Miecz króla Jana odc. 28


Rozdział 13

Koronacja.

Sobieski miał na imię Jan.

I pułkom swym hetmanił.

A sławę czerpał z ran swych krwi,

Gdy po koronę sięgał.

Cała droga z dziedzińca zamkowego do katedry świętego Jana zasłana była tureckimi i perskimi dywanami. Małe dziewczynki w białych sukniach ze skrzydłami dopiętymi do ramion sypały płatki róż z koszów, niesionych przez chłopców. Wzdłuż tej alei stały szeregi spieszonych wojsk kwarcianych. Pułki husarskie i pancerne połyskujące zbrojami. Na ulicy kłębiły się tłumy szlachty, mieszczan, rzemieślników i kupców. Ścisk był wszędzie olbrzymi. Równo o godzinie dziesiątej, z dziedzińca zamkowego ruszył pochód. Na jego czele szli szeregiem księża biskupi. Dalej szedł król i królowa, za nimi dzieci królewskie, dalej senatorowie i magnaci.

Król Jan ubrany był po szlachecku w kontusz z tureckiego brokatu. Guzami były na nim olbrzymie diamenty skrzące się migotliwym blaskiem. Agrafa mieniła się wspaniałą barwą szmaragdów. Szedł z gołą głową wysoko podgoloną, z sumiastym wąsem. Wzrostem i wagą przytłaczał innych. Wspaniała, dostojna jego osoba, budziła podziw i uwielbienie. Widziany był przez wszystkich, gdyż mało kto równy był mu wzrostem. Gdy się pojawił, nagle zrobiła się cisza. Wszystkie głosy zamarły. Szedł, więc powoli ku katedrze patrząc na nieprzebrane tłumy i radość promieniowała z jego oblicza.

Ledwie jednak doszedł pół drogi, gdy rozległ się spontaniczny potężny głos dobyty z tysięcy gardeł.

– Wiwat król! Wiwat Jan Sobieski!

Wielki dzwon na wieży katedralnej zahuczał spiżem i niósł ten potężny głos ponad miastem i całą Rzeczypospolitą. Głosił jej wieść, że oto na tron polski wstępuje mocarz, którego chwalebne czyny poruszą serca i zadziwią władców w Moskwie, Istambule Paryżu i Rzymie.

Mocarz, do którego słać będą prośby i poselstwa książęta, królowie i cesarze, ba, sam nawet papież.

Prymas witał króla elekta na schodach katedry i prowadził przed ołtarz gdzie uszykowany został tron koronacyjny. Organy zagrały i pod sklepienia świątyni podniósł się głos chóru wielbiącego Pana oraz chwałę przyszłego monarchy. Msza celebrowana przez samego prymasa Olszowskiego, w asyście kardynałów i biskupów rozpoczęła się. Setki świec jarzyły się przy ołtarzu i w całym kościele.

Sobieski zajął swoje miejsce, lecz zaraz klęknął na klęczniku i zaczął w głębi swej duszy modlić się do Boga.

– Wszechmogący Wieczny Boże, wejrzyj na mnie sługę twojego pokornego. A skoro dajesz mi w opiekę narody tej ziemi królestwa mojego, daj mi też siłę i mądrość twoją, abym mógł z pożytkiem i chwałą dla tych narodów panować. Abym królestwu temu zapewnił pokój i pomyślność. Abym pokonał nieprzyjaciół i wrogów naszych. Abym umacniał wiarę twoją i bronił jej, mając przed sobą krzyż ten święty, na którym został syn twój ukrzyżowany za nasze grzechy, abyśmy byli zbawieni.

Długo jeszcze żarliwie i w pokorze modlił się ten żołnierz i wódz wielki, aż przyszedł moment, gdy prymas zawezwał go na stopnie ołtarza i tam go namaściwszy olejami świętymi, nałożył na skronie jego koronę, a w dłonie włożył berło królewskie i miecz.

– Oto korona twoja – rzekł prymas – Z woli Boga przez naród ci darowana. Oto berło twoje, byś mądrze i sprawiedliwie nam panował. I oto miecz twój, byś królestwa swego bronił i przed wrogami naszymi, ziemie naszą i nas samych ochraniał.

– Na krew i ciało Zbawiciela naszego przysięgnij Janie, królu nasz, że będziesz nam panował sprawiedliwie i aż do śmierci, jako i my ci przysięgamy, wiernie ci służyć ku chwale bożej i tej Rzeczypospolitej, która matką dla nas jest i zawsze pozostanie.

Wstał król Jan z klęczek i wznosząc ponad głowę berło i miecz uroczyście zaprzysiągł ślubowanie, a głos jego potężny wypełnił całą katedrę i przez otwarte na oścież podwoje rozległ się po ulicach. I przysięgali wszyscy zebrani, wierność królowi i życzyli mu długiego panowania w chwale i zdrowiu. I zaintonował prymas pieśń ,,Boże coś króla raczył dać nam Panie, niech wiekiem będzie jego panowanie. Niech nam króluje przed twoim obliczem…”

Odprawiał mszę dalej prymas i biskupi w intencji nowego monarchy, aż po ustalonym wcześniej porządku przyszła kolej na zaślubiny nowożeńców, a następnie na uroczystości chrztu świętego wszystkich niemowląt urodzonych w miesiącu koronacji.

Janek i Maria szli w pierwszej parze. A par tych było 127, co uważano za cyfrę bardzo szczęśliwą. Siódemka zawsze przynosiła szczęście i pomyślność, a liczba 12 był taką, co i uczniów Chrystusa.

Marysia miała białą suknię delikatnie zdobioną złotą nicią i białymi perłami. Janek buraczkowy kontusz i błękitną kamizelkę z jedwabiu. Także i pas jedwabny bardzo ozdobny, a przy nim szablę turecką zdobyczną, której rękojeść wysadzana była różnej wielkości błękitno-zielonymi turkusami. Pochwa od niej wykonana z tłoczonej skóry i adamaszku, wzmacniana srebrną cyzelowaną blachą. Szabla ta wzbudzała zachwyt i zazdrość niejednego gapia.

Patrzano na tą parę, raz że szła w pierwszym rzędzie, po wtóre dlatego, że zarówno panna, jak i pan młody wielkiej byli urody. Przyjemnie było patrzeć na nich i widzieć ich szczęście niczym niezakłócone. Idąc wciąż zwracali głowy ku sobie uśmiechając się do siebie i zaglądając sobie głęboko i z miłością w oczy. Widać było że bardzo się kochają.

Biskup krakowski, który udzielał im ślubu zapytał sakramentalnie:

– Janie z Mleszyna czy chcesz wziąć tę oto pannę Maryję Sokolnicką za żonę i ślubujesz, że nie opuścisz ją aż do śmierci.

– Chcę i ślubuję – odparł wzruszony do głębi Janek.

– A ty Maryjo z domu Sokolnickich, czy chcesz pojąć za męża tego oto Jana Mleszkowskiego z Mleszan, być mu wierna, posłuszna, miłować go i pozostać przy nim aż do śmierci.

– Tak. Chcę – odparła Marysia i spojrzała na Janka ślubując mu swą miłość i oddanie.

– Czynię was oto mężem i żoną, mocą daną mi od Boga – mówiąc te słowa biskup nakreślił nad nimi znak krzyża. A oni przyklęknęli na ten moment, a wstając z klęczek byli już połączeni ze sobą sakramentem świętym.

Gdy podeszli do tronu aby i król z królową im pobłogosławił i życzył wszystkiego najlepszego Sobieski rzekł:

– Tak się składa żeś mój imiennik, a żona twoja, imienniczką jest królowej, dlatego życzę ci, abyś ją kochał tak, jak ja kocham swoją żonę i aby żona twoja tak samo ciebie kochała, jak ja jestem przez moją kochany.

– Nie widziałam piękniejszej od was pary – dodała Sobieska uśmiechając się życzliwie – Przeto życzę wam, abyście zawsze byli tak szczęśliwi jak dzisiaj.

Jako druga para ślub wzięli Różewicz i Misabella, a dalej Onufry Dąba i Kolnicka.

Gdy wyszli po mszy z katedry życzyli sobie nawzajem szczęścia i radości, a także licznego potomstwa.

– Nie lada to będzie dla mnie wysiłek, gdy przyjdzie mi rodzić takich olbrzymów jak mój małżonek – zaśmiała się Kolnicka .– Ale takiego sobie wybrałam i takiego mam. I takiemu będę rodzić potomstwo według jego miary.

– Pozwólcie, że i ja złożę wraz z małżonką, wam wszystkim życzenia – odezwał się ktoś z boku. Był to ich przyjaciel i druh Kuba. Przy nim stała niewysoka rumiana niewiasta w białej sukni ślubnej i bystrymi oczyma oglądała zebranych.

– Cóż to Kuba – zaśmiał się Dąba – Popadłeś w niewolę?

– Jak i wszyscy tu obecni – odparł Kuba.

– Miałeś przecież do klasztoru iść, jak nam często wspominałeś.

– Byście mnie nie kusili i do wszelakiego grzechu nie nakłaniali. W cnocie i skromności wolałem żyć, z dala od rozpusty, hulanek i innych swawolnych uczynków.

– Jakiż to on porządny – zdziwiła się Kolnicka – Aż miło posłuchać.

– Wiem dobrze, jaki z niego był hulaka – zapewniła żona Kuby – Ale też wiem, że od dziś będzie on taki jak mówi. A ja tego skrupulatnie będę pilnowała. By i od wiary daleko nie odchodził, rano i wieczór ojcze nasz i zdrowaśkę będzie zawsze odmawiał. W niedzielę na nabożeństwa uczęszczał. Także na wszystkie inne msze wieczorne i poranne. A przykazania, nie cudzołóż i nie kradnij, miał przed innymi zawsze w wielkim poważaniu.

– No to niech cię Kuba uściskam – wykrzyknął Dąba – Bo widzę, że bramy niebieskie będą przed tobą stały otworem.

– Raj mam od dzisiaj na ziemi – zapewnił Kuba – Więc nigdzie się z niego nie będę ruszał.

– Ale dla wszystkich miłych gości i szczerych przyjaciół Kuby, mój dom zawsze pozostaje otworem –  zapewniła niewiasta.

*

Uroczystości i festyny związane z koronacją trwały jeszcze kilka dni. Siedem dni później król, królowa, większa część dostojników kościelnych i świeckich wyjechała do Krakowa, by tam jak gdyby powtórzyć na zamku Jagiellonów uroczystości koronacji.

W Warszawie zapanował senny spokój.

Kolnicka załatwiwszy u Sobieskiego wszystko to, co chciała, a w tym potwierdzenie nadania jakie Misia otrzymała od króla Korybuta Wiśniowieckiego, powoli zbierała się do wyjazdu do swoich włości po zmarłym pierwszym mężu.

Zbierała się do wyjazdu, ale też ociągała się z nim, wiedząc, że rozstanie się i z Misią, która bardzo lubiła i z Marysią, którą miała za córkę będzie dla niej przykrym momentem. Najchętniej wzięłaby je pod swój dach i do tego wciąż je namawiała.

– Gdzież wy sieroty się podziejecie – powtarzała bez przerwy – Ziemie rozległe, ponoć zagospodarowane, ale czy jest tam jaki dwór porządny, zameczek, lub pałac, w którym można by zamieszkać? Przyjdzie wam mieszkać w zajeździe, karczmie, lub chłopskiej chacie. A zima blisko. Tylko patrzeć, jak słoty się zaczną potem, śnieżyce, zawieruchy i mrozy.

– Brak jest grosza w sakiewce – przyznał Różewicz – Ale może damy w dzierżawę, lub sprzedamy kilka wiosek. A wówczas postawimy nieduży pałacyk, wygodny do zamieszkania.

– Nim najmiesz ludzi, co to robić umieją, nim zwiozą kamień, wypalą cegłę, będzie zima.

– Wtedy na zimę wprosimy się do imć pani Dąby.

– Obyście nie zapomnieli! A to co słyszę, uważam za solenne przyrzeczenie. Janek z Marysią, też muszą do mnie przyjechać. Znowu wszyscy będziemy razem. Razem spędzimy Boże Narodzenie. Przy choince, pod którą będzie stajenka betlejemska i przy stole, wokół którego będziemy wszyscy, tak jak dzisiaj.

– Obiecujemy – zapewnił Różewicz – Chętnie zobaczymy się z Jankiem, a jak będzie to możliwe, to i namówimy do przyjazdu także Knieziewicza, co może być trudne, skoro król mianował go chorążym królewskiej chorągwi pancernej. Wielki to dla niego zaszczyt, ale też zasłużył sobie na to wierną i wytrwałą służbą. A jego talenty są niemałe, co nie raz powtarzał Sobieski będąc jeszcze hetmanem.

– Prawdziwie ożenił się ze swoją szablą – przytaknęła Kolnicka.

– Skoro mamy jutro o świcie jechać, to trzeba byśmy dziś poszli pożegnać przyjaciela, by nam za złe nie miał wyjazdu bez pożegnania.

– Dobra myśl – przytaknął Dąba.

– I Kubę też trzeba odwiedzić – dodał Janek.

– Baczcie abyście wrócili przed północą, a nie za trzy dni – przestrzegła Kolnicka – I by się nic wam złego nie przydarzyło.

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s