Miecz króla Jana odc.29


Rozdział 15

Kara

Sokolnicki spotkał Paca w doskonałym humorze, w gronie kilku ludzi i widać było, że jest już po pierwszym kielichu.

– Tegoż mi było potrzeba – wykrzyknął Pac na jego widok, szeroko rozkładając ramiona jak do uścisku – Przyjaciel mój największy. Gdyby nie fatum jakieś złośliwe, byłby to dziś mój teść.

Nagle spoważniał – Wybacz mości Sokolnicki– rzekł – Ale serce boli, gdy pomyślę, że córkę twoją porwał skrycie inny, a później, gdy mu szyki pomieszano, inną drogą wziął ją sobie za żonę. Ja miałem chęć i zamiar prosić cię o rękę córki twojej. Przyznaję zwlekałem nieco, bo myślałem, powiem o swoim postanowieniu, to nakłaniać mnie będą abym za orszakiem Sobieskiego prowadził przyszłą żonę. A czym że ona gorsza od tej francuskiej szlachcianki? A czym że ja gorszy od Sobieskiego? Koronacja minie, stanę przed imć Sokolnickim i powiem. Mości dobrodzieju. Ja Aleksander Pac proszę cię, abyś dał mi córkę swą na małżonkę. Niech by się połączyły pradawne rody Paców i Sokolnickich. Dam w dożywocie sto wsi bogatych Sokolnickiemu by w dostatki wszelkie opływał. By nie mówił, że, zięcia ma niewdzięcznego. Ot, jakiś wiecheć słomiany plany moje zniweczył. Szczęście zrujnował. Tak i w kielichu szukam zapomnienia.

– Boleję i ja nad takim stanem rzeczy– zapewnił gorąco Sokolnicki – Jak że to mogło się stać, że tak niefortunnie losem mojej córki pokierowano?

– Intryga i zawiść w rodzinie, najgorsza to rzecz – wyznał Pac – Widać siostra znieść waszmości nie może. A już myśli, że mógłbyś z Pacami po pokojach królewskich z największymi magnatami chodzić. Dywidendy ze stu wsi czerpać. Francuskich pokojowców i pokojówki na każde zawołanie mieć. Nie dość, że cię za nic ma, to ledwie że cię znosi pod swoim dachem. Tak ubogo wydać twoją córkę. Do papieża trzeba by napisać, aby ślub ten uznał za niebyły. Non pernamento.

– Ba, gdzie Rzym a gdzie Krym – westchnął ciężko Sokolnicki.

– Widzę, że i u waści mina nie wesoła – zauważył Pac – Chodźmy zatem na kielich dobrego wina. Jest tu niedaleko zajazd obszerny teraz pusty. Nie chodzę ja tam często, ale w takim dniu jak dziś, gdy smutek dręczy duszę właśnie z mości Sokolnickim wina i miodu się napiję.

Sokolnicki się zgodził. Pac wziąwszy go pod ramię poprowadził do zajazdu, o którym wspominał.

Miejsca znaleźli tam dosyć, więc rozsiedli się wokół stołu i zaczęto co lepsze wina spijać. Pac pił ostrożnie i wstrzemięźliwie, pilnując za to by Sokolnicki pił ponad miarę. Rozwodził się przy tym ciągle jak wielka krzywda stała się jemu i jego córce, która od tej pory biedę i upokorzenia same, od młodzika niezrównoważonego będzie miała.

– Wszystko przepadło – jęczał coraz bardziej pijany Sokolnicki.

– Jakże to przepadło? – oburzył się Pac – To znaczy, że nie chcesz waszmość pan mieć mnie za zięcia? Nie chcesz dla siebie splendoru i dostatków? Nie chcesz mieć córki, która na całej Litwie jako królowa by była?

– Jakże ja bym nie chciał, dla swojego dziecka szczęścia i bogactwa. Ale ta diablica, oddała moją córkę czortowi, którego przyjęła pod swój dach.

– Dobrześ waćpan to ujął – Pac chytrze błysnął okiem – Diablica. I dlatego trzeba uczynić skrypt do papieża, aby uznał to małżeństwo za niebyłe, nieważne. Bo czortowi twą córkę, jakżeś powiedział, diablica oddała wbrew ojcowskiej twej woli.

– Gdzież tam mnie papież wysłucha.

– Napisz waszmość tylko pismo, a ja napiszę od siebie, że córkę waszą biorę in cresco, za małżonkę i ślub ten w Wilnie biskup potwierdzi. To papieżowi wystarczy. List ten z workiem złota do Rzymu poślę, by sprawa była pewna i zaklepana.

–Napiszę – zdecydował się Sokolnicki.– Napiszę i niech wszyscy to wiedzą, że ja Sokolnicki, do papieża pismo pisałem.

– I respons będzie wkrótce – zapewnił Pac –Dawać mi arkusz papieru, pióra, inkaust i lak by pan Sokolnicki herb swój na nim wycisnął.

Gdy służba przyniosła co Pac żądał, Sokolnicki zaczął pisać choć w głowie miał pusto. Dyktował więc Pac, a Sokolnicki mozolnie wypisywał litery, układał je w wyrazy i zdania i po pół godziny list do samego ojca świętego był gotów i sygnetem na laku opieczętowany. Chciał go Sokolnicki w całości przeczytać by choć w części zorientować się w jego treści, ale Pac mu pismo z rąk wyjął i z kompanią, odszedł by je, jak mówił, do swojej prośby dołączyć i z umyślnym poselstwem do Rzymu wyprawić.

Sokolnicki został sam. Chciał i on się do domu zbierać, lecz nowe towarzystwo do stołu mu się przysiadło, więc pozostał w zajeździe.

Pac tymczasem z listem w ręku zmierzał do domu Kolnickiej, a z nim pięciu doborowych zabijaków z litewskiego komputu jego wuja. Byli tam miedzy innymi znani na całej Litwie Wiłłejko i Zabiełło, ten ostatni przezywany Krywogąb.

– Cóż wasza miłość znaczy ożenić się in cresco, z niewiastą która już ma męża? – dopytywał się jeden z nich.

– Na krechę – odparł śmiejąc się rubasznie Pac – Szablą naznaczysz nieprzyjaciela. To na klindze uczynisz znak. Niewiastę do łoża zwabisz, to na desce wytniesz krechę. Abyś wiedział ile w roku miał niewiast, wystarczy krechy policzyć. Dał się Sokolnicki, głąb kapuściany, podejść. Ot i mam pismo jego. Gdy je Kolnickiej pokażę, to się dopiero zatrzęsie ze złości. Mleszkowskiego krew zaleje. Nigdy się z teściem nie pogodzi. Jeśli tam będzie i pismo przeczyta. Poigram sobie z nim wybornie. Żółci im napsuję.

– Wasza miłość, jeśli ten list Mleszkowski przeczyta gotów za szablę chwycić – ostrzegł Paca jeden z kompanionów.

– Jeśli tak się stanie to i ja za szablę chwycę, ale wy nie czekajcie, z boku i z tyłu na niego uderzcie. I nie oszczędzać go. Młodą wdową zaopiekuję się osobiście. A jest tam jeszcze inna ślicznotka.

– Ta będzie dla nas?– zapytał Wiłłejko.

– Dla was będzie złoto i dziewuchy w karczmie. No, jest jeszcze Kolnicka. Ta by was wszystkich zadowoliła. Ale pamiętajcie, nie zajazd to, lecz odwiedziny. Ma być tak, aby Mleszkowski pierwszy szablę wyciągnął. Król z Warszawy wyjechał. Nim wróci, wszyscy będą mówili, że to Paca w jej domu napadnięto. Chodźmy przyjaciele.

*

Janek już położył rękę na klamce by otworzyć drzwi, gdy wstrzymała go nagle Marysia.

– Janku – zaczęła spoglądając mu w oczy – czy na pewno tym razem wrócisz szybko?

– Oczywiście – odparł bez zastanowienia – Dwie, trzy godziny i będziemy z powrotem. Cali i zdrowi. Pożegnać idziemy tylko Knieziewicza i Kubę. Żadna to wyprawa.

– Zawsze mi giniesz – westchnęła – Serce mam pełne niepokoju. Złe przeczucie, że coś się stanie.

– Różewicz i Dąba przy mnie. Cóż może mi się stać?

– Ciebie zawsze diabeł porywa – wtrąciła się Kolnicka.

Niespodziewanie drzwi się otworzyły i stanął w nich Knieziewicz.

– Przyszedłem się pożegnać – oznajmił – Król powierzył mi chorągiew pancerną i kazał ciągnąć z nią do Janowa.

– I my cię szliśmy żegnać – zapewnił Dąba – bo jutro jedziemy z małżonkami swoimi na leża zimowe.

– Tak i nie musicie wychodzić – stwierdziła Kolnicka – Tutaj zrobimy pożegnanie. Wystarczy siadać do stołu, a ja z Misią, zaraz w kuchni wydamy odpowiednie polecenia, aby ten stół pod jadłem i napitkiem zaczął się uginać.

– Ja pójdę – zaoferowała się Misia – Każę podać pasztety zajęcze i z przepiórek, smażoną polędwicę z grzybami i cebulą i białe wino włoskie, na początek.

–No to siadajmy – zachęcał Dąba – Ostatnia to nasza uczta. Rzec by się chciało ostatnia wieczerza. Brakuje jedynie Kuby, by nam zaśpiewał, lub wierszyk jaki ułożył.

Drzwi znowu się otworzyły i kilka osób weszło do środka. Na ich widok, Dąba i Knieziewicz powstali od stołu.

– Kogoż to pan bóg w te progi prowadzi? – odezwała się gniewnie Kolnicka.

– Idąc do siebie po drodze miłą mi panią Kolnicką zaszedłem pozdrowić.– Odezwał się mężczyzna stojący na czele nowo przybyłych –Ważne pismo, pana Sokolnickiego za swoim poparciem do Rzymu, do samego papieża, będę ekspediował. Jeśli zatem w tamtą stronę są jakieś listy, za jednym posłaniem mogłyby być wyprawione.

– Nasze prośby w modłach kierujemy do Boga, listów nie pisząc, jako że droga daleka, a Bóg listów nie czyta – odparła chłodno Kolnicka.

– Jeśli chce się zwolnienie od papieża dostać na nieważność ślubu swej córki z niechcianym człowiekiem, do papieża trzeba pisać.

– Któż to takie listy pisze? – zapytała coraz bardziej podirytowana Kolnicka.

– Mości Sokolnicki, brat mości pani. Oto list o którym mówię, a w nim prośba by papież ślub unieważnił.

– Po cóż mu unieważniać ślub Marysi?

– Mnie on ją obiecał, a teraz słowa pragnie dotrzymać.

– Porwałeś ją kilka dni temu, a teraz nowe szachrajstwa motasz na jej zgubę? – krzyknęła rozdrażniona do najwyższego stopnia Palladia Kolnicka – Kara za twoje czyny cię nie minie, to ci mogę obiecać!

– Któż on jest? – zapytał Janek zrywając się z miejsca.

– Szubrawiec największy wśród magnatów litewskich. A Pac jego nazwisko rodowe – wykrzyknęła Kolnicka.

Więcej wyjaśnień Jankowi nie trzeba było. Porwał za szablę i jak drapieżny żbik w jednym skoku był przy Pacu.

Pac chociaż także dobył szablę, cofnął się tchórzliwie do tyłu, za to Wiłłejko i Zabiełło natarli na Janka zachodząc go z obu stron. Za nimi szli inni, lecz ani Dąba, ani Różewicz nie stali bezczynnie w miejscu. W jednej chwili zakotłowało się strasznie. Janek mając po obu stronach walną pomoc, przebił się przez pierwszą linię i znów natarł na Paca. Chroniło go jednak dodatkowo dwóch innych ludzi. I znów z atakującego, stał się Janek broniącym, gdyż w żadnym razie nie mógł poradzić sobie z trzema szablami na raz. W gniewie jaki nim miotał nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa jakie ściągnął na siebie.

Drzwi znowu się uchyliły i ukazał się w nich Kuba, mocno wystraszony i gotowy w każdej chwili do ucieczki, Widząc jednak, że Janek walczy aż z trzema przeciwnikami, a wszyscy oni zwróceni są do niego tyłem, bez namysłu chyłkiem podbiegł do najbliższego i ciął go po karku tak skutecznie, że od razu zwalił na ziemię.

Knieziewicz już ranił ciężko Wiłłejkę i pospieszył Jankowi z pomocą. Teraz już Mleszkowski nacierał na Paca, i jakby nie czując wysiłku i zmęczenia nacierał gwałtownie i z prawdziwą furią. Gniew i zapalczywość nie pomogłaby mu jednak w starciu z Pacem, którego mistrzowie francuscy i włoscy uczyli sztuki fechtunku. Miał jednak za sobą naukę swego ojca, który całe życie wojował, a także wiele lekcji, jakich mu udzielał Knieziewicz, bodaj najlepsza szabla w chorągwiach Sobieskiego. Ba, we wszystkich pułkach Rzeczypospolitej.

Twarz Paca, jako że był gruby i tłusty, w jednej chwili pokryła się potem. Szybko spostrzegł, że z tym młodzikiem sobie nie poradzi, a na pomoc, ani ochronę swoich towarzyszu nie mógł już liczyć, gdyż wszyscy oni leżeli skrwawieni na ziemi. Pobladł ze strachu, a lęk o własne życie powodował, że gałki oczne wychodziły mu na wierz. Twarz mu się wykrzywiła, wargi ściągnęły, przez co widać było duże żółte żeby. Lęk paraliżował ruchy.

Janek przypomniał sobie jedną ze sztuczek, jaką nauczył go Knieziewicz i bez namysłu, ciął jakby w pas Paca, a gdy ten nadstawił szablę by odbić cios, odsłaniając się niebacznie, ciął ponownie, okrutnie z góry w głowę.

Pac załamał się w kolanach i padł do tyłu na posadzkę.

Zapanowała cisza, którą pierwszy jak zwykle przerwał Kuba.

– Jam to przechylił szale zwycięstwa – rzekł roztrzęsionym głosem – Inaczej klęska tu mogła być nasza.

– Nic tu teraz po tobie – zawyrokował Knieziewicz – Wracaj do siebie i tak jakby cię w ogóle tu nie było. Ale wszem i wobec rozpowiadaj wraz z twoimi przyjaciółmi, że to Pac napadł na dom mości Kolnickiej. Że gwałt temu domowi chciał czynić. Po raz wtóry niewiasty zamierzał porwać, nie bacząc na to, że już są poślubione. Ja do króla list napiszę, raportując, co się stało i że z winy to Paca nastąpiło, który jawnego gwałtu i rozboju się dopuścił. Także listy napiszę na Litwę do Radziwiłła i innych swych przyjaciół, by wiedzieli jak sprawy się miały. By Pacom nie dawali wiary.

– Istna rzeźnia – mruknęła Kolnicka rozglądając się w koło – Zasłużył sobie na to i Bóg go pokarał za grzechy jego. To mu przepowiadałam, tak też się stało. Muszę posłać kogoś ze służby by ludzi Paca zawiadomić, aby sobie pana swojego zabrali.

– Sprawię chorągiew i na noc ruszymy – zadecydował Knieziewicz.– W jedną nam stronę, więc razem będzie wam bezpieczniej. Na wozach niewiasty mogą równie smacznie noc całą przespać jak pod dachem. A noce jeszcze ciepłe.

Zakrzątnięto się przy wyjeździe. Wozy kryte płóciennymi osłonami na łukowych żerdziach, wyprowadzano z wozowni. Zaprzęgano do nich po dwa rosłe konie. Zabierano ze sobą puchowe pierzyny i poduszki, naczynia stołowe i częściowo kuchenne. Także zapasy żywności.

Sokolnicki w tą właśnie porę zataczając się na chwiejnych nogach wrócił z zajazdu. Nic nie mówiąc położył się na jednym z wozów i zaraz zasnął.

Wkrótce też nadjechał z chorągwią Knieziewicz. Pochód pojazdów i ludzi uformował się i ruszył w drogę. Gdy wyjeżdżano z Warszawy, słońce chowało się na horyzoncie za linią lasów. Zaczęło się zmierzchać. Było jednak pogodnie i bezwietrznie.

Dwór Sokolnickiego, gdy do niego dotarli po tym, do czego przywyknąć zdołał w Warszawie, wydał się Jankowi niezwykle mały i ubogi. Sprzęty domowe nieliczne i podniszczone. Piec kuchenny w stanie nie lepszym od tego, jaki pozostał mu w pamięci w dworku ojcowskim.

Marysia jednak na widok znajomych kątów rozejrzała się i pełna szczęścia chwyciła Janka za ręce.

– Tu zamieszkamy. Tu będzie nam dobrze.

Janek nie chciał psuć jej tego radosnego nastroju, ale czuł w sercu zadrę za pismo, jakie Sokolnicki szykował do Watykanu o unieważnienie jego ślubu. Czuł też podświadomie, że tu mu nie będzie dobrze. Boczył się, na Sokolnickiego, a tamten nie wyciągał do niego przyjaznej ręki. Wręcz przeciwnie wydawał się być niezadowolony z takiego zięcia. Kilka razy wspomniał nawet w drodze, że Marysia mogła mieć za męża takiego pana, z którym nawet król musi się liczyć.

Gdy zetknęli się przypadkiem w korytarzu, Sokolnicki pociągnął go za sobą ku wyjściu i z ganka wskazał ręką na zabudowania gospodarcze wokół dużego błotnistego obejścia.

– Ten budynek po lewej to stajnia.– objaśniał – Dalej obora, cielętnik, na wprost świniarnia, a po prawej, spichrze na ziarno i mąkę, a część na kurnik. Byś nie jadł chleba za darmo, masz tego wszystkiego doglądać. A pamiętaj, że ja tu panem i do mnie należy tu rząd i nikt mi tu nie będzie pod nosem się szarogęsił. Konia, na którym żeś przybył też bez potrzeby nie używaj, bo na inne on cele może służyć.

Janek zmarszczył się na takie słowa, lecz nim zdążył odpowiedzieć zjawiła się Kolnicka, jak zwykle w dobrym nastroju i odezwała się do brata.

– A pokaż nowemu gospodarzowi swój dobytek.

– Już pokazałem – mruknął Sokolnicki i zawrócił na pokoje. Kolnicka poszła za nim.

Janek zostawszy sam, poszedł do stajni, osiodłał konia i pojechał tam gdzie był jeszcze nie tak dawno jego dwór rodzinny dziś już zgliszcza porastające trawą i chwastami. Tylko wielki ceglany komin sterczał w górę, jakby świadczył o tym, że żyli tu niegdyś ludzie. Na nim czarny żelazny krzyż. Mogiła pod nim była ledwie widoczna. Z pobliskich świerków ściął kilka gałęzi i obłożył nimi niewielki kopczyk pod którym spoczywał jego ojciec. Ukląkł i pomodlił się za jego duszę. Później usiadł na wystającej z ziemi niedopalonej belce i przypominać sobie zaczął jak kopał ten grób i jak martwe ciało ojca składał w dół wypełniony wodą i błotem. Wspominając te żałobne chwile wsparł głowę na rękach, a łzy popłynęły mu po twarzy. Długo tak siedział zadumany, aż zaczęło się zmierzchać.

Zwlekał z powrotem. Pamiętał słowa Sokolnickiego. Nie chciał mu się sprzeciwiać, ale też nie zamierzał we wszystkim się podporządkowywać. Jego natura młoda i śmiała, nie była skora do uległości. Wcześniej czy później, można było przewidywać, że dojdzie do starcia między nimi. Wówczas jego obecność pod wspólnym dachem stanie się niemożliwa. Co dalej zatem wypadało mu czynić? Został Knieziewicz. Do niego się zwrócić. Przy nim pozostać. Trzeba będzie zostawić młodą żonę i spokojne życie i znów siąść na koń i pod chorągiew. Nie od razu to planował. Rozważał nawet odbudowanie spalonego dworu, ale na to trzeba było wydać, gotowy grosz, na opłacenie cieśli. O pomoc do teścia nie zamierzał się zwracać. Gdy żegnał się z Kubą, ten wcisnął mu do ręki kilka złotych luidorów, mówiąc, aby zachował sobie na pamiątkę z pobytu we Francji. Na koniec przy tym dodał – To za konia i szablę, którą ci wziąłem skuszony łatwą zdobyczą, tam na drodze, gdziem cię ujrzał pod drzewem.

Poprosił jeszcze na ostatek ściskając go serdecznie – Nie miej mi tego za złe. Taki był ze mnie drapichrust.

Jeśli nawet za te pieniądze odbuduje dwór, zakupi parę wołów do orania jałowej ziemi. Kupi jedną czy dwie krowy, to i tak poza ciężką pracą, którą obarczy sam siebie i młodą żonę, niczego więcej nie wskóra. Nie taką przyszłość widział dla swej jedynej córki Sokolnicki. Ma rację, że jest mu z tej przyczyny nieprzychylny, wręcz wrogi. Na dodatek Pac mamił go złudnymi kłamstwami i płonną nadzieją, że on zwykły szlachcic, mógłby wejść w koligacje tak niesłychane, że nikt, kto miałby odrobinę zdrowego rozsądku nie mógł uznać za możliwe do spełnienia. Ale Sokolnicki w jakiejś części wierzył w zapewnienia Paca i zżymał się na myśl, że nie spełniły się z winy Mleszkowskiego.

– Nie mogę tu pozostać – postanowił Janek – Zbyt jestem biedny. Zbyt byłbym na łasce Sokolnickiego. Zbyt wcześnie pojąłem żonę, dla której nie mam żadnych dostatków. Ale skoro tak, to niech zostanie pod opieką ojca, a ja ruszę z Knieziewiczem. Wkrótce nowe wojny z Turkiem. Wzbogacę się pod naszym zwycięskim wodzem i królem. Wówczas ze zdobyczą, w koniach, drogiej broni i pięknych szatach, wrócę. Z myślą tą, chciał wstać i wracać, gdy posłyszał za sobą odgłosy rozmów. To jego przyjaciele, odnaleźli go przy grobie ojca. Zaraz tez wspólnie odmówiono modlitwę za duszę zmarłego. Gdy skończono modły, odezwał się Dąba.

– Wszystkich nas na koniec czeka śmierć, nie wiedzieć gdzie i kiedy. Każdy jej się boi i chciałby jak najdłużej jej unikać. I nie wiadomo czy lepsza ona, gdy po długiej chorobie przychodzi, czy nagle w gwałtownym starciu z wrogiem. Czasem, straszniejsza jest niewola, lub okrutne męki, jakie człowiek, człowiekowi zadaje. By o śmierci długo nie mówić i nie myśleć, chodźmy do domu Sokolnickiego, gdzie jego córka znowu o ciebie Janie się niepokoi. A jutro o świcie, ruszymy w puszczę, bo jak nam wiadomo, strasznie tu dziki szkody w uprawach robią. Jeleni tu także nie brak i saren liczne stada, które za nimi chodzą. Sokolnicki łowy chce odprawić, a nie masz jak świeżynka na stole, a przy niej gąsior wystałego miodu. Łatwiej o smutkach wówczas człek zapomina. Mroczno tu w lesie, więc wracajmy.

Istotnie, mrok już w lesie panował, więc dosiedli wszyscy koni i ruszono z powrotem.

We dworze pod komendą Kolnickiej, wieczerzę już na dwóch złączonych stołach przygotowano. Nie był to dwór bardzo zamożny, ale dwie tłuste gąski pieczone z jabłkami były już na półmiskach, dwa zające, kilka kuropatw, gorące pierogi z mięsem, a także z białym serem polewane śmietaną. Do popicia był barszcz czerwony z grzybami doprawiony czosnkiem i mieloną ostrą papryką i czarnym pieprzem. Był też i boczek, który w tym barszczu się ugotował, a teraz na półmisku spoczywał smarowany obficie musztardą z gorczycy i winnego octu dla zaostrzenia smaku.

– Gość w dom Bóg w dom – odezwał się Sokolnicki – A z nim wszelka obfitość na stole. A że dary te od Boga pochodzą, by je uczciwy chrześcijanin spożywał, przeto jedzmy i pijmy do syta.

– Tak i ja to mówię – wtrącił się Dąba. W polu wroga bić, przy stole smacznie jeść, w łożu wygodnie spać.

– Żonę wielbić, słowem i czynem, a nie spać – poprawiła go Kolnicka – Jest czas na post, ale jest też i na boże pożywienie.

Wszyscy zaśmieli się na jej słowa.

– Ciekaw jestem – rzekł Knieziewicz – kto kogo zmoże? Wiadomym jest, że nie masz drugiego jak Dąba, gdy miecz chwyci, każdego powali, ale jak za miecz jego małżonka ujmie, czy równie będzie dzielne wojował.

– Będę – zapewnił Dąba.

– Takiego chciałam – zapewniła Kolnicka – Takiego Bóg mi darował. Chwała mu za to.

– Misia, ani Marysia nic nie mówią – zauważył Knieziewicz – Cichutko siedzą jak myszki pod miotłą. I czekają cierpliwie nocki. Niech im Bóg tą cierpliwość w dzieciach wynagrodzi.

– No niech one posmakują łaski bożej, jaka spłynie w nie po sakramencie małżeńskim, szybko one z myszek, w kotki pełne pożądania się zmienią – zapewniła Kolnicka – Dla tego rycerz, czy nie rycerz gdy ślub weźmie niech w domu siedzi, o wojnach i żołnierskich obozach niech nie duma.

– Żeby dwór ojcowski odbudować, ziemi dokupić – wtrącił się Janek– trzeba najpierw trochę powojować, łupy na nieprzyjacielu wziąć, na brzęczącą monetę zamienić. Dopiero za gospodarzenie można się brać.

– Misia zapis królewski dostała taki, że może ci w dzierżawę kilka wsi puścić, gdzie lepiej się będziesz mógł urządzić, z czasem i wsie te odkupić – przerwała mu Kolnicka – O wojnie ty nie myśl, bo kto mieczem wojuje, od miecza ginie. A tobie więcej złych przygód nie potrzeba. Skoro masz moją bratanicę za żonę, to moja w tym głowa byś się ustatkował. I Misia i Różewicz radzi będą mieć takich sąsiadów i przyjaciół w pobliży. Moje dobra też w tamtych stronach leżą, choć i część na Litwie także.

– Może i u mnie siedzieć – zapewnił Sokolnicki – Córkę mi wziął to niech tu siedzi, bym ją miał przy sobie.

– Na swoim muszę być – upierał się Janek.

– Za biednyś – zawyrokowała bez ogródek Kolnicka – Gdy zima przyjdzie w lesie nie wysiedzisz. A gdy dzieci zaczną na świat się prosić, też je w lesie będziesz chował jak wilki?

– Miał mój ojciec skarb jakiś, ale pomarł nim mi o nim wyznał gdzie ukryty został – westchnął Janek z ciężkim sercem.

– Testament jest tu u mego ojca – przypomniała sobie Marysia – Mówiłeś przecież, że ojciec twój z płonącego domu wyszedł trzymając go w ręku.

– Ech, mam go schowanego w kufrze – Sokolnicki stękając podniósł się od stołu – Zaraz go przyniosę, chociaż o skarbach tam nic nie ma, żadnej wzmianki.

Gdy wrócił z arkuszem papieru w części spalonym, Janek zaczął go czytać bardzo powoli i uważnie, od słów.

Ja Piotr Zenobiusz Mleszkowski, znaczący się herbem starożytnych mych przodków Mleszan, czyniąc mój testament, mając w sercu Boga, skruchę za grzechy popełnione w przeszłości, oraz wiarę w jego nieskończone miłosierdzie, nakazuję mojemu synowi Janowi.

Czcić wiarę i przodków swoich. Królowi naszemu, służby swoje ofiarować i pod berłem jego wrogów zewnętrznych wojować. Praw i przywilejów szlacheckich bronić i przestrzegać. Pojedynków, burd i zajazdów unikać. Rabunkiem, gwałtem, ani czynami niegodnymi się nie hańbić. Cnotliwą szlachciankę za żonę pojąć, miłością i opieką otoczyć. Potomków swoich na prawych chrześcijan wychować.

Ojca swego obok matki swojej pogrześć w ziemi tak, aby grób mój dwa dobre kroki był po jej lewej ręce. Między grobami naszymi, aby kamień był z krzyżem i aby był on jako w głowach naszych ułożony.

Pamiętaj, byś kamień ten tam wytoczył, by groby nasze trawą nie zarosły bez śladu żadnego. Gdy to dopiero uczynisz przekonasz się, że miłością cię darzyłem i to, co miałem twoje pozostanie.

Bogactwem obdarowany, gospodarz mądrze, by i potomni pożytek z tego mieć mogli. To com szablą wywalczył, twoje jest, lecz strzeż tego i o własnym bezpieczeństwie pamiętaj. Rozgłosu nie czyn z rzeczy tej, byś zguby na siebie nie sprowadził…

Dalej nic już nie można było rozczytać, gdyż od tego miejscu karta była spalona. Jeśli coś o skarbie i miejscu jego ukrycia było w testamencie napisane, to ogień słowa te w popiół obrócił.

– A no nie ma o skarbie nic, a bogactwa w tym, co masz nie widać – przyznał Dąba – Skoro tak to bierz dzierżawę u Różewicza, albo pozostań z teściem. Z czasem przywykniecie do siebie. Mości Sokolnicki, gdy dziadkiem zostanie, szybko znajdzie uciechę w zabawie z wnukami. Wtedy i tobie będzie przychylny. Tak i wypijmy zdrowie naszych małżonek, by nam tęgich synów rodziły.

Od tej chwili rozmowa potoczyła się bardziej beztroska i wesoła aż do późna w noc, kiedy Kolnicka wstała od stołu.

– Czas mężom łoża słać – rzekła biorąc pod ramie Dąbę.

Zaczęto się zbierać do naznaczonych komnat sypialnych. Było jeszcze słychać późno w noc szelest słomianych sienników, trzeszczenie dębowych łóżek, ale z czasem i to ucichło. Czasem jedynie ktoś głośniej zachrapał, a za oknami w pobliskim lesie zahuczał puszczyk, lub szczeknął krótko polujący lis.

Janek mógłby czuć się szczęśliwy. Miał przy sobie niezwykle piękną i pociągającą żonę. Był młody, zdrowy i silny. Miał oddanych przyjaciół i życzliwość króla i jego małżonki. Jednakże, gdzieś w podświadomości tliła się iskra niepokoju na wspomnienie Paca. Na wspomnienie tego co się zdarzyło ostatniego dnia w Warszawie. Pewien był że Pacowie krwi rozlanej nie zapomną i pomsty nie poniechają. Dokuczliwą zadrą było także, zachowanie się Sokolnickiego i jego źle skrywana niechęć. Wracała także pamięć o kozakach, którzy gdzieś tam krążą i czekają na dogodny moment.

Po chwilowym krótkim śnie zbudził się i zaczął rozmyślać. Łoże jak na jego wzrost było przykrótkie, skutkiem tego leżał z podkurczonymi nogami. Przez okno widać było tarczę księżyca, a cienie gałęzi drzew poruszały się jak wielkie pajęcze nogi na bielonej ścianie. W dzieciństwie bał się takich cieni. Teraz patrzył na nie tępym spojrzeniem i starał się ponownie zasnąć. Wciąż jednak powracały myśli do zdarzeń z ostatnich dni. Do krwawego starcia z Pacem i jego ludźmi. Później przed oczyma stanęły mu obrazy z bitwy z Turkami. Wpatrzony w poruszające się na ścianie cienie ujrzał się znowu pod drzewem przy drodze z przywiązaną do konaru ręką. Usnął zmęczony i zaczął ponownie śnić koszmary. Męczył się przy tym bardzo. Krwawe obrazy pojawiały się i znikały. Cienie i mroki zakrywały te obrazy, lub je odsłaniały. Na ich tle pokazał się ojciec wychodzący z płonącego dworu z uniesioną dłonią w której trzymał płonący testament.

– Rzuć go na ziemię i zadepcz ogień– starał się powiedzieć ojcu, lecz słowa te nie chciały wydobyć mu się z gardła.

– Najpierw pochowaj moje ciało – rzekł ojciec stając przed nim. Pochowaj moje ciało przy grobie matki, a kamień ułóż nam w głowach. To uczyń dla nas i dla siebie.

Cała postać wyśnionego ojca zaczęła oblekać się dymem i mgłą i ginąć powoli z majaków sennych. Jeszcze tylko jak echo brzmiało gdzieś w głębi podświadomości głos.

– Pochowaj mnie przy grobie matki.

Znowu się zbudził z całą świadomością tego, co śnił. Muszę to zrobić pomyślał. Muszę, by stała się jego wola. Przewrócił się na bok w stronę uśpionej żony. Posłuchał jej równego, spokojnego oddechu i usnął gdy tylko zamknął powieki.

 

Korektę tekstu wykonał dr Marek Głogoczowski

Podziękowania dla pana Marka za wykonaną pracę.

 

 

 

 

Jedna uwaga do wpisu “Miecz króla Jana odc.29

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s