Miecz króla Jana odc. 25


 

Po elekcji większa część szlachty i magnaterii wyjechała z Warszawy. Jedni by prac w polu doglądać, inni by uroczystości koronacyjnych na oczy nie oglądać i swoją osobą nie uświetniać. Tym bardziej że ród Sobieskich nie tak stary i świetny był jak Lubomirscy, Koniecpolscy, Radziwiłłowie, Sapiehowie czy chociażby Wisniowieccy i Zamojscy.

Najbardziej niechętny Sobieskiemu, hetman wielki litewski, Michał Kazimierz Pac, opuścił Warszawę dnia następnego po elekcji. Odwrotnie, dwaj najstarsi jego synowie Aleksander i Karol, których nie było w Warszawie, teraz do niej zjechali z szumem i w licznym towarzystwie swych przyjaciół, klientów i służby dworskiej. Rozgościli się w pałacu pobudowanym przez starego Paca zajmując go w całości i choć jak ojciec i dziad niechętni byli Sobieskiemu to w odróżnieniu od nich, wrogości i zawiści swojej jawnie nie ukazywali. Zaraz dnia następnego wybrali się do nowo okrzykniętego króla by mu swoje powinszowania złożyć. Tu przypadkowo natknęli się na Kolnicką, która od Sobieskiej w asyście Misi wychodziła. Kolnicką nieco znali. Zaskoczeni wręcz, nieprzeciętną urodą Misi, po krótkiej z Kolnicką rozmowie, wprosili się do niej z wizytą.

Nie było wprawdzie w zwyczaju gości w dom nie prosić, szczególnie gdy zaliczać ich było trzeba do pierwszych w Rzeczypospolitej panów, ale Kolnicka wiedząc że Pacowie niechętni są Sobieskiemu, ledwie się na tą wizytę zgodziła. Zjawili się u Kolnickiej tego samego dnia zaraz po porze obiadowej. Młodszy od Karola, Aleksander, był od swojego brata nieco wyższy, tuszy dość znacznej i w obejściu bardzo rubaszny. Co nierzadko przeradzało się wręcz w grubiaństwo, szczególnie gdy przebrać zdarzało mu się miarę w piciu dobrych trunków. Mocno już łysawy z kędziorami jasnych włosów na skroniach, chętnie nosił peruki i stroił się na modłę niemiecką lub francuską. Ta ostatnia zresztą bardziej mu odpowiadała jako bardziej wyszukana i wykwintna. W ubiorze lubił kolory błękitne i blado różowe co pasowało do jego jasnej cery i wodnistych oczy. Chętnie też nosił wszelkie ozdoby, szarfy, spinki i medaliony. Palce ozdabiał licznymi, kosztownymi pierścieniami. Zawsze starał się być pierwszym przed bratem, co dawało powód do ciągłych swarów i sprzeczek. Mimo to bracia niemal nie rozstawali się ze sobą.

Karol, niższy z jeszcze większym brzuchem, który szczególnie źle się prezentował w obcisłych francuskich krojach, nic sobie z tego nie robił. Jak każdy niewysoki mężczyzna zadzierał wysoko głowę i chodził takim krokiem jakby za chwile miał stanąć na palcach. Obaj bracia wyróżniali się zarówno strojem jak i zachowaniem wśród polskiej szlachty oraz magnaterii, gdzie dominował strój wzorowany na modzie wschodniej, perskiej, tureckiej, bądź moskiewskiej. Moda ta brała się z toczonych wojen, podczas których zwożono bogate łupy, w tym i drogą ozdobną odzież i broń. Młodzi Pacowie sprowadzali sobie krawców z Paryża gdzie od czasów Ludwika XIV, „Króla Słońca”, lubowano się na dworze w przepychu i najdroższych klejnotach. Także w pięknych kobietach, długich nabożeństwach i lubieżnych rozkoszach. Gdy polski szlachcic czy magnat szukać starał się swoich przodków w potomkach Marsa, to dwaj ostatni Pacowie czuli się dziećmi Wenery i Amora.

Aleksander spostrzegłszy u Kolnickiej szlachcica sobie nieznanego, zaraz wywiedział się od niego, kim jest i co w Warszawie robi.

Gdy usłyszał, że bratem jest Kolnickiej i z córką dorosłą tu od niedawna bawi, zaraz Misię zaczął wychwalać, ze wielkiej jest urody, dodając, że za mąż jej już czas. Zaznaczył przy tym, że kwiat jest tak piękny i w swej formie tak doskonały, że o książętach i panach równych królom może myśleć. Nie musi w żadnym razie na pospolitą szlachtę oczu w ogóle obracać, skoro są w tej Rzeczypospolitej nazwiska i rody tak znamienite, iż gdzie indziej takich nie znajdziesz. Nie wszyscy to wiedzą – dodał biorąc Sokolnickiego pod ramie – że miał stary Priam trzech synów, najstarszego, walecznego Hektora, młodszego, mądrego i mężnego Paca i najmłodszego, pięknego, lecz lekkomyślnego Parysa. Gdy Menelaos i Agamemnon zbierali Greków, aby napaść i zniszczyć Troję, Priam porażony lękiem, przywołał do siebie Hektora i Paca i radził się ich, co ma uczynić by ratować Troję.

– Uzbroić lud i bronić się – odparł bez namysłu Hektor.

– Jest nas zbyt mało by walczyć z całą Grecją – zauważył drugi syn imieniem Pac. Lecz wiem od kupców i ludzi podróżujących po świecie, że żyje daleko na północy lud bitny i wolny, który nigdy nie popadł w żadną niewolę. Lud, który choć zamożny, często wynajmowany jest przez królów, którzy zagrożeni bywali jak my teraz, przez najazdy i napady liczniejszych i silniejszych wrogów. Nie robią tego dla żołdu, czy podarków, lecz by zawsze zachować hart ducha i gotowość do walki i trudów z nią związanych. Do nich gotowy jestem się udać i odpowiednią ilość wojowników ze sobą przyprowadzić.

– Tak też uczyń – rozkazał średniemu synowi stary Priam – Hektor tym czasem bronić będzie twierdzy i miasta, do czasu kiedy nadejdziesz z odsieczą.

– To tenże przodek waszej miłości – domyślił się Sokolnicki – pojechał na Litwę i do Troi już nie wrócił, przez co bracia jego i ojciec zginęli.

– Nie taka to była haniebna historia – sprostował Aleksander – Gdy dotarł na Litwę, zdarzyło mu się natknąć na wielką niedźwiedzicę która zaatakowała go niespodziewanie. Poraniony i wykrwawiony, przeleżał na ubitym przez siebie zwierzu dopóki nie natrafili na niego ludzie. Przywrócony życiu utracił jednak pamięć. Podziwiany za męstwo i mądrość poślubił jedną z córek króla, który panował nad tym ludem i miał z nią liczne potomstwo. Kilka lat później polując w litewskich kniejach znów natknął się na olbrzymiego niedźwiedzia tym razem samca. Miał teraz jednak nie krótki grecki miecz, lecz oszczep i rohatynę i bez trudu pobił zwierzę. Wtedy to odzyskał pamięć. Nie zwlekając zebrał wojowników litewskich i ruszył spiesznymi pochodami na południe gdzie była Troja. Miasto jednak było zdobyte i plądrowane przez Greków. Każdy pałac, dom i świątynia, gdy tylko została ograbiona, była podpalana. Tak płonęło już niemal całe miasto. Widząc, że wojownicy greccy obładowani zrabowanym łupem wycofują się z miasta do warownego obozu, uderzył na nich i rozbił. Wielu wówczas greckich wodzów i królów legło. Ale mordercy Priama, król Menelaos i Agamemnon zbiegli na okręty stojące przy brzegu i odpłynęli. Tylko król Itaków, Odyseusz bezpieczny na swym okręcie, bluźnił i szydził sobie z Paca. Rozgniewany tym nasz pradziad przeklął Odyseusza, życząc mu, aby jak on nie mógł znaleźć drogi do swojego domu przez dziesięć lat. Ponoć przekleństwo to się spełniło.

– Słyszałem i ja o Troi – przyznał się Sokolnicki – Także i o Hektorze. Bo któż o nim nie słyszał. Ale o tym, że miał jeszcze brata Paca, tego nie słyszałem.

– Bo właśnie był na Litwie, gdy Grecy Troję oblegali. I Grek, który zdarzenie to opisywał nie mógł przeto o nim napisać nie spotykając go podczas codziennych potyczek i walk.

– Nie napisał też i o tym że Litwa przybyła na odsiecz i Greków pobiła – zauważył Sokolnicki.

– Masz słuszność przyjacielu – przytaknął Aleksander – bo nie mógł tej bitwy opisać, chociaż sam brał w niej udział.

– A to, czemu?

– Bo nim się skończyła poległ tak jak bardzo wielu jego ziomków.

– A chyba, że tak – zgodził się, Sokolnicki – Dziwna to i piękna rodu historia – westchnął z niemałą zazdrością pamiętając, że ród Sokolnickich zawsze jedynie na niewielkim skrawku ziemi gospodarzył, a wcześniej więcej myślistwem, niż rolą trudnili się przodkowie.

– Takaż to piękność mogłaby moje serce, przez które krew pradziada Priama króla Troi płynie, cieszyć i duszę radować, że o ciele nie wspomnę – Aleksander nachylił się mówiąc ostatnie słowa do ucha Sokolnickiego.

– Sokolnicki słysząc to i widząc lubieżne spojrzenie wodnistych oczu Michała wpatrzonych w Misię, skrzywił się mocno niezadowolony.

– Służka to moja  – wyjaśnił – w domu moim przygarnięta i wychowana. Córka chłopki poddanej. Nie warta i jednego wejrzenia waszej wysokości. Ale mam ja kwiatuszek ledwie, że z pączka rozwinięty. Czas będzie jej wkrótce za mąż. A takiej urody, że na obrazkach malowanych w zamkach i pałacach nie można wypatrzyć ładniejszej. Do niej wasza miłość mógłbyś wzdychać i jeśli szczere i uczciwe zamiary były by w sercu, ja przeciwny bym nie był. Oto córka moja – Sokolnicki wskazał na Marysię – Sierota bez matki, lecz w skromności i uczciwości chowana. Piękności nie lichej. Choć jako ojcu nie wypada mi o tym mówić.

– Istotnie – przytaknął Aleksander i obaj Pacowie zwrócili spojrzenie na młodą dziewczynę mierząc ją uważnie i ze znawstwem – Piękność i uroda wielka. Iście królewskie to dziecię.

– Ale nie rozwinięte to jeszcze i szczuplutkie jak nieopierzone kurczę – pomyślał Karol – Nam potrzebna kobieta co i z przodu i z tyłu ma jak potrzeba. U starszej już by tego nieco zmacał, młodej dopiero rośnie.

– Ojciec takiej córki po królewskich komnatach jako przyszły teść będzie chodził – zapowiadał Aleksander chcąc się przypodobać Sokolnickiemu.

– A ja to sprawię jak mi bóg i mój honor miły – dodał zaraz.

Na obliczu Sokolnickiego rozlał się szeroko uśmiech zadowolenia.

– A co nie mówiłem, że dla księcia ta moja latorośl, a nie dla byle jakiego chłystka bez dachu nad głową.

– Jeśli wasza córka innemu obiecana, z takich czy innych względów, to ja ojcowskiej dyspozycji nie będę negował ani podważał. Prawo ojcowskie zawsze w uszanowaniu noszę – zastrzegł się Aleksander.

– A gdzież tam – zaprzeczył żywo Sokolnicki – Gonię ja takich precz i do domu nie wpuszczam. Nie tak dawno jak z dymem puściłem jednego sąsiada, którego syn próbował podchody do mej córki robić. Do Warszawy ją wywiozłem. Tu ona znajdzie godnego swej urody męża. Jeśli wasza wysokość szuka pięknej i cnotliwej żony, bo jak widzę czas by był na to, ja mu będę wielce życzliwy. Czas już jest, czas na ożenek, bo widzę żeś wasza mość dawno zgolił pierwszego wąsa, a sądząc po tuszy – Sokolnicki zerknął na dość okazały brzuch Paca – widać, że domowe wygody i ciepło bardzo są cenione.

– Zaiste prawda to – przytaknął cierpko młodszy Pac – Czas mi, czas. Ale do tej pory niczego godnego nie spotkałem. Lombardzkich czy Lotaryńskich księżniczek nie chcę brać.

Sobieski chce – zauważył chytrze Sokolnicki – by pary szczęśliwych nowożeńców, uświetniły jego koronację. Dzień byłby to pomyślny nie tylko dla niego, ale i wszystkich, którzy nowe życie w szczęściu i miłości pragną zacząć. Ja bym nie ganił i zgodę dałbym, aby wasza wysokość z córką moją w tym czasie przed ołtarzem zechciał stanąć.

Pac spojrzał ukosem na Sokolnickiego.

– Myśl ta ma dwie wady – zauważył – Primo. Wpierw musze poznać bliżej córkę waszą.

– Secundo. Ród Paców jak to wywiodłem, większy jest i starszy od rodu Sobieskich. Zatem i ślub mój przepychem i wystawnością wspanialszy będzie od koronacji, jaką hetman sobie szykuje wbrew znacznej części szlachty i możnowładztwa. I taki ślub może być udziałem tylko tej, która u boku Aleksandra Paca stanie. Kto wie czy nie następnego króla Rzeczypospolitej.

– Tak właśnie – wykrzyknął Sokolnicki – Iście królewską masz Wasza Wysokość twarz i całą postać.

– Przyszły król piękną powinien mieć żonę – dodał Pac.

– Marysia jest najpiękniejsza – zapewnił Sokolnicki.

– To prawda – zgodził się Pac.

Kolnicka początkowo nie brała na serio rozmowy brata z Pacem, lecz szybko zaczęła ją ona drażnić. W końcu nie wytrzymała i odezwała się do Aleksandra.

– Sobieski ma córkę piękną. I ona bliższa jest wydania któremuś z Paców. Może zbędne dąsanie hetmana litewskiego by się skończyło. Marysia rodu szlacheckiego, ale nie magnatka. A w wieku jeszcze takim, że może poczekać. Tyś braciszku jej ojciec, ale nie swat i swatać jej nie musisz. Słyszałeś przecież, Pace z Troi się wywodzą. Im Afrodyty z Olimpu trzeba szukać, a nie zaściankowej szlachcianki. Już po elekcji. Wracać przeto możesz grykę i owies siać, kosić i zbierać. Parobków przy robocie pilnować. Krowy do buhajów prowadzać. Córkę mnie pozostaw. Moja to głowa, nie twoja. Ja się o nią zatroszczę i dopilnuję, aby dobrego męża dostała. Takiego, który ją szanować będzie i przy którym życie w szczęściu spędzi.

– Cóż – westchnął Pac – Może i ma rację pani Kolnicka, że chce dobrego, choć ubogiego męża szukać dla córki waszmość pana.

Biorąc jednak Sokolnickiego pod ramię i odprowadzając na bok, szepnął mu w ucho.

– Ale czy my dwaj nie możemy na tą sprawę mieć swojego zdania? Widzę jednak, że tu nie miejsce na takie rozmowy. Zapraszam, zatem do siebie. Tam się bliżej poznamy i sposobność będzie do rozmowy. Jeśli waść przyjdziesz z córką i tą służebną jak mówisz, co córce jak widzę towarzyszy, to urządzimy skromny bal z muzyką i tańcami.

– Czy je jednak puści? – zmartwił się Sokolnicki – Diablica z mojej siostry taka, że sam czasem się jej boję. I gniewu nie chce wywoływać.

– Użyj waść podstępu – podpowiedział Pac – W każdym razie czekam na waści wieczorem.

Pacowie nie bawili długo u Kolnickiej, nie chcąc narażać się na jej wzrastającą do nich niechęć, opuścili jej dom i powrócili do swego pałacu.

– Czego oni tu szukają? – zapytała podirytowana Kolnicka – Dwa litewskie niedźwiedzie. Miodu zwąchali i do barci się chcą dobrać. Ale nic z tego nie będzie. Znam ja ich niecne sprawki, po których nie jedna uczciwa szlachcianka łzy roniła. U mnie tego nie będzie.

– Potężni to panowie – wtrącił Sokolnicki – Ot, poznać chcieli Marysię. Czasem tak bywa, że serce wybiera piękno i niewinność, a nie bogactwo i wielkie koligacje. Im koligacji i bogactwa nie brakuje. Mogą, zatem oczy kierować tam gdzie niewinność, uroda i młodość. Wspomniał pan Pac, że dziś wieczór mały bal wyprawia i że chętnie by widział mnie z córką i Misią na tym balu.

Dałbym ja mu córkę za żonę – pomyślał w duchu Sokolnicki – Byle bym wydarł Misię dla siebie. Teraz najlepsza jest na to pora, kiedy Mleszkowskiego nie ma, a także tego olbrzyma, którego sobie za towarzysza dobrał. Zerka on na siostrunię, a ona gotowa go na mnie nasadzić. Nie wadzi na magnackich pałacach się pokazywać, wielkich ludzi poznawać.

– Jeśli cię Pac zapraszał, to idź – odparła krótko Kolnicka – Nie słyszałam, aby mnie zapraszał czy Marysię. Za tydzień wielki bal u Sobieskiej. Tam się pokażemy.

– A któż nas tam zaprosi? Królewskie progi nie na nasze nogi – stęknął Sokolnicki.

– Nie były Sobieskiemu niskie nasze progi, kiedy nie tak dawno nas odwiedził, nie będą też zbyt wysokie hetmańskie, bym z Marysią nie miała je przekroczyć.

– Ale na bal z córką i Misią dziś pójdę – upierał się Sokolnicki.

– Nigdzie – krzyknęła Kolnicka – Sam możesz iść, ale nie z nimi. Nie znasz Paców. Najpierw poznaj ich dobrze. I obyś tego nie żałował. A ja ani Misi, ani Marysi, spod swoich skrzydeł nie puszczę.

– Przeklęta wiedźma – syknął Sokolnicki pod nosem, ale tak, aby siostra nie słyszała.

Rozdział 12

Porwanie i ucieczka

Szalonym pędem biegnie koń

Para mu z nozdrzy bucha

Tratuje ziemi miękką skroń

I pana już nie słucha

– Stało się coś strasznego – szepnął Aleksander Pac do Karola.

– Cóż takiego?– Spytał Karol

– Gdym na nią spojrzał, dostałem gorączki. Niczego nie chcę. Sobieskiemu korony nie zazdroszczę. Ale ona przyprawia mnie o chorobę. O niemoc. O paraliż zmysłów. Nie doświadczyłem dotąd takich uczuć i takiego pragnienia.

– O kim mówisz? Przecież tam są dwa aniołki.

– Jest aniołek. I o niego nie dbam. Na razie. Ale jest tam wcielenie wszelkiej pokusy, duchowej i cielesnej.

– Mówisz, zatem o tej, która ma być wychowanicą Sokolnickiego.

– Tak właśnie o niej. Jakież żądze kryją się pod tą powłoką anioła. Ja zmieniłem się w diabła i czuję, że ogień pali mi piersi i żołądek.

– Może Kolnicka dała ci się trucizny napić.

– Ta trucizna zostanie we mnie dopóki jej nie zdobędę dla siebie.

– Zamieniasz się w aktora! W komedianta!

– Karolu. To poważna sprawa. Ty musisz mi pomóc. Ogłupimy Sokolnickiego. Ogłupimy Kolnicką. A ty to zrobisz. Za dni parę oświadczysz się o jej rękę. A ja tą pannę, która mnie tak poraziła wywiozę z Warszawy. Ukryję w którymś z leśnych dworków i będę zażywał miłości i wszelkich innych dostępnych ciału rozkoszy.

– Mam się oświadczyć Misi, po to abyś mógł ją wywieść?

– Oświadczysz się Kolnickiej. Od jutra nieprzerwanie będziesz ją bałamucił, szeptał czule w jej wdowie uszko. A na koniec oświadczysz się. Tylko w ten sposób zniesie moją obecność w swym domu.

– Tak mi się widzi ze ten głupiec Sokolnicki ma na Misię nie mniejszą ochotę niż ty. A że ją wychował, jak twierdzi, uważa, że do niej ma prawo. Kto wie czy nie chce ją wziąć sobie za żonę? Będziesz miał jednego wroga więcej.

– Jest zaproszony do nas wieczorem. O nim pomyślałem najpierw.

– Aleksandrze, zamierzasz z nim tańczyć kujawiaka.

– Kto inny z nim potańcuje – wyjaśnił Aleksander.

*

Wczesnym wieczorem, lecz dobrze jeszcze przed zmierzchem, Sokolnicki, konno w asyście sługi podjechał pod pałac Paców.

Wszedł po wysokich schodach, otworzył sobie wielkie dębowe drzwi i rozejrzał po obszernym korytarzu. Wyszedł mu naprzeciw jakiś człowiek ze służby pałacowej i poprowadził dalej. Dopiero w drugiej komnacie znajdowało się kilka osób w strojach szlacheckich i cudzoziemskich, oraz kilka dam. Sługa podprowadził Sokolnickiego wprost do Aleksandra Paca, rozmawiającego z młodą, bo najwyżej trzydziestoletnią niewiastą, o ładnej pociągłej twarzy, zgrabnej figurze i nieco wyzywającym stroju.

– Ach jest mój przyjaciel – ucieszył się Pac – Czekaliśmy z niecierpliwością na waszmość pana. Zgaduję, że córka została w areszcie u pani Kolnickiej. Ale to nic. Z czasem, gdy się oswoi nieco z myślą, iż Marysia to już dorosła niewiasta i o zamążpójściu jej wcześniej czy później będzie musiała pomyśleć. Zezwoli jej w towarzystwie ojca, czy też innej opiekunki wychodzić.

– Iście areszt stosuje, czym mnie bardzo gniewa – odparł Sokolnicki nieco strapiony swoją nieporadnością w tej sprawie.

– Słuszny waści gniew, ale nie pora teraz na niego. Chcemy mieć dobre humory. I aby waszmość miał też lepszy, muszę poprosić tu obecną panią markizę de Monacco, aby przez cały dzisiejszy wieczór o ten dobry humor waści dbała.

– Markizo. Czy przychylisz się do mej prośby? – zapytał Pac zwracając się do kobiety stojącej tuż przy jego boku.

– Właśnie po twarzy i postawie pana Sokolnickiego zgaduję – odparła markiza – że będzie nam obojgu miło z sobą przebywać.

Sokolnicki spojrzał głęboko w oczy markizie. Jej ciepły łagodny głos, a jeszcze więcej spojrzenie ciemnych oczu, zrobiło na nim duże wrażenie.

– Jest wasza mość po raz pierwszy w Warszawie? – zapytała markiza.

– Nie, nie – odparł Sokolnicki – Bywałem tu wiele razy. Przy różnych okazjach, lecz na dni parę, po czym wyjeżdżałem.

– Szkoda wielka, ze nie spotkałam waszmości wcześniej – zmartwiła się markiza – Ja stale tu zamieszkuję od blisko dziesięciu już lat, kiedy przybyłam tu z bliskim kuzynem Aleksandra, zresztą też Pacem. Mięliśmy się pobrać. Dla tego właśnie celu opuściłam Francję, mój dom rodzinny. Zaraz po moim z domu wyjeździe, zmarł mój ojciec. W niespełna w rok po śmierci mojej matki. Odłożyłam, więc na swoje nieszczęście ślub, aż minie żałoba. I jeszcze ona nie minęła jak mój ukochany Sigismundus Pac zmarł. Można by rzec owdowiałam nim zostałam żoną. Moje ogromne dziedzictwo, zagrabił we Francji mój młodszy brat. Tu pozostałam bez zasobów majątkowych. Michał Pac hetman wielki litewski rzekł mi wówczas, mam jeszcze dwóch synów, wybieraj sobie. Lecz ja, jak miałam wybierać skoro tak mnie los na samym początku doświadczył. Gdy poznałam tych jego synów żaden nie wydał mi się dostatecznie prawy. Są to niespokojne charaktery. A mnie o szlachetnego człowieka idzie, choćby i nie był z wielkiego rodu. Moje majętności są tak wielkie, że gdy odzyskam należną mi cześć, zapewni mi to bogactwo i dostatek może i większy niż mają Pacowie.

Aleksander Pac, w czasie gdy markiza wpatrzona w Sokolnickiego opowiadała swoje dzieje, a on z przejęciem słuchał, usunął się na bok i przeszedł do innego towarzystwa.

Znał markizę stąd, że przejeżdżając w młodości przez Lwów, zobaczył kręcącą się przy kupieckim straganie młodziutką dziewczynę, która naburmuszona pomagała kupcowi, a on ją łajał i wyklinał w ormiańskim języku.

Spodobała mu się, więc zagadał do kupca  – Daj mi ją na służkę, a ja ci dam mieszek, który mam przy sobie.

– Ile w tym mieszku srebra, a ile miedziaków? – zapytał kupiec.

Pac wysypał na dłoń część zawartości mieszka i pokazał kupcowi. Na dłoni leżały złote monety.

– Dawaj mieszek – rzekł kupiec – I bierz sobie tą znajdę.

Dziewczyna w milczeniu słuchała rozmowy i przyglądała się nieznajomemu nieufnie.

Kiedy targ został dobity, poszła za Pacem mając przed oczyma złoto jakie pokazał na dłoni, a na całe pożegnanie pokazała kupcowi długi język. Odtąd była z Pacem i nigdy nie wspominała swojego poprzedniego losu. Szybko dorosła rozwijając się w powabną niewiastę o dość oryginalnej urodzie. Bystra i śmiała, umiała sobie radzić we wszystkim. Była na każde żądanie obu Paców. Przyłapano ją któregoś dnia jak dokazywała z najmłodszym, czternastoletnim członkiem rodu Paców, za co dostała po raz pierwszy, ale jak się później okazało nie ostatni, baty. Odchorowała je przez kilka dni, lecz potem szybko wróciła do łask Aleksandra. Dość swarliwa i nieustępliwa w stosunku z innym biła się i szarpała ze służbą, ale nigdy nie skarżyła się z tego powodu swemu panu. Gdy znacznie pogrubiała w pasie, odesłano ją do prac kuchennych i jakby zapomniano o niej. Gdy urodziła córkę, oddała niemowlę na wychowanie starszej od siebie zamężnej kobiecie, pracującej jak i ona w kuchni. Wkrótce znowu zwróciła na siebie uwagę Aleksandra i od tej pory nie schodziła już z komnat pałacowych. Wysłuchawszy kilka opowiadań i wspomnień od kucharza pochodzącego z południowej Francji, przybrała sobie przydomek de Monacco i kazała tytułować markizą. Do nazwiska tego do spółki z Aleksandrem ułożyła historyjkę jej pochodzenia i przyczynę jej obecności przy Pacach. Uwielbiała intrygi
i awantury, zabawę i rozpustę, nienawidziła nudy i długich jesiennych i zimowych wieczorów.

Teraz patrząc śmiało i zalotnie na Sokolnickiego, myślała tylko o tym, aby oczarować go swoim wdziękiem powabem i urodą. Tego żądał od niej Aleksander nie kryjąc wcale, o co naprawdę mu chodzi.

A Sokolnicki czuł się z każdym momentem coraz młodszym i coraz bardziej podnieconym nową i jak mu się zdawało, zupełnie przypadkową znajomością.

Pac nie chce takiej księżniczki – myślał – ona nie chce Paca, a całą duszą kieruje się w moją stronę. Niebywałe. Jak mogłem żyć tyle czasu z dala od takiej niewiasty. Samo patrzenie na nią przynosi szczęście i wznieca pożądanie. A jej głos, niezwykły, z dziwnym tajemniczym brzmieniem przyprawia o dreszcze. Już nie podlotek, nie świerszczyk, ale świadoma swych zamiarów niewiasta. A jakież ma ramiona, a jakie piersi. Ledwie, że mieszczą się w sukni. Życie bym za nią oddał. I markiza. Dobrze że nie może korzystać ze swego majątku. Bardziej jest przystępna.

– Aleksander Pac mówił o waści same dobre rzeczy – wyznała markiza – Krótko rozmawiałem z imć panem Sokolnickim – powiedział – ale od razu poznałem, że człowiek to szlachetny i skory do czynu. Nie tylko odważny, ale i wrażliwy. Taki nie wzbraniałby się pomóc niewieście nawet gdyby i trzeba by było do Francji pojechać po należny mi majątek się upomnieć.

– Pojechałabym – wypalił jednym tchem Sokolnicki, chociaż zaraz pomyślał czy nie za szybko złożył taką obietnicę.

– Och to niemożliwe – zastrzegła się markiza – Nigdy bym nie dopuściła do takiej podróży, aby waść w tak daleka drogę, do obcego kraju miał jechać sam. Musiałabym tam się udać w towarzystwie waćpana, a także wygodniej i bezpieczniej gdyby podróż ta odbyła się w tym czasie, w którym zamierza się tam wybrać Aleksander Pac. Co zresztą mam obiecane. Była by ze strony jego ludzi znakomita dla naszych zamiarów osłona.

To już lepiej – pomyślał Sokolnicki – Mógłbym jechać choćby i zaraz byle być w jej towarzystwie i bliskości.

– Lecz jakież miałabym w stosunku do waści zobowiązania za taki czyn. A zupełnie nie pomyślałam, że wybierając się z waszmość w tak daleką podróż pozbawię rodzinę opieki. Żonie odbiorę męża, a dzieciom ojca. Niegodziwie się zapędziłam w swoich do waści planach i marzeniach.

– A gdzież tam – zaprzeczył żywo Sokolnicki – Żona dawno pomarła. A córka, jedyna u siostry pod opieką. Nic mnie więc tu nie trzyma.

– Cóż to za nadzwyczajnie pomyślny zbieg okoliczności. Rycerz tak wspaniały i szlachetny gotowy nieść mi pomoc nie licząc na żadną zapłatę. Chyba, że na moją dozgonną wdzięczność. Tak daleka podróż musi być długa i uciążliwa, ale czy nie byłyby te uciążliwości okazją do dobrego poznania się wzajem? – zapytała markiza spoglądając głęboko w oczy Sokolnickiemu.

– Poczuł niemłody już szlachcic, jak mu ciarki po krzyżu zaczynają się rozchodzić.

– Cóż to panie Sokolnicki tak się waćpan rozgadałeś z naszą markizą?– zapytał podchodząc Aleksander Pac – Czas do stołu zasiąść i pożywić się nieco. Będą także najlepsze wina węgierskie i włoskie, a także nasze sławne miody litewskie. Nie odmawiaj sobie ich popróbować, bo warte tego. A później tańce, tańce choćby i do rana. Nie każ długo czekać markizie, tylko bierz ją od razu, gdy tylko muzykę usłyszysz. Nic cię do domu nie goni. Tu żniw nie mamy. Tu nam jeść, pić i bawić się póki sił i zdrowia starcza. Do stołu prosimy, na poczęstunek.

Sokolnicki lewą ręką, prowadził markizę jak w tańcu, prawą objął ją w pół i począł obły kształt biodra.

Ach, co za klaczka – pomyślał – Jakaż wybujała, a jaka kształtna w zadzie. Ledwie, że ją dotknąłem a już czuje ogień, jakby mi dwudziestu paru lat ubyło. Przy niej mi zdrowie wróci, siły i wszelka inna radość. Już ją nie wypuszczę. Będę ją zachodził jak wilk jałówkę. Aż ją dostanę. Takąż samą na nią mam ochotę, iście wilczą.

– O czym waszmość pan tak dumasz? – zapytała z uśmiechem markiza siadając przy stole.

– O przyszłej podróży – odparł bez namysłu – Gotów jestem jak Czarniecki rzucić się przez morze, byle tylko zasłużyć sobie na buławę wdzięczności.

– Kto wie co bym była skora waćpanowi oddać, gdybyś waść poprosił w stosownej chwili.

Sokolnickiemu dech w piersi zaparło.

Wszystko dla niej zrobię, pomyślał. I wszystko wezmę. Nie starym jeszcze i żenić się mogę. A ona nie podlotek. Dojrzała i męża statecznego potrzebuje. Markiza. Być może wielka to we Francji godność. Skoro i żona Sobieskiego też była markizą. Ja, jako przyszły mąż, byłbym markizem. Kto wie, czy nie lepiej byłoby pozostać we Francji i nie wracać na ten marny spłacheć ziemi, który tu posiadam?

Ujął w dłoń kielich wina i wypił spory łyk dla apetytu.

Było tak, jak Pac zapowiedział. Po długim i sutym posiłku, zaczęły się śpiewy najętych śpiewaków, później tańce, które trwały aż do świtu. Dopiero wówczas, setnie zmęczony, senny i zupełnie skołowaciały opuścił Sokolnicki pałac Paca i wrócił do domu Kolnickiej, u której zamieszkiwał po wyjeździe Janka

Zasypiając mruknął do siebie ziewając – Będzie moja, jak mi bóg miły  – I ledwie głowę przyłożył do poduszki chrapać zaczął.

Od dnia następnego zaczęły się częste i coraz częstsze odwiedziny Sokolnickiego u Paca.

Pac za każdym razem witał go kordialnie i zapraszał na pokoje. Tu już czekała na niego rozpromieniona markiza de Monacco i prowadziła do ogrodowych altanek, gdzie spędzali długie popołudnia i wieczory. W tym czasie obaj Pacowie udawali się natychmiast do domu Kolnickiej. Karol nie odstępował ani na krok pani domu, a Aleksander adorował z wielką atencją Misię. Plan znakomicie się rozwijał. Kolnicka coraz łaskawszym okiem patrzyła na obu Paców, szczególnie na Karola, który okazywał się być mężem bardzo zrównoważonym i niezwykle grzecznym. Miły w obejściu, pełen szacunku i ogłady, stawał się z każdym dniem coraz bardziej interesującym człowiekiem.

Zbliżał się jednocześnie dzień, w którym hetman chciał wydać wielkie przyjęcie z okazji swego na króla wyboru. Chciał podczas tego dnia wybadać nastroje panujące wśród możnowładztwa i miał nadzieję wielu z nich ugłaskać i zjednać dla swojej osoby. Miała być to ostatnią uczta przed szybko zbliżającym się dniem, w którym miał zostać namaszczonym i koronowanym monarchą.

– Był piątek, kiedy Karol oznajmił Kolnickiej że otrzymał zaproszenie od hetmana, Sobieskiego.

– Jak to? – wybuchnęła Kolnicka gwałtownie – Czyżby o mnie zapomniał?

– Nie zapomniał – zapewnił Karol – Lecz to ja prosiłem by zaproszenia dla waćpani nie przysyłał.

Kolnicka spurpurowiała ze złości.

– Jako że to ja chciałem prosić uniżenie, by chciała z moją osobą na uczcie się zjawić – dodał szybko – O taki zaszczyt i takie wyróżnienie chcę teraz prosić.

Kolnicka ochłonąwszy nieco z osłupienia, w jakie została wprawiona, spojrzała łaskawym okiem na Karola.

– Tak myślałam – rzekła – Że wypadałoby mi, abym w jakimś grzecznym towarzystwie zjawiła się u przyszłego króla. Chciałabym także zabrać ze sobą Misię i Marysię, by zobaczyły i poznały tych wszystkich którzy u Sobieskiego się znajdą.

– Nie wypadałoby brać ze sobą kogokolwiek – sprzeciwił się Karol – Przecież mamy stanąć przed przyszłym królem, który oby nam pobłogosławił.

– Kolnicką po raz wtóry zamurowało. Co on chce uczynić? Pomyślała w duchu, czyżby chciał mnie pojąć za żonę i o błogosławieństwo tego związku chce prosić króla?

– Misię, a z nią także Marysię, co bardziej wypada, zaprasza mój brat Aleksander. Taki obyczaj bardziej będzie pasował do naszych starolitewskich zwyczajów. Zresztą tylko na ten krótki moment przejazdu z pałacu waszmość pani, do pałacu hetmana, wkrótce miłościwie nam panującego króla. Tam znowu będziemy razem. Ale Sokolnicki czy on nie będzie robił jakiś kłopotów, że obie młodziutkie panie, na tak szerokie wody wypływają. Wprawdzie pod czujnym okiem swojej ciotuni, ale to zawsze…?

– Gdzież on tam ma co do powiedzenia w tym domu – oburzyła się Kolnicka. Czy nie można było by, aby ta markiza, która mu ostatnio mocno do głowy weszła, zatrzymała go w waszym pałacu? Chyba ona się do Sobieskich nie wybiera?

– Nie proszona. Więc tam nie będzie. A myśl waszmość pani niezwykle bystra i znakomita. Musze o to prosić markizę, by chciała na ten wieczór zaprosić pana Sokolnickiego.

– No właśnie – potwierdziła Kolnicka – Tak będzie najlepiej dla nas wszystkich.

Misia i Marysia również uradowały się na wieść o spodziewanej na dzień następny uroczystości. Wszyscy też z niecierpliwością czekali tego dnia. Od rana dzień płynął na rozlicznych przygotowaniach. Mierzono suknie i dodatki, nakładano i zdejmowano klejnoty. Czekano na fryzjerów, którzy układali włosy w wyszukane fryzury lub proponowali przeróżne peruki o kolorach od czarnych jak krucze pióro po białe jak gęsie pierze. Trzeba było też dobrać do sukien odpowiednie trzewiki, a także upięknić pudrami i szminkami niewieście oblicza. Perfumy i pachnidła sprowadzane przez kupców z dalekich wschodnich rynków i bazarów, teraz wonnościami swymi wypełniały główną komnatę domu Kolnickiej. Równie niecierpliwy był Sokolnicki, który przez cały dzień chodził niespokojny i duchem jakby nieobecny.

Dopiero pod wieczór pod dom podjechali Karol i Aleksander, każdy oddzielnym powozem, a Aleksander szepnął do siebie – Teraz moja kolej. Teraz ją dostanę.

Karol poprowadził Kolnicką do swojego powozu. Bystra kobieta obejrzała się jeszcze za siebie czy Aleksander prowadzi Misię i Marysię, lecz spostrzegła, że wdał się on w rozmowę z Sokolnickim i na chwile przystanęła jakby zawahała się czy brat jej nie popsuję całej imprezy.

Karol jednak nachylił się jej do ucha i szepnął.

– Markiza czeka na imć, Sokolnickiego. Tak mi się widzi, że mają umówioną dziś wieczór schadzkę w moim pałacu.

– A to dobrze – zdecydowała Kolnicka. Niech i on sobie czasem pofolguje. Może odmłodnieje i sił nabierze nowych do życia. Nie będzie się o córkę martwił ani żółcią karmił, że Misia ludziom idzie się pokazać.

Sokolnicki po wyjściu siostry chciał biec do markizy, lecz Aleksander Pac wstrzymywał go i wciąż na inne tematy zagadywał. Córka i Misia stały gotowe do wyjścia i czekały aż się rozmowa skończy. Aleksander zdawał się tego nie dostrzegać opowiadając śmieszne żarciki, z których Sokolnicki w tym momencie nie umiał się śmiać.

Spostrzegł na koniec, że Kolnickiej już nie ma, więc o nią zapytał.

– Dobry kwadrans jak pojechała z bratem waszmość pana – odparł Sokolnicki.

– A to i na nas czas – wykrzyknął Aleksander – Bywaj zdrów mości Sokolnicki. Przyszły król chce ujrzeć swych poddanych, więc spieszmy się mu pokłonić. Niech nam łaskaw będzie. A szczególnie twojej córce i mnie.

– Oby co z tego było – westchnął w duchu Sokolnicki, czując się jak na rozżarzonych węglach, lecz z zupełnie innego powodu.

Pac poprowadził Misię i Marysie do oczekującego powozu. Powóz był wygodny, lecz kryty, co zdziwiło nieco Misie, bo był środek lata i o tej porze jeździło się zazwyczaj powozami odkrytymi.

– Na wszelki wypadek gdyby w nocy spadł deszcz – wyjaśnił Pac sadowiąc się wygodnie na wyścielanym atłasem siedzeniu.

Ledwie ruszyli z miejsca, gdy z tyłu dopędził ich konny posłaniec
z zawiadomieniem, że stary Pac nagle zaniemógł i koniecznie chce widzieć wnuka. Aleksander na taką wieść skrzywił się i przez moment zawahał.

– Ano jedź pod pałac, zobaczę co dziadkowi i zaraz ruszymy do Sobieskich. Myślę, że ostatni tam nie będziemy.

Powóz znowu ruszył tym razem w przeciwną stronę. Gdy wjechał na zajazd przed pałacem, Aleksander prosił obie panie by pozostały na chwilę, sam wyskoczył z powozu i wbiegł pospiesznie na schody pałacowe. Misia i Marysia czekały w milczeniu na jego powrót. Lecz zamiast Aleksandra zjawił się sługa polecając woźnicy dowieźć obie niewiasty do pałacu Sobieskiego. Wyjaśnił dodatkowo, że Aleksander dojedzie nieco później. Powóz znowu ruszył.

Misia spojrzała na Marysię.

– Musi być bardzo źle z jego dziadkiem skoro pozostał przy nim. Nie wiem czy powinniśmy same jechać, czy też wracać do domu.

– Co byś ty zrobiła? – zapytała Marysia.

– Poczekamy w powozie przed pałacem Sobieskich, a jeśli się Aleksander nie zjawi, każemy odwieźć się do domu.

– Tak zróbmy Misiu – zgodziła się Marysia.

Przez dłuższą chwilę jechały w milczeniu.

Misia spojrzała przez okienko w drzwiczkach, lecz nic nie mogła dojrzeć prócz postaci towarzyszącego powozowi konnego sługi odzianego w barwy rodu Paców.

– Czemu tak długo jedziemy?– zastanowiła się na głos – Powinniśmy już chyba dojechać na miejsce.

Znów spojrzała w okienko próbując cos dojrzeć. Zniecierpliwiona zastukała w szybę piąstką tak silnie ze konny sługa obrócił w jej stronę głowę.

W tej samej jednak chwili usłyszała jak krzyknął – Batem po koniach.

Świsnął bat i konie poderwały się do gwałtownego galopu. Powozem gwałtownie zakołysało. Misia chwyciła za klamkę od drzwiczek i próbowała je otworzyć. Drzwiczki były zaryglowane od zewnątrz.

– Co to może być? – krzyknęła wystraszona Marysia.

Misia pełna złych obaw milczała.

Czwórka śmigłych koni poganiana uderzeniami bata rwała do przodu po wąskiej rzadko uczęszczanej drodze. Powóz kołysał się gwałtownie na wszystkie strony, a gdy skończyły się pola uprawne i wjechali w las koła najeżdżając na wystające z ziemi korzenie podrzucał powozem do góry.

Marysia zaczęła płakać. Misja objęła ją i przytuliła do siebie jak młodszą siostrę. Nie znajdowała jednak słów pociechy. W lesie zmierzch czynił leśną głuszę bardziej mroczną i straszną. Po półgodzinnej jeździe konie znacznie zwolniły. Noc jednak zapadła na dobre i tylko gdzieniegdzie księżyc przebijał swym blaskiem pomiędzy koronami drzew, kładąc na ziemi mroczne cienie i srebrzyste plamy. Na przedzie dwóch jeźdźców z zapalonymi pochodniami oświetlało drogę.

W końcu Misia przemogła dławiący ją za gardło lęk i odezwała się do Marysi.

– Ktokolwiek to zrobił zapłaci za to życiem. Wcześniej czy później wpadnie mi w ręce nóż, a ja nie zawaham się go użyć w swojej, lub twojej obronie. Bądźmy jednak dobrej myśli, że Bóg nas ochroni i wyratuje.

– Porwali nas, Misiu? – zapytała Marysia.

– Tak – odparła Misia – I nie trudno odgadnąć, że to zrobili obaj Pacowie.

– Ale ich tu nie ma – zwątpiła Marysia.

– Nie szkodzi. Ich słudzy tu są. Oni sami pokażą się później. Na razie będą u Sobieskiego, by podejrzenie nie padło na nich. Ale za dzień, dwa zjawią się tam, gdzie nas będą trzymać. Do tego czasu będziemy bezpieczne.

– A jeśli to nie Aleksander i Karol tylko ich służba nas porwała.

– To wtedy szybciej nas znajdą niż będziemy mogly przypuszczać.

– Boże, co za los mnie spotkał – załkała Marysia – Po co mi było myśleć o uczcie u króla. Mogłam siedzieć spokojnie u ciotki i czekać na Janka.

– Wszystkich wywiedli w pole. Twego ojca i panią Kolnicką. Chociaż na początku ostrzegała nas, że nic dobrego od Paców nie może nas spotkać. Ale później i ją zwiedli.

– Straciłam Janka. Jeśli mnie pohańbią jak będę mogła spojrzeć mu w oczy.

– Nie płacz Marysiu – pocieszała ją Misia. Będziemy musiały im uciec.

– Ale jak?

– Bóg nam podpowie.

Powóz zajechał na obszerne podwórze i zatrzymał się.

Jeździec jadący z boku zeskoczył z konia, odryglował drzwiczki karety, otworzył je i kazał obu pannom wysiadać.

Bez oporu dały się zaprowadzić do dość dużego murowanego dworu. Z ciemnego przedsionka poprowadzone zostały na poddasze gdzie znajdowały się niewielkie izby. Do jednej z nich właśnie zostały zaprowadzone. Izba ta musiała być wcześniej przygotowana na przyjęcie takich gości. Drzwi od izby posiadały żelazną zasuwę zamocowaną na zewnątrz. Tak, więc miała ona służyć im za więzienie.

*

Sale na zamku iskrzyły się od setek, jeśli nie tysięcy świec. Wszędzie poruszali się ludzie. Szlachta, magnaci, duchowni w purpurach.

Jan Sobieski król–elekt, witał wszystkich pogodną, uśmiechniętą twarzą i życzliwym słowem. Z Kolnicką przywitał się jak z najlepszą przyjaciółką. Z Karolem Pacem z wielką życzliwością. Zaraz też zapytał o Aleksandra.

– Gdzież on jest? Wszak nie zdarza się, aby jeden brat bez drugiego się gdzie nie ruszył.

– Spóźnia się – wyjaśnił Karol – Lecz nie ze złej woli, gdyż o jednej porze stawiliśmy się w domu pani Kolnickiej. Jednakże on zabrać miał nie jedną, lecz dwie piękne panie. A takiej urody, że głowę traci i czasu upływu nie miarkuję. Racz mu wybaczyć łaskawy królu. Jako brat wiem że równie żarliwie będzie zabiegał o przychylność, waszej królewskiej mości, tak jak zabiega o względy jednej z tych panien.

– Kawalerki ma dosyć – zaśmiał się Sobieski – A to dobrze. Ale niech pamięta że i ja mam córkę na wydaniu. Czas by nasze rody zapomniały o swarach i dąsach.

– Tak i my myślimy – odparł Karol.

– To dobrze. Czuj się, zatem jak u siebie w domu. Wielce jesteśmy ci życzliwi.

Sobieski zwrócił się do następnych gości, a Karol poprowadził Kolnicką do dalszych komnat.

Kolnicka rozglądała się ciekawie na lewo i prawo. Spotykając coraz to nowych znanych sobie magnatów, czuła się jak równa monarchini. Wysoka i postawna budziła szacunek u wszystkich, którzy znali jej charakter i temperament. Wielu z nich wolało unikać jej lub przynajmniej nie wchodzić w drogę. Nawet ci którzy byli jej niechętni, woleli zachowywać pozory przyjaźni. Szczególnie gdy rozeszła się pogłoska o tym, że poprzedni król był przez nią więziony. Przy czym jedni mówili że przetrzymywała króla siłą przez trzy dni, a drudzy że dwa tygodnie. W podświadomości też wielu pozostawały wątpliwości czy to nie z jej przyczyny król Korybut zszedł z tego świata w dość młodym wieku. Tak, więc kłaniano jej się nisko i z przymilnym uśmiechem. A ona szła obok młodego Karola Paca, czasem zatrzymywała się, aby pogawędzić chwilę, poczym przechodziła dalej. Aż natknęła się na królową Marię Sobieską, przed która stanęła pierwsza składając ukłon.

Sobieska uśmiechnęła się życzliwie, zatrzymując ją na chwilę.

– Myślałam że zjawisz się moja miła ze swoimi niewinnymi gołąbeczkami, a tym czasem prowadzisz kawalera. I to od razu jednego z najznakomitszych rodów.

– Bardzo mi on przypadł ostatnio do serca – przyznała się Kolnicka – Ale moje gołąbeczki tez tu lada moment być powinny. Aleksander nam je tu przed waszą królewską mość przyprowadzi by się pokłoniły i o łaskę naszej królowej prosiły.

– O jest i Aleksander – zauważyła Sobieska – Ale widzę sam i z pochmurną miną.

– Wybacz wasza królewska mość  – Aleksander Pac skłonił się Sobieskiej – Wybacz moje złe humory, ale ledwie że podjechałem pod zamek, ledwie że z powozu wysiadłem, gdy jak z pod ziemi pokazał się jakiś nieznany młodzian i obie panny opuściły mnie, nie patrząc na afront, jaki mi tym uczyniły.

– Jak to możliwe?– zapytała Kolnicka.– Któż to mógł być?

– Tego i ja nie wiem – zapewnił Aleksander – Dość że mi obie panny porwał. Pozostawiając mnie samego. Gdyby nie fakt, że na zamku królewskim i tyle wkoło dostojnych gości i duchowieństwa, kazałbym tego młodzika służbie przegnać. Pech chciał, że służba za bramą została, a ja zupełnie zaskoczony, nim się spostrzegłem. Na dodatek biskup Koronek mnie zagadał. I tak zostałem sam.

– Nie żałuj – zaśmiała się Sobieska – Zaraz każę swej córce, by skorzystała z nadarzającej się okazji i zajęła się tobą mój miły Aleksandrze. Rozchmurz się tylko i bądź pogodnego ducha.

– Chyba posłucham dobrej rady i niezwłocznie udam się w poszukiwanie córki waszej królewskiej mości, skoro mi tak życzliwa – Aleksander ukłonił się i odszedł.

– Któż to mógł być?– zapytała Sobieska zwracając się do Kolnickiej.

– Sama zachodzę w głowę – odparła Kolnicka – Czyżby zjawił się pan Jan Mleszkowski? Pan Jan wyjeżdżał jakiś czas temu. Nikt nie wie gdzie, ani po co. Nawet ja tego nie wiem, chociaż usilnie starałam się dociec przyczyny tej podróży – Tu Kolnicka znacząco popatrzyła Sobieskiej w oczy.

– Wiem, że małżonek mój przyjął go do służby i darzy wielkim zaufaniem – wyjaśniła Sobieska – Dobrze to rokuje dla młodego szlachcica na przyszłość. Łaska królewska wiele może. A że on młody to nic dziwnego, że gdy świat taki szeroki, w domu nie może usiedzieć. Dzielny to młodzian, a takim los zawsze się uśmiecha.

– Sama już nie wiem – wyznała Kolnicka – czy ten los się do niego śmieje, czy też mu dokucza i kłopotów przysparza więcej niż innym? Oby wrócił jak najszybciej cały i zdrowy. Czekamy na niego, a szczególnie jedna taka mała sierotka, która gdy tylko drzwi się otworzą, zaraz leci sprawdzać czy to nie Janek do niej wrócił. Wyjeżdżając zapowiedział że za dni dziesięć wróci. Tymczasem dni dziesięć minęło a jego dalej nie ma.

– Może właśnie wrócił? – zauważyła Sobieska – Chociaż mógłby się tu pokazać. Nie miałabym mu tego za złe, gdyby się tu na zamku zjawił choćby i w stroju podróżnym. Piękny młodzieniec i jakże jeszcze młodziutki.

– Młody i gładki – przyznała Kolnicka – Oby gdzie nie zbłądził, bo nie jedna była by skora go przytrzymać.

Rozmowę przerwał król Sobieski, który w towarzystwie posła cesarskiego podszedł do swej małżonki z miną bardzo zadowoloną.

– Mówi mi pan poseł  – rzekł jowialnie – że w naszym narodzie zapanuje w końcu wielka zgoda z chwilą naszej koronacji.

– Zmienił się pan poseł – zauważyła z lekką ironią w głosie Sobieska – Nigdy nam przychylnym nie był. Tym większa moja radość teraz, jeśli cieszy się, że to ciebie szlachta okrzyknęła królem, a nie któregoś z Habsburgów.

– Nie prawdą jest jakobym przeciw hetmanowi Sobieskiemu był, dzisiejszemu królowi – odparł poseł. Przeciwnym byłem i to do końca kandydatowi Francji. A szczególnie księciu Kondeuszowi. Zawsze w duchu wbrew nawet otrzymanym z Wiednia nakazom, popierałem Polaka i Piasta, znakomitego wodza i przyjaciela dworu cesarskiego na króla tego narodu.

– U mnie w pałacu mój ulubiony sekretarz, pani hrabina La Gracca śmiała się któregoś dnia z moich przekonań mówiąc, że złośliwa plotka krąży po Warszawie, iż poseł cesarski bardziej wierny Sobieskiemu, niż jego własna ukochana żona Marysieńka, która już po elekcji znakomitego swojego męża, po kryjomu podarowała miecz koronacyjny księciu Kondeuszowi, gdy ten tajnie pojawił się na schadzce w mieście. Mówią, że miecz do Francji wywiózł. Jak zatem ubogo wypadnie koronacja gdy wódz – król – koronę włoży na głowę, jabłko złote w jedną dłoń, lecz druga pozostanie pusta.

– Łgarstwo to – wybuchnął Sobieski z wielkiego gniewu czerwieniejąc na twarzy – Łgarstwo to i obraza majestatu królewskiego i mojej ukochanej żony.

– Może i łgarstwo. Lecz całe miasto o tym mówi – odparł poseł Szwancer – Jeśli o tym nikt królowi nie doniósł to albo król nie ma przyjaciół, albo są oni głusi i wtedy byle sługi trzeba zapytać. Jako poseł i człowiek życzliwy mogę doradzić, aby miecz ten kilka razy publicznie król w swym ręku pokazał. Plotki się skończą, a wiara w czystość królewskiej małżonki, zostanie przywrócona.

Poseł kłaniając się nisko, nie patrząc nikomu w oczy wycofał się i zmieszał z tłumem dostojników obecnych na sali.

Sobieski purpurowy z gniewu sapał próbując pozbierać swe myśli. W najcięższym, najbardziej zajadłym boju, ten człowiek nie tracił spokoju ani jasności myśli i osądu. W tym jednak razie, zraniony w swych uczuciach dostrzegał podłą grę wyrachowanego intryganta i kłamcy.

– Jak możesz pozwolić mój najukochańszy mężu i królu – głos Sobieskiej niemal, że załkał, chociaż oczy pozostały suche – aby taka potwarz mnie spotkała od osoby, która nienawidzi nas obu? Teraz, gdy taka radość nas czeka. Za wszystkie twoje wysiłki za ogrom pracy trudu, krwi, jaki poniosłeś dla tej Rzeczypospolitej. Zjadliwa niemiecka żmija wsączyła w twoje serce zatruty jad. Ukąsiła za jednym razem i ciebie i mnie. Każ mu natychmiast opuścić ziemie twojego królestwa. Boże, jak straszliwie zranił mnie swym oszczerstwem.

Kolnicka, która stała obok Sobieskiej, nie wytrzymała.

– Rozpraw się królu z nim tak jak rozprawiałeś się z każdym swoim wrogiem. Weź ten miecz i utnij mu głowę. Przed śmiercią będzie mógł go zobaczyć i poczuć na własnej skórze. Tego szubrawcowi potrzeba. Jeśli sam nie chcesz rąk kalać przed bożym namaszczeniem na monarchę, daj mi przyzwolenie, a ja to załatwię własnymi siłami.

– Tak, miecz będzie trzeba publicznie pokazać – rzekł jakby do siebie Sobieski – Aby nikt podłych plotek nie rozsiewał.

– Łeb posłowi uciąć – upierała się Kolnicka – Zasłużył on sobie z dawna.

– Boże co za ból głowy – westchnęła Sobieska – Jakie kłucie serca. Jaka słabość i ciemnienie przed oczyma. Medyka. Szybko sprowadźcie medyka. I niech mnie zaniosą do mojej komnaty. Nie, sama pójdę, aby nie robić widowiska i zbędnych niepokojów. Lecz medyka. Wołajcie pilnie medyka.

Sobieski w jednej chwili zapomniał o słowach posła. Na jego twarzy odmalowała się troska i lęk. Kochał ponad życie swoją Marysieńkę i gotów był dla niej wszystko poświecić. Ująwszy ja pod rękę sam ją prowadził jak najczulszy kochanek do jej alkowy, gdzie zaraz położyła się przymykając oczy z mina pełną cierpienia.

Kolnicka stała wciąż w tym samym, co poprzednio miejscu i rozgryzała w myślach to, co usłyszała od posła.

– Zagadkowa to sprawa z tym mieczem – dumała – Poseł jak to poseł. Wszędzie ma swoich szpiegów. Widocznie i u Sobieskiej siedzi jakaś podła służka łasa na austriackie talary. Janek to od Sobieskiej wrócił i zaraz w drogę ruszył. I Dąba także. Poważna to musiała być sprawa. Czeka widać na niego pilnie, skoro bodaj w odzieży podróżnej chciała go widzieć. Dla jego urody? Dla jego szaleństwa, które ślepe na niebezpieczeństwo, na wszystko jest gotowe się porwać. Nabroiła nasza królowa, że aż się rozchorowała. A ten król i hetman, Tatarzyna, Turka, wyczuje na dwa dni drogi przed sobą, a księcia Kondeusza nie potrafi wywąchać pod własnym łóżkiem. Tak to z rycerstwem naszym bywa. I dobrze skoro wolą
w polu jak zające nocować, a żony same zostają.

– Nic tu po mnie – odezwała się stanowczo do Paca – Nie ma królowej, nie ma króla, nie będzie i Kolnickiej. A ty waść tu zostań z bratem. Ja wracam do siebie.

Szybko postanowiła. Szybko też w czyn zamiar obróciła. Cieszyła się że znowu jej dom zapełni się śmiechem. Będzie Janek będzie dziewczynom wesoło. Będzie mości Dąba, serce będzie się jego samym widokiem radowało. Dość czekania.

Gdy powóz zajechał pod dom, wysiadła z niego pospiesznie i weszła do środka.

– No gdzież są wszyscy? – zagadnęła widząc w koło pustki i ciszę – Gdzież się pochowali na mój widok?

Z kuchni wybiegła kucharka z pytaniem czy ma podawać do stołu.

– Gdzież oni są?

– Któż taki? – zdziwiła się służka.

– Mości Dąba, Mleszkowski, Marysia.

– Marysia z Misią na zamek pojechały. Nikogo więcej nie widziałam.

– Nikt tu nie przybył? Nikogo tu nie było?

– Nikogo!

– Diabeł tu coś namieszał – wykrzyknęła Kolnicka.– Dawaj mi szybko wina, bo w głowie mam pusto.

Dostawszy butelkę wina, wypiła jeden pełen kielich, później drugi.

– Sobieska ma kłopot – powiedziała głośno do siebie – Ale ja też mam kłopot. Mnie miecz nie zginał. Ale przepadły mi obie moje panny, a na dodatek i kawaler. Gdzież on je mógł wywlec na noc. Tu miałby najlepiej.

– A gdzież jest mój Dąba. Czyżby w drodze o mnie zapomniał. A może mu teraz tylko Francuzki w głowie?

Kolnicka, chociaż nie bardzo to niewieście wypadało, siedziała przy stole nad kielichem, który co rusz napełniała i równie szybko opróżniała i dumała z miną pochmurną. Nie zauważyła w pierwszej chwili jak zjawił się Sokolnicki. Ten minę miał jeszcze bardziej kwaśną i gadał sam z sobą.

– Nie miał się kiedy przechera zjawić. Akurat dzisiaj, kiedy miałem ją już w rękach. Nie dość, że się zjawił, to jeszcze narobił afrontu Pacowi. Jakim prawem córkę moją zabiera człowiekowi tak godnemu jak Aleksander? Z Aleksandrem ma stadło małżeńskie założyć, a nie z tym gołowąsem i gołodupcem. Na swej zdychającej szkapinie niech wraca na swą ojcowiznę, albo za chłopa gdzieś na folwarku osiądzie i ziemię orze.

– Taką kurkę z rak musiałem wypuścić  – westchnął ciężko jak po najgorszej stracie – A jeszcze ile od Paca wysłuchać musiałem wymówek i połajanek.

Kolnicka słuchała wytrzeszczając oczy. W końcu nie wytrzymała i zapytała.

– O kim tak rzewnie mówisz?

– Jak to, o kim? Wiesz przecież, że o tym, którego pod dachem swoim trzymasz na moja zgubę i na nieszczęście mojej córki. Biedę i udrękę jej szykujesz. Gdy tymczasem jest okazja by została jedną z najpierwszych pań na Litwie.

– O Mleszkowskim mówisz? Wrócił już?

– Wrócił, chociaż miał nie wracać. Czego w duchu mu życzyłem.

– Gdzież on, zatem skoro go tu nie ma?

– Na zamku, na dziedzińcu zamkowym Marysię Pacowi z rąk odebrał. Ledwie że się na niego nie rzucił. Magnaci, duchowieństwo, a on jak w oborze, jałówkę na postronek i ciągnie za sobą nie bacząc że na pokojach królewskich król przebywa.

– Na zamku go nie widziałam.

– Jeździł z misją jakąś od królowej Sobieskiej – zauważył Sokolnicki – Pewnie pierwsze kroki do niej skierowałby zdać relację z tego jak polecenia wykonał. Kto wie czy i Sobieska go widziała? Ale może gdzie na uboczu czekał, aż przed oblicze królowej zostanie wezwany. Nic nie wiadomo, co się dzieje.

Sokolnicki zjadł byle co i o nic nie dbając więcej, zły na siebie, jeszcze więcej na Mleszkowskiego, a także w duchu i na Aleksandra Paca, poszedł spać.

Noc całą Kolnicka przewracała się na swym łożu pełna niepokoju i złych przypuszczeń. Po wielekroć chciała zrywać się i biec do pałacu Paców, aby tam jeszcze raz rozpytać się dokładniej o zdarzenia ostatniego wieczoru. Rozsądek podpowiadał jej jednak, że niczego się tam nie dowie.

– Ja jednak Pacom nie wierzę – mruczała wymęczona bezsennością.

Była to jej ostatnia myśl przed zaśnięciem.

To, co przemęczyła w nocy to sobie odespała za dnia. Tym bardziej przerażona była, gdy po zbudzeniu okazało się że nie ma ani Marysi ani Misi. Dochodziło południe. Nie zjadłszy nawet śniadania, ledwie obległszy na siebie suknie kazała się wieźć do Paców. Tu wszczęła wściekłą awanturę. Obrażając i Aleksandra i Karola, nazywając ich kłamcami i rozpustnikami.

Aleksander zrazu cierpliwie tłumaczył jej jak rozstał się z oboma pannami, powtarzając w kółko to samo, co mówił dnia poprzedniego. Powoływał się przy tym na licznych światków, których z nazwy jednak nie wymieniał. Gdy to nie przekonywało coraz to głośniejszą Kolnicką sam zaczął unosić się gniewem. W końcu zagroził, że siłą ją każe usunąć ze swego domu.

– Wszystkich pobuntuję przeciw Pacom – wykrzyknęła na to gniewnie Kolnicka – Radziwiłłów, Sapiehów, samego króla.

– Wszystkich mam ja na świadków, żem ja niewinny. Żem z bratem na zamku był. Król to zaświadczy, czy on przychylny nam czy nie. Z Pacami każdy się liczy, z Kolnicką tylko jej służba, zresztą nieliczna i źle opłacana.

– Grał król Korybut z Kolnicką, aż mu Kolnicka pokazała, co może. Teraz na Paców kolej. Oby nie żałowali – To mówiąc z wielką furią wyszła z pałacu trzaskając masywnymi drzwiami tak silnie, że nie jeden chłop by się zadziwił.

Zaraz pojechała do Sobieskiej, do której nie chciano jej dopuścić
z powodu choroby. Gdy jednak królowa dowiedziała się, że to Kolnicka z czymś ważnym przybyła, kazała ją wprowadzić. Zaraź też zażądała by medycy zostawili ją samą.

– Złe wieści królowo – zaczęła nie czekając na pytanie – Marysia Sokolnicka i moja kuzynka Misabella zostały ubiegłego wieczoru uprowadzone. I z pewnością zrobili to Pacowie. Ja ich o to posądzam. Do nich taki czyn jest podobny. Zmówili się by krzywdę niewinnym pannom uczynić i pohańbić.

– Byli jednak cały czas na zamku – odparła rozczarowana nieco Sobieska. Może to Mleszkowski wywiózł gdzieś obie panny?

– Królowo – rzekła Kolnicka nachylając się w stronę leżącej na łożu Sobieskiej – Dopuść mnie do swej tajemnicy. Ja wiernie ci będę służyła. Ile będę miała mocy i hartu ducha. A jest on nie mały. Obie pognębimy naszego wroga, którym jest poseł cesarski. Wiem że z twojego polecenia Mleszkowski udał się w podróż, a z nim Dąba i Różewicz. Czy oni już wrócili?

– Nie, chyba nie. Przede mną nie stanęli. To ci mogę powiedzieć – zapewniła Sobieska.

– Cóż ów miecz, o którym poseł tak rozpowiadał. Jeśli go pod ręką nie ma to wystarczy powiedzieć – podpowiadała Kolnicka – że posłałaś go do płatnerza do Gdańska do naprawy. Lub do złotnika, aby go ozdobił. Tak mów małżonkowi a z pewnością uwierzy.

– Jeśli ich tu nie było – ciągnęła dalej Kolnicka – zatem są jeszcze w drodze. Gdyby przybyli do Warszawy najpierw zdaliby rzecz z misji, jaką otrzymali od swej pani i królowej. Prawi to rycerze i inaczej żaden z nich by nie postąpił. Zatem to nie Mleszkowski zatrzymał moja kuzynkę i bratanicę.

– Wyjechały z mego domu w powozie Aleksandra Paca – mówiła dalej Kolnicka – a na zamku ich nie było, choć był Pac. Ma do tego równie podłych, jak sam jest, sługusów. Jego to sprawka, choć pozory zachowuje niewinności. Owczą skórę na wilczy grzbiet naciąga.

– Idź do króla – poradziła Sobieska – Ja w gorączce leżę. Lecz małżonek wrażliwy jest na krzywdę i dbały o swoich ludzi. Dobrze wspomina Mleszkowskiego i o krzywdę jego się upomni. On ci pomoże.

Kolnicka bez wahania poszła do Sobieskiego, który ją uważnie wysłuchał.

– Szczwane lisy, z Paców – rzekł – Z tym się zgadzam, że to może być ich sprawka. Lecz dowodów na to nie mamy. Każę jednak śledzić ich obu, a im nakaże, aby jeśli chcą z podejrzeń się uwolnić, wyjaśnili, kto zacz był ów młodzian, z którym obie panny odeszły, a także, kto go oprócz Aleksandra widział.

– I mnie gnębi pomówienie, jakie poseł von Szwancer rzucił na moją małżonkę, że miecz oddała Kondeuszowi. Jakże musiało zaboleć to moją ukochaną Marysieńkę że aż w chorobę popadła.

– Mówiłam przecież żeby mu tym mieczem głowę obciąć. Przywiozą miecz z Gdańska, dokąd go powieźli dla dokonania naprawy, to go na pośle wypróbuj.

– Do Gdańska? – zapytał Sobieski zdziwiony.

– A czyż tu mamy takich mistrzów jak w Gdańsku? Na mieczach się nie znam i widzieć ich nie chcę, ale miecza królewskiego byle podrzędnemu płatnerzowi, czy złotnikowi bym nie powierzyła. A królowa jest mądrą niewiastą tyle tylko że zbyt pobłażliwą dla wrogów twoich i swoich. I zbyt chorobliwą by ją niewiarą małżeńską dręczyć. Owszem zawiniła i to przeze mnie, bo jej podpowiedziałam, aby Dąba miecz obejrzał i sprawdził jak w ręku leży. Tylko Dąba zna zwyczaje swojego wodza i jego upodobania do oręża. I tylko on równie mocarną, jak król może mieć rękę. Sama mu miecz chciała podać i na kamienną posadzkę go upuściła. Aż pobladła z wrażenia, gdy jej się to przydarzyło. Coś się mieczowi stało, nie wiem. Ale mówię, do Gdańska niech szybko Mleszkowski i Dąba jadą, aby tam naprawili co potrzeba.

A Dąba się na orężu winien znać skoro z hetmanem tyle lat wojował. Chyba, że mi łgał, a zamiast tego za plecami swego wodza się chował. Jeśli zatem taki on rycerz jak wkoło rozpowiada, to niech dopilnuje, aby miecz był dobrze uszykowany i z powrotem do pałacu Sobieskich przed koronacją wrócił.

– Mnie miecz nie potrzebny i nie wiem, po co to zmartwienie
i posła nagabywanie – dodała Kolnicka – Widać pod miecz się prosi. Ja język mam dostatecznie ostry ten mi wystarczy. I dla tego powiem bez ogródek. Że małżonki swojej nie kochasz, bo ją krzywdzisz.

– Jezus, Maria. Jakżeż to możliwe, bym jej nie kochał – wykrzyknął król Jan.

– Bo ją posądzasz, a sam nie wiesz, o co. Bo ją w chorobę wpędzasz i tym grzeszysz przeciw bogu i świętemu sakramentowi małżeńskiemu.

– Widzę, że to ja zawiniłem – stęknął strapiony Sobieski.

– Dobrześ to królu powiedział. Zawiniłeś i to bardzo. Idź, zatem do niej i proś o wybaczenie bo drugiej takiej miłości i takiej królowej nie znajdziesz.

*

W izbie, w której znalazły się Misia i Marysia były dwa łóżka, stół, na którym postawiono świecznik z gorejącymi świecami i dwa drewniane taborety. Oprócz tego na stole stał dzbanek ze świeżą wodą.

Łóżka miały materace wypchane słomą. Na materacach leżały płócienne prześcieradła, a na wierzchu piętrzyły się puchowe pierzyny i poduszki.

Gdy zostały same, Misia ogarnęła to wszystko w jednej chwili okiem. Podeszła do okna i zaczęła wpatrywać się w ciemności panujące na podwórzu. Noc była pogodna, księżycowa i można było dostrzec cienie koni i ludzi, poruszających się pomiędzy dworem
i stajnią.

Odwróciła się po krótkiej chwili i spojrzała na płonące świece. Z błyskiem w oku, podeszła do łóżka, wyciągnęła z pod pierzyny prześcieradło, jednym szarpnięciem rozerwała go na pół i związała jednym jego końcem róg siennika. Drugi koniec przywiązała do rogu pierzyny. Drugim kawałkiem rozerwanego prześcieradła połączyła pierzynę z poduszką.

– Będziemy wolne – szepnęła z przejęciem, otworzywszy niewielkie okno i wypychając przez nie siennik.

– Będziesz skakała z góry na materace i pierzyny?– zapytała Marysia.

– Nie – zaprzeczyła żywo Misia – Podaj mi szybko świece.

Marysia chwyciła za świecznik i podała go Misi. Misia bez namysły podstawiła go pod wypchany słomą siennik. Płomień z płonących świec przerzucił się gwałtownie na płótno, z którego uszyty był siennik. Słoma, jaką był wypchany, zaczęła płonąć coraz większym ogniem. W ostatniej chwili zdołała dziewczyna wyrzucić go za okno przytrzymując jedynie prześcieradło, do którego był przywiązany.

– Pali się – Misia krzyknęła w otwór rozwartego okna. Pożar. Ratujcie nas. Pali się, ratunku. Jej głos był przeraźliwy i pełen udanego lęku.

Siennik płonął już olbrzymim płomieniem i po prześcieradle wpełzał do pomieszczenia, w którym były obie dziewczyny. Misia widząc to poderwała pierzynę, uwiązana, do drugiego końca płonącego prześcieradła i zaczęła wypychać przez okno. Pierzyna zajęła się jednak ogniem szybciej niż mogła się tego spodziewać. Odwróciła się, więc za siebie chwyciła za poduszkę, żeby osłonic się nią od ognia i zrzucić z okna płonącą pierzynę. Na daremnie. Płonęła już rama okienna, a pałace się pierze wypełniało izbę kłębami czarno brunatnego dymu.

Misia zrozumiała, że popełniła błąd. Popychając, przed sobą Marysie podbiegła do drzwi. Zaczęła w nie łomotać z całej siły dłońmi i wżywać pomocy. Tym razem z nietajonym przerażeniem. Izba tak wypełniła się dymem, że nic już w niej nie było widać. Dym wdzierał się w płuca i nie sposób było wydobyć z nich dłużej jakikolwiek głos o ratunek. I Misia i Marysia krztusiły się coraz bardziej. Brakowało powietrza, a w oczach ciemniało. Jeszcze Misia chwyciła się za klamkę, aby nie upaść i wtedy usłyszała za drzwiami odgłosy ludzi. Osunęła się na kolana i gdy drzwi się otworzyły upadła tracąc w nich oparcie. Półprzytomna poczuła jak ją odciągają dalej na korytarz. Oddech świeżego powietrza znów ją zakrztusił, lecz wrócił pełną świadomość. Podniosła się z trudem i spostrzegła, że Marysię również ciągną za ręce z izby, z której buchało dymem jak z komina. Słaniając się w pierwszej chwili podeszła do niej i chwyciła w pół, aby postawić na nogi. Marysia jednak pozostawała w omdleniu. Dopiero, gdy wyniesiono ją z budynku i ułożono na ziemi pod drzewem przyszła do siebie i podniosła się o własnych siłach. Kasłała i krztusiła się, aż wypluła z siebie cały trujący czad.

– Boże, mogło być po nas – szepnęła strwożona.

– Mogło – potwierdziła Misia przyglądając się bezwładnej bieganinie ludzi z pustymi bądź pełnymi cebrzykami na wodę.

Szybko odciągnęła do tyłu Marysię.

– Musimy uciekać póki trwa zamieszanie. Dla nich ważniejszy teraz pożar. O nas zapomniano. Biegnijmy do stajni. Jeśli wyprowadzimy niepostrzeżenie konie, to będziemy uratowane.

Pobiegły z tyłu zabudowań, później znów na podwórze, lecz od strony bramy wjazdowej. Stąd dostały się pod wrota stajni. Otworzyły je na oścież po to, aby można było dojrzeć konie. Była wszak noc, jednak pogodna i księżycowa. Misia pospiesznie odwiązała od żłobu dwa pierwsze z brzegu konie. Marysia z grubej poprzecznej belki ściągnęła siodła i zarzuciła z pewnym wysiłkiem na grzbiet wierzchowców. Konie zostały wyprowadzone poza stajnię i dopiero tam dociągnięto popręgów.

Niepostrzeżenie jak im się wydawało wyjechały z podwórza i pomknęły wąską leśną drożyną.

Nie minął i kwadrans, kiedy posłyszały za sobą pościg. Tętent kopyt końskich i okrzyki goniących. Bez namysłu skręciły w las i ukrywszy się w gąszczu drzew czekały aż pościg je ominie. Nie mogły jednak już wrócić na leśną drogę w obawie ze wcześniej lub później natkną się na goniących. Trafiwszy na wąską, ledwie, że wydeptaną ścieżkę posuwały się nią powoli naprzód, bacząc na zwisające nisko gałęzie drzew. Konie potykały się o wystające
z ziemi korzenie. Kiedy księżyc ginął za przesuwającymi się po niebie obłokami, jazda stawała się niemożliwą. Musiały wówczas wstrzymywać na ten czas konie i czekać aż księżyc znowu pokaże się na niebie. Czasem odezwał się puchacz. Czasem umykał spłoszony zwierz. W ciemności jarzyły się oczy drapieżników. Konie czując ich bliskość trwożyły się. Misia, aby je przepłoszyć klaskała w dłonie. Nie na wiele się to zdało. Nie atakowały jednak ani koni ani ludzi. Po kilkugodzinnej jeździe dojechały do rzeki. Szeroka tafla pomarszczonej powierzchni wody lśniła w poświeci księżycowej.

To musi być Wisła – zgadywała Misia – Z Warszawy wywieźli nas Krakowskim Przedmieściem, zatem aby wrócić do miasta musimy jechać brzegiem w tym kierunku, w którym płynie rzeka.

– Wiec jedźmy, aby jak najszybciej – zgodziła się Marysia.

Jazda brzegiem rzeki była jednak jeszcze bardziej uciążliwa niż leśnym bezdrożem. Kępy gęsto rosnącej olchy, małe, lecz zdradliwe bagienka, liczne strumienie w rozpadlinach terenu, bardzo utrudniały posuwanie się na przód. Gdy zaczęło świtać, umęczone całonocnym przedzieraniem się przez nadrzeczne chaszcze, postanowiły odpocząć chwilę i zaczekać aż rozwidni się na dobre. Nim jednak ukazały się pierwsze promienie wschodzącego słońca spadła nagle zimna mgła, która snując się przy ziemi pokrywała rosą trawy i nadbrzeżne sitowia. Mokre i zziębnięte, wjechały powrotem w las i posuwały się jak wydawało im się wzdłuż rzeki, najpierw kierując się na wyczucie, a później, gdy już wzeszło słonce w kierunku północnym. Jadąc tak leśnymi ścieżkami i bezdrożami dotarły w końcu do niewielkiego wzniesienia, z którego pomiędzy drzewami widać było drogę. Drogą jechało czterech jeźdźców. Misia instynktownie dała Marysi znak, aby wstrzymała konia i milczała. Nie była pewna czy ponownie nie znalazły się w pobliży ludzi Paców. Ostrożnie posunęła konia do przodu i ukryta za potężnym świerkiem przyglądała się zbliżającym się drogą, ludziom i koniom. Była nie dalej jak trzydzieści kroków od drogi. Z tej odległości widziała doskonale nie tylko ich sylwetki ale i twarze. Gdy już mieli ją minąć, poznała jednego z nich. Jechał w środku i widocznie przewodził grupie. Był to kozak, którego Kolnicka częstowała winem w przedsionku dworu Sokolnickiego. Kozak, który jak rozumiała ścigał z niewiadomych przyczyn Janka.

Boże chroń nas od takich podróżnych w drodze – pomyślała podświadomie. W tej samej chwili, koń pod nią niespokojnie poderwał łeb szarpiąc wędzidła i zarżał. Kozacy wstrzymali się w oka mgnieniu i zwrócili twarze w stronę skąd usłyszeli rżenie. Pierwszy od brzegu jeździec poderwał do biegu konia i jednym skokiem przesadził przydrożny rów dzielący go od najbliższych drzew.

Misia nic więcej już nie widziała. Zawróciwszy jak mogła najspieszniej konia rwała w panicznej ucieczce przez las tuż za Marysią. Teraz ich los zdawał się już być przesądzony. Dostać się w leśnej głuszy w kozacze ręce oznaczać mogło tylko zbiorowe pohańbienie, a kto wie czy nie śmierć.

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę.

Jedna uwaga do wpisu “Miecz króla Jana odc. 25

  1. Ty nam tu admin nie zamulaj glow swa wydumana historia pisana glowa szmula czy szwaba !
    Wystarczy jak szpece od falszywej historii przeinaczaja swiat na kazde zlecenie wschodu czy zachodu i mamia cale narody w tym wlasne ,ktore pasly kozy i ktos im wmowil ,ze sa narodem wybranym,musza isc nauczac i chrzcic inne narody okradajac ich i gnebiac,czynic rewolty i wojny .
    Jezeli masz talent pisarski to PISZ POLSKO-SLOWIANSKA HISTORIE ale nie przeinaczana na kopto zydowskie .
    To nasz ROZKAZ dla kazdego talentu czy probie talentu POLAKA-SLOWIANINA !
    NIE BEDZIE ZYD i NIEMIEC zasmiecal ponad DZIESIECIOLETNIO-TYSIECZNA HISTORIE SLOWIAN ,w tym z nich RODOW POLSKICH i bajal to co na korzysc szmula czy szwaba z ich mieszancami !!!
    Jak te cholery sprytnie zaczely chrzcic narody ,wymazujac z pamieci autentyczna historie SLOWIAN ,ich wierzenia i obrzedy , a obecnie przebierac nozkami ,obchodzic rocznice ,czynic spedy i udawac Polakow !
    Wlasnie na SLOWIANACH polamiecie sibie ponownie zeby i pojdziecie tam gdzie diabel ma pieklo, wasz ojciec z plemienia zmijowego.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s