Miecz króla Jana odc.27


Marysia i Misia dotarły do Warszawy głęboką nocą. W zniszczonych i podartych sukniach, głodne i wyczerpane. Ulice były ciche i mroczne. O tej porze już dawno poszli spać nawet złodzieje i rzezimieszki. Spała także straż grodowa. Konie równie wyczerpane jak i dziewczyny wlokły się noga za nogą z pospuszczanymi łbami. Brama wejściowa do domu Kolnickiej była zawarta na głucho. Misia jednak przedostała się na tyły domu i tam uporczywie stukając do okien pomieszczeń, w których spała służba, udało jej się zbudzić jedną z kucharek. Zabroniła budzić Kolnickiej. Gdy obie znalazły się pod dachem, ledwie wypiwszy po garnuszku mleka rzuciły się tak jak stały na łoża i zasnęły kamiennym snem. Następnego dnia, Kolnicka dość późnym rankiem powiadomiona o powrocie Marysi i Misi nie wytrzymała i wbiegła do komnaty w której spała jej bratanica z wierną i serdeczną przyjaciółką.

Misia czujna jak zawsze, od razu zbudziła się.

– Cóż ja widzę – krzyknęła Kolnicka załamując ręce – Prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy. Obie wyglądacie tak, jakbyście wróciły dopiero co z wojny tureckiej. Gorzej – poprawiła się – z niewoli tureckiej. Nie mogłam jeść, nie mogłam spać, nie mogłam sobie miejsca znaleźć gdy się dowiedziałam, że coś złego stało się z wami. Bóg was wybawił od szatanów. Jemu niech będą dzięki. Bóg ich pokarze za tę zbrodnię. I ja ich pokarzę, a on mi w tym dopomoże. Obłudnik grzeszny i przeklęty, jeszcze wczoraj wieczorem przychodził dopytywać się o was, czy nie ma żadnych wiadomości o waszym losie. A ja jestem pewna, że to jego sprawka. I to mu w oczy powiedziałam i kazałam iść precz z mego domu. Panisko obrzydliwe i jak wąż się wijące. Kłamca i krzywoprzysięzca. Tak, przysięgał na krzyż, że to nie jego sprawka. Że ludzi rozesłał na wszystkie strony by was szukać. Lecz ja Pacom nie wierzę. A temu w szczególności.

Do komnaty wpadł Sokolnicki.

– Tak i mówiłem – krzyknął rozdrażniony– nie czas córce mojej do Warszawy jeszcze. Pod ojcowską ona opieką bezpieczną być może i pod żadną inną. Siedziałyby obie w domu, nie byłoby tego. Obie bym strzegł i doglądał. Jeszcze dzisiaj je zabieram, by znowu jaka zła przygoda się nie wydarzyła.

– A cóż to – oburzyła się Kolnicka – W moim domu będziesz mi się rządził i polecenia wydawał? Gdzie żeś był, gdy córkę twoją porwali? Swatać ją chciałeś z Pacami? Takiego dla niej męża chciałeś? Przekonałeś się co on wart i do czego jest zdolny. Pohańbić sierotę! Tak! Ale sakramentem małżeńskim się związać, to on szuka po obcych dworach królewien i księżniczek, nie szlachcianek, choć to kwiatuszki najpiękniejsze i aniołki.

– Pac tego nie uczynił – zaperzył się Sokolnicki. – Zbyt wielki to ród by takimi sprawkami miał się hańbić. Cały czas oni w Warszawie. A to najlepszy dowód, że kto inny dokonał porwania. Pewnie ten szelma Mleszkowski który nie wiadomo gdzie zniknął i co porabia. Nic, tylko on to obmyślił i dokonał. Jego to czyn i jego sprawka. Król mu mówi, bierz sobie córkę Sokolnickiego skoro ją kochasz. To on ją wziął. Tyle że nie do ołtarza jak bóg przykazał, a od razu łapu capu, do łoża. Ot i wróciły pohańbione obie.

Marysia nie spała także, od pewnego czasu zbudzona głośną rozmową.

– Nikt nas nie pohańbił – zaprzeczyła żywo – bóg nas od tego ustrzegł. I nie Janka była to sprawka, lecz ludzi ze służby Paca.

– Jeśli to ludzie Paca, to każe on ich, za ten czyn, końmi rwać – zgrzytnął zębami Sokolnicki – I to w mojej obecności.

– Pewnie powie, że zbiegli, gdy im się zbrodnia nie udała – powątpiewała Kolnicka – A ty Misiu co o tym sadzisz? – zapytała.

– Ludzie którzy to uczynili nie robili tego na własną rękę – odparła zagadnięta – Inaczej by z nami sobie poczynali gdyby sami byli sprawcami.

– Zatem była to służba Paca?

– Gdybyśmy dłużej pozostawały w uwiezieniu, przekonałybyśmy się że to obaj bracia czyn ten wymyślili. Jeśli sami nie czekali tam gdzie nas zawieziono, to tylko dlatego, aby na nich podejrzenie nie padało. Nie taka ja głupia, aby nie wiedzieć kto to wymyślił.

– Nie ma dowodu – mruknął Sokolnicki – Nie ma dowodu – powtórzył.

– Nie ma. To prawda – zgodziła się Kolnicka – Ale i bez tego pójdę do króla by mu o łotrostwie Paców powiedzieć. A tymczasem każę służbie kąpiel przygotować, nowe suknie i śniadanie. I niech odpoczywają, a nawet jeśli mają mało snu niech wracają do łóżek. Po kąpieli i śniadaniu gdy jeszcze sobie pośpią, będą jak nowo narodzone. Moje aniołki.

Kolnicka wyszła, szykować się do króla. Wydała stosowne polecenia dla służby, także dla brata by w niczym nikomu się nie uprzykrzał i dał obu młodym dziewczynom spokój i czas na sen i odpoczynek. Sokolnicki jednak wyszedł na miasto pod siedzibę Paców w nadziei że a nuż uda mu się coś wywiedzieć pomiędzy służbą.

Sobieski, choć zajęty różnymi sprawami znacznie bardziej ważnymi niż ta, z którą przyszła Kolnicka, przyjął ją z pogodną twarzą i szczerze się uradował na wieść że obie niewiasty się odnalazły. Zgodził się też z poglądem że sprawcą porwania musieli być obaj Pacowie.

– Jedyne wyjście – wtrąciła się Maria Sobieska – to obie dziewczyny szybko pożenić. Mąż żonę najlepiej obroni przed wszelkim gwałtem.

– Prawda – zaśmiał się Sobieski – Młodsza ma nawet już godnego kawalera. Tegoż Mleszkowskiego, którego oboje znamy, a który teraz w drodze. Nie widać go długo ale myślę, że do niedzieli wróci. Dotąd na czas zawsze się zwijał. Pamiętam jak mi pod Chocim wieść o śmierci Korybuta przywiózł. Gdyby wojsko o śmierci króla się zwiedziało w popłoch mogłoby wpaść, jak to było pod Żółkiewskim. Cieszyłby się Turczyn, a krwią płakała Rzeczypospolita. Opaczność mi go wtedy zesłała. Myślę że i teraz na czas przybędzie, aby żadnych powodów do pomówień nie było. Są ludzie którym szczęście zawsze sprzyja. A on, jak mi się widzi, do takich należy.

Do króla zbliżył się sekretarz i zawiadomił że o posłuchanie prosi poseł cesarski, a także domaga się widzenia z królową niejaki Mleszkowski, z kilkoma innej szlachty.

– Każ posłowi zaczekać – odezwał się Sobieski – Myślę że długo mi będzie mitrężył. Daj tu Mleszkowskiego. Zobaczymy co nam przynosi?

– Jest tam pewnie i Dąba – uradowała się Kolnicka. Ja go pierwsza musze przywitać – Mówiąc to wybiegła na korytarz jeszcze przed sekretarzem.

– A jej co tak pilno do Dąby? – zapytał król – Dopiero co owdowiała. Pamiętam jednak jak mi się chwalił, jaki to od niej dostał ekwipunek. Teraz zaczynam rozumieć skąd u niej taka dla niego hojność. Miodna z niej pszczółka. No Dąba wierny mój przyjacielu, musisz na siebie uważać – Sobieski uśmiechając się, podkręcił wąsa.

Kolnicka choć z radością wybiegła witać powracających, to jednak z innego powodu był jej pośpiech. Nim dopuszczeni zostali przed króla i królową zostali uprzedzeni przez nią co mogą powiedzieć, a z czym nie wolno im się wygadać.

Stanąwszy przed monarszą parą skłonili się, a Janek wyciągnął ręce na których spoczywał miecz ułożony na drogiej materii.

– A no pokaż go – odezwał się Sobieski – Jak też on wygląda?

Ujął miecz i popatrzył na niego uważnie.

– I jak wam się on widzi? – zapytał patrząc po swoich rycerzach.

– Prawdziwie królewski – zapewnił Knieziewicz – Siły do niego potrzeba i serca. Iście miecz to w sam raz dla naszego króla.

– W garści dobrze się układa i stateczny on jak żaden inny – dodał Dąba.

– Tak powiadasz? – upewnił się Sobieski – I mnie on taki się widzi. Choć rękę mam nieco mniejszą

– Ot, o mieczu cały dzień z królem będą gadali – oburzyła się Kolnicka znacząco mrugając do królowej Marii – Poseł cesarski czeka na posłuchanie. A ile innych jeszcze frasunków ma na głowie nasz monarcha. Sekretarz wypłaci wam wasze dyspensa jakie ponieśliście podczas podróży i dołoży co nieco, jeśli tak każe król, a ja was do siebie zaproszę byście zjedli i wypili i powspominali o waszych przygodach i przewagach, gdy już w czubach wam się zakurzy. Chodźcie moi mili ze mną bo i tak miałam żegnać króla i królową.

Sobieska uśmiechnęła się zadowolona, że tak Kolnicka zakręciła sprawą że i sam diabeł by nie zakręcił lepiej.

– I ja dołożę od siebie za fatygę i trud jaki dla królestwa ponieśli – zapewniła patrząc na Janka, który na te słowa głęboko się skłonił.

 

*

 

Po kąpieli, Misia wyczerpana ostatnimi przeżyciami położyła się do łóżka, kładąc dłonie na brzuchu – Jeszcze płaski – pomyślała z troską. Lecz za jakiś czas zacznie się powiększać i rosnąć wraz z tym płodem, który już w niej się budzi do życia. Sama nigdy nie miała ojca. Teraz jej dziecko, które za parę miesięcy się zrodzi tak jak i ona będzie miało tylko matkę.

Przymknęła powieki lecz mimo to łzy pociekły po jej twarzy. Płakała bezgłośnie tak długo, aż zasnęła.

Gdy została zbudzona pierwsze pragnienie jakie miała to znowu zasnąć. Jej organizm nie nabrał dostatecznie dużo sił. Nie odpoczął podczas tego krótkiego snu. Przemogła się jednak i usiadła na łóżku.

– Misiu – Kolnicka przysiadła przy niej obok – Widzę że jeszcze ci mało odpoczynku. Mamy gości. Dlatego cię zbudziłam. I Marysię trzeba zbudzić.

– Któż przyjechał? – zapytała Misia próbując odzyskać utraconą energię.

– Janek Mleszkowski, pan Dąba, Różewicz…

– Już wrócili? Cali? Zdrowi?

– Cali i zdrowi, tyle tylko że jak i wy, niewyspani i umęczeni. Dniem i nocą jechali. Byle prędzej wrócić. Bo też i pośpiech mieli nakazany. Twarze im się tak wyciągnęły jakby samym powietrzem żyli. Nawet Dąbie w drodze brzuch prawie że zginął. Kazałam rosoły gotować. Bo to najszybciej do zdrowia i siły przywraca. Gęsi tłuste piec z jabłkami. A na razie dałam im głodzieniaszkom pasztet z królika i chleb z małosolnymi ogórkami. Wina po butelce, by się żaden nie zakrztusił suchą przekąską. Jedzą aż im się uszy trzęsą. Dąba wesoły, w oczy mi patrzy, uśmiecha się i tylko mruczy pod nosem – Dom ten to raj prawdziwy na ziemi. Nie masz poza nim szczęścia dla samotnego rycerza  – tak mi powiada.

Ale Janek wciąż popatruje na schody na górę, jakby się dziwił że żadna z was go nie wita. Różewicz też pyta – Nie ma to w domy panny Misabelli?

Ubiorę się zaraz i zejdę na dół – zadecydowała Misia – Marysia niech pośpi jeszcze chociaż godzinę.

Kolnicka zeszła na dół i siadła za stołem naprzeciwko Dąby.

– To że miecz wrócił do króla to wiem – powiedziała – Ale jak was przywitał, książę Kondeusz i jak was pożegnał, o to nie śmiałam pytać widząc jak bardzo w tej podróży zgłodnieliście.

– Iście to co najgorsze to brak snu, brak dobrego jadła i dobrego napitku. Wszystkiego innego jest pod dostatkiem. Zimnych nocy, mokrych deszczów, natrętnych much, i skwarnego słońca – odparł Kuba, który najszybciej głód potrafił zaspokoić. Już byśmy i z Francji nie wrócili.

– Tak tam dobrze? – zapytała Kolnicka.

– Źle nie było – przyznał Kuba – Szczególnie pierwszego dnia gdy nas księżna de Conti przyjmowała. Wina były dobre, jedzenie smaczne. Dostałem całego prosiaczka pieczonego i stos winogron. Tak jak i pozostali towarzysze.

– To dlatego tak długo nie wracaliście, bo pieczonymi prosiaczkami was karmiono – oburzyła się Kolnicka.

– Na księcia musieliśmy czekać – wyjaśnił Dąba.– A ten był na polowaniu. Nic innego począć nie mogliśmy jak czekać i przemyśliwać gdzie miecz mógł być ukryty.

– Ale księżna z dwórkami była na miejscu – Kolnicka popatrzyła groźnie po twarzach Dąby i Mleszkowskiego – I gośćmi się zajmowała. Mów Kuba, ale nic nie taj, czym ta uczta się skończyła? Wszystko mów i samą prawdę.

– Więzieniem, podstępnym uwięzieniem – wyjaśnił Kuba. Najpierw zapragnął książe, który wrócił z polowania, by Knieziewicza zamordowano. Gdy mu się to nie udało wszystkich nas pod lufami muszkietów do lochów zamknięto. Tam do kamiennych murów łańcuchami zakuto i głodową śmiercią morzyć zamierzano.

Mości Dąba niech mówi bo Kuba jak zwykle kłamie i z igły robi widły, a z czapki koronę.

– Cóż w lochach byliśmy przykuci i już nam pieniek katowski wytoczono, ale się córka Kondeusza z jedną z Francuzek, która była tam na dworze, zlitowała. Fałszywe pismo strażnikowi dała, aby Mleszkowskiego na wolność wypuścił.

Tłumaczenie Dąby zostało przerwane nadejściem Misi na którą wszystkie oczy się zwróciły. Chociaż nieco pobladła i z oczyma, pod którymi kładły się nieznacznie cienie zmęczenia i niewyspania, była tak piękna że rycerze zaniemówili. Skłoniła się obecnym i z powagą w twarzy usiadła w rogu stołu. Milczała. Dwa razy spojrzała tylko przelotnie na Janka i wydawało się, że niewiele ją cokolwiek interesuje.

–To jak mówiłeś? – Kolnicka wznowiła rozmowę – Córka Kondeusza fałszywe pismo podsunęła pod nos strażnikowi i ten was z lochu wypuścił.

– Nas nie – zaprzeczył Dąba – Janka sobie upatrzyły i jego przyszły ratować. My na kata skuci łańcuchami mięliśmy czekać. Książe ruszył dalej na polowanie, a po powrocie chciał się zabawić widokiem kaźni – Owe panny francuskie w przebraniu muszkieterów przyszły z rapierczykami przy boku. Tak, że gdy strażnik łańcuchy zdjął z rąk Mleszkowskiemu, ten wyrwał oręż jaki wisiał przy boku przebieranki i rzucił się na strażnika.

– A nie kusiło cię odejść ze zbawicielkami, skoro ci życie ratowały wbrew księciu? – zapytała Kolnicka zwracając się z tym pytaniem do Janka.

– Pojechałem po miecz króla Jana, nie po księżniczkę – odparł Janek.

– Ma… ma… mało brakowało, a byłby skłuł nie… nie… nie tylko strażnika, ale i Fra… Fra.. Francuzkę – wyjąkał Piekota.

– Mało on wdzięczny – wtrącił się Kuba – Gdyby to na mnie trafiło, za parę lat byłbym kniaziem na francuskim dworze. Ale nie po mnie przyszły.

– Dziwne on ma przygody, z których go zawsze jakieś niewiasty ratują. Ma król rację że chce go widzieć ożenionego. Ogier, gdy mu uzdę założyć inaczej chodzi. Koronacja blisko i z nią jego wesele. Chyba że chce aby mu najpiękniejszą pannę jaką zna, kto inny porwał.

– Młodziutka ona jeszcze – zauważył Janek – I ja młody. Bogactwa żadnego jeszcze nie zdobyłem. Bez niego nieprzychylny mi zawsze będzie pan Sokolnicki, choć przed królem się zgodził. Prawda, że kocham Marysie i że była by ona dla mnie najlepszą żoną. Ale rok jeden jeszcze możemy poczekać. Będę ją strzegł jak oka w głowie i krzywdy nie dam uczynić.

Misia spojrzała na Janka i gniewnie zmarszczyła brwi.

– Hulanki ci w głowie i rozpusta. Jak każdemu w tym wieku. Chociaż i starsi też nie lepsi, jeśli po stokroć nie gorsi. Dobrze, że cię Marysia nie słyszy, bo od razu by wiedziała, że masz w sercu francuskie zadziory.

– Misiu, w czym że ja winien, że biedny jestem? – zapytał Janek próbując łagodzić rozdrażnienie dziewczyny.

– Ożenisz się to będziesz miał czas się bogacić – przerwała mu Kolnicka – król i królowa są ci łaskawi. Z ich łaską przyjdzie i dostatek.

– A dziewczyny, dopóki panną będzie, nie uchronisz przed zakusami innych. Już ją porwali…

– Jak to?! – Janek poderwał się z miejsca cały rozdygotany.

Kolnicka obserwowała go w milczeniu.

– Nie spieszyłeś się z Francji powracać. Inni to wykorzystali.

– Boże co ja ci zawiniłem – jęknął Mleszkowski – Moje wszystkie grzechy spadły na mnie karą. Cóżem ja uczynił – jęczał trzymając się za głowę i zataczając jak pijany.

– Któż to uczynił? – krzyknął łapiąc za szable – Któż to uczynił? Powtórzył stając przed Misią – I dlaczegoż jej nie ustrzegłaś?

Podstępem to uczyniono – odparła Misia.

– Miałaś jej nie odstępować na krok.

– Nie odstępowałam.

– Więc jak mogli ją porwać?

– Obie je uprowadzono – wtrąciła się Kolnicka – Karetę uprowadzono gdy miały jechać na zamek królewski.

– Któż to uczynił? Na rany Chrystusa, któż to uczynił? I gdzie jest Marysia?

– Dworacy Paca. Choć on sam się wypiera. Bo był w tym czasie z królem w zamku i w dniu porwania i w dzień następny – wyjaśniła Kolnicka – Ale bez jego rozkazów nie mogło się to zdarzyć. Tyle ze cwany to lis i trudno mu to udowodnić.

– Ja mu to udowodnię, byle bym wiedział gdzie on teraz.

Z Warszawy wyjechał, gdy wyszło na jaw że zamiary jego się nie udały. Pewnie jedzie na Litwę albo na Ukrainę.

– Uprowadził mi ją – Mleszkowski znowu jęknął.

– Mówię przecież że zamiary mu się nie udały. Ale kto wie czy innemu, następnym razem się nie uda, skoro ci do ołtarza nie pilno i stronisz od niego jak diabeł od święconej wody.

– Ożenię się byle bym ją odzyskał.

– Jest na górze – oznajmiła Kolnicka – Śpi jeszcze. Późną nocą wraz z Misią wróciła wyczerpana bardzo, bo lasami się przedzierały.

Janek spojrzał na schody prowadzące na górę. Już chciał tam biec, lecz Misia zagrodziła mu drogę.

– Całą noc nie spała. Nie wiele brakowało, a byśmy żywcem spłonęły. Bo dworek w którym nas uwięzili, podpaliłam niebacznie, aby siebie i ją ratować. Teraz musi odpocząć.

– Poparzona? – spytał.

– Nie, ale omdlała gdyśmy zamknięte nie mogły wyjść z izby, a dym dusił w piersiach.

– Muszę ją zobaczyć.

–Zobaczysz później, całą i nietkniętą.

Janek usiadł przy stole nieco uspokojony.

– No to nie tylko my byliśmy w opresjach – odezwał się Dąba. Ale i nasze dwie piękne dziewuszki. Szkoda było by gdyby dostały się w wilcze łapy Paców.

– Szablą po tych łapach – mruknął Janek.

– Ja bym swoją szablę dołożył – zapewnił Kuba.

– Szkoda, że zostawiłem topór – dodał Dąba – Teraz by się przydał. Wiedziałby Pac, że korona to nie Litwa i gwałtu czynić tu nie można bez kary.

Pacowi uciąć to co mu odstaje

By podłe zmienić Paców obyczaje.

Zarecytował Kuba dwie zwrotki.

– Dąba ryknął potężnym śmiechem – Wrócę się ja chyba do Francji po ten topór. I zrobię to co prawi Kuba. Niech wypiję zdrowie Kuby. Po raz pierwszy, bo zaczyna mi się on podobać.

Janek poderwał się znowu od stołu, bo spostrzegł, że Marysia schodzi schodami w dół. Podbiegł do niej i uchwycił w objęcia.

– Nic ci nie jest? – zapytał.

– Nic – odparła Marysia. Bałam się jednak, choć wierzyłam Misi, że nas oswobodzi. Długo błądziłyśmy po lesie nim dotarłyśmy do miasta, do domu.

– Chodź do towarzystwa – Janek pociągnął ją za rękę i stanąwszy przy stole, widząc, że wszyscy na nią patrzą powiedział.

– Pytała mnie kiedyś Marysia, czy ją tak kocham, że się z nią ożenię. Wtedy powiedziałem, że jestem za biedny. Że ojciec znajdzie jej bogatszego. A teraz mówię, że się ożenię. Że gdy zjawi się pan Sokolnicki to mu powiem, by nie szukał nikogo z fortuną. Bo nam ona nie potrzebna. Niech nam pobłogosławi. Król nam przychylny. Niech i los nam też będzie przychylny, a wszystko będzie dobrze.

– Wznieśmy zatem toast za zdrowie Janka i za zdrowie Marysi – zaproponował Kuba, unosząc w górę kielich z winem – Za zdrowie przyszłej panny młodej.

– Zaraz, zaraz. Bez pośpiechu – sprzeciwiła się Kolnicka – Nie pozwalam na takie barbarzyńskie zwyczaje pod mym dachem. Tatarskie to zwyczaje brać sobie brankę nie pytając ją o zgodę. Tobie Janie z Mleszyna wypada zapytać twoją oblubienicę tu obecną Marię Sokolnicką, czy zechce cię za męża, a także mnie, która zastępuję jej matkę, czy oddam ci ją za żonę. Inaczej nic z tego nie będzie.

Janek stropił, się ale tylko na moment i aby błąd naprawić zaraz zapytał.

– Kochasz mnie Marysiu? Zostaniesz moją żoną?

Marysia zamiast odpowiedzi rzuciła mu się na szyję.

– Proszę o rękę tej oto Marysi Sokolnickiej, która nie puszcza mnie ze swego uścisku przez co nie mogę paść do nóg najlepszej mojej imć pani Kolnickiej, którą kocham tak jak matkę swoją.

– Hultaj z ciebie od młodych lat musiał być, ale takiego ja cię kocham – odparła udobruchana Kolnicka – Żeń się zatem z Marysią i błądźcie szczęśliwi z moim błogosławieństwem.

– Toast odłóżmy na później – zawyrokował Dąba podnosząc się na całą swą wysokość i kładąc kielich na stół – Skoro się tak pomyślnie zaczęło i ja chciałem powiedzieć słowo w przytomności wszystkich tu zebranych.

Wziął głęboki oddech i ciągnął dalej – Ja, Zenobiusz Onufry Dąba tymi słowy proszę wielce mi przychylną panią Kolnicką, by zechciała zostać moja żoną i uświęcić ten związek sakramentem małżeńskim.

Kolnicka słuchała z powagą słów Dąby, a gdy skończył uśmiechnęła się kiwając potakująco głową.

– Zechcę z radością – odparła krótko.

No to teraz wznieśmy kielichy i wypijmy zdrowie… – nie zdążył dokończyć kogo zdrowie, gdy poderwał się od stołu Różewicz z wypiekami na twarzy.

– I mnie pozwólcie nim kielichy pójdą w górę także rzec, że ja Różewicz proszę o rękę tu obecną Misabellę, a jej opiekunkę i dobrodziejkę panią Kolnicką, by na związek ten się zgodziła. By mi była panna Misabella żoną i szczęśliwym związkiem małżeńskim ze mną się połączyła.

Wszystkie oczy skierowały się na Misię, lecz ona stała nieporuszona. Twarz miała smutną, zamyśloną. Milczała.

– No cóż powiesz Misiu? – zagadnęła Kolnicka, a nie doczekawszy się odpowiedzi sama za nią dała respons Różewiczowi.

– Nie wiemy, co powiedzieć. Bo nigdy się waćpan ze swoimi uczuciami nie zdradzałeś. Kilka razy moja Misabella wspominała mi że do klasztoru by jej było najlepiej. Ale ja ją do tego zamiaru zawsze zniechęcałam jak mogłam. Myślałam, nikt na nią nie patrzy, nikt o jej rękę nie zabiega, stąd jej takie myśli po głowie chodzą. Kuba z niej żartuje i pokpiwa, serce ją z tej przyczyny boli. Stąd te myśli i o klasztorze. Ale skoro już jeden kawaler się zgłosił, a wiemy, że miły i dobrego charakteru, to jej smutki muszę obrócić na inną drogę. Gdzież by lepszego dla niej szukać. Darowiznę króla Korybuta, gdy Sobieski potwierdzi, to chleba jej nie będzie brakowało. Byle męża miała odpowiedniego, który posiadłość potrafi zająć i gospodarzyć z pożytkiem. Myślę, że gdy to wszystko na spokojnie przemyśli, to jutro oświadczyny przyjmie i więcej o klasztorze mi mówić nie będzie. Mnie jej szczęście na sercu tak leży jak moje własne. Najlepszy to dzień dla nas, gdy trzej przyjaciele, jak by wystrzał z jednego działa, żony chcą brać. Będziemy odtąd jak jedna rodzina. I tak niech nam Bóg błogosławi.

– I ja też przyjaciel – wtrącił Kuba – tyle tylko, że dla mnie już panny zabrakło.

– A wypytuje o ciebie od kilku dni jedna taka, której brzuch szybko rośnie – oznajmiła Kubie, Kolnicka – Wypytuje i złorzeczy boś jej jakieś obietnice miał uczynić. Już ja jej powiem, żeś wrócił cały i zdrów i gotowy jesteś słowa dotrzymać.

– A zowie się Anna Łucja? – spytał Kuba.

– Może i Anna Łucja, ale na pewno nie z rodu Zasławskich. Bogata jest bo ma murowaną kamienicę na podzamczu. Choć wdowa.

– Pogrobowca w swym łonie zatem zapewne nosi – jęknął Kuba.

– Od dwóch lat jest wdową, a ciebie zna już na tyle długo byś był szczęśliwym ojcem, mężem i posesjonatem. Na handlu się znasz, a ona wdową po bogatym kupcu.

– Szlachcic ja teraz.

– Swoje szlachectwo do kufra włóż, a z czasem workiem ze złotem przyciśniesz, by ci nie uciekło. Tak ci radzę, ja Kolnicka.

Mości Knieziewicza też trzeba ożenić by gorszym od innych nie był i zbędnej swobody nie zażywał.

– To moja żona – Knieziewicz klepnął dłonią po szabli – Ta mi do śmierci wierną będzie, tak jak i ja jej.

 

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s