Miecz króla Jana odc.24


– Jak wyjdę z tej opresji cało, to pierwszy dam na mszę za duszę naszego przyjaciela.

– Cicho Kuba, nie pojękuj bez potrzeby – zganił go Dąba – Knieziewicz nie jednemu stawał. Natury płochej nie ma i walczyć umie.

Hrabia d`Aigle zadał pierwsze zdradzieckie pchnięcie wymierzone w serce przeciwnika.

– Knieziewicz nieznacznie obracając tułów uniósł lewą rękę do góry, ostrzem szabli odsuwając od siebie szpadę przeciwnika. Znów cofnął się o krok w tył.

– Kanalia – krzyknął wystraszony Kuba – Nawet nie skrzyżował broni a już kłuje.

Wśród muszkieterów rozległy się krótkie oklaski aplauzu.

D`Aigle znów wyciągnął przed siebie szpadę w kolejnym uderzeniu. I tym razem Knieziewicz odsunął śmiercionośny grot chroniąc swe serce, Lecz biała koszula na jego piersi została rozdarta. Muszkieter końcem szpady kłuł jak szydłem raz i drugi. Gwałtownymi skokami nacierał do przodu, a szpada jego bez przerwy miotana była wprawną ręką w ciało przeciwnika.

Knieziewicz odbijał ciosy, wykręcał się na wszystkie strony jak tańcząca żmija i wciąż się cofał. Widać było, że pod naporem pchnięć muszkietera nie znajduje czasu, aby samemu złożyć się do ciecia. Lecz wciąż się bronił.

Janek i Kuba wpatrywali się z trwoga w rozciętą już w wieku miejscach koszulę przyjaciela jakby oczekując, kiedy pojawi się na niej purpurowa plama.

Dąba, choć ze spokojem to jednak z pochmurnym czołem obserwował przebieg walki. Różewicz gryzł wargi, aż pokazała się na nich kropla krwi.

Pojedynek nieznośnie przeciągał się. Pot zrosił wielkimi kroplami twarz hrabiego d`Aigle, spływając po skroni cienką stróżką. Włosy nad czołem lepiły się. Głowa jego zaczęła przypominać głowę sępa. Cienka szyja hrabiego wysuwając się z koronek koszuli potęgowała to podobieństwo do drapieżnego ptaka.

Twarz Knieziewicza jakby jeszcze bardziej zszarzała, a głęboko osadzone oczy zapadły się ginąc pod nawisłymi brwiami.

Szczęk metalu nieprzyjemnie zgrzytał w uszach ludzi oglądających walkę.

I nagle d`Aigle pchnął swą szpadę w bok przeciwnika, tam właśnie gdzie w ludzkim ciele znajduje się wątroba. Pchniecie było precyzyjne, niespodziewane i tak zdradliwe, że nie każde oko zdołało je dojrzeć. Ostrze szpady znów zanurzyło się w poszarpanej koszuli
i nikt nie mógł być pewien czy to już nie koniec. Knieziewicz syknął skręcając się jakby smagnięty płomieniem. Wydawało się, że zaraz padnie jak uschnięta topola pod podmuchem burzy. Jego szabla wykonując jakby spóźniony ruch przesunęła się poza gardą szpady ledwie muskając nadgarstek hrabiego d`Aigle, wzniosła się nieznacznie w górę nad jego głową i opadając w dół skreśliła krwawą szramę na jego czole. Ześlizgnęła się pomiędzy nosem
i okiem rozcinając policzek i trąciła obojczyk łamiąc go swym ciężarem i siłą uderzenia. Wiedziona ręką Knieziewicza jeszcze raz powędrowała w dół. Zahaczyła za szpadę i wyrzuciła ją wraz z zaciśniętą na gardzie odciętą dłonią hrabiego w powietrze.

D`Aigle stał przez moment znieruchomiały, po czym runął jak kłoda na ziemię.

Knieziewicz wyjął z kieszeni spodni wielką białą chustę i ocierał nią twarz. Dyszał ciężko z trudem łapiąc oddech.

Kuba pierwszy ochłonął z wrażenia. Rzucił się ku Knieziewiczowi i chwycił go w objęcia. Zapłakał głośno łkając. Po chwili doszedłszy do siebie, odsunął się nieco w tył i rozchylił na bok porwaną koszulę szukając ran na ciele rycerza.

– Przebił cię na wylot?– zapytał z niedowierzaniem nie mogąc dojrzeć śladów krwi.

– Nie – odparł Knieziewicz – lecz zniszczył mi koszulę a drugiej nie mam.

Teraz przyjaciele podchodzili kolejno i winszowali mu zwycięstwa, ściskając go zadowoleni że widzą go całym i zdrowym.

– Cóżeś mu pozwalał tak tą szpadą kłuć, że aż krew mi w żyłach mroziło? – zapytał gniewnie Dąba.

– Taka jego natura walki – odparł Knieziewicz – Zachował by rękę, ale on nie o pojedynku myślał, a o uśmiercaniu, kto wie czy i niewinnych ludzi na tamten świat nie wyprawiał. Tak i musiałem mu ją odciąć.

Kapitanem d`Aigle zajęli się jego przyjaciele. Tamując mu szybko uchodzącą krew i zakładając opatrunki na głowie. Zaraz tez zabrali go z placu.

Wokół Knieziewicza i jego przyjaciół zrobiło się pusto.

Tymczasem muszkieterzy jak na komendę sformowali linię czworoboku. Książę dosiadł podprowadzonego konia. Przed nim stanęła linia złożona z dwudziestu uzbrojonych w muszkiety żołnierzy. Lufy muszkietów skierowały się w piersi Polaków.

Dąba chwycił za szablę, za nim uczynili to samo pozostali z wyjątkiem Różewicza, który podszedł tuż pod uniesione lufy muszkietów.

– Cóż znaczą te muszkiety, książę?– zapytał.

Książę milczał, lecz oficer dowodzący żołnierzami odezwał się.

– Z rozkazu księcia aresztuję was i nakazuję oddać broń. Jedna salwa z muszkietów, a będzie po was. Wydam taką komendę, jeśli choć jeden z was stawi mi opór.

– Za co jesteśmy aresztowani? – Różewicz nie dał się zastraszyć.

– Za zamach na księcia – wyjaśnił chłodno oficer – przybyliście tu, aby zabić księcia. Przyszłego prawowitego króla polski.

– To kłamstwo – oburzył się Różewicz – przybyliśmy, aby doręczyć list od królowej Marii Sobieskiej.

Książe Kondeusz uniósł rękę, w której bielał pergamin otrzymany od mnicha.

– Oto list z Polski – odezwał się książe – opisany jest w nim prawdziwy powód waszego tu przybycia. W nim pisze, w jakim celu wysłała was żona waszego hetmana. Jakie były jej intencje i prawdziwe dla was rozkazy.

– To kłamstwo, książę. List ten jest fałszywy – zapewnił gorąco Różewicz – wróg to jakiś nasz pisał.

– Jeszcze godzinę temu w tym oto pałacu – książę wskazał na budynek za swoimi plecami – knuliście o zamordowaniu mnie i wykradzeniu miecza. Słyszał to i powtórzył mi wasze słowa wierny mój sługa. Pod przysięgą i z krzyżem w ręku, słowa wasze mi powtórzył. Reszta przez sąd będzie rozstrzygnięta.

– Rozstrzelać, jeśli nie złożą broni – książę wydał rozkaz kierując ostatnie słowa do oficera dowodzącego muszkieterami.

Różewicz rozpiął pas i rzucił go wraz z szablą na ziemię. Obrócił się do pozostałych towarzyszy i skinął głową, aby zrobili to samo.

Zwracając się z uśmiechem do księcia, powiedział.

– Wojska cesarskie biły zawsze doborowe pułki króla Francji. Same jednak ulegały bardziej zaprawionym w walce wojskom szwedzkim. Przemierzały szwedzkie regimenty ziemie cesarskie gromiąc je bezlitośnie. Kiedy 18 tysięcy tych wojsk stanęło pod Kircholmem, hetman litewski Chodkiewicz w trzy tysiące naszej jazdy zagrodził im drogę. W dwie godziny potem szwedzka armia została rozgromiona. Słusznie wasza Książęca mość wystawiłeś przeciw nam dwustu swoich muszkieterów. Jednakże nie przybyliśmy tu bić francuskiego rycerza. Przeto poddamy się pod sąd, aby udowodnić, że nasze zamiary były pokojowe.

– A powiedz temu czarnemu pająkowi, aby pocałował moją kobyłkę pod ogonem – wykrzyknął Kuba – Powiedz mu to po francusku. Ode mnie szlachcica i królewskiego posłańca. Chce mojej szabli, niech wpierw odda królewski miecz.

Jeden z muszkieterów zbliżył się do księcia i zaczął mu coś szeptać na ucho. Książe wysłuchawszy go skinął głową. Muszkieter wyszarpnął zza pasa ciężki ozdobny bandolet i wypalił do Kuby. Kula przeleciała ze świstem tuż przy uchu zuchwalca, który skulił się nagle pobladły i skrył za szerokimi plecami Dąby. Zaraz też dobył swą szablę i cisnął na ziemię.

Ośmiu muszkieterów odprowadzało pojedynczo aresztantów do piwnicznej celi. Była to wielka izba z niskim sklepieniem i jednym niewielkim okratowanym okienkiem.

W kamiennych ścianach znajdowały się zamocowane krótkie łańcuchy, do których w przemyślny sposób zakuwano więźniów. Gdy wprowadzono tam Janka, byli tam już z łańcuchami na rękach Dąba, Knieziewicz i Różewicz. Za Jankiem wprowadzono i skuto Piekotę. Kubę wprowadzono ostatniego. Z ust i z nosa ciekła mu krew, oczy miał podsiniaczone. Ciągnięto go raczej niż szedł o własnych siłach. Gdy wbito stalowy klin w skoble obejmujące jego ręce, zwisł bezwładnie na łańcuchu, częściowo leżąc, częściowo siedząc. Dopiero, gdy jego oprawcy wyszli uniósł głowę, splunął krwią i jęknął.

– Moje złoto. Moje złoto – powtórzył – zabrali mi kundle i złodzieje. Wiedziałem, że to podły naród. Podstępem nas wzięli i przemocą. Bóg nas ochronił przed takim królem, jakim chciał być ten francuski zbój. Oby zżarła go czarna ospa. Niech diablica płodzi mu bękarty a dżuma śpiewa im cmentarne hymny.

– Złoto mi moje zabrali – znowu jęknął boleśnie.

– Złoto nie twoje było wiec ci je odebrali – zauważył Dąba – Co gorsza nas mogą jutro już puścić, a ciebie jako złodzieja powiesić.

Dąba obrócił się do kamiennej ściany i spróbował wyrwać ze szczeliny żelazne haki wraz z łańcuchami. Próbował rozerwać skoble na swych nadgarstkach lub wypchnąć kliny, aby je otworzyć, ale jego wysiłki spełzły na niczym.

Kuba podgarnął pod siebie nieco słomy i usiadł stękając.

–Zły jest Kondziuch – rzekł – zły, że go korona polskich królów ominęła.

Wróg nasz fałszywy list mu doręczył, że na życie jego czyhamy. Ten mnich, co list podawał, przypominam sobie teraz, że go w drodze w karczmie widziałem, a wcześniej w Warszawie jak za mną chodził, kto wie czy nie z nożem w rękawie. Kto go nasłał i dlaczego? Komu ja tak za skórę zalazłem, że kazał mnie życia pozbawić? Kto wie, może to wojewoda Zasławski w obawie, abym mu córki, pięknej Anny Łucji nie uwiódł i z domu nocą nie wyprowadził. A może to poseł cesarski, który wszak głupi nie jest, aby się na podłym figlu nie poznać. Tego się musiał domyślać, że w tym ja palce maczałem. Myślę, że to on list ten za nami wysłał. Stary kłamca i obłudnik. Zasławski, jako Polak szybciej kazałby, aby mnie służba jego pojmała i kijami obiła do syta. Zniósłbym ja i te kije – westchnął żałośnie Kuba. Aby mnie Anna Łucja pożałowała i do serca swego dopuściła.

– Pożałuje cię – zapewnił żartobliwie Dąba – Gdy się tylko dowie, że cię Kondeusz na pieńku katowskim położyć kazał.

– Już raz siedzieliśmy w areszcie, gdy nas za pobicie dragonów zamknięto – wspomniał Kuba – źle nam nie było i długo nie siedzieliśmy.

– Ja też wierzę, że długo tu nas nie będą trzymać – dodał Janek – Gdy pierwsza złość księciu przejdzie, opamięta się, że z posłami ma do czynienie i nas wypuści.

– Korybut miękkie miał serce i lękliwe. Przed naszym hetmanem kolana mu drżały. Krzywdy bałby się nam uczynić – wtrącił Dąba – Ale spójrzcie na te łańcuccy, które nam ręce wiążą. Jego muszkieter, widać to było aż nazbyt wyraźnie, Knieziewicza nie zranić, lecz zabić pragnął.

– Dąba ma rację – przytaknął Różewicz – inne tu obyczaje i ludzie bardziej okrutni. Chodź i dobre serca poniektórzy mają. Ale tego się po księciu nie należy spodziewać. O taki nas zamiar posądza, za który się tu tylko gardłem karze. Topór katowski lub szubienica.

Cóż zatem sądzisz? – zapytał Janek.

– Jeśli dostał do ręki list, w którym ktokolwiek, nawet jeśli to był i poseł cesarski w Warszawie, podaje, że przybyliśmy tu, aby Kondeusza zgładzić, to czeka nas śmierć. Może nawet i tortury by wymusić przyznanie się do winy.

– Ale my z poselstwem od królowej przybyliśmy – wykrzyknął Kuba – Za to nas toporem nagradzać?

– Trudno nas za posłów brać – przerwał Różewicz – Przypomnijcie sobie waszmościowie, o czym rozmawialiśmy czekając na posłuchanie u księcia. O czym to mówiliśmy jak nie o zabiciu księcia.

– Ja tego nie mówiłem – zaprzeczył Kuba – i nawet tego nie słyszałem.

– Właśnie Kuba taką myśl wypowiedział – przypomniał Różewicz – A ten garbaty, co w skrzyni siedział. Spał czy podsłuchiwał? Mnie on na zaspanego nie wyglądał. Wiem, że tu różne sztuczki chytre czynią, które nam Polakom nawet do głowy nie przychodzą. Posłyszał, co chciał posłyszeć i do księcia pobiegł powtórzyć. Widać, że mógł polską mowę znać.

– Po cóż mi było takich przyjaciół dobierać – westchnął ciężko Kuba – Oto kat mnie wyśle w drogę, a diabeł powita.

– Nie powiodła się nam wyprawa po złote runo – zauważył Dąba równie markotny jak Kuba. Po miecz nas posłali i mieczem po karku dostaniemy. Tyle, że od kata.

– Dobrej trzeba być myśli – przerwał Janek – Wszystko kończy się śmiercią. Ale nie z tak błahej przyczyny. Wstawi się za nami księżna. A ponad to książe zapewne nie chciałby, aby mu nadali przydomek rzeźnik. Tylko dla tego, że miecza nie chciał oddać. Zbyt lekka to przyczyna, by kłaść pod nią głowę.

– Ja bym tego nie lekceważył – wyznał Różewicz – Słyszałem jak kapitan muszkieterów, gdy wybierał sobie do pojedynku Knieziewicza wygadał się, że pod topór ma iść Janek. Znaczyłoby to, że my wszyscy na śmierć jesteśmy już skazani. Widać, było to wcześniej postanowione, kto wie czy i owo doręczenie listu nie miało miejsca wcześniej. A to, co odbyło się przy nas mogło być tylko teatralną sceną z tragicznym zakończeniem.

– Gdym usłyszał od Różewicza, że żeby miecz dostać trzeba by było w szachy wygrać już byłem dobrej myśli – westchnął Dąba – a tymczasem teraz nam mówi, że na śmierć mamy być gotowi.

Mówiłem, co od księżnej usłyszałem. Tak zrozumiałem, że żeby miecz ujrzeć trzeba księcia ograć. Wtedy miecz sam się ukaże. Widać jest w tym jakiś tajemny klucz.

– Doprawdy wiem gdzie jest ta komoda, na której figury i pola do szachów malowane są – wykrzyknął Janek – Figury się jedynie naciska. Zapadają się one nieco, po naciśnięciu.

– Może zatem być w niej złożony miecz – domyślił się Różewicz – ale żeby dostać się do niego trzeba by było z księciem w szachy zagrać, który pół szyfru by użył do otwarcia. A książe grać nie chce, skoro nas uwięził.

– Jest zatem wyjście – ucieszył się Kuba – Posadzić księcia niech gra z Dąbą. Ja stanę za jego plecami ze sztyletem w ręku. Wygra, niech mu Dąba głowę utnie. Przegra, ja mu sztylet podaruję kładąc ostrze pod łopatkę.

– Wyjdź zatem  stąd i posadź księcia do szachów – zgodził się Dąba – Gotów jestem z nim zagrać.

– Jak tu wyjść? – westchnął Kuba – skoro łańcuchy na rękach.

*

Kiedy muszkieterzy odprowadzili ostatniego z aresztantów, książę odzyskał humor.

– Jutro ruszamy o świcie dokończyć przerwane polowanie – oznajmił – A za trzy dni będziemy mieli widowisko z katowskim toporem i spadającymi głowami. W niedzielę mamy mszę i wieczorny bal u kardynała. Dziś możemy odpocząć z naszymi pięknymi paniami u hrabiny La Gracca. Zatem nie zwlekajmy. Szkoda nam hrabiego, lecz jemu za całe towarzystwo musi wystarczyć medyk. Nam potrzeba coś więcej. Niech kto nie zapomni by podium pobudowano i pieniek katowski na nim. Najlepiej pod okienkiem piwnicy, w której siedzą. By mieli nań widok i zapowiedź tego co im pisane.

Książe obrócił konia i ruszył pierwszy żwirową aleją. Za nim podążyła jego najbliższa świta. Reszta muszkieterów ruszyła do miasta szukać rozrywki w szynkach i zajazdach.

*

Janet śledziła ostatnie wypadki z okna pałacowego na pierwszym piętrze. Złe przeczucie pojawiło się już w chwili, gdy nieznany nikomu mnich przekazał dla księcia pismo. Gdy po krwawym pojedynku Janek i jego przyjaciele zostali odprowadzeni do lochów, poczuła dziwne osłabienie i ból w piersiach. Gdy tylko przyszła nieco do siebie, pospieszyła do Nicol i kazała dowiedzieć się jej, co było przyczyną aresztowania. Wiadomość, jaką wkrótce od niej usłyszała, jeszcze bardziej ją poraziła.

– Czy to możliwe? – szeptała strwożona – Czy to możliwe?

Do komnaty weszła Księżna i pochmurnym okiem zlustrowała obie dziewczyny.

– Ratować ich trzeba – niemal wykrzyknęła Janet.

– Jeśli z zamiarem przybyli by księcia uśmiercić, to kara ich minąć nie może – odparła stanowczo księżna.

– Nie taki ich był zamiar –zaprzeczyła żywo Janet – Zbyt szlachetne ich serca, by można było snuć takie podejrzenia.

– Nie przybyli oni tu, moje dziecko, by panien na żony szukać – odparła księżna – Książe przezornie zachęcił jednego z nich do pojedynku, z tym tylko zamiarem by się upewnić czy ma do czynienia z wytrawnymi dyplomatami i posłami, czy też ze szkolonymi w zabijaniu żołnierzami. A d`Aigle, to najlepszy szermierz jego królewskiej mości, kapitan muszkieterów, przyjaciel księcia. Strasznie poraniony walczy o swe życie. A rany te zadał mu wysłany przez Sobieską posłaniec. Bardzo źle to świadczy o tych, którzy tu do nas przybyli. Nie posłowie to, lecz mordercy. Jeśli najmniej pokaźny z nich tak orężem włada, to cóż można się spodziewać po tym olbrzymie, który tak dobrze się nam na początku prezentował. Na samą myśl, że w naszym towarzystwie przebywał, lęk mnie ogarnia. Słuszne zatem są podejrzenia księcia, że przybyli tu tylko po to, aby go życia pozbawić, a z nim wszelkich roszczeń do polskiej korony. Doręczony list to potwierdza i stanowi dowód niepodważalny.

– Janek wszak jest niewinny. Uratuj go pani – Janet ze łzami w oczach zaczęła prosić.

– Przybył razem z pozostałymi i choć taki młody to krwi już głodny.

– Czy zatem i jemu śmierć grozi?

– Wyproszę u brata by go nie torturowano. Lecz więcej uczynić nie mogę.

Księżna wyszła równie markotna jak weszła.

Janet zamilkła. Tylko dwie łzy spłynęły po jej policzkach.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s