała. Wstrzymywała go jedynie obawa, że w ten sposób narazi się na gniew. A Janet, skutkiem tego rozgłosi na cały pałac o całym tym zajściu. Nie znajdując innego wyjścia objął Janet pod kolana i jak z wielkim parasolem na głowie zaczął krążyć po komnacie próbując natrafić na jakąkolwiek komodę, czy stół, na którym mógłby postawić dziewczynę. W końcu udało mu się. Wyplątał się z pod sukni i pomógł Janet zeskoczyć z wielkiej malowanej skrzyni stojącej pod oknem. Przy skrzyni stały dwa taborety i Janet siadając na jednym, wskazała drugi Jankowi zachęcając go, aby także usiadł. Wieko skrzyni malowane było w kwadratowe pola na kształt szachownicy. Część pól pokryta była malowanymi postaciami królów, książąt, koni i muszkieterów. Janet nacisnęła na jeden z kwadratów, na którym wymalowana była wieża. Pole zapadło się nieco jak klawisz klawikordu. Janek przyglądał się wymalowanym postaciom i nie wiele myśląc nacisnął na pole z wymalowanym wizerunkiem króla. Pole również się zapadło. Jeszcze raz nacisnął na inny kwadrat, lecz tym razem pole pozostało na niezmienionym poziomie. Miał możność obserwować jak Kolnicka uczyła Misię gry w szachy wykonane z lipowego drewna i następnie malowanego kolorowymi olejnymi farbami, ale gry tej nie znał, co więcej w najmniejszym nawet stopniu nie pociągała go ona. Wstał więc ze stołka i zbliżył się do Janet z dość lubieżnymi zamiarami. Zamiary te odgadła bystra dziewczyna i pobiegła przez korytarze do swojej alkowy.

Tutaj zadyszana zatrzymała się czekając, co zrobi Janek. Lecz on nic nie robił jakby się wahał, sięgnęła, więc do ozdobnie rzeźbionego kufra z mahoniowego drewna i wyciągnęła flaszkę. Pociągnęła z niej spory łyk i podała Jankowi, który odruchowo zrobił to samo. Dopiero teraz niemal równocześnie sczepili się w namiętnym uścisku. Całowali się zachłannie, lecz tylko przez chwilę gdyż, nie oto chodziło Jankowi. W pośpiechu zaczął rozwiązywać liczne wstążki i rozpinać rozliczne drobne guziczki wykonane to z kości to z białych jak śnieg pereł. Drżały mu przy tym ręce i z nadmiaru pośpiechu nie mógł rozwiązać kolejnej wstążki. Janet widząc jego nieporadność odsunęła jego ręce i sama szybko i z wprawą rozpięła wszystko, co było do rozpięcia, rozsupłała kilka uczynionych przez niego supełków i wyskoczyła jak sarenka z sukni. Z pozostałą garderobą poradziła sobie równie łatwo i stając przed nim zupełnie naga zaczęła ściągać z niego koszulę a następnie spodnie. Kilka świec jarzyło się w kandelabrach oświetlając całą komnatę. Światło peszyło go jednak zbyt mocno, aby pozwolić się obnażyć w jego blasku na oczach dziewczyny, zaczął, więc je zdmuchiwać, jedną świecę po drugiej. Janet chwyciła go gwałtownie za rękę i zaczęła odciągać od świecznika. Najwidoczniej bała się spać ciemności. Wyjęła jedną ze świec i ponownie zapaliła pogaszone świeczki. Korzystając z tej chwili, ściągnął buty i spodnie i wsunął się pod cienko pikowaną pierzynę. Janet nim się położyła do łóżka chwyciła znowu za butelkę, wypiła duży łyk wina i podała Jankowi by zrobił to samo, sama sięgnęła w tym czasie po zapasową butelkę. Dopiero tak zaopatrzona ściągnęła z Janka pierzynę i usiadła na nim okrakiem jak na koniu. Pochyliła się najpierw do przodu, aby go jeszcze raz pocałować. Poczuł, więc w jej ustach słodki smak wina i jego woń. Zaraz jednak wyprostowała się i opierając dłonie na jego piersi nasuwała się na sterczący pod nią kształt. Syknęła cicho raz i drugi, jakby chciała przemóc chwilowy ból, lecz gdy ominęła pierwsze opory, rozszalała się jak mała rozhuśtana łódka na wzburzonym morzu. Jej gwałtowność zadziwiła Janka. Sprężony cały leżał pod nią, cierpliwie znosząc gwałtowne ataki i przyglądając się jej ciekawie. A ona zaciskała mocno oczy i otwartymi ustami łapała gwałtownie powietrze. Czasem jakby w drapieżnym uśmiechu ukazywała żeby aż po dziąsła. Innym razem usta jej się wydłużały i wciągała z sykiem powietrze do płuc. Przeżywała bardzo to miłosne zbliżenie przez zapomnienie wbijając w piersi Janka swoje drobne, lecz ostre paznokcie W miarę doznawanych rozkoszy i upływu czasu traciła jednak siły i robiła krótkie przerwy na to, aby odpocząć. Sięgała wtedy po butelkę i gasiła pragnienie, pokrzepiając się napojem na tyle aby znowu oddawać się szaleńczym podrygom ciała. Trwało to dosyć długo. Zaspokoiła w końcu swoje pragnienia i wstrząsnąwszy się w ostatnim miłosnym spazmie osunęła się na bok dysząc. Oddech jednak szybko się jej wyrównał i stał tak cichy, że prawie niesłyszalny.

Zasnęła a z nią i Janek.

Ledwie, że sen zmorzył umęczonych kochanków do komnaty weszła Nicol, spojrzała na śpiących. Jej wzrok nieco dłużej zatrzymał się na twarzy Janka, uśmiechnęła się lekko, ale jakby z ukrytym żalem. Rozebrała się szybko i położyła w łóżku stojącym pod przeciwległą ścianą

Noc była cicha i spokojna. Pogodna i ciepła. Księżyc świecił wysoko na niebie srebrząc dachy pałacowe i stare wielkie klony i lipy. Starał się zaglądać pod wąskie cienie równo ciętych żywopłotów, oświetlał żwirowe ścieżki i szerokie podjazdy. Ze zdziwieniem oglądał swoje odbicie w stawach i marszczył się w małych fontannach.

Janet może przez sen chcąc objąć Janka, położyła swą rękę na jego szyi. Może był to zupełny przypadek, że szukając wygodnego ułożenia ciała podczas snu tak właśnie rozkładając się ułożyła swoje ramię. Z tego powodu zaczęły śnić mu się koszmary. Najpierw, że to Sokolnicki schwytał go za gardło i strasznym wzrokiem patrzy na to jak leży obok francuzki, a później twarz Sokolnickiego zmieniła się w jeszcze groźniejszą twarz dzikiego kozaka z nożem w ręku. Do izby wbiega na dodatek rozjuszony pies i z wyszczerzonymi zębami jest coraz bliżej jego nogi zwisającej z łóżka. Wysiłkiem woli chciałby podkulić tą nogę pod siebie, aby uniknąć bolesnego ukąszenia, ale ręka kozaka coraz mocniej gniecie jego grdykę odbierając mu możność poruszania i zaczerpnięcia dostatecznej ilości powietrza. Na dodatek tego, jego pęcherz uciska podbrzusze tak bardzo, że za wszelką cenę musi go opróżnić i znowu trzymany przez kozaka nie może wybiec na dwór by oddać mocz pod wybranym dębem przy dworze. Szamoce się więc rozpaczliwie z kozakiem i nadludzkim wysiłkiem stara uwolnić z jego chwytu. Pojękuje cicho i gdy wydaje mu się, że bliski jest omdleniu, budzi się. Leży przez chwilę, przytomniejąc i zbierając siły. W końcu usuwa rękę Janet. Ociężale siada na łóżku spuszczając nogi na podłogę. Dostrzegłszy uchylone okno, podchodzi do niego, klęka na kamiennym parapecie i z wielką ulgą oddaje mocz na rosnące w dole róże. Z lubością wdycha przy tym rześkie i ciepłe nocne powietrze. Gdy już mu ulżyło odwraca się i spostrzega, że świece, które widział dopalone do połowy teraz są znowu wysmukłe jakby dopiero, co były wymieniane. Dostrzega także jakąś postać śpiącą w drugim łóżku. Gdy tam podszedł, rozpoznał w śpiącej Nicol. Twarz i całą swa postać zwróconą miała do ściany. Odurzony winem, senny i zmęczony zapragnął jednak położyć się przy niej.

– Nad rankiem, gdy się zbudzę zabiorę się za nią – pomyślał z radosną nadzieją, wsuwając się za jej plecami do łóżka.

Nicol jednak zbudziła się. Upewniwszy się, że to Janek, choć mocno rozespana przytuliła się do niego i zaczęła go głaskać zrazu po twarzy i szyi a później coraz niżej. Tego wcale o tej porze nocy nie pragnął, ale uparta dziewczyna w żaden sposób nie dozwalała mu zasnąć. Gdy nadmiernie zmęczony zasypiał, trącała go na tyle silnie w bok, że się znowu budził. Przekonawszy się o tym, że aby spać najpierw musi zadowolić Nicol, przemógł senność i zmęczenie i podjął po dłuższym wysiłku miłosne igraszki. To, o czym kiedyś tak dumał i marzył po nocach, przez co zasnąć do późna w noc nie mógł, teraz wydało mu się męczące i trudne. Gdyby nie uroda Nicol i doskonałość jej kształtów, odwróciłby się plecami do niej i spał pochrapując na całą komnatę. Ale i jedno i drugie miał na względzie i pamiętał, że gdy się wyśpi i odpocznie zapragnie Nicol bardziej niż jakiejkolwiek innej dziewczyny na świecie. Przynajmniej tak długo jak długo będzie we Francji. Dlatego senny i zmęczony nachylił się nad nią i zaczął całować jej piersi, a później i brzuch, wprawiając dziewczynę w rozkoszne podniecenie. Nicol podświadomie odgadywała że ma przewagę nad Janet. Ale tylko do rana. Janet, gdy dzień nastanie, jako córka księcia Kondeusza będzie pierwsza. Każda inna będzie musiała jej ustąpić. To było powodem jej nieustępliwości. Wsunęła się pod Janka i wijąc się pod nim, coraz to zmieniając położenie ciała sprawiła, że dostała go do siebie. Z tą chwila i Janek jakby trochę ożył i nabrał siły i ochoty. Więcej niż godzinę później, a było to już dobrze po północy doznał końcowego uniesienia i rozkoszy i opadł z resztek siły. Dyszał jak zaganiany pies i zaczęło mu się robić niedobrze. Podniósł się na chwiejnych i drżących nogach doszedł do otwartego okna i wychylił poza parapet. Z głębi żołądka chlusnęło wypite wino i nie strawione pieczone kawałki mięsiwa. Na moment ulżyło mu, lecz po chwili druga porcja wypłynęła z niego całą szerokością gardła i przez nos. Zatrzęsło nim z obrzydzenia. Splunął parę razy, aby usunąć z ust nieprzyjemny posmak i ze zroszonym nagle zimnym potem czołem, dowlókł się z powrotem do łóżka. Padł na nie niemal bez czucia i bardzo szybko zasnął.

Rozdział 11

Uwięzienie

Janek, gdy go zbudzono miał wrażenie, że spał ledwie krótką chwilę, lecz słonce było już wysoko. Głowa bolała. Mdliło w żołądku. Czoło było mokre od potu. Nie wiedział, co się dzieje, nogi uginały się pod nim, lecz obie dziewczyny wyraźnie ponaglały go by się szybko ubierał. Padało przy tym bardzo często słowo Kondeusz. Przypomniał sobie powoli, jaką misję ma do spełnienia. Ubrał się nie bez pomocy obu dziewcząt, wyjął z kieszeni spodni nieco sfatygowane pismo, sprawdził czy pieczęć na nim nie uległa pokruszeniu w czasie długiej podróży i już był gotowy do stawienia się przed księciem. Patrząc jednak dość pobieżnie na pieczęć na liście, wydało mu się jakby wyglądała nieco inaczej. Zbagatelizował jednak to spostrzeżenie, dręczony bólem głowy i mdłościami.

Poprowadzony przez młodego sługę znalazł się w sali gdzie już czekali siedząc na ozdobnie wykonanych krzesłach Dąba, Knieziewicz, Różewicz i Piekota. Jak zwykle brakowało tylko Kuby. Usiadł na wolnym krześle i powiódł pytającym wzrokiem po towarzyszach.

– Książe Kondeusz przerwał polowanie i jest teraz w pałacu. Chce nas widzieć, więc czas odprawić nasze poselstwo – wyjaśnił Różewicz.

– Nietęgo wyglądasz – zauważył Dąba – zupełnie jakby cię zdjęli z krzyża.

– Zemdliło mnie wino – odparł Janek.

– Jego nie zdjęli – sprostował Różewicz – Sam spadł, gdy już więcej nie mógł.

– Nie przywykłeś, nie pij – upomniał Knieziewicz – I zawsze bądź gotów użyć szabli. Gdy cięży głowa łatwo można ją stracić.

– Któż wręczy list księciu? – zapytał Janek chcąc zmienić temat rozmowy.

– Ty go doręczysz – zadecydował Różewicz – Ja resztę dopowiem to, co będzie potrzeba aby sprawa była jasna.

Poproszeni przez sługę przeszli parę sal i stanęli przed księciem.

Książe Kondeusz przyjął ich w towarzystwie swych dworzan, wyniośle i z odpychającym chłodem.

Odebrał bez słowa podany sobie list. Uważnie przyjrzał się każdemu z osobna, z niesmakiem skrzywił się widząc ich twarze i niedbale potargany ubiór i odprawił skinieniem ręki.

Ten sam sługa, który ich prowadził do księcia odprowadził ich z powrotem do tej samej sali, w której już dziś byli i poprosił, aby czekali cierpliwie na odpowiedź.

Siedli wiec na swych krzesłach.

Janek popatrzył po twarzach swoich przyjaciół. Rozumiał, że nie zostali przyjęci zbyt łaskawie.

– Jak długo będziemy czekali? – zapytał.

– To zależy od księcia – odparł Różewicz – Jeśli kazał nam tu czekać to znaczy że odpowie nam szybko, inaczej przyszłoby nam wracać do zajazdu gdzie się zatrzymaliśmy. Kwater w tym pałacu nam nie przydzielono, chociaż wszyscy tu noc spędziliśmy. Co pewnie nie w smak księciu, jeśli o tym mu doniesiono. Zapewne księżna, siostra księcia Kondeusza pozbawiła cnoty Dąbę, a jego córka, pana Jana., Książę siostrze łaskawie nocne igraszki daruje, ale Janowi?

Dąba ziewnął szeroko, zarażając tym ziewaniem innych.

Do sali wszedł Kuba. Jego wygląd świadczył o tym, że jego samopoczucie było jeszcze gorsze od samopoczucia Janka. Twarz wyciągnięta, oczy podkrążone, cera blada. Nogi się pod nim uginały. Nie widząc dla siebie krzesła, usiadł na dużym kufrze pod ścianą. Nie siedziało mu się na nim dobrze gdyż przykrywa kufra była wycinana w arabeski odciskające się na jego pośladkach.

– Spóźniłem się na posłuchanie u księcia? – zapytał.

– Spóźniłeś – przytaknął Jan.– Ale nie żałuj – książę nie miał dla nas miłego oblicza.

– Powiedziałbym mu wiersz, lub zaśpiewał coś wesołego, może by go to rozbawiło.

Książe Kondeusz tronu nie dostał.

Jak osioł został.

Niech go korona nasza nie kusi.

Miecz oddać musi.

– Właśnie miecz oddać musi – przytaknął Dąba – W tym się z Kubą zgadzam.

– Co będzie jak nie odda? – wyraził wątpliwość Knieziewicz. – Wszak on książę i dostał go z rąk Sobieskiej.

– Siłą go odbierzemy – nasrożył się Dąba.

– Ukradniemy – podsunął myśl Kuba.

– Książę miecza przy boku nie nosi – zastanawiał się Różewicz – Albo trzyma go tu w pałacu, w skarbcu, a przynajmniej pod kluczem w zbrojowni, lub może nawet dał samemu królowi na przechowanie.

– Trzyma gdzieś w kufrze – zapewnił Kuba – Może nawet pod łóżkiem. I takie rzeczy się panom zdarzaj.

– Gdzie miecz zapewne wiedzą tylko książe, księżna i mała Janet– oznajmił Różewicz, patrząc kolejno na Dąbę i na Janka.

– Pytałem Janet o miecz, ale odpowiedzi nie dostałem. A nawet nie wiem czy mnie dobrze zrozumiała – odparł Janek

– Poprosiłbym i ja księżną o to samo, gdybym prosić umiał – dodał Dąba.

– Niech mości Różewicz poprosi księcia, aby miecz króla Jana pokazał – podsunął myśl Kuba – Mości Dąba wyrwie mu miecz, łeb szkaradny mu obcinając. Knieziewicz wyrżnie resztę dworaków, w czym mu Dąba dopomoże. Ja w tym czasie z Jankiem za miecz i tylko wiatr za nami zawiruje. Piekota i Różewicz tyły nam będą osłaniać lub w zależności od sytuacji drogę torować.

– Siedź cicho – zganił go Dąba – Nie tobie plany wojenne układać. Tu trzeba rozumu i rozwagi. A tobie jednego i drugiego brak.

– Nie brak mi niczego – zaperzył się Kuba – Kto wie czy żyłbym jeszcze, gdyby nie moja rozwaga? Łatwo o życie, gdy głowa pod żelazną przyłbicą. Miecz w jednej ręce tarcza w drugiej, a jeszcze w gromadzie. Ale życie chronić, gdy się sam z kijem jedynie po świecie wędruję, głodny nie chodzić i grzbiet mieć czym przykryć. Wielkiej rozwagi potrzeba i rozumu. Ot prosty ja szlachcic, co przed Tatarami z dziedzictwa uchodzić musiałem. A już i posłem królewskim zostałem. I nim głowa mi posiwieje senatorem zostanę. Bo rozum u mnie wielki i jakby go na kawałki podzielić to znaczną gromadkę głupców można by przerobić na ludzi znośnie mądrych. Jam to pierwszy przed hetmanem pomyślałem pod Chocimiem, że gdyby tak wojsko na koniu całą noc przetrzymać, to przed świtem można by było na zziębniętego i nie gotowego do walki Turka uderzyć i wiktorię za jednym zamachem osiągnąć. Nie mówiłem o tym głośno, bo wiedziałem, że gdy się z tą myślą zdradzę, to mnie, a nie hetmanowi przyjdzie całą noc na zimnicy w polu czuwać. Szczęściem i hetman Sobieski na ten sam pomysł wpadł, przeto wojsko, gdy marzło hetmana klęło, a nie mnie. Dowodzi to, że i ja plany wojenne układać umiem. Przeto gdy mówię, że najlepiej księcia podstępem zażyć i miecz mu wydrzeć, to dobrze mówię. A innego planu nikt nie ma.

– Siedź cicho – powtórzył Dąba – Daj i mnie pomyśleć.

– Można też i inaczej popróbować – Kuba rozgadał się na dobre – Wieczorem książę zapewne będzie chciał swoich gości na wieczerzę albo i małą ucztę na ich cześć zaprosić. Lubią Francuzy wino, jak koń wodę, wiadrami pić. Śpią później noc całą tak twardo, że można po nich chodzić. Nocą można wiele zdziałać i nie tylko sakiewkę ze złotem znaleźć – tu Kuba z pod pazuchy ukazał spory mieszek – ale i zapewne miecz, po który nas wysłano.

– Miecz katowski znajdziesz na swą głowę, gdy nocą będziesz po skrzyniach i skarbczykach myszkował. A nikt cię wówczas bronić nie będzie – ostrzegł Dąba.

– Ja w trosce o to, aby wielki brzuch mości Dąby w drodze powrotnej pusty nie pozostawał – usprawiedliwił się Kuba.

– Na nas wszystkich podejrzenie padnie, gdy właściciel złota spostrzeże jego brak –wtrącił Knieziewicz.

– Czemu na nas, a nie na służbę, która się tu wszędzie po korytarzach snuje? – zapytał Kuba.

Długo by zapewne jeszcze plany swoje wojenne, Kuba wykładał coraz to nowsze wymyślając, ale poczuł nagłe wzdęcie brzucha, zamilkł zatem i puścił cichego i smrodliwego bąka. Ulżyło mu na moment, ale wzdęcie się powtórzyło, więc znowu musiał puścić bąka. Zaraz tez rozejrzał się gdzie by przenieść swoją osobę, gdy nagle poczuł ze przykrywa kufra, na którym siedział jakby go uderzyła od spodu. Nie mógł pojąc w pierwszej chwili, cóż by to być mogło, gdy kufer znów jakby wierzgnął. Przestraszony tym zjawiskiem zerwał się na równe nogi i odskoczył dwa kroki do tyłu popatrując na dziwną skrzynie z lękliwym obliczem.

Przykrywa kufra uniosła się go góry a wraz z nią czarna niekształtna bryła.

Piekota przeżegnał się znakiem krzyża i położył prawicę na rękojeści szabli. Kuba cofnął się o jeszcze jeden krok do tyłu.

Niekształtna bryła przetoczyła się przez krawędź kufra jakby zaplątana w materii, jaka ją spowijała i upadła na ziemię. Dopiero teraz można było się zorientować, że był to niewysoki garbaty człowiek owinięty w ciemną opończę, którą zarzuconą miał na plecy i głowę.

Garbus skinął lekko głową jakby na przywitanie i odszedł śpiesznym krokiem.

– Cóż to za szkaradztwo – wykrzyknął Kuba – wykurzyłem go jak lisa z nory. Podkadziłem trochę i już musiał zmykać. Żeby ta przykrywa nie była wycinana na wylot w te wzorki i fantazje siedziałby tam pewnie do rana. Słusznie u nas mówią. Służka wyłaź z pod łóżka, przynieś panu miodu. Tu zapewne Francuzy mówią. Służka wyłaź z komody, przynieś panu wody.

– Kto wie czy nas nie podsłuchiwał? – zmartwił się Różewicz.

– A któryż to żabojad zna mowę Sarmatów? – zlekceważył tą uwagę Kuba.

– Po to zapewne tak to wieko na skrzyni wycinane jak konfesjonał w kościele by wszystko było słychać, co się w pobliżu mówi – dociekał Różewicz – Francuzi lepiej się znają niż my na dyplomacji i swe sztuczki mają.

– Wyprzemy się wszystkiego, co tu było mówione – zadecydował Kuba za siebie i innych zaglądając na wszelki wypadek do pustej już skrzyni.

Gwarzono jeszcze tak przez blisko dwie godziny dodając sobie ducha i umilając dłużące się chwile oczekiwania miłymi wspominkami. Zjawił się w końcu sługa i prosił na posłuchanie do księcia.

Książe tym razem był na obszernym dziedzińcu przed frontem pałacu, przyglądając się musztrze muszkieterów królewskich. Miał on nad nimi komendę i pieczę.

Ubrany również w strój muszkietera, stał w towarzystwie sześciu osób.

Wyróżniał się wśród nich wielką czarną peruką i dość posępna twarzą. W prawej ręce trzymał czarny kapelusz z szerokim rondem ozdobiony strusimi piórami, lewą wspierał na pozłocistej gardzie wąskiej szpady.

Przez moment zdawał się nie zauważać przybyłych, bacznie śledząc ruchy swoich oddziałów. Dopiero po chwili zwrócił się do Różewicza.

– Mówisz przyjacielu po francusku?

– Tak, wasza książęca mość – odparł zagadnięty.

– Dobrze – książę spojrzał przelotnie na Janka – List, jaki mi doręczył posłaniec markizy Marii d`Arquien, poddanej króla Francji, uprasza mnie w sposób urągający mojej czci i honorowi o zwrot skromnego podarunku, jaki w swej łaskawości raczyłem od niej przyjąć. Zwyczajem powszechnie szanowanym jest, aby podarków nawet najmniej wartościowych nie zwracać, lecz markiza będąc wiele lat poza granicami naszego najwspanialszego królestwa nabrała zgoła barbarzyńskich zwyczajów.

– Za swój skromny dar otrzymała z moich rąk bardzo piękny i niezwykle kosztowny diamentowy diadem. Jeśli zatem uprasza o zwrot przedmiotu, który mi ofiarowała, winna wpierw zwrócić w całości i nie uszkodzony diadem, o którym wspomniałem. Chyba, że błędnie oceniłem rozum markizy, gdyż przywieźliście ze sobą to, o czym mówię?

Różewiczowi nic nie było wiadomo o wymianie prezentów i wzajemnych zapewnieniach pomiędzy Sobieską i Kondeuszem, lecz przezornie, aby zebrać myśli i znaleźć właściwą odpowiedź, zwrócił się z zapytaniem do Janka. Ten mu krótko odpowiedział, że to pozór lub kłamstwo. To Różewiczowi wystarczyło. Zyskał na czasie i teraz uśmiechając się grzecznie odpowiedział.

– Królowa polski prosi o miecz koronacyjny, który miał przypaść w udziale temu, kto na króla w wolnej elekcji wybranym zostanie przez ogół obojga narodów. Na króla polskiego i wielkiego księstwa litewskiego, wybranym został Jan Sobieski. Hetman, nasz wódz i wielokrotny pogromca Tatarów i potęgi tureckiej, jakiej drugiej w całym świecie nie ma. Dar, o którym wasza książęca mość wspominasz odwieziony zostanie zaraz, gdy tylko miecz koronacyjny znajdzie się w ręku prawowicie obranego monarchy. Ręczę za to swym słowem szlacheckim.

Książe pokręcił głową z niezadowoleniem.

– Zwrot taki może być dokonany, gdy diadem będę miał w ręku.

Z boku podszedł mnich jakiś w mocno zakurzonym habicie. Wysoki był i chudy, a z kaptura ukazywała się ryża szpetna twarz o złym spojrzeniu. Podszedłszy do stojącego przy księciu muszkietera doręczył mu list z dużą lakową pieczęcią. Muszkieter list uważnie obejrzał, a widząc, że jest adresowany do księcia podał go swojemu panu.

Książe zawahał się przez chwilę, złamał jednak pieczęć rozłożył pergamin i zaczął czytać. Widać było, że niektóre fragmenty pisma czyta dwukrotnie w głębokim skupieniu. Twarz jego stawała się coraz bardziej ponura i groźna. Zgadywać było można, że otrzymane wiadomości były księciu niemiłe i wzbudzały w nim gniew.

Gdy skończył czytanie, popadł w ponurą zadumę. Po chwili rozejrzał się w koło, rozchmurzył twarz jakby chciał ukryć myśli i zapanować nad swymi emocjami. Już jakby bez zainteresowania przyglądał się ćwiczącym na placu żołnierzom. Jeszcze raz spojrzał na Różewicza i obrócił się do stojącego obok muszkietera o długim orlim nosie, wielkich wąsach i ospowatej twarzy.

– Cóż powiesz mój przyjacielu na pokazowy pojedynek pomiędzy jednym z królewskich muszkieterów, a którymś z tych rycerzy, którzy ponoć walczyli z turecką potęgą?

– Myśl przednia mój książę – przytaknął muszkieter – Lecz kłopot w tym taki, że jak kupcy, którzy z Istambułu towary wożą rozpowiadają, iż do Francji dywany i kość słoniową misternie rzeźbioną dostarczają, tak do polski jedynie krzywe swe szable.

– Tak ten oręż Polacy kochają?– zapytał książę.

– Oręż ten cenią sobie janczarzy, którzy z niewolnych dzieci i młodzieży w dorosłym wieku są formowani w półki piechoty. Polacy upodobali sobie szable turecką, bo mają z niej pożytek wielki do szatkowania kapusty, z której swoje kwaszone potrawy robią. Za specjał wśród tych potraw mają najprzedniejszą, którą bigos nazywają. Gdy taki bigos uwarzą zajadają się nim pijać bez umiaru gorzałkę, jak to oni mówią. Poczym walą się nieprzytomni pod stół rozbijając sobie głowy. Ci, którzy mogą ustać na nogach w taką furię i złość po wypiciu gorzałki wpadają ze chwyciwszy za szable po głowach się szatkują. Tak siebie później kapuścianymi głowami nazywają. Chwalą się także jakiego to bigosu nie narobili swoim przyjaciołom.

Książe zaśmiał się głośno, a wraz z nim otaczający go muszkieterzy.

Różewicz spąsowiał z gniewu i drżącą ręką chwycił za rękojeść szabli, Knieziewicz jednak położył dłoń na jego dłoni.

Kuba miotał oczyma na wszystkie strony domyślając się jedynie podłej jakiejś przymówki. Nie trwało to jednak długo. Uderzył się otwartą dłonią po kolanach tak silnie, że aż się zachwiał i parsknął śmiechem. Śmiał się tak głośno i długo, aż zwrócił na siebie uwagę. Muszkieterzy i sam książe zdziwieni jego zachowaniem umilkli. Kuba śmiał się jeszcze jakiś czas, poczym przestał, wytarł oczy z łez, które mu śmiech wycisnął i spoważniał przybierając dostojną minę.

Wszyscy zrozumieli, że przymówka nie udała się.

– Pozwól książe, że udowodnię, iż żaden z tych rycerzy orężem swym władać nie potrafi – podjął ospowaty muszkieter – Co więcej, żaden nie odważy się na igraszkę z moją szpadą, lękając się że go jak kurczę na rożno nadzieję.

Różewicz nie bacząc na zuchwałe zaczepki ospowatego muszkietera zwrócił się wprost do księcia.

– Wskaż wasza książęca mość muszkietera, który dotrzymałby placu jednemu z nas. Broń nasza nie od kupców pochodzi, lecz na Turku zdobyta. Jej ostrze hartowane krwią nieprzyjaciół naszych.

Książe uśmiechnął się zadowolony. Sprawy zaczęły rozwijać się po jego myśli i zgodnie z wcześniej ułożonym planem.

– Oto kapitan muszkieterów, hrabia d`Aigle – Książę przedstawił swego kapitana muszkieterów.

Hrabia wydobył szpadę i spojrzał wyzywająco na Dąbę. W obliczy potężnego szlachcica dojrzał jednak taki wyraz, jaki można ujrzeć jedynie na pysku głodnego psa, gdy uwiązany na łańcuchu widzi głupią kurę niebacznie zbliżającą się pod jego łapy. Hrabia wzdrygnął się i cofnął gwałtownie o krok do tyłu.

Katu przeznaczony niech mu kat głowę ścina. Moja szpada zbyt krucha na takiego potwora – pomyślał zwracając wzrok na Różewicza.

– Ten gładki – myślał dalej – i z widoku musi być powabny dla panien i mężatek. Jeśli żaden z zazdrośników do tej pory nie oszpecił mu jego oblicza to znaczy, że szermierz z niego dobry. Ba, może nawet bardzo dobry. Reputacji swej na nim nadwerężać nie będę. Przy nim młodzik i gołowąs. Lepsza mogłaby być z nim zabawa. Blady i nie wyspany. Pohulał sobie ostatniej nocy. Wiemy z kim. Książe katu go obiecał. Mądry mój książę i trafne jego decyzje. Młody, ale zapewne zuchwały i nie wiadomo, kto go władać bronią uczył. Może przy tym zapalczywy. Nuż by mnie nieopacznie zranił. Mnie, kapitana królewskich muszkieterów. Ten następny za nim. Któż to taki ze się za młodzikiem chowa? Że go ledwie w połowie widać. Ha, wzroku umyka. Pożółkły na twarzy. Chory on czy też śmierć w moich oczach dostrzegł i tak pożółkł ze strachu. Oczy głęboko zapadnięte. Twarz mizerna, wzrost nieimponujący. Czas najwyższy na ciebie przyjacielu skoro i tak do grobu droga ci bliska. Po drugim starciu powietrza będzie ci w płucach brakowało, po trzecim potem się zalejesz, po czwartym krwią i tak będzie po tobie.

D`Aigle błysnął okiem i uniósł szpadę w górę.

Jankowi, widząc, że muszkieter zaraz wskaże na tego, którego sobie wybrał do walki, pot zimny zrosił czoło. Pewien był, że doświadczony, chytry i bezwzględny zabijaka wybierze właśnie jego, najmłodszego, najmniej obytego w pojedynkach i wszelkiej walce. Stał przecież przed nim. Innym razem bez względu na ryzyko z tym związane cieszyłby się z możliwości stoczenia pojedynku. Lecz teraz ledwie mógł utrzymać się na nogach. Żołądek burzył się i przyprawiał o mdłości, głowę rozsadzał ból.

Cóżem uczynił w swej głupocie myślał. Przybyłem tu w misji, a wdałem się w pijaństwo i rozpustę która mnie sił pozbawiła i wszelkiej sprawności. Ten okrutny zbój nadzieje mnie na swą szpadę. Zapewne książe po to go przy sobie trzyma, by mordował każdego, którego chce się pozbyć, życia zbawiając. Zbędnym jest sąd, zbędny kat, gdy takiego muszkietera ma się przy boku.

Patrzył tępym wzrokiem w uniesioną wciąż szpadę i czekał na wyrok, aż go gniew ogarnął i szalona wściekłość. Tracąc wyczucie tego co się dzieje, wyszarpnął szable z pochwy i cofnął nieco lewą nogę do tyłu stając gotowym do walki.

Knieziewicz automatycznie, aby go Janek nie trącił musiał się nieco cofnąć także i usunąć jednocześnie w bok. On również spostrzegł badawczy wzrok kapitana muszkieterów, ale chytry lis, jaki w nim siedział zaraz kazał mu płochliwie umknąć spojrzenie i skryć się nieco za Janka, aby pociągnąć za sobą charta, który zawsze za umykającym zwierzem gotów gonić

Katuś przeznaczony – syknął do Janka kapitan D`Aigle w języku francuskim, kierując jednocześnie ostrze swej szpady ku Knieziewiczowi.

Książe nachylił się do ucha muszkietera.

– Doskonały wybór miły hrabio. Przebij mu wątrobę, a zapewnisz nam znakomite widowisko. Innymi zajmie się mój kat.

– Temu ja będę katem – zapewnił z uśmiechem muszkieter.

Knieziewicz cofnął się dwa kroki. Pomieszanym spojrzeniem rozejrzał się dookoła i spuścił wzrok ku ziemi. Powoli wyciągnął szablę i podparł się nią niezręcznie jakby chciał zachować równowagę.

Kapitan d`Aigle odpiął swą pelerynę, błysnął białymi zębami w drapieżnym uśmiechu i powoli posunął się w stronę, Knieziewicza. Knieziewicz znów się cofnął.

Janek odetchnął, schował szablę i nieznacznie otarł pot z czoła. Dąba wziął się pod boki i stał na szeroko rozstawionych nogach patrząc na szykujących się do walki.

– Sęp na koguta się szykuje – odezwał się z boku Kuba – Boże chroń nasze głowy.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę.

typ armaty z okresu Jana Sobieskiego

drewno buk

wymiar armaty bez łoża 26 cm z łożem około 36 cm

Wykonano na tokarce do drewna

DSC00169

 

DSC00170

 

DSC00171

DSC00172

DSC00173

armata, drewno bukowe, wymiar dł. całkowita 36 cm

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s