Miecz króla Jana odc.26


Janet, pełna rozpaczy poszła do swego pokoju i położyła się na łóżku. Tak bez posiłku przeleżała do późnego wieczora. Gdy wstała twarz jej się bardzo zmieniła. Znów zawołała Nicol. Znów rozpytała się o wszystko, co się zdarzyło w ciągu dnia. Gdy Nicol doszła w swojej relacji, że miejsce kaźni jest już gotowe, pieniek ustawiony na właściwym miejscu i w nim tkwi ciężki topór katowski. Wygląd dziewczyny całkowicie się zmienił.

– Napiszemy rozkaz do straży. Szukaj piór i papieru – poleciła – Z szafy księcia przynieś dwa ubiory muszkieterów. Nie zapomnij o kapeluszach i rapierach. Byle by nie były zbyt ciężkie i długie.

Nicol pobiegła uradowana i podniecona zarazem, by spełnić życzenie Janet. Domyślała się wszystkiego, a gdy usłyszała, że mają być dwa stroje muszkieterów wiedziała, że będzie brała w tym udział.

Dostawszy papier, inkaust i pióro, Janet napisała kilka ledwie słów. Skreśliła zamaszysty podpis, jaki po wielekroć oglądała przeglądając pisma ojca, nakapała poniżej sporo roztopionego wokół knota świecy wosku i wycisnęła na nim odwrotną stronę medaliku z herbem książęcym.

– Musimy jeszcze poczekać, aż noc zapadnie szepnęła do Nicol. Gdy wszyscy pójdą spać przebierzemy się za muszkieterów i pójdziemy uwolnić Janka. To pismo dam strażnikowi. Napisałam, że rozkazuję go uwolnić i wypuścić z lochu. Podpisałam za księcia. Niech mi książę głowę utnie, jeśli nie kocha swej córki. Potem pojedziemy razem do twojego dziadka do Lyonu. Tam go poślubisz. Gdy książę zapomni o urazie, wrócisz z Jankiem na dwór, bym i ja mogła go, choć widywać. Lecz musisz mi przysiądź, że tak uczynisz. Że nie będziesz mi bronić do niego dostępu.

– Już po ślubie, gdy będzie moim mężem? – zapytała niepewnie Nicol.

– Czyż mogę ratować go tylko dla ciebie? – odparła rozzuchwalona Janet.

– Przysięgam – zgodziła się Nicol – Pogodzimy się jakoś. Oby tylko żył.

– Będziemy musiały wcześniej przygotować do podróży trzy konie. Czy umiesz osiodłać konia? Założyć mu uzdę?

– Umiem – zapewniła Nicol – Chociaż trochę się boję by mnie nie kopnął.

*

Przez okienko dolatywały odgłosy stukania siekierami. Janek, który był przykuty najbliżej okienka, wyjrzał na zewnątrz i ujrzał pracujących cieśli.

Cóż oni tam robią – zastanawiał się – Szubienicy nie stawiają. Raczej podwyższenie dla kata i ofiary.

Gdy spostrzegł stojący z boku równo przycięty pieniek, wzdrygnął się odruchowo. Pieniek miał wyraźnie widoczne ślady zakrzepłej krwi. Był już używany do posług katowskich.

Jak tu kłaść głowę bez obrzydzenia? – pomyślał z odrazą.

– Cóż tam widzisz? – zagadnął Kuba.

– Katowski pień, cały ubroczony ludzką krwią – odparł bez namysłu.

– Dla kogo to?

Janek spojrzał na pobladłego przyjaciela.

– Widzi mi się, że dla mnie.

– Dla nas – poprawił go Dąba.

– Ja zgrzeszyłem z córką księcia. Pamiętam, gdy mnie Sokolnicki przyłapał ze swoją córką na sianie, chciał, by mnie pies zagryzł. Dwór potem spalił. Ojca o śmierć przyprawił. Teraz książę ma mnie w lochu. Kat topór na moją szyję szykuje. Nie szczęści mi się w miłości.

– Nie ty zgrzeszyłeś – zaprzeczył Knieziewicz – tylko ona cię do grzechu przywiodła. Mam bystre oko i widziałem jak ci pod nosem tańcowała. Jak wróbel na worku z pszenicą. Także samo i z Dąbą się stało. On księżnej nie molestował. To księżna jak dobrze upieczona gęś na półmisku się ułożyła i to pod nosem głodnego. Cóż miał robić?

– Prawda to – potwierdził Dąba – Myślałem, Kolnicka mi przeznaczona. O nią będę się starał. A tu księżna. Aż z sukni wyłazi. Taką ją widział. Taką i wziąłem jak swoją. Teraz, co? Za grzech trzeba głową zapłacić. Ale tak mi się zdaje, ze to ja szybciej katu łeb utnę, niż sobie dam uciąć.

– Jak topór w swoje ręce dostaniesz to tnij ile tylko ci pod niego Francuzów podejdzie – wykrzyknął podniecony tą myślą Kuba

– Z muszkietami przyjdą.

– Wal w muszkiety najpierw. Nim lonty przyłożą, będzie już po nich.

– Tak uczynię. Byle byś nie uciekał. I nie chował się za mnie, jeśli który wypali.

– Mości Dąba – rzekł uroczyście Kuba – w tobie cała nasza nadzieja. Nasze ocalenie. Do końca życia będę pamiętał. Jeśli mi się kiedy syn urodzi, twoim imieniem go ochrzczę.

– Gorzej, jeśli mnie ostatniego do kata będą prowadzić.

– Zgłoś się na ochotnika jako pierwszy.

– Do kata na ochotnika? – zdziwił się Dąba.

– Tylko tak nas możesz uratować. Większa siła w ciebie wstąpi, kiedy nie tylko o swoją głowę będziesz się bić, ale także o głowy swoich przyjaciół. Sam Bóg cię ochroni i pomoże. Byle byś dzielnie zaczął i znienacka.

– Boję się, że Bóg o nas zapomniał. Za dużo nagrzeszyliśmy. Czemuż by miał o nas pamiętać? – mruknął Dąba – Gorzej, bo Kondeusz nas nie zapomni. Jak i tego by znowu nas muszkieterami obstawić i jak raki po jednym wyciągać, a łby obcinać.

– Boże zmiłuj się nad nami – westchnął Kuba – A jak nie masz takiej mocy by nas wszystkich uratować, to przynajmniej mnie uratuj. Ty kochasz maluczkich i ubogich. A ja taki jestem. Nie rycerz ja i gwałtowną śmiercią nie lubię ginąć. Ocal mą głowę, a ja śluby zakonne złożę i będę ci służył. Choćby i w tym klasztorze, do którego Lechowicz piwo mnichom wozi.

– Módl się Kuba, módl, to może przed śmiercią kufel piwa wymodlisz – zakpił Dąba.

– Dla mnie proś o bigos i golonkę – dodał Knieziewicz – Bo dziś jeszcze nic nie jadłem.

– Nie brońcie mu wać… wać… waćpanowie modłów. Może Bóg się zlituje – zganił Piekota żartownisiów.

– Patrzcie przyjaciele. Kuba do niebios wzdycha i już Piekocie ją… ją… jąkanie mija – kpił dalej Dąba.

Janek obserwował przyjaciół z uwagą.

Żartują sobie i lęku po nich nie widać – myślał – a gorzej tu jest czekać niż przed bitwą, z której można wszakże żywym wrócić. Pod Chocimiem w milczeniu czekali ponurym. Tu im wesoło jak przy butelce dobrego wina.

Pomimo żartów i wesołej rozmowy, czas im się dłużył. Gdy zapadł powoli zmierzch i zrobiło się ciemno, poukładali się do snu. Wielką niewygodą było to, że łańcuchy były zbyt krótkie, skutkiem czego jedna ręka u każdego więźnia wisiała w górze na żelaznej obręczy. Nikomu nie dozwalało to zasnąć.

Była już głucha noc gdy usłyszano na korytarzu odgłosy kroków.

– Idą po nas – jęknął Kuba.

– Idą, bo niosą nam posiłek – wyjaśnił pełen dobrej nadziei Dąba – Późno, bo późno, ale lepiej późno niż wcale.

Po chwili drzwi się otworzyły i do środka wszedł strażnik że świecą w ręku. Za drzwiami widać było cienie dwóch innych w mundurach muszkieterów.

Strażnik, zagadał coś po francusku.

Różewicz uniósł się na łokciu i rozmawiał chwilę ze strażnikiem po czym wskazał na Janka.

Strażnik podszedł do wskazanego więźnia i młotkiem wybił klin, który mocował łańcuch na jego ręce. Następnie ruchem ręki dał mu znać aby wychodził.

Janek obrócił się jeszcze do Różewicza i zapytał.

– A co z wami?

Gdy wróci książę, mają nas ściąć – odparł krótko Różewicz.

Strażnik zniecierpliwiony powolnością Janka popchnął go brutalnie w stronę drzwi.

Nie wiedział, że ułatwił tym mu to, co śmiały i zdesperowany młodzian zamierzył w jednej chwili.

Mleszkowski gdy znalazł się za drzwiami, pchnął lewą ręką muszkietera tam stojącego tak silnie w pierś ze ten uderzył plecami w muszkietera stojącego za nim a ten z kolei w ścianę, prawą zaś chwycił za oręż jaki miał muszkieter przy boku, wyrwał go z pochwy i błyskawicznie obracając się w tył wbił jego ostrze w udo strażnika. Pchnął go jeszcze oburącz na Dąbę nie wypuszczając jednak zdobytej broni. Sam obrócił się ponownie ku muszkieterom i już miał zadać kolejne pchniecie, lecz zgasła świeca, którą ranny w pierś strażnik wypuścił z ręki. Jednocześnie usłyszał krzyki przerażenia tak piskliwe i paniczne, że zdumiony zamarł w bezruchu. Przypomniała mu się także dziwna miękkość pod dłonią, gdy pchnął w pierś muszkietera.

– Janet, Nikol? – zapytał niepewnie.

Janek, ne me tuez pas. – odezwała się Janet – Je vous aime et je suis venu pour vous liberer. (Janku nie zabijaj mnie. Ja cię przecież kocham i przyszłam cię uwolnić.)

Kim jest ten drugi muszkieter?– zapytał po francusku Różewicz.

– To Nicol moja przyjaciółka. Pomaga mi uwolnić Janka wbrew woli mojego ojca. Naraża się na wielką niełaskę księcia.

Rozległ się stuk młotka o żelazo. To Dąba wymacał w ciemności młotek jaki miał przy sobie strażnik i rozkuwał z łańcucha swoją rękę.

Czy jest jeszcze inna straż? – dopytywał przezornie Różewicz.

Był tylko jeden.

Zatem książę o niczym się nie dowie.

Janek powoli w ciemności posuwając się na przód trafił na Janet. Poczuł jak odruchowo zadrżała. Aby ją uspokoić i pozwolić wyzbyć się lęku, objął ja i przygarnął do siebie.

Dąba niestrudzenie stukał swym młotkiem, uwalniając kolejno wszystkich pozostałych więźniów.

Powoli, macając w ciemnościach po ścianach, zaczęli wychodzić długim korytarzem z piwnicznych lochów. Gdy dotarli do schodów, na górze ukazało się nieco światła pogodnej gwieździstej nocy.

Byli wolni. Opuściwszy więzienny budynek skierowali się z powrotem do pałacu. Po drodze idący na końcu pochodu Dąba, podszedł do katowskiego pieńka i wyrwał z niego olbrzymi ciężki topór.

Dostawszy się do pałacu, Różewicz poprosił Janet, aby wskazała komnatę, w której stoi komoda z blatem z malowanymi figurami szachowymi.

Janet trzymając Janka za rękę, ruszyła bez słowa tam gdzie sobie życzył Różewicz. Domyślała się, że chodzi o miecz, ale wiedziała, że komoda ma specjalne szyfrowane zamkniecie, które zna tylko książę. Otworzyć ją w inny sposób, było niemożliwe. Grube dębowe bale, z jakich była wykonana i dodatkowe żelazne okucia, były nie do sforsowania.

Doszedłszy do komnaty otoczyli kołem komodę przyglądając się szachowym figurom ustawionym na polach do gry.

– Ja ją otworzę – zapewnił Kuba – Znam grę w szachy jak mało, kto. Gdy królowi zrobię szach mat, wieko samo się otworzy. Miecz sam wpadnie w moje ręce. I znów nasz król Sobieski najwięcej mnie będzie zawdzięczał. Ja mu miecz wręczę. I ja za to odbiorę sowitą nagrodę.

– No to zaczynaj – ponaglił Knieziewicz – Czasu mamy niewiele.

– Dobrze – zgodził się Kuba – Ja będę grał czarnymi figurami. Kto z waszmościów grać będzie białymi?

Zapanowała cisza. Nikt oprócz Różewicza nie umiał grać w szachy, lecz Różewicz akurat grając słabo, nie chciał narażać się na przegraną. Dlatego i on milczał.

– Ha, szlachta! Krew błękitna, a grać nie umie – szydził Kuba – Myślałby kto, że to matoły, rębajły, beczkopije, opoje i tłustojady, pasibrzuchy.

Dąba na tyle przymówek nie strzymał. Chwycił Kubę za kark i przydusił do komody.

– Dobrze gadasz, Kubo – mruknął rozsierdzony – Rębajło ze mnie niezgorszy, chociaż miecza mi w garści brak. Ale przywlokłem ze sobą topór katowski. Rąbnę raz z góry, to nie tylko łeb ci utnę, co takie plugawe ma myśli, ale i tą skrzynie rozłupię jak laskowy orzech.

– Nie kalaj mą krwią rąk swych – jęknął Kuba – daj nasamprzód pacierz zmówić.

– Mów – zgodził się Dąba, puszczając Kubę – byle prędko.

– Pacierz później zmówię – Kuba poczuwszy się wolny odsunął się od Dąby – Teraz komodę otworzę. Lecz ktoś musi grać białymi figurami.

– Niech gra Janet – zdecydował Różewicz.– I nie czekając na zgodę kogokolwiek poprosił Janet by zagrała przeciw Kubie.

Janet nacisnęła pierwszy biały pionek.

Kuba zrobił ten sam ruch pionkiem czarnym.

Janet znów wcisnęła biały pionek, a Kuba wcisnął czarny. Kolejno Janet wcisnęła laufra wymawiając słowa szach mat.

– Szybko cię ograła, znakomity graczu – zauważył Dąba.

– Ale w ten sposób sama otworzyła nam komodę – Tryumfalnie zaśmiał się Kuba, kładąc rękę na krawędzi blatu. Szarpnął nim w gore, lecz komoda dalej była zamknięta.

– Lubisz kpić z innych teraz ona zakpiła sobie z ciebie – mruknął Knieziewicz.

Dąba podszedł do okna, otworzył je na oścież i wyjrzał na zewnątrz. Ujrzał w dole niewielkie kamienne schodki. Wrócił, więc do komody, uniósł komodę w górę, na brzuch, podszedł ponownie do okna i cisną w dół na te właśnie schody.

Dał się słyszeć stuk i odgłos pękających drewnianych bali.

Teraz ją otworzymy – zapewnił, biorąc w rękę ponownie olbrzymi topór – Chodźmy na dół. Tam zobaczymy czy miecz jest w środku, czy dalej będziemy musieli go szukać.

Kuba pierwszy zbiegł po schodach, a trafiwszy na uszkodzoną jedną ścianę komody, chciał ja rozbić waląc w nią nogą. Lecz dopiero potężne uderzenia obuchem topora rozbiło komodę na części.

Teraz Dąba schylił się i w zawojach aksamitnej materii zmacał klingę miecza i jego głownię.

– Jest! Oto on – rzekł prostując się na całą swą wysokość i wznosząc w górę rękę. W srebrnym świetle księżyca zabłysło ostrze miecza, zalśniły rubiny i szmaragdy – Iście królewski to oręż. Miecz naszego króla. Jak on prosty, jak on mocny i niezwyciężony.

Dąba odwrócił się do Knieziewicza – Póki co, ja za broń mam topór, Mleszkowski i Różewicz rapiery, ty weź ten miecz. Piekota niech ma w opiece materię, w której był zawinięty. Zdobędziemy inną broń, znowu się w nią miecz królewski zawinie.

– Zatem możemy wracać – rzekł poważnie Knieziewicz – Królowa na nas czeka. Droga przed nami długa, więc pospieszajmy.

Janek odwrócił się do Janet i Nicol.

– Żegnajcie. Nie zapomnę was. Kto wie czy życia wam nie zawdzięczam.

Janet domyślając się że to słowa pożegnania, rzuciła się mu na szyję.

*

Pierwszy od brzegu kozak poderwał do biegu konia i jednym skokiem przesadził przydrożny rów dzielący go od najbliższych drzew.

Kordejko klnąc głośno, śmignął za nim na swym rączym gniadoszu by powstrzymać Hryłkę.

Wiedział z doświadczenia ze tam gdzie niewiasty tam muszą być w pobliżu także Lachy a z nimi i kłopoty.

Hryłko był młody i głupi i jak pies gonił za suką, tak on za niewiastą.

Ledwie, że przeleciał sto kroków, gdy gwałtownie odchylił się w bok jakby był pijany. Koń pod nim również zachwiał się ściągnięty gwałtownie wędzidłem i padł na bok przygniatając nogę kozaka.

Kordejko wstrzymał konia i nachylił się nad leżącym.

– Czort, szto z toboj? – zapytał zdziwiony.

Kozak uniósł głowę. Zęby miał wyszczerzone jak w uśmiechu. Wstrząsnął nim gwałtowny skurcz. Z otwartych ust buchnęła mi zielonkawo żółta ciecz.

– Szto z toboj? – ponowił pytanie Kordejko.

Kiedy wymioty na chwilę ustały, głowa kozakowi opadła na ziemię. Z trudem oddychał. Po twarzy kroplami ściekał mu pot.

Struła mnie – wyszeptał z wysiłkiem – Ta suka, która szła do stajni z karczmarzem. Z jej butelki napiłem się horyłki trucicielki. Wypruj ty z niej bebechy by prawych kozaków nie truła.

Dalsze słowa przerwały kolejne skurcze i wymioty. Nie trwały jednak długo. Po krótkiej chwili kozak kopnął ziemie dwa razy, wyprężył się cały i skonał.

Rozdział 13

Zemsta

 

Na starym dębie usiadł kruk

I bystrym okiem księcia zmierzył

A dołem przebiegł szary wilk

I zęby swe wyszczerzył

Tuż przed świtem Knieziewicz wstrzymał szaloną jazdę na złamanie karku. Konie musiały odpocząć, ludzie zjeść jaki taki posiłek. Niewielki brzozowy lasek doskonale się do tego nadawał. Płytki strumień pozwalał napoić konie.

Owinięci w wełniane podróżne płaszcze siedzieli pod drzewami opierając się o nie plecami i jedli chleb ze słoniną. Po krótkim posiłku zasnęli tak jak siedzieli nie kładąc się. W pół godziny później Knieziewicz pierwszy się zbudził i zaczął trącać pozostałych by wstawali. Znów ruszono w drogę. Gdy zaczęło rozwidniać się na dobre z przydrożnej winnicy zerwali winne grona i jadąc pożywiali się nimi. Senność i zmęczenie minęło. Dzień był piękny, pogodny i ciepły.

– Gdyby mnie tak Janet ściskała za szyję i puścić nie chciała – zagadał Kuba – to nie wiem czy bym nie został?

– Możesz sobie wrócić – mruknął Dąba – Nie będzie miała Janka, to zadowoli się Kubą. A jak by ucieszył się książę z twojego powrotu.

– Kat też by nie miał ci tego za złe – dodał Knieziewicz.

– Trzeba było zabrać je ze sobą – westchnął Kuba – A tak nakarmione zostały niewdzięcznością. Szczególnie przez Janka. Przychodzą go ratować, a on na nie z rapierem.

– W ciemności nie mogłem od razu rozeznać – przyznał się Janek – I mnie było ich żal zostawiać, ale cóż mogłem począć. Chociaż w głowie mam mętlik a w sercu smutek, nie Turczyn ja, abym miał trzy żony w domu trzymać.

– A ja im ciemniej, tym pewniej niewiastę poznaję – zapewnił Kuba – A jako prawy katolik myślę, że byłoby bardziej po bożemu trzy razy sakrament małżeński przyjmować, niż co raz ze służką grzeszyć.

– Inaczej nasz Bóg postanowił – wtrącił się do rozmowy Różewicz – Allach i jego prorok Mahomet, pozwala Turkom na cztery żony i kilkanaście nałożnic, byle by nowych wyznawców mu przysparzali i nowych wojowników na wojny z chrześcijaństwem.

– Tak i nasz Bóg powinien postąpić. Jeśli mamy Turków zwyciężać musi nas być tyle co Turków, a do tego potrzeba nam więcej żon.

– Ożeń się Kuba najpierw z jedną – zaśmiał się Dąba – A później pomyśl czy ci tej jednej nie będzie aż nadto. Znałem ja takiego rycerza, co gdy w małżeństwo popadł to siedem lat wojował i choć szabli nie wyjmował, do domu wracać nie chciał.

– To on jakby i nie żonaty był – stwierdził Kuba.

– Prawda – potwierdził Dąba – Ale gdy po tych siedmiu latach odważył się do domu powrócić, to zastał tam nie tylko żonę kłótnicę, ale i ośmioro dzieciaków. Ośmioro, bo i bliźnięta tam były.

– Taką do studni trzeba by było wrzucić.

– Czemuż to? – spytał Dąba.– Na kominie bociany gniazdo sobie uwiły i tak co roku za ich sprawą dzieciaków przybywało. Żadnej w tym nie było winy niewiasty.

– Ja bym jednak do studni ją wrzucił – upierał się Kuba.

– Któż by ci łoże słał, barszcz gotował po plecach drapał? Któż by ci pod nos kadził?

– Pieski nasz los – przyznał Kuba – Wiem teraz, że lepiej pod hetmańską chorągwią, teraz królewską, służyć. Swobody zażywać. Zgryzot nie mieć. Wypijesz, zjesz, dziewkę na siano pociągniesz. Takie życie najlepsze. Koń pod tobą, niebo nad głową, a szabla przy boku. Kuba wyprostował się w siodle i zaśpiewał.

Rumak niesie mnie na grzbiecie.

Choć mnie siodło w tyłek gniecie.

– Milcz Kuba – rozkazał Knieziewicz – Oddział piechoty przed nami.

– Teraz to i ja widzę – potwierdził Kuba – Licho ich na tą drogę posłało. Ale że idą w tą samą, co i my stronę, więc możemy iść spokojnie za nimi.

– Wozy za nimi ciągną zaprzężone w woły – zauważył Janek. Powoli się posuwają. Nam spieszno.

– Ale nie tak, aby pod kule iść – skrzywił się Kuba.

– Podjedziemy pod nich nieco, a później skręcimy w tą ścieżkę po lewej stronie w las. Lasem ich ominiemy, tak nas i nie będą rozpytywać, kto zacz i z czym jedziemy – zdecydował Knieziewicz poganiając konia.

Ruszono dość szybko. I chociaż ścieżka nie za daleko odbiegała od głównego gościńca, nie sposób było zatrzymać jeźdźców inaczej jak salwą z muszkietów. Na to nie zdecydował się jednak oficer prowadzący piechotę. Po kilkunastu minutach ostrego kłusowania wjechano w las i tu zwolniono nieco, aby zbytnio nie forsować koni. Ścieżka była szeroka na dwukółkę i zapewne służyła do wywożenia z lasu drzewna na opał.

Las zrazu mocno przetrzebiony dalej gęstniał i przemieniał się w puszczę. Tu i ówdzie ustępowały przed nimi niewielkie stada dzików i pierzchały spłoszone sarny i daniele. Górą pomiędzy konarami wiekowych buków i dębów przeleciał wielki czarny kruk mącąc ciszę ponurym krakaniem.

– Słysząc to krakanie, od razu przypominają mi się kozacy – odezwał się Kuba, a twarz przy tym wydłużyła mu się i pobladła.

Jadący na przedzie Knieziewicz wstrzymał konia i uniósł w górę rękę nakazując ciszę. Wszyscy nadstawili uszu.

Janek który najlepszy miał słuch pierwszy rozeznał odgłosy ludzkie. Zbyt były jednak odległe, aby można było powiedzieć jak wiele było tych głosów. Do nozdrzy dotarł jednocześnie snujący się po puszczy dym i zapach pieczonego mięsa.

Bokiem przemknęły dwa szare wilki płosząc kilka zajęcy.

Knieziewicz ruszył koniem w przód. Wszyscy podążyli jego śladem zachowując ciszę. Głosy ludzkie były coraz lepiej słyszane. Rozmowa była głośna, wartka i wesoła.

Różewicz zbliżył się do Knieziewicza.

– To książe Kondeusz – powiedział stłumionym głosem.

– Nie czas go mijać – odparł Knieziewicz.– Albo my jego schwycimy, albo on nas.

– Mamy mało broni – zauważył Różewicz.

– I wielką ochotę na pieczoną dziczyznę – dodał Dąba.

– Ja i ty uderzymy wprost na księcia – rozkazał Knieziewicz kierując te słowa do Różewicza. Dąba uderza w największą kupę, osłaniany przez Janka. Kuba i Piekota idą za nimi.

– Ja nie mam broni – wzdrygnął się Kuba.

– Tam gdzie jest Dąba, tam broni jest pod dostatkiem. Wystarczy się schylić – uciął Knieziewicz – Posuwać się równą linią. Ruszamy.

Puszcza w tym miejscu była w znacznej części porośnięta starymi jodłami co czyniło ją mroczną pomimo słonecznego dnia. Konie szły wolno. Kopyta zapadały się w miękkim mchu niemal po pęciny. Czasem tylko pękła złamana gałąź, lecz dźwięk ten ginął w głośnym śmiechu i rubasznych żartach niczego nie spodziewających się biesiadników. Widać ich było na sporej leśnej polanie. Zgromadzonych wokół upieczonego już dzika i dwóch saren. Dalej leżały jeszcze dwie inne sarny i jeleń o potężnym porożu.

Książe Kondeusz siedział na drewnianym rozkładanym karle wyłożonym skórą. Przy nim stała piękna, ubrana w ciemną purpurową suknię, kobieta. Na małym podróżnym stoliku ustawionym przed księciem znajdowała się kryształowa karafka wypełniona czerwonym winem, dwie szklanice i duży srebrny półmisek z pieczoną szynką z dzika.

Kobieta pochylona była nad półmiskiem. Wąskim nożem odcięła gruby plaster szynki i podała księciu.

Dąba widząc to poprzez gałęzie jodły, głośno mlasnął. Na ten dźwięk Knieziewicz uniósł w górę lewą rękę i dał znak do uderzenia.

Sześciu jeźdźców pochyliło się w siodłach podrywając konie do gwałtownego biegu. Knieziewicz pierwszy jednak wyskoczył z mrocznej gęstwiny drzew i tuż przed całkowicie zaskoczonym księciem osadził swego rumaka tak że aż przysiadł na zadzie. Ostrze miecza dotknął jego piersi. Różewicz już był przy nim i tocząc w koło koniem obserwował spustoszenie jakie czynił Dąba. Ten wjechawszy w sam środek Francuzów z miejsca obalił na ziemie trzech. Ci ponieśli na zdrowiu najmniejszy uszczerbek bo padli potraceni piersią końską. Czwartego i piątego tracił ledwie katowskim obuchem, nie by im krzywdę uczynić, lecz by odebrać im ochotę do walki. Szóstego kopnął nogą, od czego i ten także padł na ziemię. Siódmego nie zdążył sięgnąć gdyż mu uciekł przeskoczywszy rożen z pieczonym dzikiem, wpadł przy tym w ogień, z którego wyskoczył jak oparzony i pognał w las. Teraz Dąba zwrócił konia w prawo, aby natrzeć na najbliższych trzech Francuzów, lecz żaden z nich nie chciał mu stanąć do walki, woląc szukać ratunku w ucieczce.

Janek nacierał na lewą linie biesiadników. Na początku skłuł lekko dwóch muszkieterów. Widząc ze Dąba rozbił całe prawe skrzydło a i jemu także lekko idzie pożałował Francuzów i zamiast zadawać dalej kłute rany do czego rapier najlepiej się nadaje, płazem uderzył przez głowę tęgiego grubasa. Grubas przysiadł z bólu jęcząc i obejmując głowę, lecz klinga pękła na pół. Spostrzegł to inny muszkieter i chcąc się przebić przez nacierających rzucił się z długim ciężkim rapierem na zaskoczonego złym obrotem sprawy Janka. Janek odparował cios pierwszy i drugi, lecz czując nierówność walki zerkał na boki czy gdzie nie znajdzie lepszej broni. Kuba tym czasem zajechał muszkietera z tyłu, a że jeszcze i jemu nic w ręce nie wpadło skoczył z konia i zaczął dusić oburącz francuza. Tak go wspólnie pokonali zdobywając na nim broń.

Piekocie szczęściło się dobrze, bo zaraz pierwszemu podającemu przed Dąbą tył, wyrwał rapier i pchnął ostrzem w ranię raniąc boleśnie chociaż niegroźnie. Dalej korzystał na swój sposób z zamieszania i popłochu kłując umiejętnie jak na doświadczonego po wielekroć w bojach i potyczkach, wachmistrza przystało. W krótkim czasie więcej niż piętnastu muszkieterów jacy towarzyszyli księciu było rannych, lub tak poturbowanych, że nie zdolnych do dalszej walki. Pozostali jednak mniej więcej w tej samej liczbie schronili się za najbliższymi drzewami i szykowali się do przepędzenia intruzów. Niewielka ilość napastników ośmielała ich coraz bardziej i do walnej z nimi rozprawy potrzebne im były tylko konie. Miedzy linią drzew i końmi był wszak Dąba, który ich rozbił i rozpędził jak porywisty wicher kupę suchych liści. Obserwowali go teraz uważnie tak jak wilki obserwują potężnego żubra i szukali sposobu by mu skoczyć do gardła. Miał on w ręku wielki topór, który, gdy kat zadawał nim cios, brać go musiał oburącz by unieść w górę. Ten toporem śmigał teraz w jednej dłoni. Topór nie jest wszak bronią którą można było by bronić się przeciw rapierowi. Lecz jak powstrzymać natarcie tak straszną bronią, gdy znajdzie się w ręku mocarza.

Dąba doświadczony w walce, też widział co się wokół niego dzieje i nim Francuzi uradzili taktykę dalszej, walki już miał w lewicy długi i ciężki rapier, który mógł mu dać dodatkowo osłonę. Zaraz też przy jego boku stanęli Janek, Kuba i Piekota. Najlepsza pora na przeciwuderzenie minęła. Teraz trzeba było czekać i liczyć na przypadek.

W takim stanie rzeczy Knieziewicz uznał bitwę za wygraną i polecił francuzom złożyć broń, jeśli chcą ratować życie księcia. Różewicz powtórzył słowa Knieziewicza wypowiadając je w języku francuskim.

– Ręka która trzyma miecz przy piersi księcia jeszcze nigdy nie zawahała się zadąć ciosu – dodał ostrzeżenie od siebie – A was piętnastu, to zbyt mała siła byśmy się z nią mieli liczyć. Jeśli będziemy musieli zabić księcia, to zabijemy także każdego z was. Nie będzie już szturchańców ani drobnych ukłuć. Od tej pory każdy następny cios, będzie przynosił wam śmierć.

– Czy ręczysz panie słowem szlachcica, że nikomu włos z głowy nie spadnie jeśli broń zostanie złożona? – zapytała dama stojąca w pobliżu księcia.

Janek słysząc ten głos odwrócił się i spojrzał na kobietę, której twarz dopiero teraz dojrzał. Była to ta sama niewiasta, która spotkał w karczmie w towarzystwie posła cesarskiego podczas swej wędrówki do Warszawy. Nazywała się jak pamiętał Salwa la Gracca.

– Za to mogę ręczyć – odparł Różewicz.

– A czy możesz zaprzysiąc to samo w imieniu Boga i swego króla?

– Mogę przysiąc – przerwał Knieziewicz – Że jeśli nastąpi zwłoka w tym czego żądam, to zetnę księcia, a później wyrżniemy resztę Francuzów, by nikt nie mógł świadczyć przeciw nam.

– Ja będę świadczyć – odparła dama.

– Ty dasz głowę zaraz po księciu – zapewnił Kniaziewicz.

– Każ książę swym ludziom by złożyli broń i poddali się woli napastników – odezwała się po raz ostatni la Gracca.

Książę, zwycięzca w wielu bitwach, skapitulował i kazał poddać się swojej przybocznej gwardii dobranej z najbardziej bitnych muszkieterów.

Francuzi zaczęli wychodzić na polanę i rzucać rapiery pod nogi Dąby.

Kuba je zbierał i wiązał jak chrust w naręcze.

Zbywszy się broni stawali w szeregu czekając na dalsze rozkazy.

– Piekota – odezwał się Knieziewicz do wachmistrza – Sprawdź czy przy koniach nie znajdziesz samopałów. Jeśli takie będą, weź dwa i poprowadził jeńców ze dwie mile nazad drożyną któreśmy przybyli. Tam ich puścisz wolno, niech maszerują gdzie chcą, byle by tu nie wracali.

Różewicz przetłumaczył polecenia Francuzom i obserwował jak zawracają i odchodzą w głąb lasu pod strażą Piekoty.

Knieziewicz podszedł do koni przywiązanych do drzew i dosiadł książęcego rumaka. Dąba podjechał do niego i pochwalił trafnego wyboru.

– Nic to innego jak zdobycz wojenna – rzekł z przekonaniem – Ta zwycięzcom się należy. A konie te w drodze niech nam dobrze służą. Książę niech z podwiniętym ogonem pieszo wraca. Wart jest tego.

– Zasłużył sobie na coś więcej – stwierdził Knieziewicz nachylając się ku Dąbie i półgłosem tłumacząc mu swoje postanowienia.

– To chyba będzie wojna pomiędzy Rzeczpospolitą a królem Francji – wykrzyknął Dąba.

– Armie Francuzów musiałyby przejść przez ziemie niemieckie, a do tego nie są zdolne.

– Prawda – przytaknął Dąba zawracając konia w stronę Kuby.

– Weź mój topór – rzekł mu – i zetnij jedną jodłę, pierwszą z brzegu. Ja tym czasem wybiorę sobie odpowiednią do mojej ręki broń.

– A po cóż mi taka praca – obruszył się Kuba.

– Zetnij jodłę i przygotuj dwa krótkie dębowe kliny. Tak przyłożysz rękę do zemsty jaką szykujemy z Knieziewiczem.

Dąba zsiadł z konia i stanąwszy przy księciu, oparł swą rękę na jego ramieniu.

– Jakaż to zemsta? – spytał Kuba spoglądając nienawistnym spojrzeniem na Kondeusza.

– Zetniemy mu głowę. Tak jak on kazał nam głowy pościnać. Ty zetnij sosnę, a ja zetnę księcia. Jak wiem kat zawsze ma pomocnika. Na ten raz ty nim zostaniesz.

– To książę – krzyknęła hrabina La Gracca – Książę z rodu Burbonów, bożych pomazańców. Kto krew pomazańca bożego przeleje…

– Tego po wsze czasy piekło czeka – zaśmiał się Dąba – Za ten, za przeszłe i przyszłe, wszystkie nasze grzechy mamy piekło obiecane po stokroć. Księciu drogę do nieba otwieramy. Więc krzywdy mieć nie powinien.

Kuba chwycił za topór podszedł do niezbyt grubej sosny i zaczął ją ścinać.

– Za cóż chcecie księcia życia pozbawić?– spytała hrabina.

– A za cóż on chciał mojej głowy?

– Tyś ledwie szlachcic.

– Sześć takich głów chciał katu podarować.

– Poznaję wśród was dwóch. Jeden to włóczęga i żebrak, drugi to złodziej. Obaj i bez innych przewinień winni być katu poddani.

– Dziś oni zwycięzcy – zawyrokował Dąba.

– Ja też ciebie pani poznaję – odezwał się Janek. –Jeśli to mnie złodziejem czynisz, to tylko na większą karę zasługujesz. Bo to moje złoto mi zabrano. Poseł cesarski być może za twoim podszeptem kazał to uczynić.

– O niczym nie wiedziałam – wyparła się hrabina – Od śmierci cię zbawiłam. O tym pamiętaj.

– Pamiętam swą hańbę i cierpienie. I guzy na swym ciele.

– W gniewie porwał nóż leżący na stoliku obok szynki, schylił się do nóg hrabiny i odciął cały pas materii z sukni na samym dole. Nim się zorientowała co czyni, skrępował nim jej szczupłe ręce, zaciągnął pod drzewo i przywiązał do gałęzi tuz ponad jej głową.

– Cóż czynisz głupcze? – krzyknęła oburzona, gdy spostrzegła w jakiej nagle znalazła się sytuacji.

– Odpłacam ci pani tym samym – odparł rozrywając suknię na jej piersi i obnażając piersi.

To co ujrzał zmieszało go jednak i zachwyciło. Widok wspaniale ukształtowanej kobiecej figury odsłoniętej wprawdzie tylko do pasa wzbudził w nim niespodzianie emocję i pożądanie. Wpatrzony w jej krągłe piersi nie mógł się przemóc.

– Cóż teraz uczynisz ze swoją zdobyczą? – zapytała z tryumfującym uśmieszkiem hrabina La Gracca.

Janek cofnął się o pół kroku w tył i zaczerpnął w płuca powietrza.

– Cóż uczynisz?– Krzyknęła podrażniona jego zachowaniem.

– To samo co ty uczyniłaś ze mną – odparł z wysiłkiem.– Zostawię cię pod drzewem.

– Wilkom na pożarcie?

– Wkrótce ruszy za nami pogoń. Będą szukali księcia. Wtedy będziesz wolna.

– Gdy wpadniesz w moje ręce, ja dla ciebie litości mieć nie będę. Każę cię żywcem spalić.

– Ja już czuję w sobie ogień.

– Uwolnij mnie, a ja uwolnię cię od tego ognia.

– Nie wierzę ci hrabino. Takim kobietom nie należy wierzyć. Już raz mnie o tym przekonałaś

– Janek uważaj – krzyknął Kuba.

Podcięta sosna z szumem waliła się w to miejsce gdzie właśnie stał.

Spostrzegłszy ją, rzucił się wprost przed siebie, wpadając na związaną hrabinę. Ich postacie zderzyły się i hrabina upadłaby z pewnością, gdyby jej rzece nie była przywiązana do gałęzi drzewa. Odruchowo objął ją i przytrzymał przy sobie. Wykorzystała to przebiegła niewiasta poddając się w przód i całując go namiętnie w usta.

Zaskoczony trwał w tym pocałunku, aż wydał mu się niestosowny i grzeszny, bo zbyt namiętny i długi.

– Rozwiąż mnie i uwolnij – poprosiła gdy odstąpił od niej.

Nie będąc w stanie odmówić, cofnął się do stolika i sięgnął po nóź by przeciąć więzy na jej rękach. Powstrzymał go jednak Knieziewicz.

Niech tak pozostanie dopóki nie skończymy z księciem – rozkazał.

Kuba swoją robotę wykonał i podał topór Dąbie. Ten wziąwszy potężny zamach uderzył nim wzdłuż pnia zwalonej sosny jakby ją chciał rozczepić na dwoje. Ostrze topora pogrążyło się do połowy w drewnie. Dąba wyrwał je jednak i ponownie się zamachnął do kolejnego uderzenia.

Kuba na to nie wytrzymał.

– Miałeś księciu głowę odrąbać, a nie deski szczypać. Chatę chcesz stawiać, czy może dwór dla siebie?

– Daj tu Kuba kliny – polecił Dąba – W te szczeliny po ostrzu topora. I przytrzymaj bym je mógł wbić w pień. Reszta niech cię nie obchodzi.

Kuba wykonał polecenie nie bardzo rozumiejąc po co to robi.

Dąba wbił podstawione kliny, jeden od drugiego nie dalej jak na szerokość swojej dłoni.

– No, teraz weźmiemy się za księcia. Wolisz trzymać go za głowę, czy za pludry? –  spytał na pozór poważnie.

– Za głowę – odparł Kuba.

Dąba odwrócił się do Kondeusza  – Wybacz wasza wysokość, ale czas ci głowę uciąć – rzekł – Racz zatem podejść do tej ściętej sosny, klęknąć przy niej i wcisnąć głowę pomiędzy owe dwa kliny, które w nią wbiłem. Jeśli by była jakaś niewygoda, możesz ręce swe wesprzeć na pniu drzewa. Wiązać ci ich nie będziemy, ani łańcuchów na nie nakładać, tak jak ty to uczyniłeś. Przetłumacz to mości Różewicz, by książę wiedział co ma czynić.

Różewicz oczy wytrzeszczył – Niepodobna byśmy księcia mieli życia pozbawić – wykrzyknął wzburzony – Moja szpada go obroni.

Knieziewicz był szybszy. Chwycił za rękę Różewicza i w jednej chwili pozbawił broni.

– Tłumacz co mówił Dąba – rozkazał.

– Król nas gardłem za to pokarze.

– Ciebie nie, boś w jego obronie za oręż chwycił. Moja to i Dąby zemsta. Jeśli będzie chciał karać to nas ukarze. Kto wie jakie ja od króla instrukcje na drogę dostałem? Może kazał mi księcia zgładzić, jeśli byłoby to możliwe.

Różewicz zaczął tłumaczyć księciu słowa Dąby. Twarz Kondeusza zszarzała. Nie drgnął jednak, nie poruszył się. Trwała pełna napięcia cisza.

Dąba przystąpił do księcia i położył mu na ramieniu swą ciężką dłoń. Teraz dopiero książę drgnął i rozejrzał się po otoczeniu jakby dopiero co zbudzony.

Wstał z karła na którym siedział i podszedł do zwalonego drzewa. Posępnie wpatrzył się w przestrzeń pomiędzy dwoma klinami gdzie miał położyć swoją szyję. Przeżegnał się odruchowo.

Dąba znów położył mu rękę na ramieniu, lecz bliżej karku, tak jakby chciał go przygiąć ku miejscu kaźni. Książe klęknął na oba kolana i pochylił tułów na sosnę.

– Kuba – rozkazał Dąba – Chwyć księcia za włosy i ciągnij do siebie. Tak abym widział jego kark Z drugiej strony Piekota. Złap księcia za kurtkę i przytrzymaj.

Kuba wykonał skwapliwie polecenie, chociaż czuł jak mu dusza ucieka na ramię. Z drugiej strony Piekota trzymał księcia od tyłu.

– Kuba jak ty to robisz – zganił Dąba – Od razu widać żeś katu nie posługiwał.

– A co źle robię? Zapytał Kuba oburącz trzymając księcia za długie czarne pukle włosów.

– Tak to się zdarzyło, gdym ostatnim razem pewnego baszę tureckiego chciał głowy pozbawić. Pachołek młody, że głupi, tak jak ty trzymał Turka. Nie zaparł się o pień nogami. Ja topór w dół spuściłem, Turek szarpnął się do tyłu pociągając ręce onego głupka na pień, a ja toporem je odrąbałem zamiast głowy onego baszy. Tak i teraz się może zdarzyć, jeśli na ziemi nie siądziesz i o pień się nie zaprzesz.

Kuba skwapliwie to uczynił, jeszcze bardziej niespokojny czekając na to co nastąpi.

Ale Dąba przyglądając mu się z uwagą jeszcze bawił się jego osobą.

– Zamknij usta Kuba, bo jak krew siknie, gdy głowę zetnę, to prosto w twoje gardło poleci.

Kuba zamknął usta i zacisnął wargi.

– I oczy, by ci je krew nie zalała – dodał Dąba.

Kuba zacisnął powieki i wstrzymał oddech. Janek odwrócił się bokiem, by nie patrzeć na śmierć księcia. Hrabina zamknęła oczy i spuściła w dół głowę z tego samego powodu.

– W imię ojca i syna i ducha – zaczął Dąba – Splunął w garści i chwycił za topór. Potężnym zamachem uniósł go w górę i z całej siły spuścił w dół. Ostrze topora z wielką siłą wbiło się w pień tuż za klinem poza karkiem księcia.

Kuba w tym momencie rozprostował swoje palce puszczając włosy i przewracając się do tyłu na plecy.

Książę musiał stracić przytomność, gdyż jego głowa nieco wykrzywiwszy się w bok, opadła na chropowatą korę drzewa.

Dąba ciężarem swego ciała docisnął w dół grube stylisko na którym osadzony był topór w taki sposób, aby głowa księcia zakleszczona została jak w dybach.

– Niech świeci teraz się za nim wstawią w niebie – rzekł – Na mnie czeka pieczeń na rożnie. I długa droga.

Kuba otworzył oczy. Wydawało mu się nie wiadomo czemu, że odcięta głowa leży na jego brzuchu i moczy go krwią. Spojrzał więc i ujrzał, że w kroczu ma mokrą plamę. Lecz nie było tam śladów krwi. Chociaż nieco speszony, odetchnął z ulgą.

Dopiero teraz dojrzał leżącego nieruchomo na pniu księcia.

Ma łeb i nie krwawi. Jak to możliwe? – zapytał się w duchu – Czyżby Dąba źle ciął, lub nie trafił toporem?

Książę odzyskując przytomność poruszył się. Wsparł się rękoma o pień jakby próbując się podnieść. Na jego palcach zalśniły wspaniałe klejnoty. Ich blask ukuł wrażliwe oko Kuby, który poderwał się z ziemi z zamiarem ich zagarnięcia. Książę chwycił jednak rękę Kuby i zaczął wyłamywać mu palce.

– A to przeklęty żabojad. Ratujcie mnie – zaczął krzyczeć Kuba – Dobijcie go albo uczyni mnie kaleką.

Piekota doskoczył do Kuby i pomógł mu oswobodzić się z żelaznego uściski Kondeusza. Kuba ledwie roztarł sobie nieco rękę, inną poszukał sobie drogę do bogactw księcia. Znalazł je pod kaftanem tuż przy pasie. Była to spora sakiewka wypchana złotymi monetami z podobizną króla Ludwika.

–  Odzyskałem w końcu swoje złoto – westchnął chowając sakwę głęboko w zanadrze – Teraz drogę będziemy mieli opłaconą. Stół zastawiony sutą potrawa z dzbanem wina i wygodne łoże na noclegu.

– Odpuszczam ci twoje grzechy – zapewnił Dąba – Znaczy to że jako pokutę będziesz musiał co wieczór postawić nam po flaszce na głowę.

– Ruszać nam w drogę – ponaglił Janek – królowa czeka na nas. osiem dni już minęło, a my jeszcze we Francji. Bierzmy konie i to co przy nich z zapasów i ruszajmy.

– Cóż postanowimy z hrabiną – spytał Różewicz.

– Teraz można rozciąć więzy na jej rękach. Niech zostanie przy księciu – odparł Knieziewicz – Konia jej dać nie możemy, bo w dwa kwadranse mielibyśmy cały pułk Francuzów na karku. Ruszajmy zatem nie czekając, aż nas tu zaskoczą.

Gdy jeźdźcy odjechali, wysoko z góry gdzieś na samym czubku jodły zakrakał głośno czarny kruk. Dołem przebiegł szary, stary wilk węsząc i ukazując białe straszne kły.

Książe Kondeusz unosząc nieco do góry głowę pozostał więźniem pomiędzy dwoma klinami, ściętą sosną a styliskiem katowskiego topora.

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s